Siedziałam u Hasz. Dostałyśmy zwykły polski obiad, bardzo dobry. I oczywiście, zgodnie ze schematem, przyszły nam do głowy setki pomysłów. Na cracki i podobne. I pomyślałam, że może warto zacząć te cracki pisać, a nie tylko wymyślać, bo się przecież nigdy z nich nie wygrzebiemy (znaczy, nie wygrzebiemy się i tak, ale chociaż przybywać będzie wolniej).
Drobiazg poniżej dzieje się w uniwersum ze Zła się nie uleknę Hasz. I to jest, jak to u mnie, parada moich fetyszy i ulubiejek wszelakich, narracyjno-fabularno-emocjonalno-erotycznych, ubrana w sukienkę cracku. Ostrzegam.
Pour Hasz, rzecz jasna.
Brzegi rwie
Arjan tonął. Panika dusiła go równie mocno, jak brak powietrza, niemal krzyczał, i tylko najbardziej podstawowy instynkt samozachowawczy zatrzymywał mu wrzask w gardle. Nos i płuca paliły, pękały, jakby coś je od środka rozsadzić miało. Całe ciało wierzgało, już zupełnie bez udziału woli, ale silne ręce je przytrzymywały.
Baronowi całkiem ciemno było przed oczyma, a bał się, jak nigdy dotąd, nawet przy walce, oblężeniu, torturach. I w końcu ten strach mu otworzył usta – mężczyzna łyknął wody, zaczął się dławić jeszcze bardziej, prawie tego nie zauważył z przestrachu...
Wyjęto go, głowę mu uniesiono. Zaczął parskać wodą, zaraz potem wodą rzygać, trząsł się i byłby upadł, gdyby go nie podtrzymywali ci sami pachołkowie, co go przed chwilą topili.
Jakaś jaśniejsza plama mu wyrosła przed oczyma. Obraz miał zamazany, ale wiedział, że to chędożony Radko. Król Radowid, znaczy.
— A wiecie — oznajmiał właśnie rzeczony; głos dochodził Arjana jak przez grubą warstwę tkaniny, woda jeszcze z uszu nie wyciekła — że mieliście rację, wtedy, w dzieciństwie. Podtapianie to jest świetna zabawa, jak się jest po waszej... waszej ówczesnej... stronie. Jak się trzyma, znaczy. O, otrząsnąłeś się już? — Poklepał Arjana po policzku; ten miał ochotę, lecz nie siłę, zaprotestować. — Dzielny chłopak. No, panowie, jeszcze raz.
Teraz siła się znalazła, baron zdążył całkiem gromko wrzasnąć „Ni..." nim głowę znów mu wsadzono do koryta. Przez owo „nie" trochę wody mu od razu do gardła wpadło i zaczął się rzucać wcześniej, nogami próbował kopać, rękoma się wyrywał, dłonie o drewno zdzierał. Radowid umierał ze śmiechu. Czeladź zgromadzona na podwórcu w Loc Muinne też. Co parę chwil Arjana wyciągano, dawno parę serdecznych prztyczków w nos, po czym zanurzano ponownie.
Zygfryd wyglądał na głęboko zafrasowanego. Zażenowanego. Zaambarasowanego. Skonfundowanego. Postawionego w niezręcznej sytuacji, najogólniej ujmując.
— Wasza Wysokość — spróbował po raz nie wiadomo który — myśmy przecież dzieciaki byli. I w ogóle nie chcieliśmy ci... Waszej Wysokości zrobić krzywdy, to szło o to, żeś się utyt... że się Wasza Wysokość raczył ubrudzić i chcieliśmy Waszą Wysokość umyć, żeby matka zła nie była. A skoro Wasza Wysokość nie chciał, to użyliśmy podstępu z tą zabawą... Intencje mieliśmy czyste — zapewnił.
— Ja też mam — oznajmił Radowid, szeroko uśmiechnięty. — Nie zrobię krzywdy ostatniemu męskiemu potomkowi La Valette'ów. Jakżebym mógł. Po prostu karzę właśnie buntowników, którzy na cześć i święte prawa mojego teścia nastawali. No, jednego buntownika. Zakon, jeśli dobrze pamiętam, nie popiera rebelii przeciw władzy z wyroku bogów dzierżonej?
Zygfryd zaprzeczył. Nie, żeby miał wielki wybór. Król był w nastroju dobrym – czyli irytowanie go skończyłoby się nie konfiskatą dopiero co nadanych dóbr, a jedynie wrzuceniem do koryta również Zygfryda. Tego Wielki Mistrz wolał uniknąć. Ze względu na wizerunek Zakonu, oczywiście.
— No widzisz. Żona mi zmyje głowę za to, że go nie ukatrupiłem, to ja na zaś zmywam głowę jemu. Koło Fortuny. Czas zasiewu i czas żniw. Siał Arjan wiatr, a zebrał, cóż... — Radowid zrobił szeroki, nieokreślony gest ręką.
Zygfryd, chcąc nie chcąc, z powodów wymienionych wyżej, pokiwał refleksyjnie głową.
