Ze względu na niezależne od nas okoliczności, jak i skąpą ilość komentarzy postanawiamy wstrzymać się z publikacją następnych części Inkuba i Smoka do stycznia
Cz.14.
Potter miał mało czasu i dobrze o tym wiedział. Cokolwiek zaplanował dla niego Tom, nie mógł oczekiwać łagodnego traktowania.
Co za myśl. Muszę pokonać to cholerne zaklęcie!
Półleżał przy ścianie, nie mogąc wykonać absolutnie żadnego ruchu. Unieruchomiony, zupełnie nieznanym mu zaklęciem, starał się je pochłonąć, ale nie udawało mu się to nawet po dłuższym skupieniu, co było czymś naprawdę niezwykłym. Dotąd żadna magia nie opierała się jego woli.
Voldemort nic nie robił, tylko usiadł na swoim zwyczajnym miejscu i chyba na coś czekał, obserwując go chłodnym wzrokiem. W długich palcach obracał różdżkę i milczał. Wzrokiem przewiercał go na wylot, sprawiając, że Harry nie mógł powstrzymać wzdrygnięcia. Tak samo patrzył na niego tamtego wieczora.
==WSPOMNIENIE==
Ból był wszędzie, w każdym kawałku jego ciała, ale mimo to nadal nie potrafił się poddać. Coś mu nie pozwalało. Początkowo tylko czary go raniły i kryjąc swój lęk tak głęboko, jak tylko potrafił, oczekiwał na to, co spotykało nieszczęsne ofiary śmierciożerców, niezależnie od tego czy były czarodziejami, czy mugolami. Wiedział, że wkrótce znudzą im się słabe klątwy i zostaną użyte te dużo bardziej widowiskowe, a co za tym idzie jeszcze boleśniejsze.
Muszę się przygotować… Za chwilę do tego dojdzie.
I doszło. Bolało strasznie, ale nawet wtedy nie dał oprawcom satysfakcji i tylko cicho pojękiwał przy boleśniejszych ranach. Nie chcąc krzyczeć, zagryzał wargi. Do krwi.
Coś się nagle stało. Niewiele pamiętał z tamtego momentu, ale Tom zaczął krzyczeć, a on sam poczuł czyjeś ręce na swoich poranionych plecach i usłyszał ponaglanie do biegu. Potem szarpnięcie w okolicy pępka i coś miękkiego pod, nagimi już od jakiegoś czasu, stopami.
Czyjś cichy, spokojny głos. Dziwnie znajomy, ale wtedy nie potrafił przypisać go do nikogo. Ciepło i błogość, gdy czuł bliskość tej osoby.
— Potter, otwórz oczy, bo nie wiem, czy mam cię leczyć, czy przygotowywać trumnę.
Tego specyficznego warkotu nie mógł pomylić. Głos wyraźnie należał do Snape'a.
Uchylił powieki i natychmiast je zamknął. Widok poranionego profesora zabolał go bardziej niż jego własne rany, choć podejrzewał, że sam jest w o wiele gorszym stanie, skoro on leżał, a mężczyzna stał.
Nabrał powoli powietrza i wypuścił go z cichym westchnięciem, którym zastąpił jęk bólu. Ponownie otworzył oczy.
— Profesorze…
— Trochę ci to zajęło, Potter.
Czy ten człowiek nie może chociaż na chwilę przestać?
— Jest pan paskudny — mruknął i spróbował się podnieść.
Podłoga, nawet jeśli osłonięta miękkim dywanem, była zimna.
— Dla ciebie mogę być najgorszą paskudą, ale nie życzę sobie… — Nie dokończył, opadając na kolana tuż obok chłopaka.
Przez kilka sekund Harry patrzył na mistrza eliksirów, nie bardzo mogąc pojąć zaćmionym bólem umysłem, co się dzieje.
— Eee? Profesorze? — zapytał, lekko nim potrząsając, ale ten tylko mruknął niewyraźnie, próbując wstać, niestety bez widocznych efektów.
A potem Snape stracił przytomność, lądując na jego piersi i przygniatając go ponownie do dywanu, pomimo, że przed momentem sam zdołał unieść się tylko na łokciach.
Harry zamknął oczy, ale zaraz je otworzył, chyba tylko siłą woli zachowując świadomość. Był przerażająco zmęczony i obolały, nie potrafił jednak zostawić drugiej osoby bez jakiejkolwiek pomocy. Jednak nie był w stanie się poruszyć. Starając się jednocześnie nie stracić samemu przytomności, zastanawiał się, co teraz powinien zrobić. Nie miał przy sobie różdżki, więc nawet najprostszy czar był poza jego możliwościami.
Pozostawało mu tylko jedno, czekać aż Snape odzyska przytomność. Nie wiedząc, skąd przyszło mu coś tak dziwnego do głowy, zaczął głaskać mężczyznę po plecach. W tej samej chwili poczuł mrowienie pod palcami i odpowiedział na nie własną magią, dziwiąc się samemu sobie, co on właściwie robi.
Jednocześnie przez jego głowę przelatywało tysiące myśli, które nie dawały mu spokoju.
Co się stało? Jak to się stało, że w jednej chwili stanąłem przed obliczem Voldemorta? To nie był świstoklik…
Po raz kolejny próbował ocucić Snape'a, albo chociaż ostrożnie zepchnąć go z siebie, jednak szybko się okazało, że nie ma tyle sił, aby to zrobić.
Nie rozumiał, co się działo, ale na pewno nie miał urojeń i wyraźnie widział delikatne smugi magii otaczające ich obu i wnikające w mistrza eliksirów.
Czyja to magia?
Odgarnął dłuższe włosy, spadające w bezładzie na bladą, posiniaczoną twarz mężczyzny i ujął ją ostrożnie. Nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek znajdzie się w sytuacji takiej, jak ta. Oblał się rumieńcem, gdy pomyślał, co by się stało, gdyby któryś z jego przyjaciół, lub co gorsza Malfoy się o tym dowiedział; niesmacznym aluzjom nie byłoby końca. Nie chciał, by do tego doszło… Za żadne skarby świata.
== KONIEC WSPOMNIENIA==
Jego rozmyślania przerwało czyjeś wejście do sali, w której się znajdował wraz z Voldemortem. Harry nie znosił takich sytuacji, jak ta. Zawsze to, co miało być stosunkowo proste, okazywało się prawie niemożliwe. Gdy rozpoznał osobę, zadrżał i przełknął głośno. Rudolf.
— Panie, wzywałeś mnie?
— Oczywiście, że tak. Inaczej nie pozwoliłbym ci tu wejść.
Mężczyzna natychmiast skulił się w sobie. Po raz pierwszy Harry zobaczył u tego człowieka strach.
Nienawidzę komplikacji, a tu jak na złość kolejna się nadarzyła, pomyślał załamany, domyślając się, że teraz będzie już tylko gorzej.
Nie pomylił się. Riddle dokładnie i szczegółowo opisał Lestrange'owi, co ten ma zrobić z Potterem. Sam nie miał zamiaru brudzić sobie rąk. Z każdym słowem Harry bladł coraz bardziej. Jeśli nie zrobi czegoś szybko, to zostanie potraktowany dużo okrutniej niż podczas najgorszych zachcianek Rudolfa.
Mistrz eliksirów przeczesał włosy i zamknął na moment oczy. Wspomnienia z tamtego przełomowego wieczoru budziły w nim sprzeczne emocje, które wciąż walczyły ze sobą o przywództwo. Im dłużej myślał o tym, gdzie jest durny demon i co go może spotkać z rąk Voldemorta, tym bardziej do jego umysłu wkradał się niemal paniczny strach.
Ten cholerny bachor za wszelką cenę chce mnie wpędzić do grobu. Cały Potter, nie ma co!
A on nigdy nie umiał sobie radzić z lękiem i to tak uzasadnionym, jak w tym przypadku. Zazwyczaj maskował go i ukrywał pod złością czy gniewem.
Czy ten kretyn nie mógł choć raz użyć swojego rozumu? Mało mu było tego, co przeszedł w ciągu ostatnich tygodni?!
W Severusie aż się zagotowało. Z jego gardła wydostał się głęboki, nieco zachrypnięty, wściekły pomruk.
==WSPOMNIENIE==
Severus powoli otworzył oczy. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, gdzie jest, ale natychmiast sobie przypomniał, gdy pierwsza fala słabego bólu targnęła jego ciałem. Uniósł się na rękach, ze zdziwieniem dostrzegając, że leżał na Potterze i ten nie wyglądał na jakoś specjalnie niezadowolonego tą sytuacją.
— Potter.
— Tak? — odmruknął cicho Gryfon.
Za cicho.
Chłopak był ciężko ranny, a on co robi?
Czuł się dziwnie dobrze jak na stan, w którym znajdował się po opuszczeniu gościnnych sal Czarnego Pana.
— Lepiej się pan czuje? Nie mogłem bardziej panu pomóc. Jestem zbyt zmęczony.
Pomóc? O czym ten dzieciak mówi? Majaczy?
Pochylił się nad nim i dotknął jego czoła. Potter przymknął oczy, oddychając słabo. Jego stan był krytyczny i musiał podać mu jak najszybciej eliksiry.
Szybko skierował się w stronę szafki, w której trzymał najpotrzebniejsze mikstury właśnie na takie wypadki, choć raczej dla niego, a nie dla ucznia uratowanego z łap śmierciożerców. Na dodatek Pottera.
Przygotował na tacy najbardziej potrzebne w tym momencie mikstury, jednocześnie przywołując swoją zapasową różdżkę. Jego własna pewnie nadal leżała gdzieś u podstawy podium, w domu Riddle'a. Wysłał patronusa do Pomfrey, bo nie czuł się na siłach, żeby samemu opatrywać rany Gryfona. Nadal nie wiedział, dlaczego i tak ma się lepiej, choć przeszedł bardzo podobną serię co bachor. Spojrzał na nastolatka, który leżał u jego stóp, zauważając cienką strużkę krwi, spływającą z czoła.
— Potter! — Pochylił się i w miarę delikatnie potrząsnął chłopakiem. — Słyszysz mnie?
Niestety nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Westchnął cierpiętniczo i mamrocząc jadowite komentarze, odłożył tacę na niewielki stolik, zastanawiając się co robić dalej. Teoretycznie nie powinien ruszać bachora, ale nie miał zamiaru poić go eliksirami, klęcząc na dywanie. Prychnął gniewnie, podejmując szybką decyzję.
Powoli i ostrożnie podniósł Pottera i ułożył go na kanapie. Zaniepokoił go fakt, że bez najmniejszego problemu uniósł ciało chłopaka. Niektóre jego kociołki były cięższe.
Severus usiadł tuż obok i sięgnął po jedną z niewielkich buteleczek. Nie widząc żadnej reakcji ze strony swojego ucznia, wiedział, że będzie musiał sam mu wlać zawartość ich wszystkich do gardła.
Co za ironia, Czarny Pan dręczył go dłużej niż Złotego Chłopca, ale właśnie on ledwie odczuwał skutki tego, czym zostali potraktowani.
Natomiast smarkacz sprawiał wrażenie, jakby nic już do niego nie docierało. Brak jakiegokolwiek kontaktu, zbyt wolny, płytki oddech i widoczna utrata ciepłoty ciała w połączeniu z efektami rozmaitych zaklęć torturujących, to wszystko sprawiało, że Severus zaczynał się martwić, gdy po podaniu eliksirów stan chłopaka niewiele się zmienił.
Gdzie ta cholerna kobieta?!
Nie mogąc się doczekać Poppy, przywołał do siebie niewielką torbę, w której trzymał podręczne środki dezynfekujące i opatrunki.
Ostrożnie rzucił zaklęcie diagnostyczne. Nie wiedział, jak to możliwe, że posługując się magią w tym stanie, funkcjonował jeszcze i to całkiem normalnie. To było bardzo dziwne.
Niemniej analizując wyniki Pottera, natychmiast przestał o tym myśleć. Przez chwilę był pewien, że się pomylił, choć z drugiej strony wiedział, że to niemożliwe. Nigdy mu się to nie zdarzało.
==KONIEC WSPOMNIENIA==
Severus wiedział, albo raczej domyślał się, co teraz dzieje się z młodym. Nie przypuszczał nawet, żeby udał się którykolwiek z pomysłów Pottera. Pewnie jest właśnie zamykany w podziemiach, a potem zostanie pokazany innym zwolennikom. Czarny Pan musi ukazać przecież swoją wielkość.
Chociaż minęło kilka lat, odkąd odsunął się od świata magii, tego akurat nie dało się zapomnieć. Musiał zacząć działać, ale w jego obecnym stanie dotarcie do łazienki było wysiłkiem godnym maratończyka.
Ponownie warknął i przywołał skrzata. Pojenie się eliksirami wzmacniającymi nie było najlepszym wyjściem, ale w tej chwili każdy sposób na odzyskanie sił był dobry.
Wychylił zawartość niewielkiej fiolki, nieznacznie się krzywiąc, jednak w krótkim czasie poczuł przypływ energii i sił. Smok zerknął na pogrążonego we śnie Draco, potrząsając głową. Młodemu czarodziejowi z pewnością nie spodoba się fakt, że już wkrótce zostanie obudzony i po szybkim posiłku, będą musieli jak najprędzej wymyślić sposób dotarcia do demona i uwolnienia go. Nie mogli czekać. Severus pamiętał, że Tom bywał nieprzewidywalny w swoich decyzjach dotyczących przetrzymywanych jeńców. Niektórym pozwalał dosłownie gnić w lochach, choć najczęściej nieszczęśnicy byli męczeni długie godziny przez Jego sługi. Zerknął na niewielki zegar, stojący na szafce nocnej i zacisnął zęby, walcząc z wybuchem wściekłości. Domyślał się, że Potter opuścił Snape Manor dobrych kilka godzin temu, jeśli wskazania barier ochronnych nie zostały zmanipulowane. Przypuszczał jednak, że inkub właśnie to mógł zrobić.
Czas zdecydowanie działał na ich niekorzyść. Nawet nie chciał się domyślać, w jakim stanie znajduje się teraz Potter. I choć jakaś mściwa część jego umysłu pragnęła ukarać młodego, to na pewno nie tak i nie rękami śmierciożerców.
Potter już nie krzyczał. Nie miał na to ani sił, ani pełnej świadomości. Z trudem łapał powietrze. Oszołomiony złowrogą magią dwóch czarodziejów i utratą sporej ilości krwi, ledwo wiedział, co się koło niego dzieje. Jednak jedno nie uległo zmianie: potworny ból nie zmniejszył się ani trochę. Nie miał pojęcia, co go jeszcze czeka, ale jedno było pewne; to, jak traktował go śmierciożerca na polecenie Voldemorta, przechodziło jego najgorsze koszmary. A to, co dane mu było zobaczyć w wizjach, zdawało się być łagodne i niewinne.
Mam już dosyć. Zwyczajnie dosyć, pomyślał.
Nie mógł, nie potrafił ruszyć palcem, by nie wywoływać wściekłego palenia, szarpania gdzieś wewnątrz ciała. Pozostawała mu jedna rzecz, której zarówno jego oprawca, jak i Voldemort nie mogli przewidzieć. Resztką sił skoncentrował się i w pewnym momencie to się stało.
Uwolnił swoją magię.
Wszystko wokół utonęło w oślepiającym blasku i do Harry'ego dotarł odległy dźwięk upadających ciał. Światło zgęstniało i otuliło go. Zamknął oczy.
**
Snape potrząsnął głową. Nie potrafił powstrzymać narastającego niepokoju. W głowie pojawiały mu się coraz czarniejsze myśli, których nijak nie potrafił od siebie odsunąć. Jednocześnie czuł, że powstrzymywana przez dłuższy czas smocza natura powoli zaczyna przejmować kontrolę nad ludzką częścią jego świadomości.
Emocje w nim buzowały i nie dawały się już zdusić. Gniew, lęk i determinacja były najsilniejsze z nich.
W pewnym momencie, kiedy skrzat, któremu nakazał przygotowanie pożywnego, ale niezbyt obfitego śniadania, znikł, Severus drgnął niespokojnie. Coś go dotknęło do żywego, przeniknęło na wskroś. Magia. I ten niezwykle znajomy aromat… Ułamek sekundy później omal nie wrzasnął, bezbłędnie identyfikując źródło tej nęcąco pachnącej energii.
Potter!
Wiedział, gdzie młody jest. Nie bardzo to rozumiał, ale znał dokładnie miejsce, w którym tamten się znajdował. Coś go pchało, wręcz czuł wewnętrzny nakaz, by natychmiast się tam udać. Nie miał jednak zamiaru ruszyć nieprzygotowany w nieznane miejsce, nawet pomimo naglącego go drugiego głosu. Smok był coraz bardziej niecierpliwy.
— Przestań! — warknął sam do siebie i ku jego zdziwieniu ponaglenie osłabło. Nie zniknęło, tylko siła nacisku na jego ludzką część świadomości nieznacznie zmalała.
Szybko ruszył do pokoju, w którym trzymał swój „arsenał". Pozostałości po latach obracania się zarówno wśród śmierciożerców, jak i członkostwie w Zakonie. Parsknął, przypominając sobie krótką, lecz niezwykle znaczącą rozmowę z Dumbledore'em na krótko po ich powrocie od Czarnego Pana tamtego dnia. Starzec natychmiast zauważył w nich zmianę, której on jeszcze nie dostrzegał.
==WSPOMNIENIE==
— Severusie, co to ma znaczyć? — Po raz pierwszy Snape usłyszał tak ostry ton starszego czarodzieja i nie rozumiał wtedy, czemu nieukrywana niechęć była skierowana do niego. Przecież przeżył i wrócił. Z trudem, ale jednak.
To, że dyrektor wszedł do jego komnat razem z wezwaną pielęgniarką nie było niczym niezwykłym. Mistrz eliksirów domyślał się, że kobieta musiała powiadomić Albusa o powrocie Severusa.
— Udało nam się uciec z rąk Czarnego Pana. Niestety, moja podwójna rola została odkryta — streścił szybko i po krótkiej chwili ciszy dodał: — Chłopak potrzebuje pomocy, Poppy.
— Nam? Chłopak? — zdziwiła się czarownica, rozglądając po komnatach.
— Potter — burknął i ruchem dłoni wskazał smarkacza leżącego na kanapie. — Nie bardzo rozumiem, skąd się nagle wziął wśród śmierciożerców, ale zajęli się nim nadzwyczaj troskliwie. Nie mogę go ocucić. Jest słaby i to bardzo. Jakby ktoś wyssał z niego całą magię.
Pielęgniarka już rzucała zaklęcia diagnostyczne i wkrótce zacmokała niezadowolona z wyników.
— Masz rację, Jego zasoby magiczne wykazują niemal krytyczną utratę energii. Eliksir pieprz…
— Poppy, zostaw nas samych — odezwał się nagle dyrektor, a jego głos brzmiał wyjątkowo chłodno.
— Albusie, chłopiec…
— Wyjdź!
Coś tu się nie zgadzało Severusowi. Dotąd Potter był oczkiem w głowie dyrektora, a teraz starzec odsyłał pielęgniarkę, choć życie Złotego Chłopca było zagrożone.
— Potter jest teraz pod twoją opieką. Jego rzeczy zostaną natychmiast przeniesione do twoich komnat. Tym samym Harry Potter traci status ucznia Gryffindoru.
— Albusie…
— Skoro obaj jesteście magicznymi kreaturami, ty, jako mocniejsza z nich, masz obowiązek się nim zaopiekować. Inaczej wyrzucę go z Hogwartu.
— Kreaturami? — W ustach Dumbledore'a zabrzmiało to wręcz jak obelga.
— Myślisz, że nikt nie zna waszej prawdziwej natury i pochodzenia? Grubo się mylisz. Zawsze podejrzewałem, że coś jest nie tak. Zawsze byliście aż nadto niezwykli, nawet jak na normy naszego świata. Żaden normalny czarodziej nie przeżyje zaklęcia uśmiercającego, a Potter właśnie tego dokonał. Z tobą było nieco inaczej, ale ty też zawsze byłeś wyjątkowy. — Dumbledore wycedził to słowo niemal przez zaciśnięte zęby. — Nigdy nie mogłem odczytać twoich myśli, choć poza tobą nie ma człowieka, który by potrafił ochronić swój umysł przede mną. Teraz przynajmniej wiem, czym jesteście, wynaturzonymi kreaturami.
I wyszedł, a Severus dłuższą chwilę stał oszołomiony.
Magiczne kreatury?! Wynaturzone?
==KONIEC WSPOMNIENIA==
Od tamtej rozmowy jego kontakt ze starcem podczas zebrań grona nauczycielskiego, bądź członków Zakonu, polegał jedynie na lodowatej uprzejmości nieznoszących się wzajemnie osób. Sam się musiał zorientować, jakimi stworzeniami magicznym są i co to znaczy dla niego oraz mieszkającego w jego kwaterach Pottera.
W porównaniu z obecną sytuacją, tamte problemy wydawały się po prostu drobnymi, łatwymi do pokonania, przeszkodami.
