Artemida - z tą weną to może być problem. Duży.

Writerka - zawsze można i trzeba się spodziewać wszystkiego. Szczególnie z takim pojebem, jak ja, który może sobie wymyślić absolutnie wszystko i postanowić wsadzić w łopko D

ahxyv - zdarzają się ludzie dobrzy, jak Yusuf czy Marabeth, ale zdarzają się też ludzie chujowi, jak 90+% populacji. Cóż, życie.

rybkakoi - starlight zeżarł mi o wiele za dużo życia, żeby go porzucić, uwierz. Tak w ogóle to mam całą akcję + przyszłe crossovery rozplanowane, tylko weź to napisz. I, cóż, raczej nie będę pisać regularnie. Chyba, ze chcecie rozdziały na stronę, a nie pięć, a wiem, że raczej nie chcecie.

Jeśli chcecie, to na moim profilu na dA (KillerGirlFuria) są arty ze Starlight. Ale uwaga; zawierają one poważne SPOILERY.


|ROZDZIAŁ CZTERNASTY|

•Poradnik ujeżdżania kota•


Soundwave nie lubił bezczynności, a jeśli ktoś się uparł to mógł go nazwać i pracoholikiem. Szczerze mówiąc jednak, można go było spokojnie nazwać pracoholikiem nawet bez upierania się; jego życie dzieliło się na pracę i odpoczynek w stosunku trzy do jednego. Zresztą, nigdy nie miał zbytnio wiele innych rzeczy do zrobienia; Ziemia i to, co na niej, raczej go nie interesowało, a jedyną osobą, którą mógł nazwać przyjacielem, był Megatron.

A potem, nie dalej, jak cztery dni temu, w jego życie z buciorami wlazła ta ludzka dziewczyna, Natalie. Tak naprawdę, to nie zrobiła niczego, to KnockOut ją przywlókł bo go zobaczyła, ale to wystarczyło. No i fakt, że różniła się od innych ludzi – nie bała się, ani nie udawała odważniejszej niż jest. Była po prostu ciekawa, a wiedzę chłonęła jak gąbka, ciekawa absolutnie wszystkiego.

Soundwave westchnął, idąc powoli korytarzem Nemezis, kierując się w stronę mostka i kokpitu. Tylko cztery dni, a on już chciał nazywać ją przyjaciółką. Nie rozumiał tego i wydawało mu się to surrealistyczne, bo jego przyjaźń z Megatronem została wypracowana dopiero po wielu miesiącach. A Natalie? Po prostu przyszła, błysnęła zębami, a on następnego dnia leciał jak głupi ją ratować…

Soundwave zatrzymał się zupełnie nagle i gwałtownie, w pół-kroku. Skąd on w ogóle wtedy wiedział gdzie była, oraz, że była w niebezpieczeństwie? Dotychczas o tym nie myślał, ale teraz, gdy sobie przypomniał co zaszło, wydało mu się to co najmniej dziwne i na pewno niewytłumaczalne, przynajmniej dla niego i na tę chwilę. Po prostu w tamtym momencie poczuł, że Natalie jest w niebezpieczeństwie oraz, że musi coś z tym zrobić. Resztę, wydawałoby się, zrobił za niego instynkt.

Soundwave westchnął bezgłośnie, drapiąc się po podbródku, po czym poprawił wyświetlacz-maskę na swojej twarzy i wznowił swoją przerwaną drogę na mostek.

Był pewien, że zrozumie ten fenomen w swoim czasie, w miarę przebywania z dziewczyną. Może było to związane z bajkami, które kiedyś słyszał, o relacjach nawiązywanych między Cybertronianami a Ziemianami, nie wiedział. Wiedział, że najpewniej sam się tego dowie z czasem. A jeśli było coś, z czego Soundwave słynął (nie licząc efektywności i lojalności), to była to cierpliwość. Nie wspominając już nawet, że interakcje z Natalie nie były złe.

Soundwave wkroczył na mostek zastając tam widok, którego się nie spodziewał, ale który na pewno chciał, chociażby podświadomie, zobaczyć. Natalie, z łbem Howlbacka na kolanach, dogadująca się z Megatronem.

~ Status: Powrót; Gotowy do powrotu do obowiązków ~ rozbrzmiał wygenerowanym głosem, zwracając na siebie uwagę. Howlback raz, leniwie machnął ogonem, Natalie uśmiechnęła się a Megatron tylko kiwnął głową.

- Lepiej się czujesz? – zapytał lord, nie odrywając się od pracy, na co Soundwave tylko potwierdził kliknięciem.

- Ty wiesz, że Meg mi się prawie popłakał, jak ciebie nie było? – dziewczyna wypaliła, zanim którykolwiek z nich miał szansę się odezwać, na co Megatron zawarczał, głośno i groźnie, co tylko poszerzyło jej uśmiech do poziomu, przy którym doskonale widać było jej wydłużone kły.

- Bądź cicho przez chwilę – warknął na nią, ale dziewczyna wydała sobie absolutnie nic z tego nie robić. Soundwave nadal dziwił się, jak ktoś taki, i to po tak krótkim czasie znajomości, może odnosić się do Megatrona w tak beztroski sposób.

~ Status: Radość. Powód: Relacje między; Natalie i Lord Megatron.

- Przejmij ster, ja mam swoje obowiązki – burknął Megatron, odchodząc od kokpitu. Zanim jednak poszedł dalej, położył dłoń na ramieniu Soundwave i westchnął; - cieszę się, że nic ci nie jest. Przez chwilę wyglądało to poważnie.

- Och, Meg się przejmuje! – westchnęła Natalie, a jej uśmiech z zadowolonego niemal natychmiast przeobraził się w nieco bardziej wredny. – Taki dobry przyjaciel z niego. Prawda?

Megatron zawarczał i szybkim krokiem opuścił mostek, odprowadzony wręcz hienim chichotem dziewczyny. Soundwave przez chwilę miał wrażenie, że Megatron się uśmiecha.

- Hej, Wave – Natalie odezwała się nagle, zanim nawet zdążył podejść do kokpitu. Schowana za ciemnym szkłem monitora twarz odwróciła się w jej stronę, by zobaczyć nieco komiczny widok; Natalie z szerokim, łobuzerskim uśmiechem i rękami wysoko w górze, oraz Howlbackiem, 'bodącym' ją w plecy. – Weź mnie naum Cybertrońskiego.

~ Status czynności: Trudna.

- Boże, nie mówię teraz, zaraz, już natychmiast. W ogóle mnie naum –parsknęła dziewczyna, wywracając oczami. Robot w odpowiedzi nie wydał żadnego dźwięku, za to delikatnie pacnął ją palcem w głowę sprawiając, że Natalie parsknęła śmiechem.

~ Obecny czas: piąta dwadzieścia trzy po południu ~ powiedział nagle robot, i Natalie niemal czuła, jak pyta się jej, czy nie powinna iść już do domu. W końcu był poniedziałek i jutro też musiała iść do szkoły. Znaczy, w teorii. Do końca i tak było niecałe trzy tygodnie, więc kogo to obchodziło, szczerze mówiąc?

- Dzięki za troskę, odstawisz mnie i debila za trochę? – zapytała a Soundwave, po chwili namysłu, dość niepewnie kiwnął głową. Natalie westchnęła ciężko, siadając po turecku niedaleko jego ręki, od razu otoczona przez Howlbacka, który położył się za nią, owijając się wokół niej i, oczywiście, pakując swój trójkątny łeb na jej kolana. Natalie za to zaczęła się na poważnie zastanawiać, czemu jej szkoła jest aż tak idiotyczna.

Bo przecież to nie miało sensu, żeby robiła zagrożonym debilom jakieś wypracowanka i dzięki temu mieliby zdać. Ale cóż poradzisz? I to nawet nie był poziom szkoły podstawowej, bo nawet tam takich cudów nie było. Ale cóż, każdy system był w jakiś sposób nienormalny, a Natalie, choć bardzo chciała, to jednak nie miała zamiaru się kłócić. Następnym razem najwyżej grzecznie pożegna zainteresowanych środkowym palcem; wtedy przynajmniej będzie już całkiem wiedziała, w co się pakuje. Nie ma opcji, żeby kiedykolwiek znów pomogła Lisie; blondynka działa na nią jak krwistoczerwona płachta na byka.

Natalie westchnęła, obejmując kark Howlbacka rękami i przykładając czoło do czubka głowy wielkiego kota. Natalie konia widziała naprawdę tuż obok niewiele razy, ale zapamiętała ów stworzenia jako majestatycznie i duże, i jeśli miałaby porównywać, to Howlback był właśnie wielkości konia. Chciałaby kiedyś sobie pojeździć…

Natalie spojrzała na Howlbacka, prostując się, a kot skierował na nią wzrok jednego z dwóch czerwonych ślepi. Patrzył na nią jakby wiedział dokładnie, o czym sobie pomyślała, kładąc swoją łapę na nodze dziewczyny. W końcu, po chwili wpatrywania się w siebie, robot wydał dźwięk, który brzmiał jak mechaniczne miauknięcie; zupełnie jakby ktoś odtwarzał dźwięki poprzez już nieco podstarzałe i niekoniecznie funkcjonalne radio.

- Mogę sobie na tobie pojeździć? – zapytała Natalie, a Howlback tylko miauknął w odpowiedzi, choć szczerze, to dziewczyna i tak nie spodziewała się nic innego. Natalie wstała, otrzepując nieco pomarszczone ubrania i zaraz po tym siadła okrakiem robo tycznemu kotu na grzbiecie. Howlback dopiero wtedy poruszył się i wstał, a dziewczyna syknęła, zaciskając palce na wystających elementach zbroi robota bardziej w akcie paniki niż próbie zachowania równowagi. Była niemal pewna, że wygląda to bardzo, ale to bardzo głupio.

Natalie O'Correl, profesjonalna ujeżdżaczka robo tycznych kotów.

Howlback uniósł swój trójkątny łeb wysoko i powolnym, niemalże dostojnym krokiem ruszył w stronę Soundwave. Natalie, nadal spięta, spojrzała na twarz robota u uśmiechnęła się szeroko.

- Jadę na kocie – powiedziała z dumą, uderzając się prawą ręką w pierś. Soundwave przez chwilę patrzył na nią, po czym wykonał ruch jakby parskał śmiechem; kilkukrotnie wzruszył ramionami, opuścił głowę i pokręcił głową i Natalie była pewna, że faktycznie się śmiał. Po niedługiej chwili spojrzał na nią, a na jego twarzy wyświetlił się emotikon 'XD', co potwierdziło przypuszczania dziewczyny.

Natalie wyszczerzyła się w odpowiedzi, czując się nieco pewniej na grzbiecie Howlbacka, i skrzyżowała ręce na piersi. Jednakże, metalowy grzbiet robota był dość śliski i dziewczyna niemalże zsunęła się po nim, dosłownie w ostatniej chwili przylegając do kota prawie całym ciałem; a zrobiła to z zaskoczonym piskiem.

- Potrzebne mi siodło na tego kota – parsknęła. – Choć najpierw to przydałoby się w ogóle nauczyć jeździć w sumie.

Soundwave tylko pokręcił głową, po czym wrócił do pracy. Dziewczynie nie umknęło jednak to, że na jego wyświetlaczu przez chwilę mignęła uśmiechnięta buźka.

Następną godzinę Natalie spędziła praktycznie całą na grzbiecie kota, usilnie starając się utrzymać względną równowagę bez oplatania ciała robota całą sobą. I nawet zaczynało się jej to całkiem nieźle udawać. Właśnie w tym czasie na mostek wrócił Breakdown z Yusufem na ramieniu, wesoło o czymś rozmawiając z chłopakiem; jednakże niebieski robot zatrzymał się w około połowie drogi, przerywając rozmowę i spoglądając na dziwaczną scenkę. Sam chyba nie wiedział, jaki wyraz twarzy przybrać, gdyż co chwila go zmieniał; zdziwienie, zainteresowanie, rozbawienie, znowu zdziwienie. Jednakże, gdy tylko Yusuf zobaczył Natalie ujeżdżającą kota, niemalże natychmiast wybuchł śmiechem, i to tak mocno, że spadłby z ramienia robota, gdyby Breakdown go w porę nie złapał.

- Co piejesz? – prychnęła Natalie, krzyżując ręce na piersi i robiąc minę, która miała być poirytowana. Słowo kluczowe: miała, bo ciężko wziąć na poważnie siedzącą okrakiem na kocie, widocznie zmęczoną nastolatkę.

- Nic – parsknął chłopak, kiedy wreszcie opanował się po dłuższej chwili, jednak nadal chichocząc. – Po prostu to wygląda dość… Komicznie.

- Może i wygląda – westchnęła Natalie, wzruszając ramionami. – Ale po godzinie zrobiło się strasznie męczące. Chcę do domu.

~ Czynność: otwarcie mostu ziemnego. Czas wykonania: dwie minuty, trzydzieści siedem sekund ~ rozbrzmiał wygenerowany głos Soundwave'a.

- Nie śpiesz się – Natalie tylko machnęła ręka, zsiadając z grzbietu kota i natychmiast syknęła, oplatając rękami kark robota, kiedy jej zastałe nogi nagle odmówiły posłuszeństwa po godzinie bezczynności. – Po prostu skończ, co masz zrobić – mruknęła, próbując zmusić nogi do ruchu. Po dłuższej chwili męczenia się z własnym ciałem i użyciu Yusufa jako drabinki (Breakdown postawił chłopaka obok niej, ale kiedy ten zaproponował pomoc, syknęła na niego i kazała mu stać w miejscu), Natalie wreszcie stanęła na nogi. Oczywiście, bez dziwnego mrowienia nie mogło się obejść, i koniec końców Yusuf z drabinki na krótką chwilę awansował też na podporę.

W końcu Soundwave skończył, cokolwiek robił i otworzył most ziemny. Yusuf przez chwilę tylko wpatrywał się w wirującą w powietrzu, zielono-niebiesko-kolorową zorzę, dopóki Natalie, ubrawszy kurtkę, nie trzepnęła go w głowę.

- A twoja babcia w ogóle to się nie będzie martwić? – zapytał w końcu chłopak, machając do Breakdowna na pożegnanie. Natalie tylko kiwnęła głową w stronę Soundwave, po czym westchnęła, wchodząc w wir.

- Wątpię. To jest moja babcia, jej nie zrozumiesz – mruknęła dziewczyna, stając przed okropną, malowaną na biało bramą okropnej, przeszklonej willi. – Ugh, nienawidzę tego miejsca.

- Przecież tu mieszkasz – zdziwił się Yusuf.

- I co z tego? – prychnęła Natalie, po czym tak po prostu skierowała się w stronę domu. Yusuf, chcąc nie chcąc, poszedł za nią.

W paskudnym salonie czekała na nią jednak miła niespodzianka. Na stoliku do kawy stało bowiem średniej wielkości terrarium, a w środku Śnieżka była bardzo zaaprobowana mordowaniem wrzuconego chwilę wcześniej przez Margaret świerszcza. Wydawała się też nieco większa, niż wcześniej.

- Cześć, babcia – mruknęła Natalie, zdejmując szybko buty i delikatnie kładąc torbę na dywanie (uwaga, laptop). – Jak tam mała paskuda?

- Bardzo dobrze. Ranka na plecach nie była wcale tak poważna, tylko powierzchowna w sumie, i już się praktycznie cała zagoiła – odparła Marabeth, rozsiadając się na niewygodnej kanapie. – Ciekawy stworek, szczerze powiedziawszy. Wygląda jak pająk… I to w sumie wszystko, co ma z nimi wspólnego.

- Może to dla tego Nat się jej nie boi? – zapytał Yusuf, klękając przy stoliku i delikatnie pukając w szybkę terrarium. Został przez pająka całkowicie zignorowany.

- Ja wam mówię, że to jest kot w pajęczej chitynie – Natalie wzruszyła ramionami, padając na kanapę obok babci.

- Jak tam u nowych znajomych? – zapytała Marabeth. Yusuf niemal natychmiast parsknął śmiechem, po czym powiedział;

- Natalie ujeżdża koty.

- O? A to ciekawe.

~•(x)•~

- Babcia, ty mnie weź kurwa nawet nie strasz – wysyczała Natalie, idąc za Marabeth z talerzem w rękach; i w bardzo złym humorze. Kiedy kobieta poszła do kuchni odebrać telefon (bo znowu go tam zostawiła), wnuczka poszła za nią bo stwierdziła, że jest głodna, bo od rana nic nie jadła. Yusuf został w salonie, nie chcąc za bardzo mieszać się w rozmowy telefoniczne pani domu, ale nawet głupi mógłby stwierdzić, że stało się coś, co bardzo rozzłościło Natalie. Choćby przez fakt, że talerz na stole postawiła bardzo niedelikatnie, ale na sam widok jej miny miało się ochotę uciekać.

- Nie straszę cię – Marabeth pokręciła głową, patrząc na swoją komórkę z niedowierzaniem, po czym opadła na kanapę z westchnięciem. – Tylko czemu tak bez uprzedzenia?

Yusuf naprawdę chciał się dowiedzieć, o co chodzi, ale zbytnio się bał, że któraś z kobiet (Natalie) się na niego rzuci. Postanowił więc być cicho.

- Kurwa jego jebana mać. Ze wszystkich ludzi na świecie, czemu on? – wysyczała Natalie.

- Bo tu nikt go nie zna, a jeśli będzie z tobą, to nikt nie odważy się nawet źle na niego spojrzeć? – zapytała Marabeth, kładąc nogi na stół.

- Jaki on? – zapytał Yusuf nim zdążył ugryźć się w język. Ku jego uldze, jednak, Natalie nie rzuciła się na niego z pazurami. Zamiast tego, warknęła głucho, ale zaczęła tłumaczyć:

- Aiden, mój kuzyn od strony matki. Chwilę temu się dowiedziałam, że będzie tu mieszkał, i to od samego początku wakacji. Co gorsza, będzie chodził z nami do szkoły, a żeby było ciekawiej, jest naszym równolatkiem, więc i do tej samej klasy – wysyczała dziewczyna, siadając obok babci. Yusuf westchnął, biorąc jedną z kanapek.

- A czemu dokładnie? – zapytał, po czym wgryzł się w kanapkę.

- Bo jest gejem – westchnęła Natalie. – Albo raczej; bo nie ukrywa się z tym, że jest gejem. I tak bardo pechowo trafił do szkoły, gdzie połowa populacji to homofony, jeśli by wierzyć temu, co mówiła jego matka.

- Zaczęło się niewinnie – odparła Marabeth. – A to zniknęła mu kanapka, a to długopis. Tylko, że szybko zrobiło się o wiele gorzej; poważniejsze kradzieże, stracił dwa telefony i dużą część zeszytów, potem pogróżki, a w końcu rękoczyny. NA chwilę obecną trafił do szpitala z połapanymi żebrami i ręką. Dlatego jego rodzice nagle postanowili, że wyślą go tu.

- Ale przecież maja wiecej rodziny, prawda? – zapytał Yusuf, a Marabeth pokiwała twierdząco głową. – To czemu tu? Są inne miejsca, gdzie nikt go nie zna.

- Ale nie ma tam Natalie – mruknęła Marabeth.

- Jak to?

- Bo krew nie woda – prychnęła Natalie. – Ludzie w szkole się mnie boją, i to panicznie, może za wyjątkiem Lisy, ale ona jest zbyt głupia. Tak więc, nawet jeśli Aiden będzie się obnosił z tym, że jest gejem, myślisz, że mu coś zrobią? Po tym, co pokazałam na początku roku?

- To mi powiedz, tylko szczerze – chłopak spojrzał na nią dość poważnie. –Obroniłabyś go?

- Hm… - zastanowiła się dziewczyna. – No, raczej tak. Choćby tylko po to, żeby samej mu potem wybić wszystkie zęby.

- Uff, to dobrze – Yusuf odetchnął z ulgą. – Bo już się bałem, że ci mózg wyprało.

- Poza tym, nie lubię Aidena, bo jest pedałem.

- Ale jak o nim wcześniej mówiłaś, to się nie wydawało, żeby…

- Yuffie, debilu – syknęła Natalie, a Yusuf zamarł słysząc zdrobnienie. – Nie mam absolutnie nic przeciwko temu, że jest gejem. Geje są spoko. Za to pedały, w babskich ubraniach, obcisłych gaciach, oczojebnych kolorach, z toną żelu na włosach i walący perfumami na kilometr? Borze sosnowy, oszczędź mi tego.

- Czy ty mnie właśnie nazwałaś Yuffie?

- Ty na mnie mówisz Nat, tak więc ja nie widzę powodu, który by mi przeszkadzał w nazywaniu cię Yuffie.

Oczy Yusufa zabłysły.

- Nie, nie znaczy to, że jesteśmy przyjaciółmi.

- Ale jesteście na dobrej drodze – dodała Marabeth z wrednym uśmieszkiem.

- Kurnać, wszyscy spiskują przeciwko mnie – prychnęła Natalie.

~•(x)•~

Straszny film był niespecjalnie straszny; ale czego można się spodziewać, oglądając w dwudziestym pierwszym wieku slasher, który powstał ponad trzydzieści lat temu.

Co nie zmieniało wcale faktu, że Piątek trzynastego był klasykiem; i to nie byle jakim klasykiem. Dlatego też Natalie starała się trzymać język za zębami i nie kląć na błędy aktorów. Czy Yusuf, zakopany pod (jej) zieloną kołdrą w kocie łapki faktycznie się bał czy tylko udawał, nie potrafiła stwierdzić. Śniezka wydawała sie być zainteresowana migającymi na ekranie telewizora obrazami, bo siedziała niemalże przyklejona do szyby, a cztery pary niebieskich paciorków skierowane były w stronę ekranu.

To nie Natalie wina, że Yusuf uparł się na nocne oglądanie horrorów; a teraz, geniusz, bał się jednego z najmniej strasznych. Klasyk, tak, ale straszne to było trzydzieści lat temu, a nie teraz, w erze animacji komputerowych i fikuśnych efektów specjalnych.

- To jest stare – wymruczał Yusuf, wyciągając spod kołdry rękę i sięgając po prażynkę. – Ale ja się ciągle boję. Kurnać.

- Bo z ciebie to kurczak jest – prychnęła Natalie, rozczesując włosy szczotką.

- W ogóle, to czy ty masz jakąś manię kotów i zielonego? – zapytał Yusuf, rozglądając się po pokoju, po którym walały się najrozmaitsze rzeczy. Cóż, Natalie nie była z tych, co by się bawili w sprzątanie. – Pościel zielona w kocie łapki, dywan zielony w kocie łby, torba w kocie łby, na ścianie koty, na meblach naklejki kotów. Nawet na piżamie masz kota, mimo faktu, że to Chess z Alice: Madness Returns i jest szary. Tez kot.

- Lubię koty – Natalie tylko wzruszyła ramionami. – I zielony. Lubię też fioletowy.

- I wielkie, ciche ninja-roboty w maskach.

- Też.

- Nawet nie zaprzeczy.

Następna godzina minęła dwójce na tępym wpatrywaniu się w ekran telewizora, co było okraszone komentarzami Natalie, piskami Yusufa, a na koniec, 'wielką wojną' o ostatnie przekąski, którą wygrała Natalie, kiedy to w bardzo wredny sposób uwięziła Yusufa w kołdrze tak, że nie potrafił się wyswobodzić. Fakt, że usiadła sobie na jego nogach wcale nie pomagał.

- Ratunku, mordują! – pisnął chłopak, rzucając się po łóżku, jednak niewiele mu to dało, bo Natalie nadal siedziała na jego nogach zupełnie niewzruszona, chrupiąc ostatnie prażynki do sceny, w której główna bohaterka (tudzież jedyna ocalała) jest już w szpitalu i majaczy.

- Idź do siebie, spać chcę – prychnęła Natalie, gwałtownie zdzierając z chłopaka kołdrę.

- A nie mogę spać u ciebie? – zapytał, i Natalie spojrzała na niego, jak na absolutnie skończonego debila.

- Wypierdalaj do siebie.

- Ale…!

- To gdzie chcesz niby spać?

- Na łóżku?

- …

- Już sobie idę! Nie patrz na mnie, jakbyś chciała mnie zagryźć!

~•(x)•~

Następne tygodnie minęły bardzo szybko; szybciej, niż by się to Natalie podobało. Referaty, wystawienie ocen końcowych, zakończenie roku. I tak naprawdę, to dziewczyna nie wiedziała, kiedy to się stało. Wiedziała jednak jedną rzecz na pewno; Yusuf zdążył przenieść do jej domu praktycznie wszystkie swoje rzeczy, ręczniki i szczoteczką wliczając, i nie zanosiło się, żeby miał zamiar się wynieść.

Natalie najbardziej przeszkadzało to, że wcale nie przeszkadzała jej jego obecność.

Dzieląc życie na rano w szkole, popołudnie u robotów i noc w domu, dziewczyna zdążyła wyprzeć z pamięci fakt, że po zakończeniu roku w domu pojawi się kolejny nieproszony gość, tym razem po stokroć bardziej irytujący od araba z dredami (który, co należy zaznaczyć, praktycznie dzielił z nią szafę, i Natalie nie miała już nawet siły kłócić się z nim os koszulki).

Dlatego, kiedy pierwszego dnia wakacji, jakby zgodnie z zegarkiem, pod dom podjechał bladoniebieski van, zaklęła na tyle szpetnie, że nawet Marabeth dziwne się na nią spojrzała.