Rozdział XIV

Po co?"

- Po co mnie ratował? Po co mówi mi te wszystkie rzeczy? Przecież to i tak bez sensu!- szeptała sama do siebie, leżąc samotnie w szpitalnym pokoju.- Żaden z Williams'ów nie pokonał raka. Nikt z nas nie miał tyle siły, by tego dokonać, więc po co ja mam się starać?- wmawiała sobie.- Powinien pozwolić mi umrzeć na tej przeklętej ulicy. Przynajmniej odeszłabym godnie i szybko. Ale nie! Musiał strugać bohatera i mnie ratować, bym umierała powoli, w mękach, jak mój tata, jak Barry, jak dziadek… Mówi, że wie, co czuję… Mówi, że widział śmierć przyjaciela, więc dlaczego, do cholery, skazuje mnie na to samo?- szeptała ze złością, bo jej zrozpaczona dusza nie chciała wierzyć, nie mogła wierzyć, nie, kiedy rozsądek mówił jej co innego…- Powinien pozwolić mi umrzeć. Powinien dać mi umrzeć!- płakała.

- Nie mógł tego zrobić…- usłyszała delikatny głos swojej przyjaciółki. Sue stała w drzwiach, obserwując zapłakaną Tarę i wiedziała, że musi jej pomóc, uświadomić, że dziewczyna ma o co walczyć, że nadal może żyć, kochać i być kochaną, mimo wszystko…- Nie mógł pozwolić ci odejść, bo za bardzo cię kocha.- dodała.

- Sue….- szepnęła zaskoczona Tippy, ocierając dłonią łzy.- Długo tu jesteś?- zapytała, usiłując się uspokoić, ale nie bardzo jej to szło, bo ręce jej drżały, podobnie, jak głos, a słona rzeka nie przestawała płynąć.

- Wystarczająco długo.- przyznała łagodnie i powoli zbliżyła się do jej łóżka. Widząc, że Tara nie zamierza jej wyrzucić, jak zrobiła to z Bobbym, usiadła obok i wzięła ją za rękę.- Mylisz się, Tippy…- powiedziała miękko.- Mylisz się myśląc, że nie masz szans, by pokonać tę straszną chorobę. Wiem, że jesteś przerażona i rozumiem, że masz powody, ale to jeszcze nie koniec. Jesteś młoda, silna i wbrew wszystkiemu, co próbujesz wmówić Crashowi, piękna. On to wie. Wiedział to od dawna i zapewniam cię, że jego wyznanie nie ma nic wspólnego z twoim stanem, a przynajmniej nie bezpośrednio. Bobby cię kocha, chyba od zawsze. Sam mi to powiedział. I zrobił to zanim się dowiedzieliśmy, co przechodzisz. Nie uciekł, gdy lekarz powiedział mu o mastektomii, nie stchórzył. Wprost przeciwnie! Pierwsze, o co zapytał, to jak ci pomóc, jak wesprzeć w tej walce.- ciągnęła Sue.- On się nie podda i ty też nie powinnaś. Pozwól mu się kochać, pozwól, by był przy tobie, a będzie łatwiej. Samotność nie pomaga nikomu. Wiem to z doświadczenia i dlatego nie pozwoliłam, by uczyniła piekło z mojego życia. Zaryzykowałam i jestem szczęśliwa. Ty też możesz, jeśli dasz wam obojgu szansę.- uśmiechnęła się ciepło blondynka.

- Co ty mówisz, Sue? Co masz na myśli mówiąc, że zaryzykowałaś?- zdziwiła się agentka, na chwilę zapominając o swojej chorobie, o tym koszmarze, przez który przechodzi i skupiła się na twarzy analityczki.

- Jack i ja…- zaczęła panna Thomas.- W końcu przyznaliśmy, co do siebie czujemy.- wyznała.- Oboje mieliśmy dość zaprzeczania i pomijając fakt, że wreszcie nam ulżyło, to była najlepsza decyzja w naszym życiu.- dodała.- Każdy potrzebuje kogoś do kochania. Ja potrzebowałam Sparky'ego, a Bobby i ty, potrzebujecie siebie. Pomyślałaś, co się z nim stanie, jeśli zaprzestaniesz walki o swoje życie? Chyba nie masz pojęcia, jak bardzo kocha cię ten mężczyzna, jak pragnie przyszłości z tobą, jak martwi się, że cię straci. Pomyśl o tym, Tippy. Warto walczyć o życie, o szczęście, o miłość. Poza tym, każdego dnia ryzykujemy tym życiem wychodząc na ulicę, ścigając przestępców. Jaki jest sens uciekać przed uczuciem, gdy w każdej chwili możemy zginąć i nigdy nie zasmakować szczęścia? Chyba lepiej jest kochać krótką chwilę, niż nie kochać wcale?- uśmiechnęła się.- I nie mów mi, że ty nic do niego nie czujesz, bo i tak ci nie uwierzę. Zbyt dobrze znam was oboje, zbyt dobrze znam ciebie…

- Jakie to ma znaczenie, Sue?- spytała smutno Tara.- Nawet, jeśli go kocham, to jak mogę skazywać go na to piekło? Nie mogę pozwolić, by patrzył, jak gasnę. Nie wiesz, jak to jest patrzeć na śmierć ukochanej osoby. To straszny ból, straszny…- załkała, wciąż jeszcze się opierając, choć złość na Crasha minęła.

- Możliwe, ale to decyzja Bobby'ego, nie sądzisz? Do niego należy ostateczne zdanie, a on już zdecydował. Kocha cię i chce być z tobą cokolwiek się zdarzy. Nie odtrącaj tego, nie odtrącaj miłości oraz wiary, jaką pokłada w tobie Crash, jaką pokładamy wszyscy. W końcu, jesteś Agentka Specjalna Tara Williams, dziewczyna, która przeżyła niejeden postrzał, a to coś znaczy!- dodała ciepło i z siostrzaną miłością ucałowała ją w czoło.- Odpocznij teraz. Jesteś jeszcze słaba. Porozmawiamy później, bo ani ja, ani cała reszta, nigdzie się nie wybieramy. Nie, dopóki nie wykrzyczysz, że się nie poddasz. I radzę, zrób to szybko, bo tyłki przyrosną nam do krzeseł, a podobno rozdzielenie bywa bolesne!- mrugnęła, chcąc ją rozweselić, po czym wstała.

Tara uśmiechnęła się po raz pierwszy od dłuższego czasu, a potem powiedziała cicho:

- Dziękuję, Sue…

- Od tego jest rodzina, Tippy.- skwitowała tylko i chwilę później wyszła, a Tara zamknęła oczy. Stres i zmęczenie wzięły górę i zasnęła…

TBC