Rozdział trzynasty

Namówienie Maedhrosa, żeby pozwolił sobie wyrównać włosy, wcale nie było takie problematyczne. Chory przełknął argument, że skoro zaczyna się swobodniej poruszać i wychodzi na podwórze, to powinien się chociaż dać uczesać.

– I jak? – zagadnął Amras, przeczesując palcami wilgotne kosmyki brata.

Wyrównanie końcówek sprawiło, że najdłuższe kosmyki skręcały się delikatnie na końcach tuż przy uchu. Wyżej nie było lepiej, Amras ścinał tak mało, jak tylko mógł, widząc nieszczęśliwą minę Maedhrosa, ale czasem nie miał wyboru. Efektem była fryzura nieco regularniejsza niż wcześniej, ale z pewnością chaotyczna.

Maedhros przeczesał włosy palcami i zgarnął z czoła krótkie kosmyki. Patrzył przez chwilę w lustro, a Amras kilkakrotnie wychwycił w nim, że brat go obserwuje.

– Krótko – westchnął chory z ledwie skrywanym żalem.

– Inaczej nie dam rady – stwierdził Amras. – Za jakiś czas pozbędziemy się do końca tych zblakłych końców. Zobacz, jakie ładne teraz odrastają – przejechał palcami po czubku głowy brata.

– Mhm... Trzeba będzie – Maedhros poległ przy próbie wykrzesania z siebie entuzjazmu.

– Nie podoba ci się. – Amras pochylił się, objął brata od tyłu i oparł brodę na jego głowie, spoglądając na odbicie chorego w lustrze. – To dobrze – stwierdził nagle i uśmiechnął się.

Maedhros w lustrze posłał mu zdumione spojrzenie, a potem chwycił jeden z długich warkoczy Amrasa, które opadały mu aż na pierś. Owinął go sobie wokół palców, obejrzał z bliska koralik spinający go na końcu.

– Tyelpe robił – odpowiedział Amras na niezadane pytanie. – Curvo dobrze go uczy, Russo.

Maedhros drgnął, słysząc zdrobnienie, którym dawno nikt go nie nazywał. Puścił warkocz brata, nie do końca ukrywając tęskne spojrzenie, a wtedy Amras przechylił się i sięgnął po nożyczki.

– Co chcesz zrobić? – zapytał natychmiast Maedhros, nie spuszczając wzroku z ręki brata.

– Ściąć – wzruszył ramionami Amras. Skoro Maedhrosowi było żal, gdy patrzył na jego długie włosy, to gotów był je skrócić.

– Nie, zostaw! – Maedhros chwycił go za rękę. – Tak ci ładnie, nie ruszaj...

– Jesteś pewien? – zapytał najmłodszy syn Feanora, zerkając to na rękę brata, to na jego odbicie w lustrze. – Dobrze, dobrze! – poddał się, bo Maedhros wyłuskał mu nożyczki z palców.

– Nawet o tym nie myśl – starszy brat pogroził mu narzędziem i odłożył je tak daleko, jak tylko mógł.

Zamiast tego Amras zdjął kilka koralików ze swoich warkoczy i przyjrzał się krytycznie fryzurze starszego brata. Nie miał jak spleść krótkich kosmyków, ale nie przeszkodziło mu to we wpięciu srebrnych ozdób we włosy. Maedhros przez cały czas nie spuszczał wzroku z odbicia jego palców w lustrze i obserwował go z zainteresowaniem.

– Może tak być?

Maedhros potrząsnął ostrożnie głową, ale koraliki pozostały na swoich miejscach. Posłał bratu niepewny uśmiech i potaknął. Amras związał spiesznie na karku rozplecione warkocze.

– Śniadanie?

xxx

– Zaczekaj, Curufinwe. – Maedhros zatrzymał brata, gdy ten był już w drzwiach.

Curufin stanął posłusznie, nie w pełni ukrywając zniecierpliwienie; syn czekał już na niego.

– Tak, Maitimo?

– Zabierz mnie ze sobą do kuźni – poprosił najstarszy z braci, odsuwając się razem z krzesłem od stołu.

– Och, oczywiście, jak sobie życzysz – zaskoczony Curufin poczekał, aż brat wstanie i dołączy do niego.

Maedhros wyłapał spojrzenie, jakim Curufin obdarzył jego stopy, chcąc zapewne skomentować, że boso do kuźni go nie zabierze, i zaskoczenie, gdy zamiast gołych nóg zobaczył buty. Pomysł z pójściem z bratem do jego warsztatu nie zrodził się przed chwilą, Maedhros już kilka dni wcześniej uznał, że trzeba skonfrontować się ze źródłem hałasu, które nie dawało mu spokoju.

– Skąd to nagłe zainteresowanie? – zagadnął Curufin, bez pytania obejmując go ramieniem, skoro mieli dalej pójść.

– Chcę wiedzieć, co robicie. – Maedhros wzrok utkwił w ziemi, bo w trzewikach czuł się mocno niepewnie na nogach, boso było mu łatwiej.

– W tej chwili? Kończę naprawiać zawiasy od bramy, a Moryo przy okazji zażyczył sobie, żeby były ozdobniejsze – wyjaśnił kowal. – Jesteś pewien, że chcesz iść? – zatroszczył się, gdy przy drzwiach wyjściowych Maedhros złapał się framugi i zatrzymał odpocząć. – Będzie duszno.

– Muszę zobaczyć, co robicie – podkreślił Maedhros. Miał nadzieję, że gdy przekona się na własne oczy, co brat robi z synem w kuźni, przestanie reagować chęcią ucieczki na odgłosy. Już dostatecznie najadł się wstydu z Fingonem, gdy palce zaciskały się konwulsyjnie na dłoni kuzyna z każdym uderzeniem kowadła.

Nie doszli nawet do połowy podwórka, gdy Maedhros zwyczajnie stanął i oparł się mocniej na bracie.

– Bez pośpiechu – mruknął Curufin, poprawiając chwyt. W następnej chwili zaprzeczyło mu wołanie syna z wnętrza kuźni, że wszystko jest gotowe i potrzebuje pomocy.

Maedhros ocenił odległość wciąż dzielącą go od drzwi i stwierdził, że jednak przecenił swoje siły. Ławka stojąca przy studni była ledwie o parę kroków. To był pomysł Caranthira, który porozstawiał na podwórku ciężkie, stabilne ławki z solidnym, wysokim oparciem. Wyglądały wprawdzie, jakby ktoś je tam porzucił w połowie przenoszenia, ale dawały Maedhrosowi możliwość odpoczęcia, a oparcie pozwalało dźwignąć się z powrotem na nogi.

– Ojcze! – powtórzył wołanie Celebrimbor i Maedhros podjął decyzję.

– Zostaw mnie tu na razie – powiedział, kierując się w stronę ławki.

– Na pewno? Mogę cię...

– Nie – przerwał mu starszy brat. Puścił Curufina i usiadł. Mieli umowę z braćmi, że po dworze porusza się o własnych siłach; albo dojdzie sam, albo zrezygnuje i spróbuje ponownie za tydzień czy dwa. Nie będziecie mnie nosić jak szmacianą lalkę, oświadczył braciom, a Maglor krzywił się strasznie na to określenie.

– No idź – ponaglił Curufina i odprowadził go wzrokiem.

Młodszy brat dołączył do syna, a Maedhros oparł się wygodniej. Wiedział, że długo tu nie wytrzyma, o tej porze na ławce nie było ani skrawka cienia, a palące letnie słońce było dla niego zbyt ostre.

Pierwsze uderzenie kowadła wzięło go z zaskoczenia, serce zabiło mocniej. Curufin, to tylko Curufin, powtarzał sobie w myślach, ale pod powieki już wkradały się obrazy mrocznych kuźni Angbandu, wąskie buty zaczynały nieprzyjemnie przypominać kajdany na kostkach. Maedhros zwalczył odruch zwinięcia się i chronienia głowy i ręki, zmusił do otwarcia oczu i wbił wzrok w warsztat brata. Nad skurczami mięśni, boleśnie ciągnącymi słabe zrosty na plecach, zapanować nie umiał.

Zdeterminowany, by nie powtórzyć incydentu z poprzedniego tygodnia, Maedhros stanął na nogi. Miał do wyboru, spróbować wrócić do domu lub dojść do kuźni. Warsztat brata był bliżej, no i stanowił pierwotny cel.

Zrobił kilka kroków, tylko częściowo świadomy absurdu, jakim było uciekanie z upalnego słońca do kuźni. Chciał przede wszystkim dostać się do brata, przekonać, że nie ma powodu, by się denerwować.

W kuźni spadło coś z hukiem, Maedhros bezwiednie spróbował się cofnąć i stracił kruchą równowagę. Poleciał do przodu z przekleństwem na ustach, odruchowo wyciągając obie ręce przed siebie, by zamortyzować upadek.

Celebrimbor był mniej zajęty, gdy usłyszeli z ojcem wiązankę przekleństw. Pierwszy odłożył sprzęt i wypadł na zewnątrz. Nie zdziwił się zupełnie, widząc Maedhrosa siedzącego na ziemi, wściekłego i upokorzonego.

– W porządku, Maitimo? – Celebrimbor pochylił się i sprawnym ruchem podniósł wuja, zamiast podać mu rękę.

– Prosiłem – wycedził zirytowany Maedhros. Próbował strząsnąć rękę bratanka utrzymującą go w pionie, ale Celebrimbor nie pozwolił na to, widząc jak bardzo drżą mu nogi.

– Starczy na dzisiaj, co? – Curufin dołączył do nich i przyjrzał się bratu. – Nic sobie nie zrobiłeś?

– Nie! – warknął najstarszy syn Feanora. Wykorzystał fakt, że Celebrimbor trzymał go za ramię i otrzepał się z kurzu.

Celebrimbor przepuścił ojca, wiedząc, że Maedhros lepiej znosi pomoc braci, ale nim doszli do domu, i tak podparł go z drugiej strony. Dopiero przy swojej komnacie wuj zatrzymał się na chwilę, by złapać oddech, a potem stanowczo wyswobodził się z wspierających go ramion. Zmrużone oczy ciskały gromy.

– Nelyo, na pewno wszystko w porządku? – Curufinwe obrzucił brata stroskanym spojrzeniem, na co Maedhros wybuchł.

– Mówiłem, że tak! – odbił się od ściany, pchnął drzwi. – Możesz po prostu dać mi spokój?! – nieco chwiejnym krokiem wszedł do pokoju i trzasnął za sobą drzwiami. Na korytarzu ojciec i syn wymienili bezradne spojrzenia.

Przez następne godziny zgodnie z życzeniem nikt nie zakłócał spokoju chorego. Dopiero Amras, nieświadomy porannego zajścia, zajrzał do brata po powrocie do domu i pierwszy przekonał się, że popełnili błąd.

Gdy wszedł, początkowo sądził, że Maedhros po prostu śpi, ale jego uwagę przykuła dziwna pozycja. Najstarszy brat leżał skulony na lewym boku, z poduszką przełożoną w nogi łóżka, tak, że był zwrócony twarzą do drzwi. Kolana miał podciągnięte prawie do brzucha, stopy wciąż obute, rysy twarzy ściągnięte, na policzkach niezdrowy rumieniec. Okaleczoną rękę obejmował obronnym gestem. A przede wszystkim – nie zareagował zupełnie na obecność Amrasa, choć ostatnio sypiał lekko. Gdy nie dał się również obudzić potrząsaniem, najmłodszy syn Feanora zawrócił po uzdrowiciela.

xxx

Światło było ostre, raziło, jaśniejsze niż gwiazdy czy Drzewa. Nie pozwalało mu otworzyć oczu. Tu nie powinno być tak jasno... Złociste promienie zmuszały go do odwrócenia głowy, poddania się. Znał je? Czy może zapomniał? Lochy były przecież ciemne, czarne i duszne.

Żebra kłuły przy każdym oddechu, plecy paliły. Ręka...? Nie wiedział, co się z nią stało, ale pod wpływem dotyku zwinął się bardziej, czuł, że trzeba ją chronić.

Ręce, które go dotykały, próbowały zmusić go do wyprostowania. Silne, pewne, starały się nie zadawać zbędnego bólu. Głos mamroczący uspokajająco był miły dla ucha.

Głos... Znał go. Miękki, czuły, a jednocześnie silny. Jesteś bezpieczny. Brzmiał tak, jakby mówiący samym tym głosem był w stanie go obronić. Kano...? Światło raziło, nie pozwalało otworzyć oczu, ale dotyk nie przypominał tortur. Cokolwiek robiły te znane-nieznane ręce, próbowały mu pomóc. Moryo...? Ręce zręczne, silne... Może Tyelko...? Jesteś w domu, nie denerwuj się. Atar...? Nie, on nie żyje. Ale głosy nad jego głową brzmiały znajomo, bezpiecznie. To przecież bracia.

Mocniejszy uścisk, szarpnięcie. Ktoś zdołał rozprostować mu rękę, na siłę, nie pytając. Dlaczego...? Ktokolwiek to zrobił, trzymał pewnie, nie pozwolił uciec. Maedhros czuł rosnącą panikę. Przecież miał być bezpieczny, bracia zapewniali, że nic mu nie grozi... Ból w ręce nasilił się, jak gdyby ktoś zdzierał z niej skórę. Co takiego wymyślili tym razem?

Chciał krzyczeć, gdy ta myśl zaświtała mu w głowie. Nie było braci. Nie przyszli po niego. Nie przyjdą. Był sam, tylko on, oprawcy w lochach, oślepiające światło i majaki.

Wypij. Najpierw prośba, potem już rozkaz, kubek przy ustach. Trucizna, czy lekarstwo, by pożył dłużej? Odwrócił głowę, ale wtedy prośba powtórzyła się, łagodnie, nalegająco. Tym bardziej nie mógł zaufać.

Wyszarpnął się, żebra zaprotestowały. Zgubił oddech, wraz z brakiem powietrza zalała go fala strachu.

Więcej rąk przyszpiliło go do czegoś miękkiego, ktoś siłą wlał mu gorzki płyn do gardła. Wypluł, ile zdołał, resztą się zadławił. Pierś stanęła w ogniu, urywany oddech przeszedł w charkot. A głos... Przepraszał? Więc chcieli go dręczyć wspomnieniami z domu? Brat by go przecież nie krzywdził...?

Ktokolwiek go poił, był uparty. Za drugim razem Maedhros się poddał. Wlewali mu płyn drobnymi łykami, unosząc wysoko, unieruchamiając. Jeśli chcieli go podleczyć przed dalszymi torturami, przynajmniej przez chwilę przestanie boleć. Jeśli to trucizna...

xxx

Maedhros spał niespokojnie, a Maglor miał wrażenie, jakby wróciły te koszmarne dni sprzed miesiąca. Chory przemilczał skutki upadku na podwórzu, a gdy gorączka wzrosła, nie dał się obudzić i nie rozpoznawał otoczenia. Maglor trzymał go przez cały czas, gdy Alcarino szukał przyczyn pogorszenia zdrowia, i później, kiedy poprawiał szwy na kikucie. Maedhros szarpał się i mamrotał niezrozumiale, a na każde polecenie reagował ślepą negacją. Uspokoił się dopiero po tym, jak Maglor siłą napoił go ziołami. Uzdrowiciel zgodził się zostać przy rannym, póki gorączka nie spadnie, więc siedzieli razem z Maglorem, pogrążeni w cichej rozmowie.

Maedhros poruszył się i otworzył oczy. Spojrzał na Maglora i czym prędzej zacisnął powieki, odwrócił głowę od brata.

– Nelyo? – Maglor pochylił się nad chorym. – Nelyo, trzeba ci czegoś?

– O-odejdź – wycedził Maedhros. – P-przes-stań. P-przestań – w ściśniętym głosie pobrzmiewała desperacka prośba.

– Co się dzieje? Maitimo, dlaczego mam wyjść? – zapytał zaniepokojony Maglor i sięgnął dłonią do twarzy brata. W następnym momencie palce Maedhrosa zacisnęły się na jego nadgarstku z zaskakującą siłą.

– Nie jesteś prawdziwy – zapadnięte oczy chorego rozbłysły, gdy spojrzał Maglorowi w oczy. – Odejdź, odejdź! N-nie dręcz! Odejdź... – głos załamał się w urwanym, stłumionym zaraz szlochu. Maedhros zabrał rękę, przekręcił się na prawy bok i objął ochronnie ramieniem.

– Maitimo, ale... – Maglor zamilkł, niepewien, co miałby powiedzieć na taki zarzut. Cofnął się nieco, nie spuszczając wzroku z brata.

– Z-zostaw mnie – wymamrotał Maedhros w poduszkę.

Maglor wycofał się, zraniony i niespokojny, przysiadł na piętach. Posłał uzdrowicielowi bezradne spojrzenie. Alcarino skinął nieznacznie głową i przejął inicjatywę.

– Nelyafinwe, o co chodzi? – zapytał spokojnie i usiadł na łóżku po prawej stronie.

Maedhros na dźwięk innego głosu zerknął czujnie na elfa. Zamrugał zdziwiony, ale nieufność nie zniknęła z jego oczu, wręcz przeciwnie.

– Nie kul się tak, będzie ci niewygodnie. – Uzdrowiciel spokojnym, stanowczym gestem położył dłonie na ramionach chorego i zmusił go do położenia się na plecach. Maglor skrzywił się, widząc minę brata, ale nie wtrącał się w poczynania starszego elfa.

– Pozwól, Nelyafinwe. – Alcarino sięgnął z kolei po okaleczoną rękę, ułożył ostrożnie na poduszce. – Uszkodziłeś szwy, nie chcę, żebyś się przypadkiem położył na ręce – mówił spokojnie, jakby nie widział okrągłych, nieufnych oczu chorego.

– Nie ruszaj... – syknął Maedhros i spróbował wrócić do skulonej pozycji, ale ręce uzdrowiciela nie pozwoliły mu na to. Chciał je strząsnąć, ale tylko skrzywił się i znieruchomiał.

– Nelyafinwe, Nelyo. Nie będę nic teraz robić – obiecał Alcarino. – Ostrożnie z ręką, wiem, że jest wrażliwa. Swoją drogą, to postąpiłeś nierozważnie, nic nam nie mówiąc – dorzucił nagle ostrzej. – Jesteś jeszcze słaby i tym bardziej słabe są twoje kości. Powinieneś był powiedzieć. Tak, złamałeś żebro przy upadku – wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie chorego.

Maedhros zamrugał ponownie, skupił wzrok na uzdrowicielu. W szarych oczach błysnęło zrozumienie.

– ...Rino? A-alcarino? – zapytał z nutką niepewności, ale ulga niemal zdławiła mu głos.

– Owszem – uśmiechnął się uzdrowiciel. – Jesteś bezpieczny, razem z braćmi – zapewnił.

– Nie... lochy...? – Maedhros wpijał w Alcarino natarczywe spojrzenie, teraz już nawet nie mrugnął. – Nie...?

– Nie. Jesteś nad jeziorem, z braćmi – powtórzył spokojnie uzdrowiciel i głową wskazał na przykucniętego śpiewaka.

Maglor przełknął gorycz zbierającą w gardle, gdy tak obserwował, jak Maedhros daje się przekonać uzdrowicielowi, jak stopniowo mu wierzy i ufa. Bolało, że jeszcze chwilę temu brat tak stanowczo od niego uciekał, nawet jeśli to gorączka namieszała mu w myślach i podsunęła znów jakieś koszmary.

Maedhros podążył wzrokiem we wskazanym przez Alcarino kierunku, a gdy skrzyżował spojrzenia z Maglorem, młodszy z braci zadbał, by na jego twarzy nie odmalowały się zbędne emocje.

– Kano... Kano... – cichy głos chorego przeszedł w urwane łkanie. Szczupłe palce Maedhrosa, dotąd zwinięte w pięść, na oślep sięgnęły ku bratu. – To ty... ty, prawda?

– Oczywiście, że ja, Nelyo – uśmiech na twarzy Maglora nie był wymuszony, gdy splatał swoją dłoń z jego dłonią, siadał z powrotem na brzegu łóżka. Pochylił się i ucałował brata w czoło, wciąż niezdrowo gorące. – Jak najbardziej prawdziwy – zapewnił. – A ty jesteś bezpieczny, nikt cię tutaj nie tknie. Ale Alcarino ma rację, nie strasz nas tak znowu, co?

– Prawdziwy... – Maedhros przysunął się bliżej, tulił nos w tunikę brata, palce wciąż trzymał kurczowo zaplecione.

Maglor usiadł wygodniej, prawą rękę przełożył ponad głową brata i wplótł we włosy, na pół świadomie próbując wyplątać z nich ozdoby Amrasa. Maedhros nie uciekł od dotyku, tylko wtulił się jeszcze mocniej, jeszcze bliżej. Maglor wymienił z uzdrowicielem usatysfakcjonowane spojrzenia i podjął jedną ze starych melodii.