Był blady, chłodny świt. Daleko rozciągały się pola i łąki, które przykrywała gęsta mgła. Usłyszeć można było tylko rechotanie żab i odgłosy świerszczy. Wstające słońce było ledwie widoczne przez ciężkie warstwy chmur. Nie było nawet śladu po najmniejszych zabudowaniach. Nagle znikąd wyłoniła się ludzka sylwetka. Rozmokłe błoto chlupotało pod stopami przechodnia, który zapadał się w rozmiękły grunt i z trudem utrzymywał równowagę. Odziany był w niespotykaną na co dzień wśród mugoli obszerną pelerynę, wyglądającą jak wyciągniętą ze śmietnika: brudną i potarganą. Szedł pośpiesznie, biegłby gdyby nie spowalniające go mokradła. Po długim marszu znalazł się pod niewielkim lasem, do którego nie dochodziły żadne promienie słoneczne, zasłonięte i tak gęstą warstwą burzowych chmur. Błoto zniknęło i mógł wreszcie stąpać po utwardzonym podłożu.
Osobnik przemaszerował kilkukrotnie wzdłuż grupy drzew, aż w końcu znalazł w trawie stary, zardzewiały otwieracz do konserw i usiadł naprzeciwko niego na pobliskim pniaku. Nie minęło kilka minut, gdy wokół otwieracza coś zawirowało i nagle wyłoniła się kolejna postać ze zmiętym kartonem po płatkach śniadaniowych w ręce i ubranego w taką samą szatę - jednak nie tak oblepioną brudem jak u mężczyzny siedzącego na pniu; dla którego zresztą widok wyłaniającego się z powietrza człowieka nie zrobił żadnego wrażenia. Ich twarze ukryte były pod kapturem, ale dobrze wiedzieli z kim mają do czynienia.
- Kto by pomyślał, Lestrange - zacmokał pierwszy - Że po tym co odwaliła twoja żonka, Czarny Pan pozwoli ci przybyć tu świstoklikem. No, no... nie boisz się, że cię wytropią, co? A może to ma ułatwić twoje schwytanie? Właśnie teraz gdy czujesz się tak bezpieczny i wyróżniony, tutaj masz pozwolenie na świstoklika, a tam: pach – zacmokał – ...mają cię.
- Od tego stałego przebywania w kanałach we łbie ci się pomieszało, Greyback, i przez ten smród który się za tobą wlecze nie potrafisz się poprawnie wysławiać. Nasza rodzina od zawsze cieszyła się zaufaniem Czarnego Pana, to nas uwolnił z Azkabanu i to nas teraz ochrania i pozwala na podróż środkami magicznego transportu, podczas gdy ty musisz wędrować na twoich biednych, słabych wilczych nóżkach – dodał pieszczotliwie.
- Ciekawe tylko na jak długo ta ochrona będzie ci dana. Bardzo mi przykro, że musisz się ukrywać za plecami Czarnego Pana. I ładna mi rodzinka: Andromeda wyszła za szlamę, a podobno Bella pomagała ukrywać kolejną. Haha, to prawda? Czarny Pan wspomniał, że chowała przed nim szlamę! Chciała ją wychować! Hahahahaha...! - rozległ się jego okropny, donośny śmiech, przypominający miejscami warczenie - Dla mnie jesteście już spaleni, Lestrenge – wskazał na niego palcem o pożółkłym, nieskróconym paznokciu – Ty oraz twoja żona, a i pewnie niedługo spadnie coś ostatecznie na Malfoyów. Lucjusza jakoś nie wydostano z Azkabanu. A tymczasem synalek i żonka nie przejawiają entuzjazmu, nawet gdy w ich dworze rezyduje Czarny Pan. Wszyscy jesteście plugawymi zdrajcami – splunął mu pod nogi.
- Zamilcz, Greyback – Lestrange rzucił się na niego z pięściami, opanował się dopiero gdy wilkołak pochwycił jego twarz w swoje oblepione brudem dłonie. Rudolf uśmiechnął się ponuro i wycofał powoli, uważając na wbijające się w jego skórę paznokcie wilkołaka – Ciesz się póki możesz. I powtarzaj sobie te podsłuchane strzępy informacji. Musisz być w końcu przekonany, że cokolwiek wiesz co się obecnie dzieje. Dobrze wiesz, że jesteś tylko nic nie wartym pionkiem. Nigdy nie dołączysz do grona prawdziwych ludzi Czarnego Pana, nigdy nie dostąpisz przywileju noszenia mrocznego znaku. Ciesz się, że jeszcze żyjesz robaczku i okazuj prawdziwym czarodziejom szacunek, na który takie plugastwo jak ty nie zasługuje – wypowiadał to wolno, każde słowo przesączone było jadem.
- Nie musimy czekać do pełni, Lestrange – Greyback uśmiechnął się, ukazując swoje ostro zakończone zęby - Jeszcze tylko jedno słowo, a sam przekonasz się co oznacza życie na prawdziwym marginesie. Chociaż twoje, obecnie niczym się specjalnie nie różni – odpowiedział kpiąco, po czym ruszył przyśpieszonym krokiem przed siebie w głąb lasu.
Za nim podążył wściekły Rudolf Lestrange.
Weszli obaj na leśną drogę, gałęzie łamały się pod ich stopami. Do oblepionych błotem butów lepiły się igły i liście opadłe z drzew. Wewnątrz lasu było ciemno jak w środku nocy, poranne światło nie było w stanie przebić się przez gęste korony drzew. Po kilkunastominutowej wędrówce drzewa przerzedzały się. Musieli zmrużyć oczy gdy wyszli na otwartą przestrzeń i oślepiło ich słońce. Mgły wreszcie opadły.
Przed nimi znajdowała się duża rezydencja przypominająca zamek, otoczona wysokim ogrodzeniem, licznymi drzewami i dekoracyjną roślinnością. Widok był niczym z pocztówki. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się dało się zauważyć, że rośliny były uschnięte, a okna szczelnie zasłonięte, miejscami nawet zabite deskami. Przy bramie czekał mężczyzna przypominający z wyglądu szczura. Jego nerwowo rozbiegane oczy błądziły w różne strony, szata wisiała na nim żałośnie. Drgnął nerwowo gdy przybysze zbliżyli się. Odgarnął na tył głowy mocno już przerzedzone włosy i zmusił się do uśmiechu.
- Rudolf, Fenrir, jak miło... was widzieć, naprawdę – rzekł Glizdogon kłaniając się nisko - Dostaliśmy sygnał, że się zbliżacie, więc musiałem otworzyć bramę. Proszę za mną, zapowiem was – podniósł lewe ramię i pchnął furtkę, po czym z opuszczoną głową ruszył szybko w stronę drzwi do rezydencji.
- Dorabiasz jako lokaj, Peter? - zapytał drwiąco Rudolf Lestrange. Pettigrew obejrzał się za siebie z idiotycznym, nerwowym uśmiechem, ukazując przy okazji swoje popsute zęby.
- Przynajmniej ma jakieś zajęcie, Rudolfie – odpowiedział arogancko Fenrir – Tobie za to przydałaby się jakaś robota, co? Nie wiadomo czy ty i twoja żonka będziecie jutro w jednym kawałku.
Lestrange zerwał się błyskawicznie sięgając po różdżkę i kiedy miał już rzucić zaklęcie, coś silnie uderzyło go w bok, tak że został wyrzucony w powietrze i upadł zaraz przed schodami, obijając się przy tym boleśnie o żwir leżący na ziemi. Podparł się rękami i ciężko oddychał nie mogąc wstać. Przeklął wiele razy, po czym spojrzał pełen nienawiści na niewzruszonego Snape'a, który nadal trzymał przed sobą skierowaną w niego różdżkę.
- Niczym nie potrafisz się porządnie zająć, Glizdogonie, nawet jeśli miało to być jedynie przyprowadzenie kogoś pod drzwi – odezwał się jadowicie Snape - Jesteś do niczego, ale to było wiadome już od dawna. Nie wiem po co Czarny Pan cię tu trzyma, najwyraźniej w charakterze błazna. Wy też! Lestrange, Greyback! – zwrócił się do obu - Tylko Czarny Pan może decydować o waszym losie, nie będziecie urządzać tu żadnych burd! Zachowujecie się jak mugole, a nie czarodzieje. To przez właśnie taką samowolę, Dumbledore zdaje się nas wyprzedzać o krok – wycedził to przez zaciśnięte zęby. Schował różdżkę do kieszeni i odgarnął z czoła swoje tłuste, czarne włosy. Jego ziemistą twarz wypełniał okropny grymas niezadowolenia, wciąż spoglądał na podnoszącego się z ziemi Rudolfa, który usiłował naprawić zaklęciem swoją rozdartą szatę - A zwłaszcza tobie... – powiedział prosto do Lestrange'a, który drgnął nerwowo – ...Nie radziłbym robić niczego pochopnego, może zdołasz uratować chociaż siebie – Snape odwrócił się na pięcie i wszedł do środka przez okazałe, bogato zdobione drzwi, prowadzące do posiadłości Malfoyów.
Glizdogon wciągnął ze świstem powietrze i ruszył za nim. Dwaj przybysze nadal czekali przy drzwiach.
Jasny do tej pory hol sprawiał ponure wrażenie. Okna zostały zastawione gobelinami, meblami lub zabite deskami tak, że jedynym źródłem światła były palące się skąpo świece oraz promień padający przez skrawek barwnego witraża, nadając przez to wnętrzu czerwoną poświatę.
Rozdzielili się, Severus Snape ruszył marmurowymi schodami w górę, nie spojrzawszy się za siebie; a Glizdogon szedł dalej, w kierunku uchylonych drzwi po przeciwległej stronie. Przystanął i sięgnął po klamkę, pchnął je powoli, nadsłuchując najmniejszego choćby dźwięku.
- Panie, już są - powiedział uprzejmie, kłaniając się niemal do samej ziemi.
- Wprowadź go – na brzmienie tego głosu ruszył pośpiesznie z powrotem, tam gdzie zostali śmierciożercy.
Dotychczas to on zawsze bał się o swój los, a teraz to ktoś inny miał poważne kłopoty. I to ktoś, kto zawsze przy każdej nadarzającej się okazji drwił z niego. Glizdogonowi serce biło bardzo szybko z podekscytowania, nie mógł się doczekać chwili kiedy Czarny Pan postanowi o dalszym życiu swojego (jak do tej pory) zaufanego człowieka. Jest raczej pewne, że teraz on – Peter Pettigriew - będzie mógł bez żadnych konsekwencji upokarzać tego czarodzieja i odpłacić mu tym samym za wszystko. Po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnął się na tę myśl, a jego głos zabrzmiał zdumiewająco wesoło i uprzejmie, kiedy dotarł wreszcie do czekających przy drzwiach przybyszów.
- Rudolfie – uśmiechnął się szeroko - Czarny Pan cię oczekuje – zaprosił go gestem do następnego pokoju.
Blady, ale wciąż pewny siebie czarodziej ruszył przed siebie, zostawiając Greybacka w tym samym miejscu.
- Podejdź.
W przestronnym, bogatym salonie rozległ się ponownie wysoki, mrożący krew w żyłach głos. Postać która wypowiedziała te słowa siedziała za długim dębowym stołem, na tle pokaźnego kominka w którym płonął ogień. Padające od płomieni światło uniemożliwiało odczytanie szczegółów wyrazu jego twarzy. Wyczuwało się jednak bez większych problemów bijącą od niego złą aurę.
Ściany pokrywały liczne, misternie wykonane tkaniny i obrazy, przedstawiające głównie bogato odzianych czarodziei i czarodziejki. Przy nich stały równie drogocenne meble, zapełnione drogimi przedmiotami, wazami, księgami i zdjęciami rodzinnymi gromadzonymi od wielu lat. Zastawione okna sprawiały, że całe wnętrze spowite było w półmroku.
W pobliżu mężczyzny siedziała zgarbiona kobieta o czarnych, potarganych włosach zarzuconych na twarz. Dłońmi trzymała się za głowę i szeptała sama do siebie, jakby nie zdając sobie sprawy, że ktoś oprócz niej znajduje się w tym samym pomieszczeniu.
W pokoju przebywała także inna osoba: ładna kobieta o blond włosach, lecz o przerażeniu wypisanym na twarzy. Siedziała daleko od pozostałych, w niskim fotelu na drugim końcu salonu, pod ścianą, skulona za niewielkim stolikiem obładowanym licznymi amuletami. Narcyza Malfoy spojrzała z obrzydzeniem w stronę drzwi, gdy ponownie pojawiła się w nich głowa Glizdogona. Przygryzła jednak wargi i znów nieruchomo zaczęła wpatrywać się w kolorowe kamienie.
- Nie jesteś tu teraz potrzebny, Glizdogonie, do pomówienia mam tylko z państwem Lestrange, przyślij tu zaraz Fenrira – rzekł ten sam glos – Narcyzo, wyślij sowę do twojego syna, ma się pośpieszyć, nie ma zbyt wiele czasu.
Pani Malfoy z trudem podniosła się z fotela i wyszła za Glizdogonem, zamykając za sobą drzwi. W salonie został tylko Voldemort i Lestrenge'owie.
Rudolf nie zdołał usunąć ze swojej szaty wszystkich śladów upadku, widniały na niej pozostałości błota i kurzu. Gdy się zbliżył, kulał też lekko na lewą nogę. Podszedł w stronę kominka tak, że widział wyraźnie twarz swego pana i utkwione w nim uważnie czerwone, wąskie oczy.
- Panie, właśnie...
-To JA – odrzekł jadowity głos – ...będę ci udzielał pozwolenia, kiedy będziesz mógł otworzyć usta. Teraz milcz i siadaj – wskazał ręką na puste krzesło przy stole, na wprost ciemnowłosej kobiety - Włożyłem trochę pracy w to, żeby wyciągnąć cię z Azkabanu, ukryć, a teraz sprowadzić tutaj. Oby się tylko okazało, że nie zmarnowałem mojego cennego czasu i po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłem nie okażesz się tak niewdzięczny i nieposłuszny jak twoja żona. Wiem już, że nie miałeś z tym niemiłym incydentem nic wspólnego, dlatego nie spotka cię z mojej ręki surowa kara. Ale aż dziwne, że niczego nie zauważyłeś, to jest zastanawiające. Nie potrafiłeś przypilnować własnej żony, a zawsze sprawiałeś wrażenie człowieka który nadaje się na wysokie kierownicze stanowiska. Ciągle spotykają mnie rozczarowania – westchnął Voldemort - Teraz będę się wam uważniej przyglądał. Jeszcze jedno nieposłuszeństwo z waszej strony, a przekonacie się jaki może być mój gniew. Za chwilę dokładnie mnie wysłuchasz, Rudolfie.
Drzwi ponownie się otworzyły i do środka wszedł przerażający mężczyzna o zwierzęcych, zdeformowanych rysach twarzy. Przygryzał wargi i spoglądał z demonstracyjnym obrzydzeniem na Lestrange'ów. Podszedł bliżej Voldemorta i skłonił mu się nisko.
- Mów – rozkazał Voldemort.
Mężczyzna chrząknął i splunął na podłogę, odgarnął brudne włosy z szarej twarzy.
- Panie – znów odchrząknął – To wszystko prawda. Olbrzymy, te które nie uciekły, nie chcą się przyłączyć, wycofują się na północ. Natomiast te które zostały zażądały wynagrodzenia jako gwarancji. Problem był też z dementorami, z tego co słyszałem wrócili do Azkabanu bo coś je przepłoszyło. Ministerstwo twierdzi, że samo doszło z nimi do porozumienia, ale to nieprawda. Nie wiem co to było, ale moi ludzie rozmawiali z kilkoma z nich i wszystko wskazuje na to, że są gotowi znów działać, tylko czekają na znak – rzekł Greyback.
- Są gotowi?
- Powiedzieli coś takiego, że „to" się wycofało, cokolwiek to oznacza, panie. Do wampirów nie udało się w żaden sposób dotrzeć. Wycofały się ze swoich dotychczasowych miejsc. Za to pozostałe stworzenia, które poprzednio były po pańskiej stronie, czekają w pełnej gotowości i z ochotą na rozkazy, aby wytępić szlamowatą zarazę. A wilkołaki jak zawsze, najwierniej stoją po pańskiej stronie – dokończył Fenrir i skłonił się nisko.
Kobieta o czarnych włosach poruszyła się niespokojnie.
- Szybko zmieniają zdanie, prawda, moja droga? - rozległ się ten sam jadowity głos. Łysa głowa Voldemorta o kościstej twarzy, z czerwonymi oczami i dwóch szparach zamiast nosa odwróciła się w kierunku wijącego się na podłodze węża. Wyciągnął rękę do Nagini, która leżała przy jego stopach i pogłaskał ją kilkukrotnie po głowie - Moja cierpliwość za długo jest nadużywana, straciłem już wystarczającą ilość czasu. Zdaje się, Bellu... – kontynuował, nie spuszczając wzroku z węża - Że pomogłaś wyhodowałaś nam paskudny okaz, który chce mi pokrzyżować plany – rzekł Voldemort, a Greyback spojrzał na Bellatriks pytająco.
Kobieta przełknęła głośno łzy i zaczęła jęczeć, nadal zakrywając swoją twarz, na którą zarzuciła swoje czarne, skołtunione włosy.
- Fenrirze, ty nigdy nie sprzeciwiłeś się moim rozkazom, wydaje mi się, że ze wszystkich tu obecnych tylko ty jesteś godzien mojego zaufania, mimo iż nie posiadasz mrocznego znaku.
- Zaszczyt to dla mnie – skłonił się wilkołak i wyszczerzył zęby - Ja dla pana uczynię wszystko.
- Tak, wiem. Niewielu prawdziwych i oddanych ludzi mi pozostało.
- Ja jestem ci panie oddana, naprawdę! - Bellatriks odrzuciła włosy z bladej, mokrej od łez twarzy i zaczęła żałośnie wbijać paznokcie w blat stołu. Potakiwał jej Rudolf - Ja nie chciałam, ja zawsze tylko dla Czarnego Pana, ja to naprawię! To wszystko przez Regulusa, on miał się tym zająć. Nie wiem co... to przez te ślepia, wydłubię je. Sama zabiję tego diabła! Panie pozwól mi, przebacz! - wypowiadała te słowa bardzo szybko i chaotycznie – Panie, wybacz mi! - czarnowłosa kobieta oderwała się błyskawicznie od stołu i upadła na kolana cała zalana łzami - Tyle razy błagałam cię o wybaczenie, proszę, ja to naprawię, ja nie wiedziałam. To wina Regulusa. Ja to naprawię, zniszczę ich! Uwierz mi, panie.
Voldemort nie spojrzał na nią, rozbłysło czerwone światło i Bellatriks zawyła z bólu.
- Greyback, możesz już wracać. Za dwa tygodnie o północy ktoś się z tobą skontaktuje. Czekaj na wiadomości i dalsze instrukcje.
- Tak jest, panie – wilkołak wyszedł pośpiesznie, spoglądając przy drzwiach mściwie na siedzącą na ziemi Bellatriks.
- Mogliście się mi wtedy nie sprzeciwiać – odrzekł dobitnie Voldemort – Już wtedy wydałem rozkaz aby go zabić. Regulus nie posłuchał i spotkała go kara, nie sądziłem jednak, że ty, jedna z nielicznych naprawdę wiernych i oddanych mi osób, również za tym stała. Okłamałaś swego pana, ukrywałaś przede mną to coś, a równocześnie twierdziłaś że było to już załatwione. Później gdy okazało się gdzie aktualnie przebywa okazał się wprawdzie użyteczny, ale nie sądziłem, że mnie do tamtej pory tak przebiegle oszukiwałaś. Nigdy nikt mnie tak bardzo nie rozczarował. Przez to wszystko, muszę odłożyć część moich planów. Nawet nie wiesz jak bardzo jestem zły. Cieszcie się, że okazałem wam niezwykłą litość i nadal żyjecie.
- Ja naprawdę, zrobię wszystko...! To przez Regulusa, naprawdę nie wiedziałam! Naprawię to!
- Już ja się tym zajmuję, nadszarpnęłaś moje zaufanie Bellu. Wielka szkoda, że taki szlachetny ród jak wasz, został trafiony tak wielką zarazą. Najpierw wasza siostra, później Regulus Black, no i to wasze nieposłuszeństwo – mówił lodowato Voldemort do ciągle zapłakanej czarownicy.
- Panie, przebacz, zrobię wszystko!
- Masz już swoje zadanie do wypełnienia, Bella, nie próbuj tylko niczego robić za moimi plecami, wówczas nie będziesz mieć już drugiej szansy.
- Dziękuję, panie - nie zważając na węża, objęła nogi Voldemorta.
- Odejdź już – Bellatriks wycofała się na swoje dawne miejsce, wpatrując się teraz w swojego męża, któremu lord Voldemort skinieniem ręki udzielił głosu.
- Jest kłopot w Ministerstwie Magii – Voldemort zaczął przyglądać się mu z uwagą, a Bella ponownie przybrała skwaszoną minę - Ktoś poza nami próbuje obalić Knota. Pańskie przepuszczenia co do tamtego artykułu w „Proroku Codziennym" potwierdziły się.
- Zaczynają działać mi na nerwy tą taktyką – odrzekł Voldemort - Możesz już odejść, znajdź Severusa, przekazałem mu wszelkie instrukcje, idź mu pomóc. Jeszcze porozmawiamy.
- Tak jest, panie – Rudolf skłonił się i wyszedł z pokoju.
Zapanowała cisza. Dało się słyszeć jedynie tykanie zegara.
- Daje ci pół roku, Bella, jeśli sprawa się nie rozwiąże dla nas pomyślnie to poniesiesz tego konsekwencje – rzekł Voldemort.
- Tak, mój panie.
Dwa piętra wyżej w gabinecie, Narcyza Malfoy wpatrywała się w fotografie swojej najbliższej rodziny. Jej uwaga skupiona była na Draconie, jej synu, jedynej bliskiej osobie jaka jej pozostała, w czasie gdy Lucjusz siedzi uwięziony w Azkabanie. Gdyby nie powrót dementorów można by go było jakoś stamtąd uwolnić. Byłoby to jednak niebezpieczne, aurorzy przeszukaliby najpierw dom i znów by go pojmano. A nic nie wskazuje na to, że śmierciożercy opanują szybko Ministerstwo Magii aby przejąć całkowitą władzę. Wtedy zawsze można by gdzieś ukryć Lucjusza, oczywiście jeśli nie wykończyłby go najpierw sam Voldemort – nadal wściekły po utracie cennej przepowiedni. Półprzytomna, rozpamiętywała to przez co musiała przejść ostatnimi czasy jej rodzina. Zawsze powtarzała, że Lucjusz za bardzo się w to angażuje, wystarczyło jedynie poprzeć Czarnego Pana, a nie od razu zasilać szeregi jego prywatnej armii. Przed kilkunastu laty, po upadku lorda Voldemorta, o mało wszystkiego nie stracili. Jeśli i tym razem nie uda się przejąć władzy, cała rodzina skazana jest na zagładę. Do tego nie może dopuścić.
Z szuflady wyciągnęła zwój pergaminu, eleganckie pióro i atrament w szklanym, purpurowym flakonie. Musiała wysłać list do syna. Czarny Pan nalega aby przyśpieszyć sprawę, inaczej wszystko przepadnie. Nie zdążyła nawet napisać jednego zdania, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Bez czekania na odpowiedź do środka wszedł Snape. Jego ziemista twarz pozbawiona była wszelkiego wyrazu.
- Kolejne porady dla syna? - zapytał chłodno.
Narcyza wpatrywała się w niego uważnie, zmrużyła oczy, odłożyła pióro na biurko i wyprostowała się pewnie na krześle.
- Nie radziłbym ci pisać do niego częściej niż raz w miesiącu, Narcyzo. Zauważyłem że prawie codziennie dociera do niego sowa. Zważywszy na to, iż wasze nazwisko nie cieszy się dobrą opinią, uważałbym na twoim miejscu na każdym kroku.
- To polecenie Czarnego Pana – odpowiedziała surowo.
- Nie chodzi o teraz, rozważ to na przyszłość – rzekł Snape.
- Na jaką przyszłość?! – wyrzuciła z siebie rozdrażniona Narcyza - Mów co ma znaczyć? Dlaczego Draco, a nie ty? Co nam grozi? Czy to dlatego, że Lucjuszowi się nie udało?
- Nie, chodzi o twoją siostrę – wyjaśnił Snape.
- Ja o niczym nie wiedziałam, do tej pory nie wiem o co chodzi. Jak jedna osoba, ten... ktoś, może tak denerwować Czarnego Pana?
- Dowiesz się w swoim czasie, Narcyzo, ja też nie znam szczegółów. Ale tu chodzi o coś więcej niż nam się wydaje, być może więcej niż ta cała przepowiednia. Ale nie o tym chciałem z tobą porozmawiać.
Snape przeszedł się wzdłuż gabinetu, a jego czarna szata powiewała za nim na każdym kroku. Zaczął przyglądać się wnętrzu, jakby próbował dostrzec coś poprzez te wszelkie sprzęty i ściany.
- Chcę, abyś udała się do Azkabanu do Lucjusza. Pozwolą ci się z nim zobaczyć, musiałabyś przeznaczyć jedynie niewielką sumę na rzecz Ministerstwa.
- Dlaczego? Skąd taka pewność że mi pozwolą?
- Od dawna wprowadzamy na najwyższe stanowiska w Ministerstwie śmierciożerców, w każdym departamencie mamy przynajmniej jednego zaufanego człowieka – powiedział Snape, nadal chodząc po pokoju.
- Dlaczego mam tam iść?
- A nie chcesz zobaczyć się z mężem?
- Nie kpij ze mnie, Severusie! - odpowiedziała jadowicie – Czarny Pan o niczym mi nie wspominał. Ledwo uszliśmy z życiem, a teraz miałabym w tajemnicy...
- Już moja w tym głowa – przerwał jej Snape - Jak tylko z nim porozmawiam, zezwoli na to bez problemu. Ale ty musisz osobiście prosić go o zgodę.
- Czego chcesz od Lucjusza? - pytała Narcyza, ściskając nerwowo palce. Tak, chciała się z nim zobaczyć, ale mimo to coś podejrzanego musiało za tym stać. Snape nigdy nie robił nic bez uprzedniej zgody Czarnego Pana. A może teraz postanowił ją wypróbować? Sprawdzić czy uczyniłaby coś bez wiedzy lorda Voldemorta? Zaczęła przyglądać się Severusowi coraz bardziej nieufnie – Jeśli uważasz, że tym bardziej teraz uczyniłabym coś przeciwko Czarnemu Panu, to się srogo mylisz. Lepiej wracaj do tego przeklętego Hogwartu, nim nie wrzucę cię z mojego domu!
- Skąd pomysł, że uczyniłbym coś przeciw naszemu panu? - wycedził przez zęby - Zawsze robiłem dla niego wszystko, dla idei czystości rasy czarodziei poświęciłem wiele lat mojego życia. Wszystko cokolwiek robię, czynię dla dobra tej sprawy. To, że nie zjawiłaś się do tej pory aby odwiedzić męża może budzić podejrzenie wielu środowisk, a chyba nie chcemy żeby po raz kolejny przeszukano posiadłość? Czarny Pan zdaje sobie z tego sprawę, jednak uważam że czeka aż ktoś z nas to zauważy. A skoro już tam się udasz, to chciałbym abyś zapytała o coś Lucjusza i innych więźniów jak tylko będziesz w stanie – mówił - Za kilka godzin wracam do Hogwartu, więc nie miałbym jak się z tobą porozumieć, a chcę abyś coś dla mnie zrobiła.
- O co więc chodzi? – zapytała, nadal nie pozbywając się nuty podejrzliwości ze swojego głosu.
- Zapytaj co wiedzą o Kseni Farel.
ooo
W ciągu całego swego życia, Harry doświadczył wielu przykrości, uczucie bycia nikomu niepotrzebnym towarzyszyło mu przez wiele lat. Jednak odkąd znalazł się w Hogwarcie, spotkał pierwszych przyjaciół jakich kiedykolwiek miał i na których mógł zawsze polegać czy zwrócić się do któregoś z nich o pomoc. Jednak teraz, ostatnie dni października były gorsze niż mógłby sobie wcześniej wyobrazić. A przecież nie przebywał teraz u Dursleyów, nie pojedynkował się ze śmierciożercami. Tym razem to jego najlepszy przyjaciel odwrócił się od niego, z błahej wydawałoby się przyczyny – usunięcia Rona z drużyny quidditcha. Było gorzej niż wtedy gdy Weasley podejrzewał Harry'ego o kłamstwo, kiedy mówił że to nie on zgłosił się do Turnieju Trójmagicznego na czwartym roku.
Napiętą atmosferę wyczuwali wszyscy znajdujący się w pobliżu dotychczasowych najlepszych przyjaciół: Harry'ego Pottera i Rona Weasleya, obecnie mających do siebie taki sam stosunek jak Gryfoni i Ślizgoni – nienawidzący siebie z samej zasady. Ponieważ niechęć stała się obustronna – złość za wyrzucenie z drużyny i wściekłość drugiego za sam fakt, że Ron śmiał się obrazić – do porozumienia w ciągu najbliższych tygodni nie mogło dojść łatwo.
To było na tyle uciążliwe dla „Wybrańca", iż nie miał teraz nikogo z kim mógłby porozmawiać, choćby na temat nasilającego się w ostatnim czasie okropnego bólu blizny czy dziwnych snów w których czarodzieje byli atakowani albo przez węża lub też przez samego Voldemorta – Harry nie widział jego twarzy, wyczuwał jednak jego obecność. Nie został mu już nikt – Hermiona miała tak napięty grafik, że z trudem znajdywała czas na jeden posiłek w ciągu dnia. Ginny mogłaby go wysłuchać, ale on nie miał ochoty przeszkadzać jej w spotkaniach z Deanem, by opowiedzieć jej tylko o tym że boli go głowa, głupio by się z tym czuł. Dumbledore'a od dłuższego czasu nie było na zamku, nie było wiadomo dokąd się udaje. Harry nie mógł też wychodzić poza obręb murów aby spotkać się i pogadać z Hagridem, Filch przestał wypuszczać kogokolwiek z zamku jeśli nie miał w tej chwili zajęć w cieplarni lub Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Do Syriusza też nie napisze… bo nie! Nigdy nie przypuszczał, że po tym co stało się w czerwcu w Ministerstwie Magii, nie będzie chciał oglądać swego ojca chrzestnego na oczy. Członkowie GD nie byli natomiast poinformowani o zadaniach Dumbledore'a, by cokolwiek im powiedzieć.
Oparł głowę w dłoniach i kątem oka spojrzał na pokój wspólny Gryfonów, pełno było w nim śmiejących się i żywo rozmawiających uczniów. Dostrzegł Ginny za stołem zawalonym stosami pergaminu i księgami, w tym roku czekało ją zaliczanie SUM'ów. Wyglądała niczym Hermiona, która siedziała nad lekcjami nawet do 3 w nocy, wstawała o świcie, ale i tak nie mogła zdążyć z odrobieniem całego zadanego materiału.
Wokół Ginny zgromadzeni byli inni podenerwowani pięcioroczni, nerwowo przerzucający strony ksiąg i zapisujących coś na pergaminie. Harry sam zupełnie zapomniał ile on ma na głowie i – co było niezbyt do niego podobne – zerwał się aby odrabiać zadane prace: analizy antidotów dla Snape'a, naukę transmutacji korka w chomika i zaklęć powiększania i pomniejszania obiektów.
Minęło tak kilka godzin w których ani razu nie zobaczył Hermiony, natomiast Ron, gdy tylko wszedł do pokoju wspólnego, odwrócił się w progu i z powrotem wyszedł przez dziurę pod portretem. Harry postanowił się jednak tym nie przejmować. Najbardziej męczył go referat dla Snape'a, nie zapisał nawet połowy arkusza, a nie był już w stanie niczego dalej wymyślić. Gdyby tylko pojawiła się Hermiona! Ona na pewno by mu pomogła.
Wszystko go męczyło, nie zwracał uwagi już na to kto przewijał się przez pokój, wyciągnął zza koszuli amulet, który znalazł w wakacje w domu przy Grimmauld Place i zaczął obracać go w palcach. Chciał wierzyć, ze uchroni go przed wszelkimi urokami, może powinien sprawdzić czy któryś z nich nie powstrzyma bólu tej okropnej blizny? ...Nie minęło dużo czasu kiedy zaczął przysypiać. Obudził się jak pokój był zupełnie opustoszały, jedyne światło dobiegało z rozpalonego kominka. Zaczął wpatrywać się w płomienie, powieki opadały mu ciężko. Trzaski płonącego drewna wypełniały całe pomieszczenie. Harry zamknął oczy i zobaczył jakby we śnie ciemny korytarz, zaczął nim iść. Na słabo oświetlonych ścianach wisiały liczne portrety czarodziei, którzy poruszali się niespokojnie w swych ramach lub natychmiast odwracali się, jakby nie chcieli na niego patrzeć. Harry wszedł do obszernego salonu, czuł zniecierpliwienie i podekscytowanie zarazem. Tutaj również nikłe światło nie pozwalało rozpoznać dokładnie otoczenia. Za stołem w pobliżu kominka poruszyło się kilka postaci, wstali i ukłonili się nisko. Harry zasiadł uroczyście w wielkim fotelu i spojrzał pogardliwie na kulącego się pod ścianą żałosnego człowieka. Glizdogon zaciskał nerwowo palce wokół metalowego kikuta swojej ręki.
- Pa... panie – ukłonił się jeszcze niżej – Z narażaniem mojej osoby...
- Służysz mi ma śmierć i życie, wypełnianie moich rozkazów powinieneś traktować jako nagrodę – wypowiedział piskliwym i zimnym głosem Harry.
- Do...Doceniam m...mój panie – zapewniał Glizdogon.
- Do rzeczy – Harry czuł do niego jeszcze większą odrazę ale równocześnie dostrzegał, że misja Glizdogona odniosła pozytywne rezultaty. Jego twarz wykrzywił złowieszczy uśmiech.
- Prze... Przeka... Przekazałem to co miałem, panie i...
- I jak widać postanowiłem wpaść, yhmm... - rozległ się znajomy, radosny głos, który mimo iż nie wypowiadał tych słów po angielsku, to jednak Harry go rozumiał – Ciekaw jestem czego Czarny Pan oczekuje, aha, od mojej skromnej osoby, yyyyhm...
Harry spojrzał na młodego mężczyznę o długich, związanych w koński ogon blond włosach. Na jego twarzy widniała ciekawość połączona z rozbawieniem. Jego brwi uniosły się wysoko, kiedy spojrzał na przerażonego Glizdogona, który pomału się od niego odsuwał, jakby bał się czymś zarazić.
- Tym razem mamy nie powstrzymywać Farel? - zapytał blondyn, który wyciągnął rękę i poklepał Petera po ramieniu, jakby opowiadał coś zabawnego – Ciekawe rzeczy opowiadał ten człowieczek, yym - Glizdogon jeszcze bardziej się wzdrygnął, jakby oznaczało to dla niego jakiś straszny wyrok.
- Nie – odpowiedział tym samym tonem Harry – Wszystko ma wyglądać... naturalnie – twarz wykrzywił mu triumfujący uśmiech – Cena nie gra roli.
- Jak pan sobie życzy, yhyymmm... - Harry spojrzał na rozbawioną twarz mężczyzny – Zawsze dochodziliśmy do porozumienia.
- A więc, wypijmy za wybicie robactwa – rzekł Harry. Tak, był zadowolony. Przepełniało go poczucie zwycięstwa. Nic nie było w stanie go powstrzymać przed osiągnięciem upragnionego celu. Jeśli jego śmierciożercy i ten tutaj go nie zawiedzie, to upiecze kilka pieczeni na jednym ogniu. Zwycięstwo jest blisko.
Zaklaskał swoimi bladymi, żylastymi dłońmi o długich palcach i na stole pojawiło się kilka pucharów. Pochwycił jeden z nich, lśniły tak że nawet w tym nikłym świetle można było się w nich przejrzeć jak w lustrze. Spojrzał na swoje odbicie, wprost na wpatrujące się uważnie przed siebie czerwone oczy o wąskich jak u węża źrenicach.
- Aaaaaaaaa! - wrzasnął Harry, trzymając się mocno za bliznę, która piekła niewyobrażalnym bólem.
Odruchowo rozejrzał się gdzie się teraz znajduje. Leżał na podłodze w pokoju wspólnym, musiał spaść z fotela. Był cały zlany potem, wciąż widział te czerwone oczy... oczy Voldemorta. Ale był tam ktoś jeszcze: Glizdogon, jakiś mężczyzna, wspomnieli o Farelu. Sens tego wszystkiego powoli do niego docierał. Jednak blizna tak go bolała, że zrobiło mu się niedobrze. Oparł się o krawędź fotela i ciężko oddychał. Zdołał usłyszeć dźwięk otwieranych drzwi, pośpieszne kroki i łomot, kiedy coś ciężkiego uderzyło w stolik obok.
- Harry, co ci jest? – usłyszał znajomy głos.
- Hermiona? - otworzył powieki, które przed chwilą mocno zaciskał. Ból powoli mijał.
- To ta blizna, tak? Usiądź tu.
Posłuchał jej, opadł na najbliższą pufę. Wepchnęła mu w dłoń szklankę wody. Ale nie wypił nic, zastanawiał się nad tym co przed chwilą zobaczył. Po chwili oprzytomniał.
- Która godzina? – wychrypiał.
- Po piątej. Wstałam wcześniej bo muszę skończyć swoje tłumaczenie run. Widziałam cię jak wróciłam z biblioteki, ale już spałeś – wyjaśniła Hermiona – Harry, to znowu ta blizna, tak? Wiem, że już pewnie rozmawiałeś o tym z Dumbledore'm, ale to wymyka się spod kontroli, trzeba coś na to zaradzić bo sprawia jeszcze więcej kłopotu.
- On jest zadowolony – rzekł szybko Harry.
- Że co?
- On, Voldemort. Bardziej niż zwykle, widziałem...
- Widziałeś? Och Harry, musisz nauczyć się wreszcie tej oklumencji – jęknęła Hermiona - A jeśli to znów fałszywy obraz? Pamiętasz co było ostatnim razem? Uwierzyłeś, że Syriusz jest torturowany, bo przekazywał ci nieprawdziwe sceny, no i...
- Ucisz się! – warknął. Jego podniesiony głos sam go zaskoczył. Za dobrze wiedział co stało się ostatnim razem. Przez to, że nie opanował oklumencji naraził tak wiele osób na niebezpieczeństwo, przez to myślał, że jego własny ojciec chrzestny zginął... - Tym razem to jest prawdziwe, wiem.
- Skąd wiesz? Co widziałeś? Harry! - spojrzał na nią, Hermiona była blada i nerwowo zaciskała usta.
No właśnie, skąd wiedział?
- Po prostu wiem - nie mógł jej teraz powiedzieć co dokładnie widział, ona, ani Ron nie wiedzą jeszcze nic o tych ludziach którzy pracują dla Zakonu, obiecał Dumbledore'owi, że na razie niczego im nie zdradzi.
Wstał i rozejrzał się wokół. Książki które Hermiona rzuciła na stolik tworzyły spory stos. Spojrzał z powrotem na nią, na jej twarzy malowało się zaniepokojenie.
- Wracaj do swojej pracy – dodał łapiąc pośpiesznie oddech, ale teraz ze wściekłości – Ja muszę się zobaczyć z Dumbledore'm, później ci wyjaśnię – dodał pośpiesznie.
Zerwał się z miejsca i ruszył w stronę dziury pod portretem. Skierował się wprost w stronę gabinetu dyrektora. Wschodzące słońce wypełniało powoli korytarze zamku czerwonym światłem. Dla Harry'ego istniał w tej chwili tylko jeden cel: opowiedzieć Dumbledore'owi to co przed chwilą zobaczył i podzielić się z nim swoimi podejrzeniami. Już wiedział bowiem kim jest owy mężczyzna który rozmawiał z Voldemortem - to ten sam który ukrył go, kiedy uciekał przed wychodzącym z lochów Malfoyem, słowem: jeden z Nauthiz, których najął do pomocy Zakon w walce przeciw śmierciożercom. Od początku Harry miał złe przeczucia, a teraz okazały się one słuszne. Ale oczywiście nikt nigdy nie zwracał uwagi na to, co mówił. Zawsze miał rację, ale Dumbledore jest zbyt łatwowierny żeby dostrzegać jakiekolwiek niebezpieczeństwo, choćby rzucało się wyraźnie w oczy. Tym razem po prostu musi mu uwierzyć, nie jest chyba aż tak bardzo zaślepionym starcem!
Zwolnił gdy znalazł się przy kamiennych gargulcach.
- Eee... Kwach...
- Co ty tu robisz, Potter? - rozległ się za jego plecami głos, którego szczerze nienawidził.
Severus Snape patrzył na niego jak na jakiegoś karalucha, pełnym nienawiści wzrokiem spod czarnych, tłustych włosów opadających na ziemistą twarz. Harry już otwierał usta, aby dodać jakiejś zgryźliwej uwagi, ale wtedy pojawił się ktoś, kogo się mniej spodziewał.
- Dzień dobry panie Potter, witam Severusie. Chyba nie omawiacie spraw dotyczących lekcji tak wcześnie, co? - profesor Farel najwyraźniej wyczuł napiętą sytuację między nimi – To może wybierzemy się razem na śniadanie? Już najwyższy czas - uśmiechnął się szeroko - No to idziemy – dodał nie czekając na odpowiedź.
- „Tym razem mamy nie powstrzymywać Farel?" - usłyszał ponownie w swej głowie Harry - „Nie , wszystko ma wyglądać... naturalnie..." - spojrzał z niepokojem na nauczyciela Obrony przed Czarną Magią.
- Nie wyglądam chyba aż tak strasznie co, panie Potter? – zagadał profesor.
- Nie, to nie o to...
- No to skończmy dalszą wymianę zdań – wtrącił ponownie Farel - Rozmowa z innymi ludźmi jest konieczna, ale trzeba umieć dobierać słowa aby być dobrze zrozumianym, inaczej pojawiają się dwuznaczności i nieporozumienia. Zgadza się? – spytał - Zachowaj energię na zajęcia, szykuję już dla was sporo ciężkich przeciwuroków. A z każdym dniem nauki przybywa. Dobre śniadanie w tym pomoże, to najważniejszy posiłek dnia, prawda Severusie?
Snape przytaknął od niechcenia, przyśpieszył kroku aby nie wdawać się w żadne dyskusje.
Harry miał nadzieję, że to spotkanie nie uniemożliwi mu zobaczenia się z Dumbledorem, jeśli ten nie pojawiłby się teraz w Wielkiej Sali.
- Przepraszam, panie profesorze – zaczął ostrożnie Harry.
- Słucham cię, chłopcze – profesor Farel jednak na niego nie spojrzał, jedynie zwolnił trochę kroku tak, że Snape zniknął już w głębi korytarza.
- Czy profesor Dumbledore jest dziś na zamku?
- Dyrektor jest bardzo zajęty sprawami szkoły, nie ma obowiązku informować pracowników, a tym bardziej uczniów, o swoich działaniach. Jeżeli masz jakiś problem, spróbuj najpierw porozmawiać z opiekunem swojego domu.
- Ale chodzi mi o...
- O sprawach innych niż szkolne nie można rozmawiać poza jasno sprecyzowanymi miejscami, rozumiemy się? - Farel wydawał się Harry'emu coraz bardziej nieprzyjemny. Zaczął dostrzegać w nim surowego, zgorzkniałego człowieka, który próbuje czasem przybrać maskę kogoś pogodniejszego, jakby miało to go przed czymś uchronić.
- Nie chodzi zupełnie o to z Londynu, muszę pilnie porozmawiać z profesorem Dumbledorem, to bardzo ważne – rzekł Harry.
Nie zatrzymując się, Farel spojrzał na niego uważnie.
- Nie wiem kiedy dyrektor będzie osiągalny. Zostaw wiadomość profesor McGonagall, ona na pewno mu przekaże aby się z tobą skontaktował.
Harry mruknął coś pod nosem.
- Panie profesorze, znał pan go wcześniej?
- Albusa? – spytał Farel - Oczywiście.
- Nie. Ten, no... Arret. Czy znał pan go wcześniej?
Harry po chwili zauważył, że z dwa metry przeszedł sam. Odwrócił się i zobaczył, że nauczyciel zastygł w miejscu. Surowe spojrzenie utkwił w Harrym, a jego twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas, zupełnie jakby patrzył się na niego z olbrzymią nienawiścią. Harry nie zdążył nic powiedzieć, zaskoczony nie wiedział co ma dalej robić. Nie musiał czekać długo na reakcję.
- Czyż nie tłumaczyłem ci przed chwilą, chłopcze, że o sprawach pozaszkolnych nie rozmawiamy na terenie Hogwartu? – zaczął spokojnym, ale chłodnym głosem. W powietrzu można było wyczuć wyraźne napięcie.
- Eem... ja...
- Możesz być pewny, że profesor Dumbledore niedługo z tobą porozmawia, już ja o to zadbam!
Twarz Cyrusa Farela wyrażała teraz niekłamaną wściekłość. Zawrócił energicznie i ruszył pośpiesznym krokiem w przeciwną stronę niż szli na początku. Zszokowany Harry został na swoim miejscu, obserwując tylko znikającą za zakrętem sylwetkę nauczyciela.
