Tego samego dnia Albus Dumbledore siedział na tyłach swojej klasy, z zadowoleniem obserwując Minerwę. Uwielbiał przyglądać się jej lekcjom z pierwszorocznymi. Na początku miał wątpliwości, czy to aby na pewno dobry pomysł, w końcu była zaledwie trzy lata starsza od uczniów, których miała uczyć. Jego zmartwienie zniknęło po pierwszej lekcji z pierwszorocznymi Ślizgonami. Dość szybko przezwyciężyli oni swoje hamulce związane z faktem, że krew Minerwy była czystsza od ich własnej i skupili się na podważaniu jej autorytetu poprzez sugestie, że dziewczyna nie nadaje się do uczenia bo faworyzuje Gryffindor. Jednak Albus znał silne poczucie sprawiedliwości Minerwy i mógł zaświadczyć, że zawsze sprawiedliwie odejmowała i przydzielała punkty, czy to jako prefekt czy w jego klasie. Było jednak coś jeszcze, coś, co skutecznie zamykało usta nawet najbardziej zniechęconych uczniów. Minerwa odziedziczyła po babce zdolność do roztaczania naturalnej aury władzy, utrzymywała w klasie dyscyplinę, nie uciekając się do podnoszenia głosu. Albus ze zdumieniem musiał przyznać, że z atmosferą w klasie radziła sobie lepiej niż wielu doświadczonych pedagogów. Pomagał jej też fakt, że każdy uczeń znał jej zdolności, nikt nie kwestionował jej kwalifikacji.
Ale Albusa urzekł jej sposób mówienia o transmutacji. Podobnie jak większa część klasy słuchał jej uważnie, chłonąc każde słowo. Mówiła pięknym, fachowym językiem, jednocześnie w przystępny sposób objaśniając teorię za pomocą obrazowych metafor i porównań. Uczniowie lubili jej słuchać, ale jeszcze bardziej podobały im się lekcje praktyczne, gdy pomagała im opanować coraz trudniejsze transmutacje. Minerwa miała oko do pomyłek, inteligentnie naprowadzała pierwszorocznych na ich typowe błędy, nigdy nie odmawiała pomocy. Albusa zaskoczyła jej cierpliwość, ani razu nie ukazała jeszcze swojego szkockiego temperamentu. Przez chwilę magowi przemknęło przez myśl, że mała czarownica byłaby lepszym nauczycielem od niego i zaśmiał się w duchu z tego pomysłu. Minerwa do perfekcji opanowała utrzymywanie emocji na wodzy, ale miała duszę wojownika. Widział to w jej oczach, nawet gdy ukrywała to za prawie belferskim spojrzeniem zza surowych okularów.
Dzisiaj pierwszoroczni Krukoni uczyli się zamieniać widelce w noże. Minerwa powoli chodziła po klasie, pomagając uczniom, dając wskazówki. Albus uważnie śledził jej pewne siebie ruchy, jej wyprostowaną sylwetkę.
Wtem drzwi od klasy się otworzyły i do środka wbiegł dyrektor Dippet. Albus odruchowo wstał. Starszy mag wyglądał okropnie – był trupioblady, zdyszany i przerażony. Jedną ręką trzymał się za serce, próbując złapać oddech. Uczniowie patrzyli na niego wyczekująco. Albus podszedł do Minerwy stojącej na środku klasy, kilka metrów przed dyrektorem.
- Lekcja odwołana! Proszę udać się do swoich dormitoriów. – Dippet wreszcie zdołał z siebie wydobyć. Uczniowie bez szemrania zaczęli się pakować. Gdyby nie przerażająco smutna twarz zazwyczaj opanowanego dyrektora, pewnie zareagowaliby radością z odwołanej lekcji. Minerwa szybkim ruchem zaczęła zbierać swoje notatki, także szykując się do wyjścia, gdy Dippet znów się odezwał, kierując pierwsze słowa do dziewczyny.
- Nie, proszę zaczekać. Musimy porozmawiać. Albusie, może w twoim gabinecie? – zwrócił się dyrektor do Albusa.
- Oczywiście, dyrektorze. – Minerwa jedynie schowała różdżkę i okulary do kieszeni, po czym cała trójka przeszła do gabinetu Albusa. Dippet od razu skierował się na główny fotel za biurkiem. Albus odsunął krzesło Minerwie, dla siebie wyczarowując kolejne obok.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, gdyż Dippet jakby nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Jego stare dłonie drżały lekko, mężczyzna wpatrywał się w blat biurka, jakby bojąc się spojrzeć na siedzących przed nim Albusa i Minerwę. Żadne z nich go nie popędzało, to musiała być jakaś poważna sprawa. Wreszcie dyrektor zamrugał silnie kilka razy i zaczął drżącym głosem:
- Właśnie nadeszła wiadomość od lady McGonagall, potwierdzona przez list z ministerstwa, że rodzice panny McGonagall zostali znalezieni martwi w swojej londyńskiej rezydencji.
Albus poczuł jak uchodzi z niego powietrze. Robert i Clary McGonagall martwi? Najwspanialszy ambasador ich społeczności i jego piękna żona? Dużo młodsi od niego? Rodzice Minerwy? Albus natychmiast spojrzał na dziewczynę. Nadal siedziała prosto, z kamienną twarzą wpatrując się w zasmucone oblicze dyrektora. Jedynie zaciśnięte pięści i usta oraz jakby zamglone tęczówki szmaragdowych oczu zdradzały burzę, która musiała toczyć się w jej umyśle. Z jej ust wydobyło się jedno krótkie słowo:
- Kto? – jej głos był czysty, wyraźny. Dippet nie mógł znieść jej spojrzenia, zwrócił się więc do Albusa.
- Ambasador zdołał przed śmiercią przesłać ostrzeżenie matce. Zostali zamordowani przez Gellerta Grindelwalda.
Albus poczuł fizyczny ból, jakby jego serce rozbiło się na tysiąc kawałków. Dippet nie wiedział wszystkiego o jego relacji z Gellertem, ale wiele się domyślał. Sam Albus przypomniał sobie wizytę Perenelle i ostrzeżenie o nadchodzących czarnych chmurach. Nie chciał jej wtedy słuchać. Ale nigdy nie przypuszczałby, że Gellert posunąłby się tak daleko. Oczywiście, sojusz Wielkiej Brytanii z Francją nie był mu na rękę, ale zabójstwo inicjatora tego porozumienia mogło jedynie zacieśnić relacje między dwoma krajami. Gellert nie był głupi, myślał Albus, ale zaraz sobie o czymś przypomniał. Robert McGonagall również nie był głupcem. Było całkiem prawdopodobne, że sprawca zbrodni miał pozostać nieznany, ale ambasadorowi udało się ostrzec wspólnotę.
Gellert, jego Gellert, przyjaciel, ukochany, z którym snuł wizje idealnego świata, znów zabił. Albus wyraźnie widział przed sobą bezwładne zwłoki Ariany, jej na zawsze zgasłe oczy. A teraz jedyna osoba, którą Albus kochał całym sercem, zamordowała rodziców Minerwy.
Minerwa.
Albus zobaczył, jak dyrektor wyciąga do niej rękę, ale cofa ją, jakby niepewny. Dziewczyna siedziała w milczeniu, jakby będąc myślami setki kilometrów stąd. Właśnie dowiedziała się, że jej rodzice zostali zabici, a jednak nie uroniła ani jednej łzy. Jej twarz pozostawała spokojna, choć śnieżnobiała. Jedynie jej oczy wyrażały czyste cierpienie. Albus czuł ból na sam ich widok.
- Co z moją babką? – zapytała wreszcie cicho. Albus czuł łzy zbierające się w kącikach oczu. Ta dziewczyna została sierotą, a jej myśli natychmiast powędrowały ku najbliższej krewnej. Albus rzucił okiem na Dippeta. Dyrektor był przerażająco smutny. Wszyscy wiedzieli jak bardzo lady McGonagall kochała swojego syna.
- Pomaga w śledztwie, prosiła by odeskortować cię do szkockiej rezydencji.
Wszyscy troje siedzieli w ciszy aż wreszcie dyrektor wstał. Oni podążyli za jego przykładem. Albus widział, że Armando brak gryfońskiej odwagi by zrobić coś więcej. Nauczyciel wyczuwał, że dyrektor chce stąd jak najszybciej uciec, że nie może patrzeć na osieroconą wnuczkę swej dawnej miłości.
- Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje Minerwo. Profesor Dumbledore zaaranżuje twój wyjazd do domu. – dyrektor zdołał jedynie wyciągnąć rękę do Minerwy. Podała mu ją ostrożnie i odpowiedziała:
- Dziękuję, dyrektorze. Napiszę, gdy moja babka wyznaczy datę pogrzebu.
Armando kiwnął głową i opuścił gabinet, starając się ukryć łzy. Albus nie ukrywał swoich, gdy Minerwa odwróciła się do niego. Nie wiedział co ma powiedzieć. Nie wiedział jak ma się zachować. Gdyby wtedy powstrzymał Gellerta, gdyby wybił mu z głowy te głupie plany! Albus zareagował instynktownie – objął Minerwę w silnym uścisku. Płakał w jej ramię, choć to ona powinna wypłakiwać swoje łzy na jego ramieniu. Lecz ona była zupełnie sztywna, jakby zimna. Nie odepchnęła go, ale również nie odpowiedziała na jego uścisk. Gdyby nie bicie jej serca, Albus mógłby przypuszczać, że opiera się na kamiennej statui. Trwali tak przez ponad minutę, połączeni, lecz na zawsze rozdzieleni.
Gdy Albus się odsunął, jego twarz była zupełnie mokra od łez. Nie przestawały napływać. Minerwa nie patrzyła na niego, ale sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła do niego kwadratową chusteczkę w szkocką kratę. Albus przyjął ją z wdzięcznością i ocierał łzy, gdy się odezwała:
- Muszę iść się spakować, profesorze.
Spojrzał na nią ze zdumieniem. Nie potrafił zrozumieć jej opanowania. Nie potrafił pojąć hardości jej serca.
- Minerwo… - zaczął, ale ona odwróciła głowę i uniosła dłoń, więc przerwał.
- Muszę się spakować. – powtórzyła, jej twarz skryta w półcieniu.
- Pójdę z tobą. – Albus poddał się, i tak nie wiedziałby co jej powiedzieć. Ku jego początkowemu zdumieniu Minerwa zmieniła się w kotkę i wolno podążyła ku drzwiom. Koty okazywały jeszcze mniej emocji, jej transformacja nie powinna go zaskoczyć. Niepewnie ruszył za nią, chowając kraciastą chustkę do kieszeni szaty. Szli przez szare korytarze zamku, pełne ożywionych głosów innych uczniów. Pełne energii dzieci nie zwracały uwagi na szarą kotkę i kroczącego za nią smutnego profesora. One jeszcze nie miały pojęcia o brutalności świata, w którym przyszło im żyć.
Minerwa zmieniła się na powrót przed portretem Grubej Damy i wyraźnie podała hasło. Albus wszedł za nią do pokoju wspólnego. Na ich widok w pomieszczeniu zapadła cisza. Opiekun Gryffindoru rzadko przychodził do pokoju wspólnego. Starsi Gryfoni musieli zauważyć też smutne, pozbawione wesołych błysków oczy profesora. Minerwa przez chwilę stała na środku, aż odwróciła się do Albusa i rzekła cicho:
- Spakuję się i przebiorę w odpowiednie szaty. Proszę zaczekać tutaj, profesorze.
Zanim Albus zdążył odpowiedzieć, odwróciła się i władczym krokiem poszła do swojego dormitorium, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem. Z kanapy przy komiku uniosły się Poppy Pomfrey i Rolanda Hooch. Panna Pomfrey chyba chciała pobiec za przyjaciółką, ale Albus pokręcił głową. Zamiast tego obie dziewczynki podeszły do niego. Znały Minerwę dość dobrze, by zacząć się niepokoić.
- Profesorze, co się stało? Minerwa gdzieś wyjeżdża? – mała panna Hooch pociągnęła go za rękaw szaty. Albus spojrzał na obie dziewczynki, zastanawiając się, ile może im wyjawić. Wiedział, że są najbliższymi przyjaciółkami Minerwy, a proszące spojrzenie Poppy utwierdziło go w przekonaniu, że chyba może im zaufać. Pochylił się, tak że tylko one mogły go usłyszeć i wyszeptał:
- Rodzice Minerwy zostali zamordowani.
Rolanda zbladła, Poppy przykryła usta dłonią, a w jej oczach błysnęły łzy. Albus delikatnie ścisnął jej ramię. Rolanda przytuliła starszą koleżankę. Młodsza dziewczynka rozumiała, że muszą być silne, dla Minerwy. W pokoju wspólnym rozległy się szepty – reakcja Poppy nie pozostała niezauważona. Po chwili wszystkie głowy odwróciły się do schodów prowadzących do dormitoriów dziewcząt.
Minerwa schodziła powoli, za nią lewitował jej kufer i klatka z puchaczem. Wyglądała jak duch – jej blada, śnieżnobiała twarz na tle misternie upiętych czarnych włosów i jeszcze ciemniejszych, wymownych, żałobnych szat. Jej oczy były zupełnie obojętne, gdy minęła swoje przyjaciółki bez słowa. Poppy wyciągnęła do niej dłoń, ale cofnęła ją, jakby odbijając się od niewidocznej bariery. Albus pokręcił głową, podążając za Minerwą do wyjścia. Widział pełne niepokoju spojrzenia innych uczniów – widząc czarne szaty Minerwy zrozumieli, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. Skinął głową pannie Hooch i Pomfrey i opuścił wieżę Gryffindoru.
- Jak dostanę się do domu? – Minerwa czekała na niego, nie umknęło mu drżenie jej głosu przy słowie ,,dom".
- Przez sieć Fiuu.
Albus prowadził ją z powrotem do swojego gabinetu. Tym razem Minerwa pozostała w ludzkiej postaci i wzbudzała dużo większe zainteresowanie. Uczniowie rozstępowali się, szepcząc na widok jej żałobnych szat i lewitującego kufra. Nie próbowali jednak ich zatrzymywać. Albus kilkukrotnie oglądał się do tyłu – Minerwa jak zwykle szła wyprostowana, z wysoko uniesioną głową. Czarodziej zastanawiał się, czy kiedykolwiek słyszała o Gellercie.
Gellert. Myśli Albusa znów wróciły do ukochanego. Teraz jednak zastanawiał się, czy czarnoksiężnik chciał się pozbyć jedynie Roberta, czy weźmie na celownik całą rodzinę? Przez głowę Albusa przemknął obraz lady McGonagall będącej w centrum wirującej energii, zaciekle miotającej uroki obronne. A potem jego serce zalała fala strachu. Co jeśli Gellert zechce pozbyć się Minerwy? Theresa McGonagall miała swoje lata, czy w razie czego zdoła obronić wnuczkę? Czy skoro londyńska willa nie uchroniła jej mieszkańców przed Gellertem, to czy szkocka rezydencja jest wystarczająco bezpieczna? Albus przypomniał sobie, że siedziba rodu McGonagallów była drugim po Hogwarcie najbezpieczniejszym miejscem w Szkocji, Minerwa była Smoczą Wojowniczką, a jej babka najpotężniejszą czarownicą swego pokolenia. Zaraz jednak cichy głos podpowiedział mu, że przecież Robert McGonagall też był potężny. To nie wystarczyło, by obronić się przed Gellertem. Mimowolnie zadrżał, wyobrażając sobie pojedynek między czarnoksiężnikiem a ciemnowłosą dziewczyną.
W gabinecie Albus odezwał się:
- Pójdę pierwszy. Powinienem wylądować w domku przed bramą posiadłości, prawda?
Minerwa skinęła głową, biorąc swoją porcję proszku Fiuu. Albus odebrał jej kufer i sowę, wszedł do kominka i wypuszczając proszek z dłoni powiedział:
- Rezydencja McGonagallów!
Z różdżką w gotowości wylądował w pustym palenisku. Jednak wycelowanych w niego było pięć różnych różdżek.
- Profesor Dumbledore? – Albus rozpoznał głos Chenga, jednego z aurorów.
- Tak, przybyłem odeskortować pannę McGonagall do domu.
- Czy mógłby pan jakoś potwierdzić swoją tożsamość?
Albus wyciągnął różdżkę i wyczarował patronusa - lśniącego feniksa. Cheng kiwnął głową i aurorzy opuścili różdżki. W chwili gdy Albus opuścił kominek, pojawiła się w nim Minerwa. Jej już nie chcieli sprawdzać. W milczeniu skłonili głowy z szacunkiem.
- Panno McGonagall, ochraniamy rezydencję z zewnątrz, ale nie mogliśmy dostać się do środka, pani babka powiedziała, że panienka będzie umiała zdjąć zaklęcia ochronne.
- Tak, ale do środka wchodzę tylko ja i on. – Minerwa wskazała zaskoczonego Albusa. Nauczyciel czuł się jednocześnie wyróżniony i zakłopotany. Minerwa nie ufała wyszkolonym aurorom, których musiała znać dobrze od dziecka, ale czy ufałaby mu, gdy wiedziała, co łączy go z mordercą jej rodziców?
Dziewczyna wyszła z małego kamiennego domku i podeszła do ogromnej, rzeźbionej bramy. Wyciągnęła różdżkę i zaczęła szeptać zaklęcia. Albus nie próbował ich rozszyfrować – nie chciał nigdy zawieść jej zaufania. Zamiast tego odwrócił się do aurorów.
- Co jeszcze powiedziała lady McGonagall?
- Mamy za zadanie ochraniać posiadłość i wykonywać rozkazy panienki. Nie wiemy, kiedy wróci z Londynu, możliwe że za parę godzin. – odpowiedział Cheng.
- Poczekam do jej powrotu. – oznajmił Albus. Dowódca aurorów jedynie zacisnął usta. Tymczasem brama zaczęła otwierać się ze zgrzytem. Albus westchnął i wszedł na teren posiadłości. Minerwa wysłała swój kufer przodem i zaczęła z powrotem stawiać bariery ochronne. Albus z podziwem obserwował skomplikowane wiązki światła wypływające z różdżki dziewczyny. Miała dopiero czternaście lat…
Gdy skończyła, ruszyła żwirowym podjazdem ku majaczącej w oddali sylwetce rezydencji, nie oglądając się na Albusa. Mag ruszył za nią. Gdy znaleźli się poza zasięgiem wzroku aurorów, dziewczyna zmieniła się w kotkę. Albus musiał przyśpieszyć, by ją dogonić. Żwir chrzęszczał pod jego nogami. Płatki śniegu wirowały na delikatnym, północnym wietrze. Zza szarej mgły wyłaniała się ogromna postać ponurego gmachu z czerwonej cegły, z czworoboczną wieżą na środku. Zapadał zmrok i Albus nie zdążył dokładnie przyjrzeć się fasadzie domu, w którym Minerwa spędziła dzieciństwo. Dom wydawał mu się jeszcze bardziej straszny niż wtedy, gdy przybył tu po wydarzeniach na Hebrydach.
W wielkim hallu już czekał na nich charłak, lokaj. Minerwa poleciła mu przynieść herbatę do salonu. Albus z niedowierzaniem podążył za nią, zastanawiając się, jak dziewczyna, która tak nagle straciła oboje rodziców, może pamiętać o tak banalnych rzeczach jak herbata.
W salonie przez parę sekund stali w milczeniu, aż Albus usiadł na jednej z kanap. Minerwa wybrała fotel naprzeciw, jakby zwiększając dystans. Albus poczuł bolesne ukłucie – jakby lodowaty mur, którym się otoczyła, nie wystarczał.
Skrzat przyniósł herbatę, ale żadne z nich po nią nie sięgnęło. Trwali w milczeniu – Albus nie spuszczał wzroku z Minerwy, ona wpatrywała się w dal, zupełnie nieobecna myślami. Jej twarz była porażająco smutna, a jednocześnie jakby wykuta z szlachetnego alabastru. Cisza się przedłużała. Po dokładnie piętnastu minutach wspólnego milczenia, Albus zburzył pierwszy z dzielących ich murów.
- Jeśli chcesz bym sobie poszedł, zrozumiem. Jeśli czegokolwiek potrzebujesz, po prostu zapytaj.
Przez chwilę jej spojrzenie się wyostrzyło, ale dalej nie patrzyła na Albusa. Z jej ust wydobyło się ciche słowo:
- Zostań.
Łzy znów napływały do oczu Albusa. Tak bardzo pragnął ją pocieszyć, wziąć na siebie jej cierpienie, wynagrodzić jej choć ułamek krzywdy, która ją spotkała. Lecz Minerwa musiała instynktownie wyczuwać przepaść, jaka się między nimi wytworzyła. Imię Gellerta tkwiło między nimi jak cierń, raniący obie strony, choć dziewczyna jeszcze nie zdawała sobie z tego sprawy. Albus czuł się kompletnie zagubiony – miał poczucie, że jest jej winien prawdę o Grindelwaldzie, ale nie był gotów by wyrzucić z siebie coś, co tak długo ukrywał. Coś, co niszczyło jego duszę kawałek po kawałku. ,,Kochałem mordercę twoich rodziców." – czy tak to miało brzmieć? ,,Kocham go nadal" – ta świadomość wbijała się klinem w jego serce, porażając go swą prawdziwością. Jak mógł siedzieć tu i próbować pocieszyć to dziecko, skoro nie był w stanie wyrzec się miłości do człowieka, który tak ją skrzywdził?
Sekundy, minuty, godziny. Mijały bezpowrotnie, a każde tyknięcie wielkiego zegara oddalało Albusa od rzeczywistości. Zapadał się w zdradzieckie zakamarki swojego umysłu, chcąc pojąć czego chciał od niego bezduszny los wystawiając go na taką próbę. W odpowiedzi widział niekończącą się spiralę obrazów – twarz matki, brata, Ariany, Gellerta. Szmaragdowe oczy Minerwy. Czy gdyby to ją zamordował, też siedziałbyś i płakał? – szeptał drwiący głos w jego głowie. Zacisnął powieki, ta wizja była zbyt okrutna, a jednak Albus nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Przez ostatnie lata jakaś dziwna więź połączyła go z tą dziewczyną, coś silniejszego niż zwykła troska o wybitnego ucznia. Teraz Gellert odebrał mu i to. Chłodna i opanowana postawa dziecka zaczynała go drażnić, widział w niej manifestację tez Gellerta - ,,Przecież czasem jednostka musi się poświęcić dla większego dobra, Albusie." – czyż nie tak mawiał? Albus zniósłby wszystko – płacz, krzyk, ogromne wybuchy energii, ale nie to. Nie ten nieobecny, nieporuszony wyraz twarzy. Te nienaturalnie suche oczy, ta wyprostowana sylwetka. Czy ona była świadoma jak bardzo zmieni się jej życie? Czy wie, że ojciec już nigdy nie zagra z nią w szachy, że matka nigdy nie skrytykuje jej wyglądu? Czy rozumie, że jej rodzice mogą być pierwszymi ofiarami nadchodzącej wojny?
Rodzina jest najważniejsza. Tak powiedziała jego matka, gdy ojca zamknięto w więzieniu. Te słowa wyryły się w jego pamięci, by ze zdwojoną siłą uderzyć po śmierci Ariany. Te słowa powtarzał dziesiątki razy podczas gwałtownych kłótni z młodszym bratem. Tymi słowami próbował odpędzić uczucia do Gellerta. Ale teraz wątpił w ich prawdziwość. Nie potrafił odnaleźć blondwłosego czarnoksiężnika, konfrontacja z nim jawiła się jako najgorszy koszmar. To był strach czy resztki uczucia? Czy może strach przed siłą własnych emocji? Czemu był on silniejszy od pragnienia zemsty? Czemu zamiast w chęć odwetu zamieniał się w poczucie winy, w oskarżenia skierowane przeciw sobie samemu?
Czy Gellert wiedział, jak bliska jest mu Minerwa? Czy McGonagallowie zginęli, bo ich córka była jego ulubioną uczennicą? Czy ich śmierć też miał na sumieniu? Tysiące pytań krążyły po głowie Albusa. Przypomniał sobie pełnego energii ambasadora. Potężnego, szlachetnego czarodzieja, dumę ich społeczności. Wspomniał jego śliczną żonę, pełną optymizmu i lekkości. Tworzyli obraz rodziny idealnej. Teraz on rozpadł się na kawałki, dwa życia zgasły zbyt szybko, dostawiając po sobie jedno wątłe światełko.
Nie wiedział już, czy Minerwa jest silna, czy krucha. Gdy jego matka odeszła, czuł się zdruzgotany. Był starszy, ale wizja opieki nad młodszym rodzeństwem go przerażała. Pamiętał, że wtedy chciał uciekać, zapomnieć, zostawić wszystko – Aberfortha, Arianę, Dolinę Godryka. Gellert oferował mu to wszystko, prawie za darmo. Prawie, bo żądał jedynie miłości. Wtedy wydawało mu się to niczym, ale to jedno uczucie związało ich na długie lata, ba, łączy ich do teraz. Czy Minerwa też chciała uciec, zatracić się w czymś innym? Może jedyne o czym marzyła to transformacja w szarą kotkę i zapomnienie? Co trzymało ją w tym opanowaniu? Jego obecność? Nie, może tak jak on, przylgnęła do myśli, że rodzina jest najważniejsza? Może ta fasada miała jej pomóc przygotować się na spotkanie z babką?
Albus nie zapominał o lady McGonagall. Starsza czarownica była teraz jedyną krewną Minerwy, stawała się też jej jedyną opiekunką prawną. Zastanawiał się, czy i ona zareagowała podobnym opanowaniem na wieść o śmierci syna. Uważano ją za pozbawioną ludzkich uczuć, ale Albus już miał okazję doświadczyć jej miększego oblicza. Wiedział, jak bardzo kochała syna, czy była w stanie podnieść się po jego śmierci?
Trzask otwieranych drzwi. Jakiś ruch w hallu. Albus przez chwilę przymknął oczy. Oto wróciła pani domu.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa czuła pustkę. Przeraźliwe poczucie straty. Jakby wyrwano jej ważny element duszy.
,,Rodzice panny McGonagall zostali znalezieni martwi" – Dippet nawet nie zwracał się bezpośrednio do niej, jakby jej wcale tam nie było. Przez chwilę czuła niedowierzanie, ale potem nadeszło wspomnienie dziwnego uczucia sprzed paru godzin, na historii magii. Minerwa wyczuła śmierć rodziców, dlatego niedowierzanie szybko zastąpiło zimne uczucie zrozumienia. Jej rodzice naprawdę byli martwi.
Martwi. Ich ciała przestały oddychać, ich serca bić. Ich umysły przestały funkcjonować. Ich dusze…
Odeszli. Już nigdy nie zagra z papą w szachy. Już nigdy nie zapyta matki o pasujący kolor kapelusza. Już nigdy nie usłyszy ich głosów. Nigdy nie zobaczy ich uśmiechów. Nigdy, nigdy. Zostawili ją. Zostawili je. Starą wiedźmę i jej małoletnią wnuczkę. Zostały same, ze złamanymi sercami, z problemami, które je przerastały. Wystawione na łaskę innych, na zawsze naznaczone tragedią. Same, samotne.
Tysiące wspomnień zalewały jej umysł, jej serce biło jak szalone, ale jej zachowawczy umysł po prostu niestrudzenie zamykał emocje za kolejnymi murami. Minerwa chciała krzyczeć, niszczyć, płakać. Ale łzy nie nadchodziły. Jej ciało wpadło w trans, skupione na głosie ojca, na słowach matki: ,,Chwała McGonagallów." Jej ród nie okazywał słabości. Papa nie znosił gdy mama płakała. Minerwie nakazywał spokój za każdym razem, gdy spadła z miotły i zdarła sobie kolana. Mieli być apoteozą siły, pochwałą kontroli. KONTROLA. Ulubione słowo ojca, powtarzane od tak dawna, teraz stało się realnym celem. Każda sekunda miała być kontrolowana, by żadna niemoc nie wdarła się w jej działania. Minerwa musiała być silna. Musiała kontynuować dziedzictwo przodków, musiała dołożyć swoją cegiełkę do rodowej chwały, musiała pamiętać.
Minerwa nie potrafiła nazwać ani opisać swoich uczuć. Ból? Cierpienie? Te słowa wydawały się jej żałośnie słabe, niegodne burzy, która rozrywała jej duszę. Jej ciało reagowało instynktownie. Każdy krok do wieży Gryffindoru był małym celem, o tyle łatwiejszym, że kocia świadomość tłumiła ludzki żal. W pokoju wspólnym nie widziała innych. Puste twarze, inni nagle stali się jej zupełnie obojętni. Ten stan trwał cały czas, gdy szła przez zamek, pełen radosnych uczniów, którzy nie mieli pojęcia, jak okrutny jest los, jak niesprawiedliwy jest otaczający ich świat.
Teraz siedziała w cichym salonie rezydencji, miejscu budzącym lawinę wspomnień. Puderniczka matki zostawiona niedbale na kredensie. Fotel, w którym zawsze siadał jej ojciec. Ich zapachy, które jeszcze mogła wyczuć swoim wyczulonym węchem.
Jednak było coś, co nie pozwalało jej całkowicie zatracić się w niekończącej spirali wspomnień. Nieco przygarbiona sylwetka Albusa Dumbledore psuła harmonię tego miejsca, stając się kotwicą dla Minerwy. Po prostu tu był, stanowił lustro, w którym mogła przyjrzeć się swojej nieporuszonej twarzy. Dla niego mogła utrzymywać kamienną fasadę. Był drugą opcją, przeciwwagą dla szaleństwa, w które w pierwszej chwili chciała się zanurzyć. Nie obchodziło jej, co o niej myślał. Nie interesowało jej jego współczucie. Chciała jedynie by był, by stanowił jakiś punkt odniesienia, bo myśli o nim nie prowadziły bezpośrednio do myśli o rodzicach.
Rodzicach. Ludziach, którzy dali jej życie, moc i charakter. Którzy teraz byli martwi.
Powinna być silna dla babci. Tylko babka mogła zrozumieć jej ból, bo sama przeżywała jeszcze większy. Kochała papę tak bardzo, był jej dumą, jej nadzieją. Odebrano jej to tak brutalnie, zostawiając samą z Minerwą. Słysząc jej kroki, Minerwa wciąż miała w pamięci troskę ojca o starszą damę. Minerwa powzięła silne postanowienie, że zrobi wszystko, by odciążyć kobietę, która dała jej tak wiele.
Gdy drzwi od salonu się otworzyły, czas jakby na chwilę się zatrzymał. Minerwa nie zrobiła kroku, nie wykonała żadnego gestu. Badawczo wpatrywała się w ukochaną twarz, która sprawiła, że ból uderzył ze zdwojoną siłą.
Lady Theresa McGonagall była słaba. Tak słaba i tak krucha, jakby zaraz miała się rozpaść. Oczywiście jej sylwetka była wyprostowana jak zwykle, jej głowa uniesiona wysoko. Jej siwe włosy nienagannie upięte. Jednak porażająco blada, pomarszczona skóra, matowe, puste spojrzenie, oplatające ją czarne szaty dawały obraz bezdennej rozpaczy. Babka powolnym krokiem zniwelowała dzielący je dystans, nie spuszczając wzroku z Minerwy.
Dzieliło je tylko kilka metrów, ale przemiana, jaka zaszła w starszej czarownicy była ogromna. Jakby wszystkie bariery, wszystkie mury, którymi Theresa się otoczyła, upadały jedna po drugiej z każdym jej krokiem. Najpierw jej chód. Z władczego i pełnego gracji zmienił się w powolne sunięcie, jakby każde stąpnięcie sprawiało ból. Potem jej sylwetka, zawsze dumnie wyprostowana, teraz stała się przygarbiona, jakby coś ciężkiego obciążało jej ramiona. Następnie z jej twarzy zniknęła cała maska. Usta zadrgały, jakby w nieopanowanej konwulsji. Oczy wypełniły się łzami, które popłynęły bez przeszkód, gdy twarz głowy familii znalazła się kilka centymetrów od twarzy ostatniej z rodu.
Żadna z nich nie odezwała się ani słowem. Babka po prostu przylgnęła do stojącej sztywno Minerwy. Wtuliła mokrą od łez twarz w jej ramię, a jej ciało, dziwnie wątłe i mizerne, zaczęło drżeć niepohamowanie, w przerażających spazmach. Minerwa otoczyła załamaną babcię ramionami, a jej dłonie instynktownie kreśliły uspokajające koła na jej plecach. Jednak sama dziewczyna nie płakała. Jej spokojne oczy wpatrywały się w stojącego nauczyciela transmutacji ponad siwymi włosami lady McGonagall.
Minerwa nie wiedziała, czy babka płacze za zmarłym synem, za rzeczami, których nie zdążył osiągnąć czy też może opłakuje niesprawiedliwość losu i przyszłość rodu. Były ostatnie. Dwie kobiety, które mogły czerpać siłę jedynie z siebie nawzajem. Babka przeżyła zbyt wiele, to Minerwa wzięła na siebie rolę oparcia, skały, kotwicy, która miała utrzymać ród McGonagallów w świetności. Już nie chodziło o zdobycie glorii chwały dla swego nazwiska. Chodziło o to, by zapewnić mu pamięć, by nie zaginęło w mrokach historii. By nie kojarzyło się już na zawsze z zamordowanym ambasadorem.
Zdumiewająca, pierwotna energia przepływała między dwiema kobietami, z których jedna dzieliła się siłą młodości, a druga doświadczeniem żałoby. Jednak ta chwila słabości starej wiedźmy nie mogła trwać zbyt długo. Minerwa też nie miała niewyczerpanego rezerwuaru opanowania. Miała wrażenie, że jej zimna krew zaraz ustąpi gniewowi, niszczącemu poczuciu straty. Że jej kolana się ugną, że nie utrzyma babki, że przecież skała nie może być porcelanowa.
Ale Theresa McGonagall rozumiała. Kiedy podniosła głowę, jej oczy były już suche, tak samo zasnute mgłą jak oczy jej wnuczki. Poważna dama wyciągnęła pomarszczoną dłoń i pogładziła pozbawiony koloru policzek dziewczyny. Jej zimne palce ostrożnie badały twarz wnuczki, znajdując w niej kolejne cechy przypominające o zmarłym synu i jego żonie. Świadomość, że oto ma przed sobą skarb, połączenie wszystkiego, co w zamordowanych było najlepsze, dodała jej siły. Minerwa zrozumiała – babka dostrzegła, że teraz tylko ona może ochronić ten skarb, wypolerować go i zaoferować światu.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Albus czuł się jak intruz. Nigdy wcześniej nie był świadkiem czegoś takiego. Teraz już wiedział, dlaczego najpotężniejsze rody były znane z powściągliwości w okazywaniu emocji. Obserwując te dwie kobiety w punkcie zwrotnym ich życia, zrozumiał, że miały w genach zdolność porozumiewania się za pomocą czystej, najbardziej pierwotnej i naturalnej magii. Czuł to, choć bycie wykluczonym z tej wymiany, możliwość wyczuwania jej, a nie odczytywania uświadamiała mu, że pewne rzeczy są przekazywane w genach.
Obraz całkowicie załamanej lady McGonagall, podtrzymywanej przez zupełnie opanowaną Minerwę, która właśnie straciła rodziców, miał do końca życia wyryć się w jego pamięci. Widział dwie kobiety, które różniły się pokoleniami, magiczną mocą, sposobem postrzegania świata, a jednak w swoim bólu zjednoczyły się w potężną siłę. Rodzina jest najważniejsza. Minerwa przyjmowała to bez zastrzeżeń. ,,Bo nie zaznała prawdziwej miłości". – wyszeptał ponury głos w jego głowie. Odpędził go, widząc że Theresa się prostuje. Z fascynacją obserwował jej dłoń błądzącą po twarzy Minerwy. Było w tym coś tak ludzkiego, coś tak głębokiego, że miał ochotę się wycofać, by swoją obecnością nie zakłócać tych tragicznych, choć pięknych w swoim dramatyzmie scen.
Siwowłosa niewiasta ujęła rękę wnuczki i zaprowadziła ją na kanapę. Gdy usiadły, szare, pełne smutku oczy spoczęły na jego twarzy. Złożył najgłębszy ukłon, jaki zdołał i rzekł ściśniętym głosem:
- Moje najszczersze kondolencje, lady McGonagall. Nie ma słów by opisać mój żal z powodu straty, jaką poniosła pani rodzina.
Lady McGonagall skinęła sztywno głową. Zapadła cisza, Albus poczuł potrzebę wytłumaczenia się.
- Eskortowałem pani wnuczkę do domu. Jeśli pani pozwoli, oddalę się teraz.
- Zostań, Dumbledore. Byłabym wdzięczna, gdyby był tu ktoś neutralny, kogo obecność pomoże mi zrelacjonować to, co się wydarzyło. – jej głos był cichy, ale taki jak zapamiętał – wibrujący władzą, nie przyzwalającą na najmniejszy odruch sprzeciwu. Jej prośba nieco go zdziwiła, ale w pewnym sensie rozumiał ją. Te kobiety mogły porozumiewać się za pomocą magii, normalny sposób komunikacji na pewno nie oddawał wszystkiego. Ubranie w słowa tego wszystkiego musiało jawić się jako karkołomne zadanie. Bezszelestnie zajął miejsce naprzeciw Minerwy i jej babki.
- Byłam w Londynie. Tego dnia dostałam zaproszenie do Malborough House. Piłam herbatę z królową Marią, rozmawiałyśmy o jej problemach z synem. I wtedy poczułam ból tak silny, że zupełnie straciłam ostrość widzenia. Jakby ktoś rzucił na mnie klątwę Cruciatus. Lecz w komnacie byłam tylko ja i królowa, szybko więc się zorientowałam że atak nastąpił na oklumencyjne mury mojego umysłu. Jakby ktoś desperacko dobijał się do mojego umysłu. Robił to z taką siłą, że nie miałam nawet szans odpowiedzieć. Z paniką czułam jak bariery się rozpadają. Szykowałam się na wtargnięcie w mój rozum, na sparaliżowanie całej mojej mocy. Ale zamiast tego usłyszałam tylko jego krzyk. Krzyk twojego ojca, Minerwo. Pełen strachu, rozpaczy, wściekłości. Powiedział ,,To Grindelwald. Chroń Minerwę!" – lady McGonagall urwała, jej oczy nabrały przejrzystości. Albus widział w nich czysty ból. Zacisnął dłonie w pięści. Robert McGonagall musiał użyć ostatnich rezerw mocy, by osiągnąć dwie rzeczy – poinformować świat, kto stoi za atakiem i przestrzec swoją rodzinę. Albus miał ochotę pochylić głowę w szacunku dla człowieka, który kochał swoją córkę tak mocno, że myśl o niej musiała być jego ostatnią.
Minerwa milczała, wpatrując się w dal. Jej babka podjęła opowieść.
- Obudziłam się na środku salonu królowej. Zdumiona Maria pochyliła się nade mną i podała mi dłoń. Wstałam. Nie pytała o nic. A ja po prostu zrobiłam pierwszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy – aportowałam się do naszej londyńskiej rezydencji. Z różdżką w gotowości otworzyłam drzwi. A tam… - wzięła głęboki oddech i przymknęła oczy, jakby to pomogło przywołać jej ten obraz bezboleśnie.
- Hall był zupełnie zniszczony. Wszystkie płytki popękane, schody przełamane, żyrandol leżał na środku. Spadł dokładnie na ciało twej matki. Zobaczyłam ją w kryształowych szczątkach, odbijających rubinową czerwień jej krwi. Nawet po śmierci zabrał jej to, co miała najcenniejsze – urodę.
Gdy zbierała siły, by mówić dalej, Albus wyobraził sobie opisywaną scenę. Obraz podsuwany przez wyobraźnię był tak straszny, że miał ochotę powstrzymać Theresę, zabronić jej. Z bolesną świadomością dotarło do niego, że Minerwa ma dopiero czternaście lat, że jest jeszcze właściwie dzieckiem, bez względu na to, jak dojrzale się zachowuje.
- Gdy się podniosłam, zobaczyłam go. Mojego Roberta. Mojego małego, słodkiego Roberta. Leżał na pierwszych stopniach pękniętych schodów. Jego członki były nienaturalnie powyginane- aurorzy powiedzieli że musiał wielokrotnie być poddawany klątwie Cruciatus. Lecz jego twarz była spokojna. Odszedł jak prawdziwy McGonagall, dumnie wychodząc śmierci naprzeciw. Jego twarz była taka piękna - i tylko szkliste, martwe oczy o kolorze zmrożonego igliwia burzyły tę piękną całość. Nie mogłam tego znieść. Wysłałam patronusy. A potem siedziałam i kołysałam go do snu. Zamknęłam mu oczy, Minerwo. Śpiewałam kołysanki. Utuliłam własne dziecko do snu wiecznego. Obyś nigdy nie musiała tego doświadczyć, moja wnuczko. – po pomarszczonym policzku lady McGonagall spłynęła pojedyncza łza.
Minerwa w odpowiedzi ścisnęła rękę zdruzgotanej kobiety.
- Jak? – zapytała cicho dziewczyna, napięta jak struna.
- Grindelwald to potężny czarnoksiężnik, jakoś udało mu się pokonać wszystkie zabezpieczenia. Nasza londyńska rezydencja nie była tak dobrze chroniona jak ta. Najpierw zabił całą służbę i wszystkie skrzaty domowe. Zrobił to po cichu, bezszelestnie i błyskawicznie. Potem w kuchni znaleziono ich ciała na jednym wielkim stosie. Robert musiał przyłapać go w hallu i wywiązała się walka. Aurorzy orzekli, że w którymś momencie z salonu musiała wyjść twoja matka, nieświadoma niebezpieczeństwa. Twój ojciec próbował postawić wokół niej jakąś tarczę, ale Grindelwald też ją zauważył, a był bliżej. Najpierw zabił ją. Wtedy twój ojciec musiał zrozumieć, że nie ma szans wygrać tej walki. Możliwe, że rozmawiał z czarnoksiężnikiem, może dowiedział się, że plan zakładał anonimowego sprawcę. Ostatnie siły wykorzystał na wysłanie potężnej myślowej sondy. Gdybym nie była wtedy w Londynie, gdyby nie spotkanie z królową, byłabym zbyt daleko, by odebrać jego wiadomość. Kiedy Grindelwald złamał jego obronę, musiał jeszcze go torturować i aportować się tuż przed tym, jak ja znalazłam się przed naszą willą.
Albus westchnął cicho. Wystarczyło by babka Minerwy znalazła się w miejscu zbrodni parę minut prędzej, a sytuacja przedstawiałaby się zgoła inaczej. Pewnie tragiczniej. Gellert zabiłby i ją. Albus zacisnął pięści na myśl o tym, że Minerwa zostałaby zupełnie sama. Tymczasem dziewczyna zadała cicho pytanie:
- Dlaczego?
Albus odruchowo odwrócił głowę, by nie widziała wyrazu jego twarzy. Właśnie, dlaczego? Dlaczego Gellert uczynił to dziecko sierotą, dlaczego zabijał, w kogo wymierzony był jego atak?
- Minnie, to zawsze było z nami. Jesteśmy zbyt potężni, a stanowisko ambasadora nie jest jedynie pustym zaszczytem. Twój ojciec o tym wiedział, akceptował to. Niewiele wiem o Gellercie Grindelwaldzie, oprócz tego, że wyrzucili go z Drumstrangu i że ma sławę maga parającego się najczarniejszą z magii. Aurorzy wyjawili mi, że ostatnio widziano go w Niemczech, ale trudno to ocenić, bo nie mamy poprawnych stosunków z tamtejszą rozbitą społecznością. Możliwe że Grindelwald zbiera tam swoich zwolenników, a nasz sojusz z Francją był mu bardzo nie na rękę. Może to był akt zemsty, może pretekst do wojny, nie wiem. Odmówiono mi udziału w śledztwie. Dowiedziałam się jedynie, że pojutrze ciała z asystą honorową zostaną tu przewiezione pociągiem. Musimy zorganizować godny pogrzeb, uruchomić całą machinę dyplomatyczną, aparat bezpieczeństwa, najwyższe władze. – lady McGonagall mówiła zmęczonym głosem. Albus z uwagą słuchał jej słów o Gellercie. Cieszył się, że to nie on był zmuszony odpowiadać na to pytanie.
Jednocześnie dalsze słowa starszej damy sprowadziły go na ziemię – pogrzeb McGonagallów musiał odbyć się w pełnej glorii, z honorami godnymi królów. Ze wszystkich stron świata przybędą czarodzieje, poselstwa, ambasadorowie, wysłannicy. Cała brytyjska magiczna arystokracja przybędzie złożyć hołd. Ministerstwo wystawi potężną delegację. Smokolodzy ze wszystkich Instytutów. Mugolskie władze. Wreszcie zwykli magowie i czarownice, a także charłacy i mugole, chcący pochylić czoło przed ludźmi, którzy zginęli tak tragicznie, uosabiając wszystko, co najlepsze w brytyjskiej magicznej społeczności. Organizacja pogrzebu na taką skalę była karkołomnym zadaniem. Należało zapewnić całkowite bezpieczeństwo wszystkim obecnym, pamiętać o każdym szczególe. Ile było na to czasu? Tydzień najwyżej. A to wszystko na wątłych ramionach dwóch kobiet.
- Co mam robić? – Albus dostrzegł, że oczy Minerwy nieco się rozjaśniają. W pewnym sensie ją rozumiał – potrzebowała czegoś, co zajmie jej myśli, co będzie odciągało ją od nieustannego wspominania, od bolesnego poczucia straty. Także Theresa to dostrzegła, bo kiwnęła głową.
- Pomożesz mi zorganizować pogrzeb, na który zasłużyli. Myślę jednak, że najpierw musimy wypuścić twojego biednego profesora. Na pewno ma ważniejsze sprawy na głowie niż milczące towarzyszenie żałobnicom. – Albus poczuł na sobie spojrzenie stalowych oczu. Żałobnice. To słowo uderzyło go z mocą. Może właśnie o żałobę tu chodziło. Może same musiały się z nią uporać, a on, ze swoją przeszłością skażoną znajomością z Grindelwaldem powinien już dawno usunąć się w cień. Albus wstał i wyciągnął rękę do starszej kobiety.
- Czuję się zaszczycony, że mogłem wysłuchać pani słów, lady McGonagall. Jeszcze raz pragnę wyrazić najgłębsze wyrazy współczucia dla pani i panny McGonagall. Jeśli taka jest pani wola, opuszczę panie i wrócę do Hogwartu. Chciałbym jednak, by miała pani w pamięci, że wystarczy przysłać sowę, a zjawię się natychmiast, gdybym był potrzebny. Byłbym też wdzięczny, gdyby pozostawała pani w kontakcie z dyrekcją Hogwartu, w sprawie pogrzebu i ewentualnej delegacji szkoły.
- Oczywiście. Któraś z nas wystosuje pismo natychmiast, gdy szczegóły dotyczące ceremonii pogrzebowej zostaną ustalone. Doceniam pańskie wsparcie i dobre słowo, profesorze Dumbledore. – lady McGonagall podała mu kościstą dłoń, którą ucałował z szacunkiem. Następnie powtórzył ten sam gest z Minerwą, dodając:
- Proszę napisać do mnie, panno McGonagall. Służę pomocą w każdej sytuacji. – wargi Albusa musnęły zimną skórę dłoni Minerwy. Ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały i po raz pierwszy Albus poczuł strach. Oczy Minerwy już nie były zmącone, nieobecne. Były bezdennymi otchłaniami rozpaczy, roztapiającymi jego serce. Odsunął się, jego pierwszym odruchem była ucieczka. Skłonił się jeszcze raz i wyszedł z salonu. Prawie nieświadomie pokonał drogę z dworu do bramy, a zaraz za granicami posiadłości aportował się do bram Hogwartu.
Idąc szybkim krokiem w stronę majestatycznego zamku, próbował wyprzeć z umysłu obraz oczu Minerwy. Było w nich nieme błaganie, jakby prosiła go o skrócenie jej cierpień. Albus gubił się w swoich odczuciach, obserwacjach i wnioskach. Nie wiedział już, czy to, co odebrał za nienaturalne opanowanie i samokontrolę, nie było cichą, zamaskowaną autodestrukcją. Minerwa była zbyt potężna, by wyzbyć się wszelkich emocji. A jeśli nie ujawniała ich na zewnątrz, musiała kierować je do środka, niszczyć samą siebie. Wiedział jak szalenie niebezpieczne może to być i bał się. On, Albus Dumbledore, największy mag swojego pokolenia, symbol gryfońskiej odwagi, bał się. Jego strach rodził się z uczucia dominującej bezradności, przytłaczającej bezsilności.
