Rozbita rodzina


Pozostawieni na ulicy agenci i anioły zdecydowali, że nie ma co się obijać czekając na wiadomość od Crowleya, zwłaszcza że Bela i Victor byli znudzeni siedzeniem w Chicago i mieli ochotę coś upolować. Dean ich nie zatrzymywał, sam też miał ochotę na jakieś normalne polowanie i zamierzał się z Castielem na jakieś wybrać, ale najpierw musiał się przespać. Był pewien, że gdy się położy, to prześpi cały dzień.

Victor i Rachel pojechali jako pierwsi, potem Bela i Balthazar. Gdy zostali już tylko oni ze swoim rodzeństwem i Garthem, także pojechali do domu. Dean przez całą drogę narzekał na wszystko, a szczególnie na to spotkanie, które trwało krótko i niepotrzebnie zmusiło go do wyjścia z domu.

Wciąż mamrocząc pod nosem otworzył drzwi mieszkania i rzucił niedbale klucze na szafkę stojącą obok. Szybko zdjął buty kopiąc je w byle jakim kierunku, a w drodze do sypialni zrzucał z siebie kolejne części ubrań, które lądowały na podłodze. Nie na długo jednak, bo Castiel idąc za nim podniósł je i położył na krześle przy biurku, które stało w ich pokoju.

Dean już w samym podkoszulku i koronkowych majtkach padł na łóżko i wtulił twarz w poduszkę, którą objął desperacko w obawie, że ktoś zaraz mu ją zabierze i przeszkodzi w spaniu. Nie musiał długo czekać na sen, usnął już po kilku sekundach, zdążył jeszcze powiedzieć tylko dobranoc, potem ziewnął i więcej się już nie odezwał ani nie poruszył.

Castiel przyglądał mu się chwilę z uśmiechem nim opuścił sypialnię zamykając za sobą drzwi, by hałasy z reszty domu nie zbudziły Deana. Choć wątpił, że cokolwiek jest to teraz w stanie zrobić.

Podczas gdy Dean spał, Castiel zajął się innymi rzeczami. Posprzątał między innymi klatkę Jimmy'ego, czego nie zdążył zrobić Dean. Sprzątnął też kuchnię i salon, by odciążyć partnera, który zwykle zajmował się porządkami w domu. Dean był jednak zbyt zmęczony, by cokolwiek teraz robić, Castiel postanowił więc być dobrym współlokatorem i samemu się tym zająć.

Sprzątając kuchnię zauważył, że lodówka świeci pustkami. Nie był dobry w zakupach, ale nie zamierzał budzić Deana, należał mu się odpoczynek. Castiel otworzył szafkę nad zlewem i z puszki po kawie wyjął pieniądze na zakupy. Drugą podobną skrytkę mieli w sypialni. Dean twierdził, że nigdy nie wiadomo, kiedy zabraknie im pieniędzy albo kiedy będą potrzebowali nowego telewizora.

Z pieniędzmi bezpiecznie schowanymi w kieszeni płaszcza, Castiel zajrzał jeszcze do sypialni i przykrył Deana, który skulony leżał teraz na boku, a nie na brzuchu.

Z nową mocą pod ręką nie musiał iść do sklepu na piechotę czy jechać autobusem. To było niesamowite uczucie móc się przenosić na dowolną odległość nie martwiąc się, że zabraknie mu energii. Teraz mógł skuteczniej pomagać Deanowi i innym ludziom, nie będzie musiał się już więcej hamować. A co najważniejsze, razem z Gadreelem stanowili teraz główne siły w walce z Abaddon i Asarielem, być może to oni zadecydują o końcowym wyniku.

Sklep do którego się wybrał znajdował się daleko od ich mieszkania. Trochę go poniosło przy przenosinach, ale to dlatego, bo wciąż nie mógł się nacieszyć nowymi umiejętnościami. Pierwsze co zrobił po wejściu do środka, to oprócz wzięcia koszyka, było odnalezienie ciasta. Dean na pewno się ucieszy, gdy po obudzeniu będzie mógł je zjeść. Wybór był duży, ale Castiel bez wahania wziął ciasto z orzechami pekan i włożył je do koszyka. Teraz gdy miał już najważniejsze, mógł zająć się resztą, w tym jogurtem dla siebie.

Dean lubił tłuste jedzenie, nie zapomniał więc o bekonie, choć by nieco to zrównoważyć, wziął też trochę warzyw. Mógł w każdej chwili uleczyć partnera, ale nie chciał, by ten niepotrzebnie przytył albo nabawił się większego poziomu cholesterolu. Ludzie byli silni psychicznie, ale bardzo krusi, gdy chodziło o ich ciała.

Chodził po sklepie bez żadnego planu i często wracał do różnych stoisk, jak na przykład do owoców. Stwierdził, że Deanowi przyda się trochę witaminy C, więc powybierał nieco cytrusów, które zamierza wycisnąć i zrobić z nich sok. Zazwyczaj kupowali taki w kartonie, ale Dean czasem wspominał, zwykle przy okazji wizyty u rodziców, że Mary zawsze sama wyciskała sok dla niego i Sama, żeby zawsze mieli świeży na śniadanie przed szkołą. Castiel lubił mu przypominać takie chwile z dzieciństwa dlatego uśmiechnął się, gdy wkładał pomarańcze do koszyka i kompletnie ignorował jakiegoś mężczyznę, który narzekał, że on też chciał konkretnie te owoce. Dean już dawno kazałby mu spadać, ale Castiel wolał w takiej sytuacji milczeć. Zdążył się nauczyć, że milczenie albo rozwściecza ludzi bardziej albo ich niepokoi, a w jego przypadku zwykle kończyło się na tym drugim. Dean uważał, że to dlatego, bo wygląda przerażająco przeszywając ludzi swoim wzrokiem. Castiel nie wiedział, o co mu chodzi, bo patrzył się normalnie.

Pokonany mężczyzna odszedł gdzieś, ale Castiel nie został na długo sam. Gdy wybierał kolejne owoce, ktoś położył mu dłoń na ramieniu. Nim jeszcze się odwrócił, a osoba wypowiedziała jego imię, już wiedział, kto to.

- Nie za daleko na zakupy, Cas?

Za nim stała Sara, również robiąca zakupy. Uśmiechnęła się do niego, gdy się do niej odwrócił. Rozejrzał się w poszukiwaniu Sama albo Gadreela, ale nigdzie ich nie zauważył, musiała przyjść bez któregoś z nich.

- Poniosło mnie – odparł szczerze, choć bez wdawania się w szczegóły. – Jak się czujesz?

Wyczuwał, że dziecko w jej łonie jest zdrowe, ona sama także, ale ludzie lubili dostawać takie pytania od znajomych.

- Dobrze – odparł, głaskając się po brzuchu. Nie był duży, ledwo co był wypukły i mało kto rozpoznałby to jako ciąże. Może kobiety, które już niejedno dziecko urodziły. – Sam z jakiegoś powodu stał się strasznie przewrażliwiony na punkcie mojego bezpieczeństwa, a gdy zadzwoniłam dzisiaj do Zeke'a, to zachowywał się jakoś dziwnie i nie chciał się spotkać jak zwykle. Wiesz może, co ich obu ugryzło?

Oczywiście, że wiedział, ale nie mógł tego powiedzieć. Atak Gadreela był dla Sary tylko snem i pewnie go już nawet nie pamiętała, choć wszystko wydarzyło się ostatniej nocy. Sam Gadreela nie winił za to, co się stało, ale zmartwienie w jego przypadku było zrozumiałe. Powinno mu minąć za kilka dni. Z samym Gadreelem będzie ciężej. Castiel postanowił, że z nim porozmawia i przekona go, że odsuwając się od Sary wcale sobie nie pomaga.

- Do Sama dotarło pewnie w końcu, że zostanie ojcem – odpowiedział. – Zawsze są wtedy przewrażliwieni.

Sara zaśmiała się.

- Pewnie masz rację.

- A Zeke pewnie jest zajęty. Może spróbuj zadzwonić później.

- Tak zrobię – zgodziła się. – Sam padł na łóżku zaraz po powrocie do domu, dlatego mogłam w spokoju pójść po zakupy. Twój Winchester też taki zmęczony?

- Nawet bardzo. Nie sądzę, że w najbliższym czasie się obudzi.

- Ty nie jesteś zmęczony?

- Jestem już przyzwyczajony – przyznał. – Postanowiłem wyręczyć Deana w zakupach, żeby go już nie męczyć.

- To miłe z twojej strony. Dean jest prawdziwym szczęściarzem, że cię ma.

- Ja też.

Sara uśmiechnęła się do niego ciepło nim wzięła go pod ramię i zaczęła prowadzić.

- Chodź, dokończymy razem zakupy. Podwieźć cię później do domu?

- Nie trzeba – odparł od razu. Po zakupach zamierzał złożyć wizytę Gadreelowi i tak też zrobił, gdy tylko pożegnał się z Sarą i życzył jej miłego dnia.

Choć był obładowany zakupami, nie przeniósł się najpierw do domu tylko od razu do brata, którego znaleźć nie było trudno. Siedział nad brzegiem jeziora i wpatrywał się w taflę wody. Dzień był chłodny, więc ludzi nie było dużo, a ci, którzy tu byli, przebiegali tylko obok nie zwracając uwagi na dziwnego mężczyznę, który siedział po turecku na wilgotnym piasku.

- Castiel – przywitał się z nim Gadreel, nie odrywając oczu od jeziora.

- Gadreel – odparł i stawiając zakupy na ziemi, usiadł obok brata. – Sara powiedziała mi, że jej unikasz.

- Zadzwoniła tylko raz – wytłumaczył się. – Odmówiłem spotkania, trudno jednorazowy przypadek nazwać unikaniem.

- Prawda – zgodził się Castiel. – Ale obaj wiemy, że nie zamierzasz poprzestać na jednej odmowie.

- Robię tylko to, dzięki czemu będzie bezpieczna.

- Jest bez swojego stróża.

- Bo stróż stał się zagrożeniem.

Castiel spojrzał na brata, gdy usłyszał w jego słowach ból. To było oczywiste, że chciałby spotkać się z Sarą i zapewne ją przeprosić, ale tego drugiego nie mógł zrobić. Za bardzo się bał zbliżyć.

- Nie jesteś zagrożeniem, Gadreel – powiedział mu. – To nie była twoja wina.

- Ty też bałeś się zbliżać do Deana – zauważył, ignorując jego słowa.

Gadreel miał rację. Bał się, ale wtedy Dean uświadomił mu, że robi źle i wcale nie pomaga tym ani sobie, ani jemu, wręcz przeciwnie.

- To żadne rozwiązanie, bracie – tłumaczył dalej. – Sara tęskni za tobą.

Gadreel pokręcił głową.

- Nie rozumiesz. Nie mogę jej znowu zrobić krzywdy.

- Rozumiem aż za dobrze. – Sam też jeszcze sobie nie wybaczył tego, co zrobił Deanowi, ale nie mógł przez następnych kilka miesięcy być z dala od niego tylko dlatego, że bał się powtórki wydarzeń. – Też się boję, Gadreel. Wiem, że to absurdalne, bo nic mnie już nie kontroluje, ale boję się. Dean jednak mi ufa. Więc ja też próbuję sobie zaufać i to pomaga. Ty też powinieneś spróbować. Nawet gdyby Sara to wszystko pamiętała, gdyby jej to wytłumaczyć, na pewno też dalej by ci ufała.

- To trudne – przyznał Gadreel. – Wstydzę się tego, co zrobiłem.

- Ja też. Ale nie możemy pozwolić, by nas to zatrzymało. Inaczej możemy narazić ważne dla nas osoby na niebezpieczeństwo. Sara jest bezpieczniejsza z tobą niż bez ciebie.

- Tak myślisz? – spytał z niepewnością w głosie.

- Tak – odpowiedział od razu. – Poza tym, Sara tęskni za tobą. Zadzwoń do niej.

Gadreel długo się nad tym zastanawiał, ale w końcu wyjął swoją komórkę i zadzwonił.

- Witaj, Saro – przywitał się. – Czy mogę… Mogę wpaść z wizytą?

Castiel uważnie obserwował reakcję anioła. Gdy na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech, nie było już wątpliwości, że Sara się zgodziła.

- Nie idź do niej zbyt szybko – poradził jeszcze bratu. – Pomyśli, że stałeś pod jej drzwiami.

- Dziękuję, Castiel. – Gadreel wyciągnął w jego stronę dłoń, którą Castiel uścisnął z uśmiechem. – Nie pójdziesz ze mną, żeby mnie przypilnować?

- Nie ma takiej potrzeby. Dasz sobie radę.

Oba anioły wstały, ale Castiel podniósł też zakupy. Zdał sobie teraz sprawę, że może powinien był jednak je odnieść, bo na dnie jednej z toreb leżało pudełko lodów.

- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił – wyznał Gadreel.

- Sam w końcu by cię namówił na spotkanie z Sarą – stwierdził bez żadnych wątpliwości Castiel. – Nie mógłbyś jej unikać przez wieczność.

- Taki miałem zamiar.

- Nie byłbyś z tym szczęśliwy. – Wiedział to, bo gdy sam unikał kontaktu z Deanem, też czuł się potwornie. Teraz jeszcze bardziej doceniał to, co między nimi jest, bo gdy przez moment próbował to od siebie odsunąć, to było jak wyrywanie własnymi rękami swojego serca. Jakby tracił połowę siebie. Wciąż bał się tego, co może zrobić, ale musiał przezwyciężyć ten strach, a Dean swoją obecnością i zaufaniem mu w tym pomagał. Nie miał wątpliwości, że Sara i Sam pomogą Gadreelowi w takim samym stopniu. Tylko najpierw musi się do nich obojga zbliżyć i zaufać im.

- Nie – zgodził się Gadreel. – Nie byłbym. Jeszcze raz dziękuję za pomoc.

- Nie ma za co.

Castiel wrócił w końcu do domu i od razu zabrał się za odkładanie wszystkiego na właściwe miejsce. Na szczęście lody przetrwały, prawdopodobnie dzięki chłodnemu powietrzu. Gdy wszystko było już schowane, Castiel wszedł do sypialni i po rozebraniu się dołączył do chrapiącego na łóżku Deana. Objął go delikatnie, tak by go nie zbudzić i od razu poczuł się lepiej, gdy trzymał go w swoich ramionach. Zadowolony zamknął oczy i zaczął czuwać, dopóki Dean się nie obudził, co nastąpiło dopiero następnego dnia wcześnie rano.

Dean długo się budził. Na początku tylko mruknął coś pod nosem i próbował znowu zasnąć, a gdy to mu nie wyszło, powoli zaczął się przeciągać. Dwa razy uderzył przy tym Castiela, ale ani on ani anioł nie zwrócili na to uwagi.

W końcu Dean otworzył zaspane oczy i spojrzał na Castiela, który leżał na swojej połowie łóżka i wpatrywał się w niego z ciekawością.

- Dzień dobry – powiedział Dean nim ziewnął przeciągle. – Która godzina?

- Dochodzi piąta – odparł, spoglądając na zegarek stojący przy łóżku.

- Niemożliwe. Było później, gdy się kładłem.

- Dean, jest już następny dzień – zauważył.

Dean spojrzał na niego zdzwiony nim również zerknął na zegar i odczytał datę. 4 września. Faktycznie przespał cały poprzedni dzień.

- Leżałeś tu tak ze mną cały czas?

- Wcześniej zrobiłem zakupy i posprzątałem mieszkanie – odpowiedział z dumą. – Ale potem, tak, leżałem tu z tobą przez resztę dnia i całą noc.

- Nie nudziło cię to? – spytał, przecierając oczy. Cieszyło go, że Castiel był przy nim cały ten czas, ale czuł się też trochę źle, że zabrał mu tyle czasu, który mógłby spożytkować w inny sposób.

- Nie. Zresztą miałem ochotę spędzić ten czas z tobą – wyjaśnił z uśmiechem. Dean odwzajemnił go i znów się przeciągnął. Wtedy to zauważył, że na poduszce obok jego głowy leży małe piórko. Dmuchnął w nie, a ono powędrowało w górę i opadło bliżej Castiela, który złapał je i bez ostrzeżenia zaczął nim przejeżdżać Deanowi po twarzy.

- Co ty robisz? – zaśmiał się, bo piórko go łaskotało, jednak jego próby odsunięcia ręki anioła od twarzy spełzły na niczym, głównie dlatego, bo nie zależało mu na tym aż tak bardzo.

Castiel nie odpowiedział tylko ułożył piórko na policzku Deana i zostawił je tam, przyglądając mu się.

- Ładnie byś wyglądał ze skrzydłami – stwierdził nagle.

Dean zabrał piórko i znów w nie dmuchnął, tym razem jednak wylądowało na podłodze.

- Tak myślisz?

- Ładnie byłoby ci ze skrzydłami. Byłbyś wspaniałym aniołem, Dean.

- To niemożliwe – zauważył siadając i opierając się o wezgłowie łóżka. – Jestem za mało święty na anioła. Chyba bliżej mi do demona.

- Nie mów tak. Jesteś dobrym człowiekiem. Popełniasz błędy, ale starasz się je naprawiać. Zasługujesz na bycie aniołem.

Dean uśmiechnął się czując, jak się rumieni. Zawstydzony pochylił głowę i spojrzał na swoje dłonie.

- Mama kiedyś nazywała mnie swoim aniołkiem – wyznał.

- Twoja matka to mądra kobieta. Nie zdziwiłbym się, gdyby wiedziała o świecie nadprzyrodzonym.

- Lepie nie. To tylko same kłopoty.

- Prędzej czy później się o tym dowie. Plan archaniołów w końcu wejdzie w końcową fazę i wszyscy poznają ten sekret. Tak będzie lepiej, będą wiedzieć, jak się bronić.

- Może masz rację. – Dean westchnął i niechętnie wyszedł spod ciepłej kołdry, by usiąść na krawędzi łóżka. – Co robimy przed pracą?

- Mogę nam zrobić śniadanie – zaoferował Castiel, dołączając do partnera.

- Znowu coś spalisz.

- Postaram się nie. – Nie zważając na to, że Dean dopiero co się obudził, Castiel złożył na jego ustach pocałunek. – Idź wziąć prysznic, ja wszystko przygotuję.

- Okej – odparł Dean z rozmarzonym wyrazem twarzy. Zawsze gdy Castiel całował go w taki sposób, czuł się niezwykle błogo.

Po szybkim prysznicu, Dean dołączył do anioła w kuchni, gdzie w pocie czoła próbował on zrobić coś jadalnego dla nich obu. Ponieważ nie szło mu to zbyt dobrze, postanowił mu pomóc, odpychając go biodrem od kuchenki, zanim wznieci pożar.

- Zróbmy coś bez używania ognia – zasugerował z uśmiechem i otworzył jedną z szafek nad głową. – Hej, mamy Pop-tarts!

- Kupiłem je wczoraj – powiedział Castiel.

- No to mamy już część śniadania. – Uradowany Dean pomachał aniołowi przed twarzą pudełkiem tostów, nim wręczył mu je do ręki i kazał włożyć do tostera. Po otwarciu lodówki, do której chwilę potem podszedł, spotkała go kolejna niespodzianka. – Ciasto! Cas, jesteś zajebisty.

- Dziękuję – odparł anioł z uśmiechem, przyglądając się piekącym się tostom.

- Zjemy je po śniadaniu – zdecydował i wyjął je z lodówki wraz z butelką mleka. Wszystko postawił na szafce i szybko przygotował im obu dwie miski płatków z odrobiną cynamonu do smaku. Pop-tarts też były już gotowy i choć nie był to pierwszy raz, kiedy je robili i tak zaskoczyły Castiela, gdy wysunęły się z tostera.

Z tak gotowym śniadaniem usiedli na kanapie przed telewizorem i zabrali się do jedzenia oglądając powtórki Golden Girls, choć przez chrupanie płatków niewiele słyszeli. Miło było jednak siedzieć razem w samej bieliźnie i leniuchować. Dean czuł się jak w niebie.

Napchani płatkami i ciastem, Dean i Castiel pojechali do pracy, nie zamierzali jednak spędzić całego dnia w biurze. Obaj mieli ochotę na jakąś prostą sprawę z dala od Chicago. Musieli złapać oddech po ostatnich wydarzeniach, a krótkie polowanie nadawało się do tego w sam raz, było jak wakacje.

Nie trzeba było długo przekonywać Bobby'ego, by dał im coś do roboty, nawet się ucieszył, gdy pojawili się w jego biurze właśnie z taką propozycją. Podał im teczkę z aktami sprawy w Norfolk w Nebrasce. W ciągu miesiąca zaginęło tam jedenaście osób, wszystkie z tej samej okolicy i co najgorsze, bez żadnego śladu. Dean nie miał wątpliwości, że za wszystkim stoi jakieś monstrum. Człowiek zawsze zostawia ślady.

Castiel wrócił na chwilę do domu, by oddać Jimmy'ego pod opiekę sąsiada. Nim wrócił, Dean zdążył w tym czasie wyjść z biura i wsiąść do samochodu. Anioł wystraszył go, gdy pojawił się niespodziewanie na siedzeniu obok.

- Masz szczęście, że nie prowadziłem – mruknął pod nosem, ale Castiel go nie słuchał, był zbyt zajęty ekscytowaniem się swoimi nowymi mocami. Dean zastanawiał się, jak długo to jeszcze potrwa.

Norfolk nie leżało zbyt daleko, ale i tak szykowało się osiem godzin jazdy. Wstąpili więc po drodze po coś do jedzenia i dopiero wtedy wyjechali z miasta. Dean włączył muzykę, by nie siedzieć w całkowitej ciszy, ale ustawił ją na tyle cicho, by mogli w razie czego bez problemu ze sobą rozmawiać. Castiel był jednak milczący i wyglądało na to, że nie ma ochoty na rozmowy, bo tylko wyglądał przez okno. Uwadze Deana nie uszło jednak to, że anioł wybija palcami rytm grającej muzyki.

Gdzieś w połowie drogi Dean został zmuszony do zatrzymania się na stacji benzynowej. Całkiem o tym zapomniał przed wyjazdem, ale przynajmniej mógł teraz rozprostować nogi. Castiel o dziwo też wyszedł z samochodu i obszedł go, by stanąć obok Deana.

- Co tam, Cas? – zapytał anioła.

- Nie sądzę, by wydarzyło się w czasie jazdy tak wiele, by było o czym opowiadać – odparł Castiel.

- Jestem po prostu ciekaw, o czym myślisz – wyjaśnił. – Nie odezwałeś się ani słowem odkąd ruszyliśmy. Coś cię trapi?

Martwiło go to, bo gdy byli jeszcze w domu nic dziwnego u anioła nie zauważył, był w dobrym humorze i nie wyglądał na zmartwionego. Teraz zresztą też nie, ale może po prostu dobrze to ukrywał.

- Myślałem o Asarielu – wyznał anioł. – O tym co ma z zabijania aniołów.

- Ta, też tego nie rozumiem – zgodził się. – Znaczy, jasne, jak każdy żądny władzy tyran musi pokazać jaki to jest silny, ale przecież anioły to stado bezmózgich baranów – bez obrazy – które pójdą za każdym silnym przywódcą. Po co je więc zabijać?

- Pamiętaj, że to nie on je zabił tylko Abaddon – przypomniał Castiel. – Może to służy pokazaniu jej potęgi, a nie jego.

- Albo współpracuje z kimś jeszcze – zaproponował. Castiel spojrzał na niego zaintrygowany. – No co? Asariel wygląda jak płotka, a nie mistrz zbrodni. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś go wykorzystywał tak jak on wykorzystuje Abaddon.

- Ktokolwiek jeszcze za tym stoi, trzeba go powstrzymać, bo najwyraźniej ma ważne powody, by zabijać własne rodzeństwo. Tak nie powinno być, anioły powinny żyć ze sobą w zgodzie i wypełniać misję powierzoną im przez Boga.

- Im? – zdziwił się Dean. Castiel nie zrozumiał o co mu chodzi. – Powiedziałeś „im", nie „nam".

Anioł w końcu pojął, co powiedział i zmieszał się momentalnie.

- Przejęzyczyłem się – wytłumaczył. Dean nie był tego taki pewny, ale nie naciskał. Nie chciał, by Castiel czuł się, jakby zdradzał własną rodzinę z powodu użycia złego zaimka.

Po zatankowaniu ruszyli w dalszą drogę i dotarli na miejsce około drugiej po południu. Nie tracąc czasu na motele czy krótki odpoczynek, pojechali od razu na posterunek policji, gdzie komendant – uroczy starszy pan – przyjął ich do swojego biura od razu, proponując nawet herbatę po długiej podroży. To był chyba najsympatyczniejszy policjant, jakiego Dean kiedykolwiek spotkał. Szybko nawet zrozumiał, dlaczego przyjął ich AŻ tak miło.

- Mój syn też jest w FBI, wiecie? – powiedział, gdy stawiał przed nimi kubki z herbatą, którą zgodzili się przyjąć. – Ale pewnie go nie znacie, pracuje w Waszyngtonie.

- Jesteśmy z Chicago, proszę pana – wyjaśnił Dean biorąc kubek do ręki. Choć nie było specjalnie zimno, to i tak westchnął, gdy napił się ciepłej herbaty.

- No to go nie znacie – stwierdził ostatecznie, rozsiadając się w swoim fotelu. – Cieszę się, że przyjechaliście. Te zaginięcia wydają się nie być czymś skomplikowanym, ale kompletnie przez nie zgłupieliśmy. Nie wiemy gdzie szukać, a używaliśmy psów. Nic nie znalazły.

- Są jakieś ślady, cokolwiek, co mogłoby pomóc? – spytał Dean. Według akt nie było nic, ale może to były stare dokumenty sprzed kilku tygodni.

Komendant pokręcił głową.

- Nic. Dlatego was wezwaliśmy, może wam się uda coś znaleźć. – Mężczyzna podał Castielowi akta, bardziej dokładne niż te, które dał im Bobby.

- Wszystkie porwania miały miejsce w nocy – przeczytał anioł. – Czasami nawet z innymi domownikami w domu. Żadnych śladów włamania czy walki.

- To musi być profesjonalista – odezwał się komendant. – Tylko po co ich porywa, skoro nawet nie chce okupu?

- Świry są wszędzie – stwierdził Dean, odstawiając pusty do połowy kubek na biurko. – Może go to podnieca albo jest niezrównoważony. Tak czy inaczej, w końcu popełni błąd.

- Przez miesiąc go nie popełnił – zauważył komendant – co jak porwie kolejną osobę i znów nie zostawi śladów? Sąsiedzi porwanych już są zaniepokojeni, a gazety rozpisują się o tym codziennie.

- Znajdziemy tych ludzi, proszę się nie martwić. – Dean dopił szybko herbatę i wstał ze swojego miejsca. – Nie takie sprawy rozwiązywaliśmy.

- Wierzę wam. – Komendant również wstał i razem z Deanem uścisnęli sobie dłonie. – Powodzenia.

- Przyda się. Cas, idziemy.

Zaczytujący się do tej pory w aktach Castiel wstał wreszcie i również pożegnał się z komendantem.

- Wiesz co to może być? – zapytał Dean, gdy wyszli z budynku.

- Nie wiem. Musimy sprawdzić miejsce porwania, może potwór zostawił ślad niewidoczny dla ludzi.

- Dobry pomysł. – Dean otworzył teczkę z aktami i znalazł adres ostatniej ofiary, która zaginęła dwa dni temu. Nie zwrócił uwagę na imię i nazwisko dlatego trochę się zdziwił, gdy po zajechaniu na miejsce drzwi otworzyła im muzułmanka z hidżabem zakrywającym jej głowę i ramiona. Poza tym była ubrana normalnie, co jeszcze bardziej zbiło Deana z tropu.

- Tak? – zapytała ich kobieta, gdy żaden z nich się nie odezwał.

- Um… - Dean zapomniał języka w gębie i nawet nie pomyślał, by wyjąć swoją odznakę. Stał więc jak głupek z otwartym dziobem, nie mogąc wydusić z siebie słowa.

Na jego szczęście Castiel uratował go przed kompromitacją i sam załatwił wszystko, włącznie z pokazaniem odznaki.

- FBI, agenci Winchester i Novak. Pani jest Jakuta Malak?

- Panowie w sprawie zaginięcia mojej siostry?

- Tak, możemy zadać pani kilka pytań?

Jakuta wpuściła ich do środka i poprowadziła do salonu. Dean – dalej w szoku – oglądał dom nie rozumiejąc, czemu wygląda jak u przeciętnego Amerykanina. Zawsze mu się wydawało, że muzułmanie mieszkają inaczej, że ubierają się inaczej. Tymczasem wszystko wyglądało tutaj jak u nich w domu. Był nawet telewizor!

Kobieta posadziła ich na kanapie i tak jak komendant zaproponowała coś do picia, ale tym razem odmówili. Na stoliku przed nimi Dean zauważył zdjęcie Jakuty i jej siostry. Obie wygłupiały się, pozując do fotografii i wcale nie wyglądały na nieszczęśliwe jak to często pokazywali w telewizji, gdy mówiono niebezpieczeństwie jakie niesie ze sobą muzułmaństwo. Jakuta dosłownie przewróciła światopogląd Deana do góry nogami.

- Zafira zaginęła dwa dni temu w nocy – powiedziała dziewczyna, nie czekając na ich pytania. – Rano jak zawsze weszłam do jej pokoju, by ją obudzić, a jej nie było. Z początku myślałam, że już wstała i gdzieś wyszła, ale jej buty i kurtka były przy drzwiach. Od razu zawiadomiłam policję.

- Przyjęli zgłoszenie?

- Tak, bo to nie było pierwsze zaginięcie w tej okolicy – wyjaśniła roztrzęsionym głosem. – Obie słyszałyśmy o tych porwaniach, ale nie sądziłam, że nas też to spotka, zwłaszcza że po pierwszych trzech porwaniach zmieniłyśmy zamki na mocniejsze, włączyłyśmy nawet alarm.

- Nie włączył się w nocy? – spytał Castiel. W przeciwieństwie do Deana nie był w ogóle zaskoczony wyglądem kobiety i jej mieszkania. Nie wyglądał nawet na złego, że wyznaje nie tego Boga, co trzeba.

- Nie. Policja sprawdziła drzwi, okno, wszystko. Żaden zamek nie był wyłamany, po prostu został otwarty.

- Porywacz mógł posłużyć się wytrychem – zauważył Dean. – Niektórzy potrafią otworzyć nawet bardzo skomplikowane zamki.

- To samo powiedziała policja.

- Czy pani siostra miała jakiś wrogów, kogoś, kto mógł chcieć ją skrzywdzić?

- Jest kilka osób, które nienawidzą nas za naszą religię i twierdzą, że jesteśmy terrorystkami, ale do tej pory tylko gadali – wyjaśniła. – Myślą panowie, że to mogli być oni?

Dean wcale tak nie myślał. Gdyby chodziło tylko o nienawiść do muzułmanów, nie porwano by też innych osób, a z tego co zdążył zauważyć na zdjęciach, jedna osoba wyglądała jak mokry sen Hitlera, więc nie mogło chodzić o rasizm.

- Sprawdzamy wszystkie możliwości – wytłumaczył Castiel. – Czy możemy się rozejrzeć w pokoju pani siostry?

- Oczywiście, zaprowadzę panów.

Pokój Zafiry znajdował się na piętrze i również miał zamek w drzwiach, które Jakuta otworzyła kluczem, wpuszczając agentów do środka.

- Policja powiedziała, że porywacz wszedł przez okno – powiedziała im stojąc w progu, podczas gdy oni rozglądali się po pokoju.

Dean podszedł do okna i otworzył je, wyglądając na zewnątrz. Obok nie było żadnego drzewa, po którym porywacz mógł się wspiąć, ale miejsca na drabinę było dość. Nawet z tej wysokości Dean zauważył ślady w ziemi, jakie po niej pozostały. Mogli już na pewno wykluczyć ducha, który nie potrzebowałby drabiny do wspięcia się na górę. Wciąż jednak pozostawało sporo innych potworów, które mogły to zrobić. Tylko który potwór otwierał zamek zamiast go po prostu wyłamać?

- Nie słyszała pani nic podejrzanego? Nie zbudziły żadne hałasy? – zapytał Dean zamykając okno.

- Mam twardy sen – wyjaśniła i pociągnęła nosem. – Może gdyby nie to, to bym coś usłyszała.

- Proszę się nie obwiniać, ewidentnie mamy do czynienia z profesjonalistą. Jeśli nie chciał, by go usłyszano, to nie mogła pani nic zrobić.

Jego słowa niewiele dały, bo choć Jakuta pokiwała głową, dalej było widać, że się obwinia. Pewnie była starsza od Zafiry.

- Nie widzę nic podejrzanego – oznajmił Castiel, który przez cały ten czas badał każdy kawałek pokoju, szukając śladów istoty nadnaturalnej. Dean nie miał pewności, czy rzeczywiście nic nie znalazł, czy nie chciał tego powiedzieć przy kobiecie.

- Policja też nic nie znalazła – dodał. – Niedobrze. Musimy się rozejrzeć w innych miejscach. Dziękujemy, że nas pani wpuściła.

- Wszystko dla mojej siostry – odparła. Była już na skraju łez, dlatego Dean postanowił jej dalej nie denerwować ich obecnością. Razem z Castielem pożegnali się i ruszyli do kolejnego domu. Chcieli sprawdzić wszystkie, by na pewno czegoś nie przeoczyć.

- Znalazłeś jakiś ślad? – spytał partnera Dean, gdy znaleźli się w Impali.

- Nic. Albo ślad już zniknął albo nigdy go tam nie było. Wyczułem tylko obecność człowieka.

- Może w następnym będziemy mieli więcej szczęścia. Ślady pazurów, woreczek złego uroku, cokolwiek.

Dean nie lubił porwań, bo nigdy nie było wiadomo, czy porwana osoba jeszcze żyje, czy nie i czy szukając jej nie natkną się na zwłoki zamiast na żywego człowieka. To był dla rodziny wielki stres, zwłaszcza gdy porwany znikał na długo i nie było po nim żadnego śladu jak w tych przypadkach. Jakuta zapewne wierzyła jeszcze, że jej siostra się znajdzie, zaginęła dopiero dwa dni temu. Rodzina pierwszej porwanej osoby pewnie już straciła nadzieję, że policja odnajdzie ją żywą.

Współczuł tym ludziom, sam wiedział jak to jest, gdy bliska ci osoba znika i grozi jej niebezpieczeństwo. Wciąż pamiętał jak się bał, gdy Bobby powiedział o zaginięciu Sama. Na szczęście oni znaleźli go na czas. Mieszkańcy Norfolk mogli nie mieć tyle szczęścia.

Po przeszukaniu kolejnych domów i przepytaniu rodzin, Dean i Castiel w końcu znaleźli motel, w którym zamierzali spędzić noc. Weszli do swojego pokoju zawiedzeni, bo nie natrafili na nic. Nawet Castiel nie był w stanie znaleźć jakiegoś śladu, zupełnie jakby ofiary rozpłynęły się w powietrzu, a nie zostały porwane. Dean martwił się, że rzeczywiście będą musieli czekać na kolejne porwanie, które tym razem może przyniesie im jakiś ślad.

Tej nocy Dean spał w łóżku sam, bo Castiel przez całą noc stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz, tak jakby bał się, że porywacz wybierze sobie na ofiarę jednego z nich. Dean nie miał mu tego za złe, czuł się nawet bezpiecznie wiedząc, że anioł stoi na straży, ale skoro i tak nie musiał spać, to mógł pilnować go z łóżka.

Rano Deana obudził telefon, który na jego nieszczęście leżał zaraz na stoliku obok łóżka i był okropnie głośny. Z jękiem sięgnął po komórkę i odebrał, przedstawiając się zaspanym głosem.

- Agencie Winchester, mówi komendant Jefferson.

Na Deana podziałało to jak kubeł zimnej wody. Całkiem już przebudzony usiadł na łóżku i włączył w telefonie głośnik, by i Castiel mógł słyszeć.

- Coś się stało, komendancie? – zapytał szukając spodni, by w czasie rozmowy się ubrać.

- Porwano kolejną osobę. Tym razem sprawca zostawił wiadomość.

To było to, na to czekali. Co prawda nie była to pomyłka, ale i z takiej wiadomości mogli się wiele dowiedzieć przy odrobinie szczęścia.

- Jaka to wiadomość?

- Lepiej, żebyście sami zobaczyli – powiedział komendant. – Ja sam nie wiem, co o niej myśleć.

- Proszę podać adres, zaraz tam będziemy.

Po skończonej rozmowie Dean dokończył ubieranie się i razem z Castielem szybko popędzili na miejsce porwania.

- Może teraz coś wyczujesz – zasugerował aniołowi. – Ślad jest świeży.

- Nie nastawiaj się na to, Dean. Porywacz jest cwany, może się kryć przed moimi umiejętnościami.

- Więcej optymizmu, Cas. Przynajmniej w końcu coś mamy.

Na miejscu znajdowała się już policja i niewielki tłum zaniepokojonych gapiów. Dean zauważył wśród nich Jakutę, której dom znajdował się niedaleko. Dwie osoby wykłócały się o coś z policjantem, gdy Dean i Castiel przeszli obok. Zdołali wychwycić tylko pojedyncze słowa, ale najwyraźniej ludzie domagali się bezpieczeństwa. Mieszkańcy ginęli z dnia na dzień, a policja nic na to nie mogła poradzić chociaż komendant ewidentnie się starał.

Zrozpaczeni członkowie rodziny porwanej osoby stali przed domem i składali zeznania. Była to kobieta z dwójką dzieci, które nawet nie rozumiały, co się dzieje, były na to za małe. Instynkt w Deanie kazał mu do nich podejść i jakoś je pocieszyć, ale nie miał na to czasu. Zresztą na pewno wolałyby pocieszenie od matki niż obcego faceta.

- Komendant jest na górze – powiedział im jeden z policjantów, gdy tylko ich rozpoznał.

- Dzięki.

Szybko weszli po schodach i poszli do jedynego otwartego pokoju, z którego co i rusz wychodzili technicy z nieciekawymi minami. Pewnie znowu nic nie mogli znaleźć. Komendant też nie wyglądał na zadowolonego, gdy go zobaczyli, ale natychmiast się rozpromienił, gdy to on zobaczył ich.

- Dobrze, że panowie są. Czekaliśmy na waszą opinię.

- To jest ta wiadomość? – zapytał Dean.

- Tak.

- Jezu.

Na ścianie na wprost łóżka napisano krwią duży napis WIDZĘ CIĘ. Nigdzie indziej nie było ani kropelki krwi, porywacz bardzo uważał, by nie nabrudzić. Na pewno nie był to jakiś krwiożerczy potwór tylko rozumna istota. Ale komu chciała przekazać tę wiadomość? Ofierze? Jej rodzinie? Policji? Zamiast odpowiedzi, wiadomość dostarczyła tylko więcej pytań.

- Kto został porwany? – spytał Castiel.

- William Howard. Żona spała zaraz obok, porywacz dużo ryzykował.

- Sukinsyn bawi się z nami – stwierdził Dean. Nie potrafił znaleźć innego wytłumaczenia czemu miałby porywać mężczyznę, który spał zaraz obok swojej żony, skoro gdzieś indziej przyszłoby mu to łatwiej.

- Komendancie, czy może pan wyprowadzić stąd swoich ludzi? – poprosił Castiel.

- Po co? Jeszcze nie skończyli oględzin.

- Lepiej mi się myśli bez tego hałasu – wyjaśnił. – Tylko trzy minuty.

Komendant spojrzał na nich obu podejrzliwie.

- No dobra, ale tylko trzy minuty – zgodził się. – Wszyscy poza agentami wychodzą! – krzyknął i już po chwili sypialnia zaczęła pustoszeć. Gdy zostali w niej już tylko oni dwaj, Dean zamknął drzwi i podszedł do partnera.

- Co chcesz zrobić?

Castiel bez słowa podszedł do ściany i dotknął palcem krwawego napisu. Dean myślał, że chce sprawdzić, jak bardzo jest świeża, ale wtedy anioł włożył palec do ust i skosztował krwi.

- Ludzka – powiedział po chwili, mlaskając jakby właśnie zjadł coś przepysznego.

- Myślisz, że należy do ofiary?

- Tego nie mogę powiedzieć, nie badam DNA – wyjaśnił. – Ale to może stwierdzić policja, niech oni się tym zajmą.

- A my?

- Nic tu po nas. Nie wyczuwam obecność żadnej istoty nadprzyrodzonej, byli tu tylko ludzie.

- Szlag by to – przeklął Dean.

- Słyszę komendanta. Planuje kolejne poszukiwania z udziałem psów. Dołączymy do nich.

- Po co?

- Porywacz musi się gdzieś ukrywać. Może nie znajdą go psy, ale jeśli przebywa dość dużo w jednym miejscu, to ślad tam pozostał.

- Co jak nie?

- Myślę, że wtedy sam nas znajdzie. Dla kogoś tę wiadomość zostawił.

- Myślisz, że dla nas?

- Dopóki tu nie przyjechaliśmy, żadnych wiadomości nie było – zauważył Castiel.

Dean musiał się z nim zgodzić. Czyżby więc to wszystko było pułapką na nich obu? Może Asariel lub Abaddon postanowili się ich pozbyć. Ale wszystko trwało już od miesiąca, dużo dłużej niż oni siedzieli w sprawie masakr aniołów. Mieli jednak dość wrogów, by któryś chciał się zemścić. Stwórca Benny'ego mógł nie mieć wszystkich swoich dzieci w metrze, gdy je wybili, jeden z wampirów mógł zapragnąć zemsty. Ale czy czekałby na nią tak długo i zastawiał pułapkę w innym stanie? Zwłaszcza że nie mógł mieć pewności, czy to oni zostaną przydzieleni do tej sprawy, a nie ktoś inny. To nie miało żadnego sensu.

Do pokoju wszedł z powrotem komendant. Jego ludzie stali w progu i czekali na pozwolenie na kontynuowanie pracy.

- Dowiedzieliście się czegoś? – zapytał z nadzieją.

Dean nie bardzo wiedział, co mu odpowiedzieć, bo trop mieli, nawet jeśli niewielki i niezbyt pomocny. Nie mogli jednak powiedzieć, że porywacz prawdopodobnie zastawił na nich pułapkę, bo później mieliby problem z wyjaśnieniem wszystkiego, jeśli się go pozbędą i to prawdopodobnie bez pozostawienia żadnych śladów. To był minus polowania na potwory. Zabijali takiego i wyjeżdżali z miasta, a policja zostawała z nierozwiązaną sprawą, ustawały tylko morderstwa, ale tacy ludzie jak komendant jeszcze przez długi czas mieli nie wiedzieć, co tak naprawdę się stało.

- Mamy pewne podejrzenia – odparł w końcu Dean, ale niezbyt pewnie. Stary i doświadczony komendant od razu wyniuchał podstęp, o dziwo jednak nic nie powiedział. Pewnie dzięki synowi w FBI wiedział, jak agenci czasami pracują i że ukrywanie informacji przed policją to u nich nic nowego.

- Czy moi ludzie mogą wam jakoś pomóc? – zapytał.

- Nie, poradzimy sobie – odmówił od razu. – Chcielibyśmy jednak wziąć udział w poszukiwaniach z psami.

- Skąd wy to…

- Musimy już iść, mamy jeszcze coś do sprawdzenia.

Dean pociągnął Castiela za sobą i obaj opuścili dom, przed którym tłum gapiów nieco już zmalał, jednak dwie osoby dalej wykłócały się z pilnującym miejsca zbrodni policjantem. Rodziny zaginionego nie było nigdzie w pobliżu, ale Dean dostrzegł znowu Jakutę, rozmawiała z jakimś mężczyzną i była przy tym bardzo zapłakana. Oba te widoki sprawiły, że jeszcze bardziej zapragnął złapać potwora odpowiedzialnego za te porwania.

Ponieważ wciąż było wcześnie rano, Dean postanowił najpierw zjeść śniadanie nim zajmą się dalej sprawą. Miał nadzieję, że zdążą przed poszukiwaniami z udziałem psów.

Pojechali do małej knajpki w centrum miasta i zamówili sobie coś do jedzenia. Gdy kelner przyniósł już im posiłek i mieli pewność, że nikt nie będzie już im przeszkadzał, zaczęli rozmawiać.

- Jeśli masz rację i to dla nas była zostawiona ta wiadomość, to musimy sprawdzić, czy już wcześniej i w innych miejscach były takie przypadki – stwierdził Dean. Nie kojarzył, by czytał o takich porwaniach w gazecie, ale może po prostu czytał nie te gazety co trzeba. Poza tym, jeśli na miejsce były wysyłane inne osoby, porywacz może nawet nie zdążył się porządnie rozkręcić nim przenosił się w inne miejsce z nadzieją, że tym razem przyjadą właśnie oni.

- Jak chcesz to sprawdzić? – spytał Castiel zajadający się swoim śniadaniem. Jadł coraz więcej z każdym dniem i nawet od tego nie tył.

- W Internecie.

- Skąd będziesz wiedział, które porwania mogą mieć z tym związek, a które nie?

- Jeśli przeczytamy o tym, że wydarzyły się seriami, a sprawca nie zostawił śladów, to trafiliśmy. Ten ktoś musiał wiedzieć, że możemy nie zostać wysłani do pierwszej sprawy. Nie rozumiem nawet, kto chciałby coś od nas.

- Ja też nie – przyznał Castiel. – Myślałem, że to może Asariel, Abaaddon lub Crowley, ale…

- To za długo już trwa? – dokończył za niego.

Castiel przytaknął.

- Tak. Gdybyśmy wiedzieli, co to za potwór, byłoby łatwiej. – Anioł nagle spochmurniał i przestał jeść. – Przepraszam, że pomimo nowych mocy wciąż nie mogę wykryć wszystkich potworów.

- Hej, to nie twoja wina – pocieszył go od razu Dean. – Wampiry, wilkołaki, demony i duchy wystarczą, serio. I bez tego sobie poradzimy.

- Byłoby szybciej gdyby…

Dean nie pozwolił mu dokończyć. Wystarczyło, że anioł obwiniał się o atak na niego, nie potrzebny był mu kolejny powód, zwłaszcza że na obie rzeczy nie miał wpływu.

- Zamknij się – przerwał mu. – Już ci mówiłem nie raz, że to nic takiego. Ciągle mi powtarzasz, jaki jestem wspaniały, więc uwierz mi, gdy ja mówię tobie to samo, okej?

- Okej – odparł i uśmiechnął się delikatnie. – Dziękuję, Dean.

- Wybacz, jeśli to było trochę zbyt ostre, ale nie chcę się rozklejać w miejscu publicznym.

- W porządku.

- To dobrze. – Dean odetchnął głęboko i zrelaksowany rozsiadł się wygodniej na swoim miejscu. – Skończmy to jedzenie, bo zostało jeszcze trochę pracy.

Castiel przytaknął i wrócił do jedzenia. Pięć minut później jechali już Impalą do najbliższej biblioteki. To było jedyne miejsce z dostępem do Internetu, jakie kojarzył, niestety ich motel był go pozbawiony. Gdyby mieli ze sobą Sama, może on znalazłby wi-fi. Jakimś dziwnym sposobem potrafił znaleźć zasięg nawet na środku pieprzonej pustyni. Nawet po tylu latach Dean wciąż nie wiedział, jak on to robi. To pewnie przez to, że jest taki wysoki. Przyciąga wi-fi jak drzewa pioruny. Albo jest mutantem.

W bibliotece spędzili dwie godziny szukając różnych porwań z innych stanów. Znaleźli tego bardzo dużo, ale większość to były pojedyncze przypadki. Trafili jednak i na takie, które dotyczyły kilku porwań pod rząd. Najstarsze miało miejsce w marcu, gdy w Teksasie zaginęły cztery osoby. Wszystkie się jednak znalazły już po dwóch tygodniach. Nic im nie było, porywacz je karmił i przynosił wodę, były tylko przestraszone. Następne pięć porwań miało miejsce kwietniu. I tym razem porwani się znaleźli jednak nie dzięki policji. Sprawca sam wszystkich wypuścił. To szczególnie zaciekawiło Deana i gdy tylko o tym przeczytał od razu zadzwonił do Charlie, by dowiedzieć się, czy jacyś agenci zostali wysłani do tej sprawy. Okazało się, że nie, ale Dean nie zamierzał rezygnować. Choć nie wiedział, czy się to powiedzie, zadzwonił do Kevina, który co prawda wrócił do pracy, ale według Castiela był teraz pod ciągłą ochroną aniołów, podobnie jak jego matka.

- Dean?

- Możesz rozmawiać? – zapytał dzieciaka, gdy odebrał.

- Mam trzech sztywnych typków obok siebie, ale chyba tak.

- To nawet lepiej, możesz ich o coś spytać?

- Ale o co?

- Spytaj, czy w kwietniu jakiś anioł i człowiek zostali wysłani do porwań ludzi w Nowym Meksyku.

- Błagam, nie nazywaj ich tak – poprosił Kevin.

- Jak?

- Aniołami. Dopiero się o tym wszystkim dowiedziałem, nie bombarduj mnie tyloma informacjami na raz, stałem obok Lucyfera na litość boską, nie łatwo po tym nie zwariować.

- Dobra, przepraszam, a teraz zapytaj ich o to, o co prosiłem.

- Okej, okej. – Dean słyszał, jak Kevin rozmawia z aniołami, z czego jeden w pewnym momencie gdzieś odleciał, bo trzepot skrzydeł był dobrze słyszalny pomimo tego, że dzieciak zasłonił słuchawkę telefonu. Trwało to chwilę, ale anioł wrócił i przekazał Kevinowi wszystkie informacje. – Samson mówi, że jakiś Balthazar i jego partnerka się tym zajęli.

Gdyby nie wspomnienie Balthazara i Beli, więcej uwagi zwróciłby na anioła o imieniu Samson. Niestety teraz był zmuszony do skontaktowania się z tą dwójką, więc nie bardzo miał czas na inne sprawy, zwłaszcza tak błahe jak anielskie imię.

- Chryste, tylko nie oni – jęknął Dean czując, jak już skacze mu ciśnienie.

- Coś nie tak?

- Oh ty biedne, nieświadome niczego dziecko. Ciesz się, że ich nie poznałeś.

- Aż tak źle?

- Wolałbym przebywać z tym całym Samsonem – stwierdził.

- No nie wiem, za bardzo wziął sobie do serca biblijnego Samsona. Ma ciało jakiegoś kulturysty.

- Moje kondolencje.

- Dzięki. Pozostała dwójka jest jakaś przyjemniejsza, choć Hael czasem wygląda, jakby chciała mnie zabić. Ale Abner jest miły. Ciągle opowiada o Zeke'u.

- Czyli nie masz tak źle. – Jeśli ten cały Abner jest przyjacielem Gadreela, to Kevin jest w dobrych rękach.

- Wolałbym Castiela.

- Zapomnij, jest mój.

- Tak, zauważyłem. – Dean nie miał wątpliwości, że Kevin się uśmiecha. – Potrzebujesz czegoś jeszcze?

- W zasadzie tak.

Dean podał chłopakowi kolejne porwania z maja i czerwca. W obu przypadkach porwani zostali wypuszczeni mniej więcej w tym samym czasie, w którym w mieście pojawił się anioł i partnerujący mu człowiek. Ponieważ więcej porwań nigdy nie było, para wyjeżdżała, a uprowadzenia były kontynuowane gdzie indziej, aż w sierpniu doszły do Norfolk, gdzie pomimo przybycia Deana i Castiela do miasta, nie ustały.

Dla pewności skontaktowali się jeszcze z Belą i Balthazarem. Oboje bardzo wkurzyli Deana, nim podzielili się z nim czymś sensownym. Tak jak mówił Kevin, złodziejka i jej nadęty bufon także po przyjechaniu do miasta nie mieli już czego szukać, bo porwania się skończyły. Chociaż dalej nie wiedzieli, kto za tym stoi, przynajmniej mieli już pewność, że porywacz czekał właśnie na nich. No i się doczekał. Dean nie zamierzał jednak czekać, aż sam się ujawni być może porywając kolejną osobę. Całe szczęście porwani zawsze wracali cali i zdrowi.

Po podziękowaniu Beli i Balthazarowi, agenci opuścili bibliotekę i pojechali na komisariat, gdzie właśnie trwały przygotowania do poszukiwań.

- Właśnie miałem do panów dzwonić – powiedział komendant, który też szykował się do wyjazdu. – Macie jakieś ubranie do chodzenia w terenie?

- W samochodzie – odparł szybko Castiel. Dean spojrzał na niego dziwnie, bo wszystkie ciuchy zostały w motelu.

- No to przebierajcie się, zaraz ruszamy. Będziemy przeszukiwać brzegi rzeki Elkhom.

Castiel wyprowadził Deana na zewnątrz i nim ten zdążył przypomnieć, że ubrania zostały w pokoju, anioł zniknął i powrócił po kilku sekundach trzymając w dłoni torbę z ich rzeczami.

- Wolisz się przebrać w łazience, czy w samochodzie?

Dean z uśmiechem zabrał mu torbę i wrócił do komisariatu, by skorzystać z łazienki. Może i by się przebrał w samochodzie gdyby nie to, że mógł go ktoś zobaczyć, a zdecydowanie nie chciał, by policjanci wiedzieli jakie majtki miał dzisiaj na sobie.

Po kilku minutach wrócił już przebrany. Zamiast garnituru założył dżinsy i koszulkę, a na to służbową bluzę z napisem FBI z tyłu. Miał przeczucie, że szukanie potrwa do wieczora, a wtedy zrobi się nieprzyjemnie zimno.

Castiel się nie przebrał przez co policjanci dziwnie się mu przyglądali, ale anioł nie zwracał na to uwagi, był zbyt skupiony na Deanie, który tak rzadko nosił bluzy, że teraz nie mógł się napatrzeć.

Impala została na parkingu, wszyscy pojechali policyjnymi wozami terenowymi. Podróż nie trwała długo, zaledwie kilka minut. Komendant wydawał swoim ludziom rozkazy starając się jednocześnie przekrzyczeć szczekanie psów gończych. Gdy wszystko było już gotowe, policjanci ruszyli w teren, a Dean, Castiel i komendant za nimi. Jedna grupa przeszukiwała prawy, a druga lewy brzeg. Agenci znajdowali się na prawym, na którym według komendanta mieli większe szanse na znalezienie porwanych, choć nie bardzo potrafił wytłumaczyć czemu. Nazwał to przeczuciem.

Niestety przeczucie i poszukiwania na nic się zdały. Choć chodzili brzegiem rzeki cały dzień, zarówno w górę i w dół, to nie znaleźli nic. Psy nie pochwyciły żadnego tropu, choć wszystkie dostały polecenia szukania osoby, która zaginęła tej nocy.

Mniej więcej w połowie poszukiwań Dean i Castiel oddzielili się od policji i poszli szukać porwanych na własną rękę. Im też nie szło najlepiej, udało im się tylko zostać pogryzionymi przez komary, choć anioł w ogóle tego nie odczuwał.

Ściemniało się już, gdy telefon Deana zadzwonił.

- Agencie, mamy coś – powiedział jeden z policjantów. – Psy doprowadziły nas do jakiegoś domu, musicie tutaj przyjechać, gdzie jesteście?

Dean szybko podał im przybliżone położenie, a policjant powiedział im, w jaką stronę mają iść. Po kilku minutach szybkiego marszu dotarli we wskazane miejsce. Był to niewielki stary domek zbudowany pomiędzy drzewami. Gdyby go odnowić, wyglądałby nawet przyjemnie, ale nie to zwróciło uwagę Deana tylko brak policji. Spojrzał na Castiela, który myślał o tym samym co on.

Obaj wyciągnęli swoje bronie i ostrożnie weszli do środka. Podłoga skrzypiała pod ich butami, więc nie było mowy o zaskoczeniu porywacza. Zresztą sam ich tu doprowadził, chciał się z nimi spotkać.

- Byli tu ludzie – wyszeptał Castiel idąc przed Deanem.

- Dobre miejsce na kryjówkę – stwierdził Dean. – Czemu policja tego nie sprawdziła?

- Może sprawdziła, ale nic nie znalazła.

Partnerzy przeszukali dom kawałek po kawałku, ale nie znaleźli ani porwanych, ani porywacza. Tylko kurz i kilka starych mebli.

- Nie rozumiem – powiedział Dean, gdy wyszli na zewnątrz. – Po co nas tu ściągnął?

- Nie mam pojęcia. Anioł był równie skołowany, co on. – Może chciał nas odciągnąć od policji.

- Przecież i tak nie było nas z nimi – przypomniał mu, rozglądając się po okolicy. – Musieliśmy coś przeoczyć.

- Ale co?

Dean nie odpowiedział tylko zaczął okrążać dom. Castiel podążył za nim bez słowa.

- Że też wcześniej o tym nie pomyślałem – powiedział, gdy natknęli się na zejście do piwnicy.

Znów trzymając broń w pogotowiu, Dean otworzył klapę i odsunął się, oczekując ataku, który nie nastąpił.

- Wejdę pierwszy- zaoferował anioł i zaczął schodzić po schodach. Dean dołączył do niego na dole dopiero, gdy Castiel upewnił się, że jest tam bezpiecznie.

Piwnica była zadziwiająco czysta w porównaniu z resztą domu, kurz znajdował się tylko gdzieniegdzie w kącie. To było podejrzane, dlatego Dean miał się na baczności.

- Dean, zobacz – odezwał się Castiel podchodząc do małego notesu, który leżał na podłodze. Nie pasował kompletnie do reszty rzeczy, które leżały w piwnicy. Nie był wyczyszczony jak chociażby stolik stojący pod jedną ze ścian, on nigdy nie był zakurzony. Ktoś go tu położył.

Castiel podniósł go i zaczął oglądać z zewnątrz.

- Porywacz musiał go tu zostawić. Albo któraś z jego ofiar.

- To byłam ja.

Dean odwrócił się szybko za siebie, gdy usłyszał dochodzący stamtąd głos dziewczyny. Stała u szczytu schodów, mierząc do niego z pistoletu tak jak on do niej, ale nie patrzyła na niego, tylko na Castiela.

- Coś ty za jedna? – zapytał Dean, nie spuszczając dziewczyny z oczu. Miała siedemnaście, może osiemnaście lat, blond włosy i znajome, niebieskie oczy. Tak zwróciły one jego uwagę, że dopiero po chwili zauważył, że dziewczyna trzyma w drugiej dłoni zapalniczkę, którą nagle rzuciła w stronę Castiela.

Anioł cofnął się trwożnie, gdy wokół niego zapłonął okrąg ognia. Spojrzał na Deana z takim przerażeniem w oczach, że ten omal nie rzucił się, by gasić płomienie choćby i własnymi rękoma. Musiał jednak odwrócić wzrok od przestraszonego anioła, gdy dziewczyna zaczęła schodzić po schodach, wciąż mierząc do niego z broni. Nadgarstek dłoni, w której trzymała pistolet był zabandażowany i nieco pokrwawiony.

- Rzuć ją – rozkazała mu. Znowu miała coś w drugiej ręce, ale tym razem była to butelka po wodzie, ale coś mu mówiło, że w środku wcale wody nie było. – Rzuć ją albo go spalę!

By zademonstrować, że może to zrobić, chlusnęła zawartością butelki na ogień, który momentalnie stał się wyższy i zapłonął intensywniej.

Dean zabrał palec ze spustu i uniósł dłonie do góry, bo po chwili powoli położyć pistolet na podłodze. Wciąż miał w ukryciu ostrze, ale nie chciał atakować dzieciaka ani ryzykować tym, że rzeczywiście spali Castiela.

- Kopnij ją do mnie – poleciła, a on natychmiast wykonał polecenie. Musiał szybko opracować jakiś plan, by uratować siebie i anioła. Nie znał tej dziewczyny, ale dostrzegał w jej oczach nienawiść i satysfakcję, zwłaszcza gdy patrzyła na uwięzionego w ogniu Castiela, który nie mógł się uwolnić i tylko patrzył z nadzieją na Deana.

- Spokojnie – powiedział Dean, choć nie bardzo wiedział, czy mówi to do dziewczyny czy do anioła.

Dziewczyna jednak nie zwróciła na niego uwagi. Wciąż miała go na muszce, ale wyraźnie interesował ją tylko Castiel, podeszła nawet do niego bliżej; powoli, napawając się tą chwilą.

- Pamiętasz mnie? – zapytała.

Deana zaskoczyło to pytanie. Castiel niewielu miał znajomych, zwłaszcza wśród ludzi i to tak młodych. Dziewczyna musiała być więc aniołem, demonem lub jeszcze czymś innym. Inaczej nie potrafił wytłumaczyć, skąd Castiel mógłby ją znać.

- To jakiś anioł, czy…

- To człowiek – przerwał mu Castiel.

- Pytałam, czy mnie pamiętasz – odezwała się znowu dziewczyna.

Dean wstrzymał oddech, czekając na odpowiedź anioła, która nadeszła niemal natychmiast.

- Tak, pamiętam cię – powiedział ze smutkiem w głosie. – Witaj, Claire.

Claire. To imię kojarzył tak samo jak oczy dziewczyny, ale był teraz zbyt zestresowany, by o tym myśleć. Jako agent był wyszkolony w radzeniu sobie w takich przypadkach, ale żadne szkolenie nie przygotowało go na patrzenie na bliską mu osobę w takiej sytuacji.

- Kim ona jest? – zapytał.

Castiel nie odpowiedział, wpatrywał się tylko w dziewczynę, która zrobiła to za niego:

- Castiel odebrał mi ojca.

Wszystko stało się już dla Deana jasne. Nie mógł uwierzyć, że wcześniej się nie zorientował, kim jest ta dziewczyna. Córka Jimmy'ego Novaka, naczynia, które opętał Castiel na początku swojej misji na ziemi. Nic dziwnego, że Claire patrzyła na niego z taką nienawiścią. Choć Jimmy już nie był w tym ciele obecny, ona pewnie o tym nie wiedziała. A nawet jeśli, to nie zmieniało faktu, że jej rodzina nagle została rozbita przez anioła, który nic im nie wyjaśnił. Była też w tym wina samego Jimmy'ego, który bez wahania i także bez wyjaśnień, pozwolił się opętać i zniknął bez słowa wiedząc, że już nie wróci. Dla Claire winny był jednak tylko Castiel, który go do tego namówił, a teraz miała okazję się za to zemścić. Kto wie jak długo to wszystko planowało, może już nawet rok temu była na tropie Castiela i czekała na dogodną okazję. A teraz w końcu go schwytała i anioł był na jej łasce.

- Tata przez kilka tygodni zachowywał się dziwnie – mówiła dalej dziewczyna. Musiała odczuwać potrzebę wyrzucenia tego wszystkiego z siebie. Przez cały ten czas pewnie nie mogła się nikomu zwierzyć. – Mówił, że anioł z nim rozmawia, że jest błogosławiony. Zawsze był religijny, ale nigdy aż tak. A potem pewnego dnia zniknął bez słowa. I nigdy więcej go już z mamą nie widziałyśmy.

Dean spojrzał na Castiela, który ze wstydem opuścił głowę i nie patrzył już nawet na dziewczynę, która ze łzami w oczach kontynuowała:

- Nie wiedziałyśmy, co się stało. Zgłosiłyśmy zaginięcie na policję, ale po kilku dniach powiedzieli, że przerywają poszukiwania, bo tak im kazało FBI. Mama się załamała, ale ja postanowiłam odnaleźć ojca, ale zamiast znaleźć jego dowiedziałam się od jednego demona, że mój ojciec już nie żyje. Że jest teraz tylko kupą mięsa, którą porusza anioł.

- Powiedz, że nie sprzedałaś swojej duszy – poprosił Dean.

Claire spojrzała na niego.

- Proponował mi to. Byłam gotowa to zrobić, taka byłam zdesperowana, a jeden facet powiedział mi, że demon może dać mi wszystko. Więc poszłam na rozdroże, ale kiepski był z niego sprzedawca, bo wyjawił mi prawdę, a tylko tego potrzebowałam. Kiedy już wiedziałam, kto za tym stoi, chciałam sama go znaleźć. Nauczyłam się jak złapać anioła i jak go zabić, choć aż do teraz nie wiedziałam, czy to zadziała. Jak widać tak. Powiedz mi, Castiel, czy święty ogień cię zabije?

- Tak – odparł bez wahania. – Nie mogę też w żaden sposób z niego uciec.

- Idealnie. Zamierzam spalić cię na popiół i cieszyć się każdą chwilą – powiedziała z satysfakcją i zbliżyła się jeszcze bardziej do ognia. Dean był gotowy rzucić się na nią, bo obawiał się, że chce zabić Castiela już teraz, ale na szczęście nie zrobiła tego. – Potem będę polować na inne anioły. Żeby już nigdy nikt nie cierpiał tak jak ja przez stratę ukochanej osoby.

- Claire, przykro mi z powodu tego, co stało się z twoim ojcem. – Castiel po raz pierwszy zaczął się w końcu tłumaczyć, choć sądząc po determinacji dziewczyny na niewiele mu się to zda. Dean nie miał wątpliwości, że cokolwiek by anioł nie powiedział, Claire go nie posłucha, bo przemawiał do niej głosem ojca, którego przez niego straciła. Był na straconej pozycji. – Tłumaczyłem twojemu ojcu, że opętanie jest na stałe. Wiedział, na co się zgadza, do niczego go nie zmusiłem, nawet…

- Zamknij się! – krzyknęła, a po policzkach pociekły jej łzy. – Zabrałeś mi go! Wiedziałeś, że ma rodzinę, a i tak go zabrałeś i zniknąłeś bez śladu zostawiając nas z rozpaczą! Myślałyśmy, że nie żyje i nikt nie chciał nam pomóc. Zniszczyłeś nasze życie!

- Nie taki był mój zamiar.

- Ale zrobiłeś to. Nawet nie próbowałeś nam wytłumaczyć, co zaszło. Zamiast tego zniknąłeś i żyłeś sobie używając do tego ciała mojego ojca. Nie obchodziło cię, co on może czuć.

- Jimmy opuścił to ciało już na samym początku. Oddał mi je, a sam poszedł do nieba.

Claire go nie słuchała, kręciła głową za każdym razem, gdy się odzywał.

- Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – powiedziała. – Jesteś kłamcą i mordercą. Zabiłeś mi ojca. Teraz ja zabiję ciebie.

Castiel wyglądał na pogodzonego ze swoim losem. Przytaknął i zrezygnowany spojrzał ostatni raz na Deana, który w żadnym wypadku nie zamierzał tego tak zostawić. Nie straci anioła, nie pozwoli na to.

Nim Claire mogła się zdecydować, czy już to zakończyć, Dean przypomniał jej o swojej obecności.

- To ty porwałaś tych ludzi? – zapytał, choć znał odpowiedź na to pytanie, w końcu na miejscu porwań były tylko ślady ludzi. Chciał jednak obudzić w dziewczynie sumienie, by przemyślała to, co chce zrobić. Miał nadzieję, że dzięki temu uratuje Castiela.

- Ja – odpowiedziała, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. – Musiałam was jakoś tu ściągnąć. Próbowałam kilku sposobów, ale to porwania przyciągały największą uwagę. Przysyłali inne anioły, ale w końcu przysłali i was.

- Jak to się ma do twojego celu? Chcesz zapobiegać utracie bliskich takiej jak twoja, a sama do tego doprowadziłaś.

- W przeciwieństwie do tego mordercy ja wypuszczę tych ludzi – powiedziała. Była całkowicie przekonana o swojej niewinności.

- To i tak krzywdzi tych ludzi. Niektórzy już od miesiąca martwią się o swoich bliskich, nie wiedzą, czy jeszcze ich kiedyś zobaczą.

- Jak tylko zabiję jego, to ich wypuszczę.

Dean wiedział, że to nic nie daje. Claire była zbyt opętana rządzą zemsty, by go wysłuchać, by wysłuchać kogokolwiek. Musiał zmienić strategię albo chociaż grać na czas, dopóki nie wymyśli czegoś lepszego. Mógłby spróbować wyrwać jej broń, raczej nie była biegła w posługiwaniu się nią, a na pewno nie w takim stopniu jak on, ale podczas szamotaniny mogłaby w każdej chwili spalić Castiela. Musiał ją odsunąć od anioła albo zabrać jej butelkę.

- Posłuchaj – spróbował znowu. – Rozumiem, czemu to robisz.

- Nic nie rozumiesz – zaprzeczyła od razu.

- Rozumiem – upierał się. – Znam całą sytuację. Castiel postąpił źle, to fakt, nie powinien był zostawiać was bez wyjaśnień, ale on jeszcze wtedy nie rozumiał ludzkich uczuć, były mu obce. Nie zdawał sobie sprawy, że tak was tym zrani.

Dziewczyna wydawała się go słuchać, więc uznał to za dobry znak i kontynuował.

- Jimmy zgodził się na wszystko sam, nie był do niczego zmuszony. To nie rozgrzesza Castiela, ale on pamięta o twoim ojcu i zapewnił mu bezpieczeństwo w niebie. Jimmy jest tam szczęśliwy.

- A co z moim szczęściem?

- Nie myślał wtedy o tym, nie znał dobrze ludzkich uczuć. Wciąż się ich uczy i stara się je zrozumieć, by więcej nie popełnić takiego błędu.

Claire nie wyglądała na przekonaną jego argumentacją, Dean wiedział, że traci cenny czas, dlatego spróbował jeszcze raz poruszyć sumienie dziewczyny, ale tym razem nieco inaczej.

- Mówiłaś, że nie chcesz, by ktoś stracił ukochaną osobę i przeżywał to co ty – przypomniał jej znów. – Więc proszę, nie sprawiaj, bym i ja musiał to przeżywać.

Nigdy nie był tak bliski wyznania miłości Castielowi, jak teraz. W zasadzie to zrobił, użył tylko innych słów. Zaskoczył tym nawet samego anioła, który przyglądał mu się w zdumieniu, Dean nie miał jednak czasu, by odwzajemnić to spojrzenie. Wpatrywał się w Claire, która była o krok od wylania zawartości butelki na Castiela i spalenia go na popiół.

Czekał, tylko to mógł zrobić, teraz wszystko zależało od Claire i tego, jak zdecyduje. Nie tak to powinno wyglądać. Z nową mocą Castiel nie powinien być w takim niebezpieczeństwie, sam to powiedział. A jednak mógł teraz umrzeć i tylko Dean był w stanie mu pomóc.

Claire długo się namyślała, w pewnym momencie, gdy jej ręka drgnęła, Dean był nawet pewny, że Castiel zaraz zapłonie i to będzie koniec anioła. Dziewczyna odrzuciła jednak butelkę za siebie, z dala od ognia, gdzie cała zawartość wylała się na podłogę.

Dean i Castiel odetchnęli z ulgą.

- Dziękuję – powiedział anioł.

- Nie zrobiłam tego dla ciebie – wytłumaczyła wściekle. Była rozczarowana, że się nie zemściła. – Zrobiłam to dla niego.

Claire opuściła broń i odsunęła się, pozwalając Deanowi podejść. Ten natychmiast zabrał spod ściany stół i rzucił go na ogień. Castiel nie zwlekał z ucieczką z okręgu, przeszedł po stole i chwilę potem znalazł się w uścisku Deana, który sprawdzał, czy wszystko z nim w porządku.

- Nic ci nie jest? – spytał zmartwiony, dotykając twarzy anioła.

- Nie – zapewnił i pozwolił partnerowi na dotykanie.

Dean znowu odetchnął z ulgą, poczuł nawet w kącikach oczu łzy, ale żadna nie spłynęła po policzku.

- Myślałem, że cię stracę – wyznał i z przerażeniem odkrył, że się trzęsie. Musiał się uspokoić, to nie jego powinno się pocieszać w tej chwili.

- Jestem cały – powiedział znów anioł i uśmiechnął się, ale bez przekonania. – Uratowałeś mnie.

- Nie tak to miało być, sam to mówiłeś.

- Jak widać się myliłem.

Dean miał ochotę pocałować Castiela, ale Claire wciąż tu była, to byłoby nie w porządku, to było ciało jej ojca i w pewnym stopniu musiała na anioła patrzeć jak na rodziciela.

- Gdzie umieściłaś porwanych? – zapytał ją Dean, gdy skończył upewniać się, że Castiel jest cały i zdrowy. Zamierzał to jeszcze powtórzyć później, gdy wrócą do motelu.

Claire podała im adres i zaraz potem zostawiła ich obiecując, że jeśli jeszcze raz spotka Castiela, to tym razem go zabije.

Gdy tylko Claire odeszła, Dean i Castiel nie tracili czasu i udali się pod podany przez nią adres, by uwolnić porwanych. Po drodze zawiadomili komendanta, który wraz ze swoimi ludźmi również przybył na miejsce.

- Dobra robota, panowie – pochwalił ich, gdy policja i sanitariusze wyprowadzali porwanych z kolejnej piwnicy, w której zamknęła ich Claire. Dean nie mógł się nadziwić, jak jedna siedemnastolatka zdołała porwać tyle osób w tym dużo cięższych i silniejszych od niej mężczyzn. Czyżby jednak zawarła pakt i nie przyznała się do niego? Chciał ją znowu odnaleźć i o to zapytać, ale nie chciał ryzykować, zwłaszcza tak wcześniej po tym, jak przeszkodził jej w zemście.

- To nic takiego – zapewnił, obserwując wyprowadzanie ludzi.

- Zastanawia mnie jednak, kto był sprawcą. Nie widzieliście go?

- Nie – skłamał. – Nie było go tu, może uciekł przed nami, może go tu nie było, gdy przyszliśmy.

- Szkoda. Takich świrów trzeba łapać.

- Może następnym razem – stwierdził Dean i pożegnał się z komendantem.

Razem z Castielem wrócili do motelu, udając się najpierw na posterunek z jednym z policjantów, by odebrać Impalę. Dean ani na chwilę nie spuszczał Castiela z oczu. W tej piwnicy był tak śmiertelnie przerażony, myślał, że to już koniec jego pięknego snu i anioł zniknie z jego życia na zawsze krótko po tym, jak w nim zawitał. Nie był pewny, czy by to zniósł, to byłby cios, po którym mógłby się już nigdy nie podnieść. Nie odebrałby sobie życia, tak przynajmniej sądził, ale perspektywa dalszej egzystencji bez Castiela nie mieściła mu się w głowie, nie potrafił sobie tego wyobrazić. Anioł był jedną z najważniejszych osób w jego życiu. Utrata go pozostawiłaby w jego duszy ogromną, ziejącą pustką dziurę, której nic nie byłoby w stanie załatać. Czułby się zupełnie jak Claire, której po ojcu zostały tylko wspomnienia i ciało, które należało teraz do kogoś innego. Jemu pozostałoby tylko to pierwsze. Może dzięki temu ból byłby mniejszy.

Chociaż jutro czekał ich powrót do Chicago, Dean nie chciał się kłaść. Zamierzał całą noc spędzić na obserwowaniu Castiela, by być całkowicie pewnym, że już nic mu nie grozi, tak jak on robił to noc wcześniej.

Pierwsze co zrobili po powrocie do motelu to rozebranie się. Dean powoli zdjął z anioła ubrania i sprawdzał po kolei każdy kawałek jego ciała w poszukiwaniu zranień. Wiedział, że Castiel szybko się leczy, ale był zbyt zmartwiony, by się tym przejmować, a anioł mu na to wszystko pozwalał. Być może sam potrzebował zapewnienia, że nic mu nie jest.

W końcu gdy obaj byli już nadzy, Dean wprowadził ich pod prysznic i dokładnie umył, najwięcej uwagi poświęcając Castielowi. Dzięki temu obaj się uspokoili i w końcu cały stres opuścił ich ciała, pozostawiając tylko ulgę spowodowaną tym, że dalej żyli.

Po prysznicu obaj położyli się do łóżka i przez długi czas leżeli wtuleni w siebie. Żaden z nich nie wiedział, kto potrzebuje tego bardziej, ale byli bardziej niż chętni, by dać sobie nawzajem wsparcie.

Dean w pewnym momencie nie wytrzymał i w końcu pocałował anioła tak jak chciał to zrobić wcześniej. Castiel natychmiast odpowiedział na pocałunek, zarzucając mu nogę na biodro i przyciągając go jak najbliżej. Całowali się bardzo niezdarnie i z desperacją, jakby jednak zaraz któryś z nich miał zniknąć na zawsze. Dean znowu poczuł łzy, ale tak jak wcześniej teraz też nie spadły, choć trochę na to liczył. Płacz ponoć działał oczyszczająco, ale choć się zmuszał, nie rozpłakał się tylko dalej całował Castiela, dopóki nie zabrakło mu tchu.

- Prawie zginąłeś – wyszeptał spoglądając w zamglone oczy anioła.

- Wiem.

- Nie rób tego więcej – poprosił łamiącym się głosem.

Castiel znów go pocałował, składając mu tym niemą obietnicę, by zaraz potem potwierdzić ją słowami:

- Spróbuję – wychrypiał. – Przysięgam.

- Nie masz próbować, masz do tego nie dopuścić.

- Dobrze wiesz, że tak się nie da.

Wiedział, nawet aż za dobrze, dlatego tak go to wkurzało i dlatego przez cały czas będzie się obawiał powtórki dzisiejszego dnia.

Znów leżeli w ciszy w swoich objęciach. Dean zamknął oczy, ale nie zasypiał, po prostu chciał się lepiej skupić na cieple ciała anioła i jego zapachu. Z zamkniętymi oczami mógł sobie lepiej wyobrażać, że nic dzisiaj się nie wydarzyło i dalej znajdują się w swoim własnym łóżku.

Wszystko to jednak prysło, gdy Castiel znów się odezwał.

- Nie miałem pojęcia, że tak skrzywdziłem rodzinę Jimmy'ego – przyznał. Dean otworzył oczy i obserwował go, ale pozwolił mu dalej mówić, bo wiedział, że to nie koniec. – Gdy przejmowałem jego ciało, byłem pewny, że oddaję mu tym przysługę. Ludzie podziwiają i szanują anioły, to dla nich jak błogosławieństwo. Nie sądziłem, że Claire inaczej to odbierze.

- Jimmy wiedział, na co się pisze – powiedział mu Dean, powtarzając słowa nie tylko swoje, ale i Castiela.

- To mnie nie usprawiedliwia.

- Może i nie. – Dean czuł pod palcami, jak napięte jest ramię anioła. – Przynajmniej nie całkowicie. Cas, zrobiłeś co zrobiłeś, odebrałeś rodzinie ojca, ale upewniłeś się też, że ten ojciec nie będzie cierpiał. Mogłeś postąpić lepiej, ale teraz to już nie ma znaczenia. Najważniejsze, że rozumiesz swój błąd i go żałujesz.

- Claire mi nie wybaczyła.

- Czegoś takiego łatwo się nie wybacza. Nie w tak krótkim czasie. – Dean położył dłoń na policzku anioła i pogładził go kciukiem. – Jesteś dobrym aniołem, Cas. Popełniasz błędy, ale starasz się je naprawić.

- Nic nie zrobiłem w związku z Claire – zauważył.

- Jeszcze nie jest za późno. – Pocałował Castiela, ale tym razem delikatniej niż ostatnio. – Teraz nie będzie chciała cię słuchać, ale kiedyś… Kiedyś możesz spróbować. Może nawet już coś naprawiłeś, opowiadając jej swój punkt widzenia. Claire po prostu nie jest jeszcze gotowa na wybaczenie.

- Tu nawet nie chodzi o moje sumienie – wyznał anioł. – Chcę tylko, żeby odczuwała spokój tak jak jej ojciec.

- Daj jej czas. W końcu go odczuje.

- Wydajesz się być tego bardzo pewny.

- Cas, zrezygnowała z zemsty, to coś znaczy. Zrobiła to, bo zrozumiała, że zrobi to samo, co stało się jej. Że skrzywdzi tym drugą osobę, a nie o to jej cały czas chodziło. Może wystarczy jej satysfakcja z faktu, że cię zraniła i skłoniła do przemyśleń. Może przez cały ten czas chciała po prostu spotkać tego, kto odebrał jej ojca. Bez różnicy, bo najważniejsze jest, że zrezygnowała z zemsty. Będzie z nią dobrze, ludzie są silni. Musi to tylko przemyśleć.

- Nie pociesza mnie to zbytnio.

- W porządku. Ty też potrzebujesz czasu i przemyśleń.

Castiel przytaknął i zamknął oczy nim wtulił się w pierś Deana. Przypominał teraz małe zagubione dziecko. A on zamierzał pomóc mu się odnaleźć.