I oto nastał kres. Przed Wami ostatni już rozdział "Podwójnej gry". Po jego lekturze pozostanie ewentualnie epilog, który co prawda nie wniesie już wiele nowego, ale może dopowie to i owo. Ogromnie dziękuję za wszystkie komentarze i słowa zachęty od czytelników oraz za niestrudzoną pomoc moich bet. Dziękuję, że byliście tu ze mną:) Miłego czytania!
ROZDZIAŁ XIV
Harry musiał kilkakrotnie przeczytać krótką notatkę, żeby dotarło do niego, co tak naprawdę ona oznacza. Cholerny Resminstack! Obiecał mu, że będzie go o wszystkim informował! Nie żeby Harry nie odczuł swoistej ulgi, na wieść o Lestrenge'u. Aczkolwiek podejrzewał, że dopóki nie ujrzy go na własne oczy zamkniętego w azkabańskiej celi, i tak nie będzie przekonany, co do wartości tych informacji. Nie po tych wszystkich politycznych kłamstewkach, w których od dawna specjalizowało się Ministerstwo.
Ubrał się pośpiesznie i po upewnieniu, że Ron i Hermiona nadal śpią, zostawił im na kuchennym stole krótki liścik, co się stało i dokąd się wybiera. Zamierzał powiedzieć Resminstackowi kilka słów na temat, co sądzi o wiarygodności szefa Biura Aurorów. Piętnaście minut później siedział już pod jego biurem, czekając, aż sekretarka pozwoli mu wejść do środka.
— Panie Potter, pan Resminstack zaprasza do środka. — Skinęła na niego, w ostatniej chwili ratując się przed karczemną awanturą, którą Harry miał coraz większą ochotę jej urządzić i choć w części odreagować swoją złość.
— Cieszę się, że pana widzę, panie Potter. — Resminstack przywitał go wylewnie, wyciągając w jego stronę rękę, ale Harry ją zignorował.
Bez wzajemności, miał ochotę powiedzieć, ale się powstrzymał.
— Chciałbym się dowiedzieć, co wydarzyło się ostatniej nocy? — zapytał w zamian ostrym tonem.
— Oczywiście. To zrozumiałe — odparł pośpiesznie mężczyzna, podchodząc do biurka i kartkując jakieś dokumenty, prawdopodobnie raport z ostatniej akcji. — Otóż, wczoraj we wczesnych godzinach wieczornych udało nam się zlokalizować Turris Bellatrix i dzięki naszej szybkiej i sprawnej akcji ująć Rudolphusa Lestrange'a.
Szybkiej i sprawnej akcji! Grunt to samozadowolenie.
— Jestem pod wrażeniem — odpowiedział Harry nie bez ironi. W końcu złapanie Lestrange'a zajęło im tylko parę lat.
— Cieszę się, że pan docenia aurorskie działania — odparł Restminstack, ocierając kropelki potu, które wystąpiły mu na czoło i najwyraźniej udając, że nie dosłyszał sarkazmu.
— Szkoda, że nie mogę docenić aurorskiej wiarygodności! — zauważył złośliwie Harry, po czym wybuchnął: — Jakim cudem nie zostałem poinformowany o akcji?
Resminstack zbladł.
— Nie mieliśmy wyboru — odparł słabo.
— A ja mam wrażenie, że mieliśmy umowę. Która zakładała informowanie mnie na bieżąco o jakichkolwiek postępach w sprawie — wycedził. — Nie mówiąc już o kluczowych.
— Malfoy postawił warunek! — zawołał Restminstack. — Musieliśmy się zgodzić.
— Słucham? — Harry zamrugał. A co do tego miał Draco? I dlaczego mógł stawiać warunki szefowi Biura Aurorów?
— Postawił sprawę jasno. Informacja w zamian za wykluczenie pana ze sprawy — wyjaśnił sucho Resminstack.
— Informacja? — powtórzył Harry.
— To on zlokalizował Turris Bellatrix — przyznał niechętnie mężczyzna i Harry odniósł wrażenie, że wcale nie planował się do tego przyznawać. Wygoda i dobro Ministerstwa, ponad wszystko. — Znalazł w obrazie Moneta Monogram Blacków, dzięki któremu, z wykorzystaniem starożytnej magii przynależności, można zlokalizować prawowitego właściciela danego przedmiotu. Przed ujawnieniem nam tych informacji sporządził umowę, która zakładała zupełne odsunięcie pana od jakiejkolwiek akcji.
— Fantastycznie — wycedził, starając się na razie zdystansować od myśli, dlaczego Draco miałby zrobić coś takiego i zalewającej go z tego powodu euforii. Teraz powinien rozprawić się z Biurem Aurorów, a nie roztrząsać możliwość, że Draco się o niego martwił. — My też mieliśmy umowę.
— Zaniechaliśmy jej dla pańskiego bezpieczeństwa, panie Potter — odparł Resminstack, nieudolnie próbując się uśmiechnąć.
— Niewątpliwie — skomentował Harry chłodnym tonem. Domyślał się, że brygadzie śledczej żądania Malfoya musiały być bardzo na rękę. Od początku byli niechętni jego udziałowi w sprawie. — Teraz jednak chciałbym zobaczyć Lestrange'a.
— Oczywiście — zgodził się natychmiast szef Biura Aurorów, wskazując Harry'emu, żeby podążył za nim.
Kiedy Harry upewnił się, że przetrzymywany w celi mężczyzna rzeczywiście jest Rudolphusem Lestrangem i tym razem nie ma już mowy o żadnej mistyfikacji, postanowił, że najwyższa pora załatwić swoje osobiste sprawy.
— A teraz poproszę o adres biura detektywistycznego pana Malfoya — zwrócił się do Resminstacka.
— Skąd pomysł, że jestem w jego posiadaniu? — Mężczyzna zmarszczył brwi.
— Z tego co wiem, pan Malfoy prowadzi dyskretną, ale całkowicie legalną działalność, z czego wnioskuję, że jego firma musi widnieć w ministerialnych rejestrach — zauważył Harry.
— Oczywiście, ale są to poufne informacje — przyznał Resminstack.
— Z pewnością nie dla szefa Biura Aurorów, prawda? — Harry uśmiechnął się sztucznie.
— Nie wiem jednak, jak…
— Och, niech pan nie będzie nierozsądny, Resminstack. — Oczy Harry'ego błysnęły niebezpiecznie. — Jestem pewien, że Biuro Aurorów nie potrzebuje złego rozgłosu, ani żadnych wzmianek o tym, jak nie potrafi wywiązać się z umowy zawartej z Harrym Potterem, nie mówiąc już o pozorowaniu śmierci groźnego śmierciożercy i ukrywaniu faktu jego przebywania na wolności przez kilka ładnych lat. A może się mylę?
— Proszę dać mi dziesięć minut — odpowiedział Resminstack sucho.
— Wiedziałem, że się dogadamy.
Canary Wharf… dlaczego nie domyślił się od razu? Ekskluzywna dzielnica biznesowa idealnie pasowała do Malfoya. Jednak Harry bardzo się zdziwił, kiedy pod wskazanym przez Resminstacka adresem nie znalazł żadnego oszklonego wieżowca, a jedynie nieco staroświecki budyneczek, przycupnięty przy małej uliczce z widokiem na doki. Nigdzie też nie było śladu żadnego biura detektywistycznego, natomiast otwarte drzwi i wesoły szyld zapraszały do pubu „City Pride". Dopiero wtedy uświadomił sobie, że lokalizacja w jednym z biurowców byłaby zbyt oczywista, jak na kogoś kto prowadził biznes dla wybranych. Mugolski pub świetnie natomiast nadawał się na kamuflaż.
— Czym mogę służyć? — zapytała barmanka, uśmiechając się do niego zapraszająco. Harry zastanawiał się, czy prowadzi tylko pub, czy może jest też kimś w rodzaju strażnika. Wyglądała wyjątkowo niepozornie, ale prawdopodobnie właśnie o to chodziło.
Tak naprawdę miejsce sprawiało wrażenie przytulnej knajpki i nic poza tym.
— Szukam Draco Malfoya — powiedział wprost.
— Był pan umówiony? — Spojrzała na niego uważnie.
A zatem rzeczywiście to tu znajdowała się siedziba biura!
— Obawiam się, że nie bardzo. — Harry uśmiechnął się z przepraszająco.
— Pańskie nazwisko?
— Potter. Harry Potter.
Kobieta przez chwilę wpatrywała się w niego, jakby go oceniając i Harry zaczynał się już denerwować. Najwyraźniej oględziny wypadły jednak pozytywnie, bo po chwili ponownie się uśmiechnęła i wskazała na schody, których wcześniej, Harry mógłby przysiąc, tam nie było.
— Biuro znajduje się na piętrze, a…
Dziewczyna coś jeszcze dodała, ale on już wbiegał po trzy stopnie i nie przejmował się tym. Po chwili stanął w drzwiach głównego gabinetu biura.
— Dzień dobry — przywitał się, chcąc od razu zapytać o Draco, ale jego głos zamarł, gdy zobaczył osobę, siedzącą za biurkiem i przeglądającą kartoteki. Chociaż biorąc pod uwagę, że widział wcześniej wizytówkę, nie powinien przecież czuć się zaskoczony.
— Witaj, Potter — przywitała go Pansy Parkinson, nie podnosząc wzroku znad czytanych papierów. Miała włosy upięte w kok i nosiła okulary. Jednak nawet mimo tej zmiany wizerunku, oraz szykownego kostiumu od Diora zamiast czarodziejskich szat, poznałby ją wszędzie. Nieodłączna towarzyszka Draco. — Nie sądzę, abym mogła ci jakoś pomóc.
— Ślizgońska uczynność — mruknął pod nosem.
— Słucham? — zainteresowała się i spojrzała na niego.
— Cześć, Pansy — odparł głośniej i spróbował się uśmiechnąć, co, jak sądził, raczej kiepsko mu wyszło.
Mogła wyglądać szykownie i profesjonalnie, ale wyraz jej twarzy pozostał tak samo złośliwy i nieprzyjemny, jak to zapamiętał ze szkoły. Co wcale nie ułatwiało sprawy. I ostatecznie mogło okazać się katastrofalne w skutkach.
— Nie myśl, Potter, że do mnie pomrugasz po swojemu, rzucisz moim imieniem bez krztuszenia się, a ja zupełnie tym oszołomiona, powiem ci, gdzie jest Draco.
— Czyli wiesz, gdzie on jest? — podchwycił natychmiast Harry.
Parkinson zdjęła okulary i spojrzała na niego uważniej.
— Gdybym odpowiedziała ci na to pytanie, nie byłabym jego prawnikiem — odparła, a na jej ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
— O, nie, tylko nie to — jęknął Harry.
— Czyżbyś nie lubił prawników? — Teraz naprawdę się uśmiechnęła, jakby rozbawiona.
— To zależy — odparł Harry, od razu myśląc o Almie. Jego złośliwej przyjaciółce, za którą bardzo tęsknił. I która niestety nie stała teraz przed nim w miejsce tej… Parkinson.
— W takim razie możesz zaprosić mnie na lunch — zaproponowała.
Harry starając się nie okazać zaskoczenia na to bezpośrednie oświadczenie, uśmiechnął się niewyraźnie.
— Jakieś preferencje? — wykrztusił.
— Oczywiście. — Parkinson posłała mu wymowne spojrzenie i natychmiast ogarnęły go złe przeczucia. Upatrując jednak w tym spotkaniu swoją ostatnią szansę, nie odważył się na żaden komentarz. Niemniej, kiedy zajęli już miejsca w bardzo ekskluzywnej restauracji na dachu jednego z wieżowców, a on usłyszał dyspozycje, jakie kobieta wydała kelnerowi, miał wielką ochotę zapytać, czy zawsze jada tak skromny lunch. I czy przypadkiem nie zaprosiła również jakiejś drużyny quidditcha. Albo trzech. W ostatniej chwili udało mu się cudem ugryźć w język.
— Dobrze, Pansy, a zatem powiedz mi, gdzie ukrywa się Malfoy? — zapytał. Nie zamierzał owijać w bawełnę, skoro to on miał zapłacić tu rachunek.
Parkinson nie odpowiedziała i bez słowa zaczęła delektować się swoim carpacio. Harry jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że choć stara się wyglądać na skupioną na jedzeniu, bacznie go obserwuje.
— Coś ze mną nie tak? — zapytał w końcu, z trudem hamując rozdrażnienie.
— Potter, gdybyśmy mieli rozmawiać na ten temat, musielibyśmy wynająć pokój w hotelu. Bo jeśli zaczęłabym wyliczać, niechybnie zastałaby nas tu noc.
— Daruj sobie — mruknął Harry, kosztując udka z kurczaka, którym zamierzał się zadowolić podczas całego lunchu. Nie był głodny. Miał wrażenie, jakby żołądek zawiązał mu się w supeł.
Tymczasem Parkinson wróciła na dobrą chwilę do jedzenia, więc postanowił, że da jej nasycić pierwszy głód. Sam niemrawo grzebał w talerzu widelcem.
— Zatem nic mi nie powiesz? — podjął po upływie dłuższej chwili, ze wszystkich sił starając się brzmieć uprzejmie.
— Podasz mi chlebek czosnkowy? — odparła bez zmrużenia okiem.
Harry zdusił przekleństwo i podał jej pieczywo.
— No dobrze, to co chciałbyś wiedzieć? — zapytała po chwili, podnosząc na niego zaciekawione spojrzenie.
— Nie drażnij się ze mną, proszę. — Przy Pansy Parkinson słowo „cierpliwość" nabierało nowego znaczenia.
— W porządku. — Utkwiła w nim uważne spojrzenie. — Czy zdajesz sobie w takim razie sprawę, że byłam najlepsza ze wszystkich siódmorocznych Ślizgonów w rzucaniu uroków?
— Imponujące — przyznał Harry udając zainteresowanie.
— Fantastycznie też wychodziły mi skomplikowane klątwy — dodała, nie spuszczając z niego oczu.
— Zmierzasz do czegoś konkretnego? — Harry uniósł brwi. — Zamierzasz mnie przekląć?
— Nie przed zapłaceniem rachunku. — Parkinson uśmiechnęła się słodko.
— Co za ulga — prychnął.
— No i pomyślałam, że powinieneś wiedzieć — dodała, znów poważniejąc.
— Mhm. — Nie bardzo rozumiał.
— Czego dokładnie chcesz od Draco?
— Czyli wiesz, gdzie on jest? — Harry zapytał ponownie, chcąc wreszcie coś ustalić.
— Tego nie powiedziałam. — Odsunęła talerz i przysunęła sobie miseczkę z kremem z trufli.
Harry miał wielką ochotę prychnąć, demonstrując swoją frustrację, ale wiedział, że powinien być miły. Z kurtuazyjnym uśmiechem dolał jej więc wina.
— Wystarczy. — Powstrzymała go ruchem dłoni. — Do jedzenia piję tylko dla smaku.
Cierpliwości, powtórzył sobie, starając wciąż się uśmiechać.
— Może opowiesz mi, jacy są Włosi? — poprosiła, spoglądając na niego z rozmarzeniem i wyciągając rękę po jeden z koreczków z żółtego sera i winogron. — Nigdy żadnego nie poznałam.
— To… — zaczął Harry, chcąc powiedzieć, że nie zamierza bawić się z nią w kotka i myszkę, ale urwał w porę uprzytomniwszy sobie, że kłótnia to niekoniecznie najlepszy sposób na zdobycie informacji. Wziął głęboki oddech i pomyślał o Francesco i Claudiu. — Żywiołowi i otwarci. Zupełnie inni niż Brytyjczycy.
— Przystojni?
— Co kto lubi. — Harry wzruszył ramionami.
— No tak, zdaje się ty wolisz jaśniejsze karnacje, prawda?
Prawda.
— Zadałem ci pytanie, Pansy — napomniał ją z delikatnym wyrzutem.
— Ja również — przypomniała mu. — Nie odpowiedziałeś!
— Muszę wiedzieć, gdzie on jest! — zawołał. Jego cierpliwość naprawdę miała granice.
— No teraz, Harry, to mnie przekonałeś. — Spojrzała na niego przenikliwie. — Zamierzasz go skrzywdzić?
W pierwszym odruchu omal nie wybuchnął śmiechem, ale kiedy spostrzegł, że wbija w niego nieprzychylne spojrzenie, spoważniał.
— Oczywiście, że nie — obruszył się.
— Pytam poważnie. — Czy w jej głosie zabrzmiała nutka groźby?
— A ja poważnie odpowiadam. Nie. Nie zamierzam go skrzywdzić.
Przez krótką chwilę miał wrażenie, że ta odpowiedź ją usatysfakcjonowała. Ale moment później, znów patrzyła na niego podejrzliwie. Ślizgońska paranoja!
— Och, daj spokój! Dobrze wiesz, co chcę z nim zrobić! — warknął Harry.
— Rozumiem, iż nie wspominasz o tym, przez wzgląd na moją niewinność?
Merlinie, zwariuje z tą kobietą!
— Chcesz, żebym szczegółowo opowiedział ci, na co mam ochotę? — zapytał z determinacją i upił spory łyk wina. Jeśli Parkinson ma takie życzenie, może jej nawet opowiedzieć o seksie w toalecie. Nie ważne. Byle mu powiedziała, gdzie jest Draco.
— Przy jedzeniu nieszczególnie — odparła Pansy, wymownym ruchem biorąc do ust koreczek z owoców morza. — Ale wiesz, zapewnienie, że masz pokojowe zamiary, byłoby wskazane. W końcu muszę dbać o bezpieczeństwo swojego klienta.
— Pansy, błagam…
— Nie wyjaśniliście sobie wszystkiego przy waszej ostatniej rozmowie? — zapytała, spoglądając na niego poważnie i biorąc łyk wina.
— Żartujesz? Praktycznie nie dał mi dojść do słowa! — zawołał Harry z frustracją, po czym poruszył się nieswojo na krześle, gdy zdał sobie sprawę, że przynajmniej kilkoro gości utkwiło w nim zaciekawiony wzrok.
— I istnieje coś bardzo ważnego, co wciąż chcesz mu powiedzieć?
Do czego właściwie zmierzała Parkinson? To niedorzeczne.
— Owszem — mruknął. Bardzo ważnego.
— Hmmm. — Zamyśliła się.
Czy on dobrze rozumiał tę sytuację? Pansy Parkinson, Ślizgonka, egzaminowała go z uczciwych zamiarów? To już czysta paranoja! Chociaż, żeby być dokładnym, w tej chwili, jak gdyby nigdy nic, właśnie zabierała się za stek barani polany roztopionym masełkiem czosnkowym.
— Chodzi o to, że Harry Potter musi mieć ostatnie zdanie, tak? — zapytała w końcu, kiedy stek niemal zniknął z jej talerza.
— Słucham? — Harry popatrzył na nią z niedowierzaniem. — Po pierwsze to nie ma nic wspólnego z tym, jak się nazywam…
— Dziwnym trafem, jak bardzo byś nie zaprzeczał, sprawy zawsze kręcą się właśnie wokół tego — przerwała mu. — I z tego, co wiem, tym razem też tak było.
Cóż, miała trochę racji. Niestety.
— Nawet jeśli tak, to zniknięcie Draco niczego nie rozwiązuje. Powinniśmy spróbować się dogadać. Wydaje mi się, że on… to znaczy, że my…
Parkinson przewróciła oczami.
— Oszczędź mnie, Potter. Twoje próby wyrażania uczuć są żałosne. Nie dziwię się, że Draco nie chciał cię słuchać — zauważyła z ironią i Harry skrzyżował obronnie ręce na piersi, naprawdę dotknięty tą uwagą. — Na dodatek obrażasz się, jak panienka. Wydaje ci się, że Draco cośtam. A przynajmniej siebie jesteś pewny?
— Oczywiście — odpowiedział twardo i obdarzył Parkinson chmurnym spojrzeniem. Niczego nigdy nie był bardziej pewny, jak tego, czego chce i co czuje.
Kobieta wciąż zdawała się wahać, ale przynajmniej patrzyła teraz na niego bardziej życzliwie. Kelner przyniósł deser, ale zabrała się za niego bez entuzjazmu, który towarzyszył poprzednim daniom. Po chwili kontemplacji nad lodami, odsunęła pucharek i wzięła do ręki torebkę.
— Pansy, zlituj się! — zawołał z paniką. — Chyba nie dałaś się zaprosić na ten lunch, żeby teraz zostawić mnie z kwitkiem?
— Jak ty jednak dobrze znasz Ślizgonów, słodziutki. Oczywiście, że zostawię cię z kwitkiem. — Uśmiechnęła się do niego i Harry miał nieodparte wrażenie, że uśmiech ten był lekko zabarwiony sympatią. Choć wciąż aż kipiało w nim od ironii. O ile takie połączenie jest możliwe. — Kelner? Poprosimy rachunek.
Harry spojrzał z wyrzutem na jej niedokończony, a zapewne kosmicznie drogi, deser.
— No co, przecież niczego ci nie obiecywałam, prawda? — Wzruszyła ramionami. — Po prostu lubię od czasu do czasu zjeść lunch w towarzystwie jakiegoś przystojniaka. A odkąd Draco lekko zwariował na twoim punkcie, nigdzie mnie nie zabiera.
Na dźwięk imienia Malfoya, Harry dostał niemal palpitacji serca.
— Nie podniecaj się tak, Potter, bo gdybyś miał tu dostać erekcji, nie wiem, co moglibyśmy na to poradzić.
— Parkinson… — syknął Harry, będąc już naprawdę na skraju wytrzymałości. Bawiła się z jego emocjami bez cienia skrupułów. Mógłby to znieść, gdyby miał pewność, że na końcu dostanie adres Draco. Najgorsze było jednak to, że za nic nie był w stanie przewidzieć finału tego spotkania. Czuł, że jeśli jeszcze trochę go podręczy, będzie gotowy rzucić na nią Imperio. — Powiesz mi, czy nie?
— Powiedzmy, że mój klient wyjechał na wakacje — odparła powoli, mierząc go uważnym spojrzeniem.
— Gdzie? — rzucił Harry bez tchu.
— Nie mogę udzielać takich informacji. — Przewróciła oczami. — Poza tym jesteś agresywny. To źle wróży dalszym negocjacjom.
Harry wziął trzy bardzo głębokie wdechy.
— Dokąd. Draco. Pojechał. Na. Wakacje?
— Wiesz, o ile nie zabiera mnie ze sobą, nie interesują mnie takie informacje. — Z namaszczeniem oglądnęła swoje paznokcie, po czym spojrzała na niego z rozbawieniem.
— Ostrzegam cię, Parkinson, że jeśli cię zamorduje, będzie to zbrodnia w afekcie i…
— Mogę jednak spekulować — przerwała mu z pobłażliwym uśmiechem — że zechciał odwiedzić na pewnej wyspie...
— Jest na Sardynii? — krzyknął Harry, a oczy mu zalśniły.
— … swoją dawno nie widzianą matkę — dokończyła spokojnie Parkinson.
— Narcyza Malfoy mieszka na Sardynii?
Parkinson spojrzała na niego, jak na pacjenta z oddziału zamkniętego Świętego Munga.
— Domyślam się Potter, że twoja znajomość geografii nie jest na najwyższym poziomie, ale nawet ty musisz wiedzieć, że na świecie znajduje się więcej niż jedna wyspa. — Spojrzała na niego znacząco, po czym dodała z wyraźnym wahaniem: — A rodzinne posiadłości Malfoyów znajdują się w Borgo.
— I tam właśnie jest teraz Draco? — zapytał z nadzieją.
— Ja tego nie powiedziałam — odparła pośpiesznie Pansy, wstając od stołu. — To były jedynie spekulacje.
Serce Harry'ego biło jak oszalałe. Draco jest w Borgo! Gdziekolwiek to w ogóle jest. Ale przecież Hermiona na pewno będzie wiedzieć.
— A poza tym, to nigdy nie jadłam z tobą żadnego lunchu — dodała z naciskiem, odchodząc. Mógłby przysiąc, że zanim odwróciła głowę, jej usta ułożyły się jeszcze w kształt bezgłośnego „powodzenia", ale złożył to na karb halucynacji wywołanych nagłym uwolnieniem się zbyt dużej ilości endorfin.
Chciał natychmiast aportować się do Departamentu Podróży Zagranicznych, ale chłodna mina kelnera, czekającego obok stolika, przypomniała mu, że każda informacja ma swoją cenę.
Kiedy Harry szedł cyprysową alejką prowadzącą do francuskiej posiadłości Malfoyów, serce biło mu jak oszalałe. A co jeśli Draco tu nie będzie, albo, co gorsza, nie będzie chciał z nim rozmawiać? Stary dom otaczał ogromny ogród, przypominający trochę królewskie parki z mugolskich filmów. Wszędzie pełno było kwiatów, wśród których dominowały herbaciane róże, rozsiewające niepowtarzalny zapach. Ale Harry nie potrafił się tym teraz zachwycać. Zatrzymał się na progu niemal nieprzytomny z nerwów, a olbrzymie kute drzwi zaczęły uchylać się powoli, zanim choćby zdążył dotknąć staroświeckiej kołatki. Natychmiast też sparaliżowała go myśl, że oto przyjdzie mu stanąć twarzą w twarz z Narcyzą Malfoy. Już widział siebie, jak próbuje wykrztusić bodaj jedno składne zdanie pod chłodnym spojrzeniem matki Draco! Jednak, ku jego wielkiej uldze, w progu stanęła tylko para elegancko ubranych skrzatów.
— Witamy w rezydencji Malfoyów — przywitała go skrztaka z czarnej sukieneczce z białą falbanką, dygając lekko.
Harry zagapił się na nią z otwartymi ustami.
— Czym możemy panu służyć, sir? — zapytał grzecznie towarzyszący jej skrzat, ubrany w czarny frak.
— Eee… — Harry przez chwilę poczuł się zbity z tropu. — Szukam Draco Malfoya.
— Panicza Draco nie ma obecnie w Palais des Roses — odparła skrzatka.
Harry poczuł przypływ paniki, rzucając czujne spojrzenie w stronę wypielęgnowanego ogrodu pełnego róż, jakby spodziewał się zobaczyć Draco, wymykającego się tylnym wyjściem.
— Wyszedł na spacer nad morze — dodał skrzat, wywołując u Harry'ego natychmiastową ulgę.
— Dziękuję! — rzucił radośnie i niemal biegiem ruszył przed siebie. Zanim udało mu się trafić do Palais des Rosesdość długo błądził po miasteczku, i teraz doskonale wiedział, w którym kierunku powinien się udać. Zresztą nawet gdyby się zgubił, wystarczyło kierować się na latarnię zbudowaną z białego kamienia, tak charakterystycznego dla śródziemnomorskich budowli.
Wejście na plażę wywołało u niego natychmiastowy przypływ wspomnień, tak jakby tylko Sardynia mogła pachnieć morzem. Westchnął z nostalgią i po chwili kontemplacji ściągnął buty i transmutował je w mały kamyk, który schował do kieszeni i bez zbędnego balastu ruszył przed siebie. Draco nie było nigdzie w zasięgu wzroku, a plaża okazała się większa niż przypuszczał. Zupełnie inna niż w Porto Torres, niepodzielona skalnymi klifami, wydawała ciągnąć się w nieskończoność. Słońce znajdowało się już nisko nad horyzontem, ale do zachodu wciąż pozostawało wiele czasu. Złote refleksy kładły się na tafli spokojnego morza, tworząc uroczy obrazek, ale Harry prawie tego nie dostrzegał. Nie cieszył go też dotyk rozgrzanego piasku pod stopami, ani delikatna bryza łaskocząca mu policzki, którą tak uwielbiał, kiedy mieszkał na Sardynii. Był spięty i skoncentrowany tylko na tym, by znaleźć Draco. Jednak dopiero po godzinnym spacerze udało mu się go wypatrzeć, siedzącego tuż przy brzegu na kamieniu w małej zatoczce. Kiedy zaczął się do niego zbliżać, poczuł się nagle koszmarnie nieswojo. Przeklinał teraz w duchu, że mając tyle czasu, z którego większość poświęcił przecież na rozmyślania o mężczyźnie, nie przygotował sobie nic z tego, co powinien mu teraz powiedzieć. Dlatego, gdy znaleźli się już w zasięgu swojego głosu, czuł w głowie absolutną pustkę i był w stanie wydusić tylko nieporadnie brzmiące:
— Cześć. — I wbić ręce w kieszenie dżinsów.
Draco drgnął na dźwięk powitania, ale nie podniósł na niego wzroku, wciąż wpatrując się w morze.
— Draco? — zapytał niepewnie, kiedy mężczyzna w dalszym ciągu go ignorował.
— Potter. Jak zawsze w najwyższej pogardzie dla etykiety, prawda? Nie wiesz, że do dobrego tonu należy zapowiedzieć swoją wizytę? — zapytał z wystudiowaną obojętnością.
— Och, daj spokój! Przecież to tylko niewinne spotkanie nad morzem — odparł Harry, siląc się na lekki ton. Nie miał zamiaru dać się tak łatwo odstraszyć. Nie teraz, kiedy wreszcie go znalazł. — Chyba że to prywatna plaża?
Dopiero w tej chwili Draco na niego spojrzał, a w jego oczach Harry dostrzegł mieszaninę złości i czegoś jeszcze, czego nie potrafił zdefiniować. Chciał najzwyczajniej w świcie po prostu go dotknąć, ale nie śmiał. Morze zaszumiało zachęcająco.
— Czyżbyś sprowadził się z powrotem na Sardynię i urządzasz sobie małe krajoznawcze wycieczki na okoliczne wyspy? — zapytał z ironią Draco, ignorując ostatnią uwagę.
— Nie, nie sprowadziłem się. I mam lepsze rzeczy do roboty niż wycieczki krajoznawcze.
— Czyżby? — Draco uniósł brew, sięgając po płaski kamyk i jakby od niechcenia puścił kaczkę.
— Owszem. — Harry wiedział, że nie może dać się sprowokować. Dla uspokojenia wpatrzył się w morze. — Naprawdę uważałeś, że tak łatwo odpuszczę?
— Że niby jesteś tu dla mnie, tak? To sugerujesz?
— Nic nie sugeruje, Draco. Mówię to wprost. Jestem tu, ponieważ mamy niezakończone sprawy — odparł Harry, resztkami woli powstrzymując się jednak przed mniej werbalną deklaracją. To czego naprawdę pragnął było na wyciągnięcie ręki, choć wydawało się tak samo odległe, jak jeszcze przed paroma godzinami.
— Och, czyli najwyraźniej Pansy nie wysłała ci jeszcze faktury, a honorowy Harry Potter nie lubi mieć długów… — zakpił Draco, sięgając po kolejny kamień i puszczając go w morze. Wciąż idealnie opanowany, jakby nie czuł drgań tej energii, która szalała między nimi, doprowadzając Harry'ego do obłędu.
— Do diabła, nawet nie próbuj udawać, że znów chodzi o interesy! — zdenerwował się, czując przypływ gorąca. — Mam gdzieś tę idiotyczną umowę, nigdy nie zależało mi na tym, byś pomagał w sprawie Lestrange'a. Chciałem… — zawahał się, ale jedna z fal dosięgła go, mocząc mu stopy, jakby chcąc w ten sposób dodać mu odwagi, więc dokończył z mocą: — Chciałem być bliżej ciebie. Tęskniłem.
Draco delikatnie zwilżył i przygryzł usta w niemym wahaniu i Harry poczuł mrowienie na swoich wargach. Pragnienie pocałunku aż odebrało mu dech. Jednak mężczyzna nie odpowiedział na jego wyznanie, tylko znów zapatrzył się w morze. W końcu cisza zaczęła się niewygodnie przedłużać, przerywana jedynie szumem fal i Harry przestraszył się, że jest już za późno. Wszystko jedno, gesty czy słowa.
— Nie wiedziałem, jak to wszystko od nowa poukładać, a ty się ode mnie odwróciłeś… — dodał nieporadnie.
— Ja się odwróciłem? Właśnie tak to zapamiętałeś? — Draco wstał nagle, emanując złością i drastycznie zmniejszając odległość między nimi.
— A jak miałem zrozumieć to, że przestajesz się odzywać, zwracasz się do mnie w ten swój chłodno-ironiczny sposób i mówisz tylko o interesach, niwecząc każdą moją próbę porozumienia? — zapytał Harry, desperacko próbując wyprzeć obezwładniającą bliskość Draco ze swojej świadomości.
— A jak twoim zdaniem miałem się zachowywać, po tym kiedy opuściłeś mój dom, dając mi do zrozumienia, że nie chcesz mieć ze mną nic do czynienia?
— Nigdy nie powiedziałem czegoś takiego! — zaprotestował Harry.
— Nie musiałeś. — Mężczyzna wzruszył ramionami i w tym momencie do Harry'ego dotarło, że to on trzyma karty. I jeśli tylko się postara może wygrać tę grę. Draco naprawdę był na wyciągnięcie ręki. W zasięgu jego dotyku… Blisko.
— Byłem wtedy zdenerwowany, spróbuj to zrozumieć. Nigdy jednak nie miałem na myśli, że nie chcę cię znać! — odparł najspokojniej, jak potrafił. Nie mógł teraz tego zepsuć.
Draco jednak cofnął się o krok, wciąż wyglądając na nieprzekonanego, a Harry odczuł niemal fizyczny ból, spowodowany tym oddaleniem.
— Na Merlina, nie miałem z Tobą do czynienia wystarczająco długo! Prawie oszalałem, próbując cię znaleźć — dodał żarliwie. — Szukałem cię jak wariat! To chyba o czymś świadczy?
Draco wykonał ruch, jakby chciał zmniejszyć dystans między nimi, ale w ostatniej chwili się zawahał.
— Zatem, jak mnie znalazłeś? — zapytał w końcu tylko, uśmiechając się ledwo dostrzegalnie.
— Szukajcie, a znajdziecie — odparł filozoficznie Harry, czując powoli kiełkującą w nim radość. Wygrał. Naprawdę wygrał.
— To ta suka, Pansy, prawda? Wciąż nie wyleczyła się z tego żałosnego zaburzenia, jakim jest romantyzm — domyślił się Draco.
— A ty się wyleczyłeś? — zapytał Harry, mając wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mu na zewnątrz, a zmysły oszaleją.
— Nigdy nie byłem nim skażony — odparł Draco, markując swoją wyniosłą minę, ale cały efekt zniweczyły ręce, które dla odmiany to on teraz wcisnął w kieszenie spodni. Harry pomyślał ze złośliwą satysfakcją, że najwyraźniej w przeciwnym wypadku nie potrafiłby utrzymać ich przy sobie.
— A mnie się wydaje, że jednak na starość ten defekt nieco skaził twój idealny charakter — odpowiedział, zastanawiając się, na co, na Merlina, tak naprawdę jeszcze czekają.
— Po pierwsze jestem wciąż perfekcyjnie młody, a po drugie nie zajmują mnie takie bzdury.
— To jak nazwiesz ratowanie mi życia? — zapytał Harry z rozbawieniem.
— Hmmm… — Draco zrobił minę, jakby musiał się zastanowić. — Koniecznością?
— Nawyk z parszywych, wojennych czasów? — podsunął Harry.
— Coś w tym stylu — przyznał poważnie Draco, ale w szarych oczach pojawiły się iskierki rozbawienia.
— A ten idiotyczny szantaż Resminstacka?
— Nie przypominam sobie, żeby ktoś mnie ostatnio szantażował — odparł Draco.
— Och, nie udawaj niewiniątka. Zupełnie ci to nie pasuje. Przy okazji gratuluję. Odwaliłeś kawał dobrej roboty z tym Monogramem Blacków.
— Cóż, musiałem jakoś odbudować swoją reputację, którą nadszarpnęło porzucenie poprzedniej parszywej sprawy.
— Zawsze masz swoje małe wymówki, za którymi ukrywasz prawdziwe motywy, prawda? — Harry udał dezaprobatę.
— Specjalność Malfoyów. Co przypomniało mi o kolejnej rodowej zalecie. Jestem niesamowicie zasadniczy. Zatem jeśli myślisz, że związek ze mną w jakikolwiek sposób uchroni cię przed uregulowaniem honorarium za moje usługi…
Harry próbował siłą woli zwolnić galopujące serce, które wpadło w euforię na dźwięk słowa „związek".
— Zapłacę ci co do knuta! Dorzucę nawet specjalną premię. Mówią, że biedni są szczęśliwsi…
— Potter, błagam, nie wierz we wszystkie rzeczy, które usłyszysz!
— Postaram się. — Harry wyszczerzył się w uśmiechu. — A skoro już wszystko ustaliliśmy, możemy raz na zawsze skończyć gadać o interesach?
Oczy Draco się śmiały, a serce Harry'ego biło tak szybko, że przyszło mu do głowy, iż prawdopodobnie umiera. Ze szczęścia. Albo pragnienia. Modlitwa o deszcz w nieodłącznej obawie, że gdy wreszcie przyjdzie, zamiast napoić, pochłonie.
Widział go. Stał na dotknięcie ręki. Fale moczyły im stopy. Czuł jego zapach zmieszany z lekką bryzą. Szaleństwo. I wtedy właśnie Draco przyciągnął go do siebie i nie było już miejsca na jakiekolwiek myśli. W tym geście nie było delikatności ani wahania. Żadnej niepewności. Tylko gwałtowność. Niecierpliwość i głód. Dotyk palił, a cała magia świata zdawała się gromadzić w małej przestrzeni między ich ustami. I wtedy spadł deszcz. A Harry dał się pochłonąć.
