Zdemotywowana, rozdział specjalnie dla ciebie. Dziękuję za komentarz. A i co ty robiłaś, że twoje kolano ucierpiało? Czy ty próbujesz się połamać?! I nie zdemoluj łóżka, bo pozostanie ci twarda podłoga!

Zapraszam do czytania tego opowiadania, oraz pozostałych. Wszystkie trzy doczekały się dzisiaj aktualizacji.

Rozdział 13 - Drugie dno

(…) trzepotali się raczej, niż żyli,

wydani dniom bez kierunku i

jałowym wspomnieniom –

błąkające się cienie, które wtedy

tylko mogły nabrać sił, gdy

zapuszczały korzenie w ziemię

swych cierpień.

Albert Camus — Dżuma

x x x x

Kiedy kilka minut temu wchodził do domu, zamierzał przetrząsnąć każdy zakamarek budynku, teraz jednak stojąc w drzwiach pierwszego z otwartych pomieszczeń, nie był co do tego już tak przekonany.

Niewielki salonik urządzony w beżu i brązie z pozoru nie wydawał się niczym nadzwyczajnym, lecz w jakiś sposób sprawiał, że ściskało go w piersi. Dłuższą chwilę wahał się przed postawieniem kroku naprzód, wreszcie jednak niepewnie wszedł do środka.

Stary okrągły stolik przykryty wypłowiałym obrusem… bura kanapa ustawiona na wprost wygaszonego kominka czy też ciężkim skórzany fotel stojący przy pomazanym oknie, były najzupełniej normalne, ale Harry'emu coś w tym wszystkim nie pasowało.

Co się dzieje? – osłonił usta ręką, gdy nagle zaczęło zbierać mu się na wymioty. Raz za razem rozglądał się wokół, jednak w dalszym ciągu wszystko zdawało się być w idealnym porządku. – Dlaczego właściwie ja… – urwał, z trudem łapiącoddech. Zupełnie nie mógł pozbierać myśli. Wszystko wokół niego traciło ostrość i zdawało mu się, że kontury pokoju zaczynają wirować.

Cofanął się niemal na oślep, dopadł drzwi i praktycznie osunął się na podłogę w korytarzu. Opierając czoło o zimną ścianę, powoli się uspokajał. Potrzebował jednak blisko dziesięciu minut aby odzyskać siły na tyle, by zmusić organizm do wysiłku i się w ogóle podnieść.

Spoglądając w kierunku pomieszczenia, z którego dopiero co wyszedł, odgarnął lepiące się do czoła kosmyki, bezskutecznie próbując zrozumieć, co tak właściwie przed chwilą miało miejsce.

Dlaczego w ten sposób zareagowałem? Co się wydarzyło? Czemu sama myśl o ponownym wejściu do tego pokoju powoduje, że wzdłuż mojego kręgosłupa przechodzi lodowaty dreszcz? Dlaczego…

Dlaczego tak bardzo się boję?

- Nie rozumiem.

Nic już nie pojmuję…

Wodząc wzrokiem po opustoszałym korytarzu, wdzięczny był, że przynajmniej w tym momencie nie ma nigdzie w pobliżu Voldemorta. Nie chciałby ten go zobaczył. Na pewno nie, gdy jest w takim stanie.

Za nic.

Już zbyt wiele razy pokazałem mu się w chwilach, gdy byłem całkowicie bezbronny. Pozna stanowczo za dużo moich słabości. Nie ma potrzeby, by dowiedział się o kolejnej z nich. W szczególności o tej. Zwłaszcza, że na razie ja sam nie bardzo wiem, przez co mogła zostać wywołana.

Nie wolno mi dopuścić do tego, żeby w ten sposób zyskał nade mną przewagę. I tak nazbyt mnie już od siebie uzależnił.

Ruszając dalej wzdłuż korytarza, wciąż bił się z nachodzącymi go myślami. Nawet nie zwracał uwagi na to, co przedstawiono na wyblakłych z powodu upływu lat, gobelinach, którymi gęsto pozawieszano ściany. Bez względu na to jak bardzo się starał, nie mógł się na niczym skupić, a w jego głowie wciąż pojawiało się jedno i to samo pytanie:

Dlaczego tak zareagowałem?

Nie znajdując żadnej odpowiedzi, która choć w niewielkim stopniu trzymałaby się kupy, zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami. Wyciągając rękę w stronę klamki, zawahał się, zatrzymując w pół ruchu.

Czy powinienem tam wchodzić? A co jeśli znów… jeśli będzie tak samo jak tam? Może każde z pomieszczeń w których jeszcze nie byłem, będzie wywoływało u mnie takie same odczucia? - przez kilka sekund, stał w bezruchu, wahając się, wreszcie jednak nacisnął klamkę i zamykając oczy, wszedł do środka.

- Raz… dwa… trzy… cztery… pięć – odliczając głośno, oczekiwał na to potworne uczucie. Lęk, który niczym sieć obezwładnia całe ciało. Jednak, chociaż sekundy mijały jedna za drugą, wszystko wciąż było w całkowitym porządku. Zdenerwowany stał tak jeszcze przez moment, po czym biorąc głęboki wdech, otworzył oczy i rozejrzał się wokół.

Ciemna, bordowa tapeta, kiedyś z pewnością była ozdobą, teraz jednak bardziej szpeciła ściany, niż dodawała im uroku. Pośród mebli znalazło się stare, nieco krzywe biurko, którego jedna noga musiała być kiedyś ułamana. Granatowy fotel, z piętrzącym się na nim stosem poduszek i dawno pozbawiony książek, regał pod oknem. W przeciwieństwie do tamtego saloniku, ten gabinet zdawał się być nieużywany od wielu lat. Pomijając to, że nie było w nim zupełnie nic, co mogłoby należeć do Voldemorta, to wszystko jeszcze pokrywała gruba, co najmniej kilkucentymetrowa warstwa kurzu.

- To z pewnością nie jest dom, który pasuje do kogoś takiego jak Riddle… Chyba, że jest on osobą kompletnie pozbawioną gustu. – szepcząc sam do siebie, ze zrezygnowaniem spojrzał na fioletowo – złoty dywan, którym przykryto podłogę. – W stu procentach, to styl kogoś tak pokręconego jak przeklęty Dumbledore – dodał, gdy dostrzegł, że wzór na nim to nic innego jak gwiazdki i księżyce.

Wycofując się na zewnątrz, mimowolnie wrócił myślami do tego, co się wydarzyło przed kilkoma minutami.

Dlaczego tutaj, a także w sypialni Voldemorta nic mi nie było, a w tamtym pokoju czułem się jakbym miał zaraz umrzeć? Czy to jakieś zaklęcie? Klątwa, którą ktoś kiedyś rzucił? A jeżeli nie, to co innego? Jeśli to tylko tam się dzieje, to mogę trzymać się z daleka od tego saloniku, ale… wolałbym być nieco bardziej doinformowany, z czym mam do czynienia…

Jak mam się tego dowiedzieć? Od Voldemorta?

- Chyba wolę zginąć niż znów z nim rozmawiać.

W pełni, co do tego przekonany, zajrzał do kilku kolejnych pokoi, lecz nie znalazł w nich nic więcej poza dodatkowymi tumanami kurzu, starymi obrazami bez ram, i kilkoma pajączkami, na których widok Ron dostałby z pewnością palpitacji serca.

Po blisko godzinie snucia się od drzwi do drzwi, stwierdził, że chyba woli posiedzieć w ogrodzie, zamiast kolejny raz trafić na zapuszczony pokój.

Jestem pewien, że swoją sypialnię Voldemort teraz już zamknął na cztery spusty, a żaden z pozostałych pokoi nie wygląda na taki, w którym on by kiedykolwiek przebywał. Zresztą to pewnie z tego powodu tak po prostu powiedział, że daje mi wolną rękę… W końcu ktoś taki jak on nie jest głupi.

Wiedział, że będę szukał i że nic nie znajdę!

A wrrrrrrrrr.

- Dałem się mu podpuścić jak małe dziecko – prychnął, zły na samego siebie, zawracając w kierunku wyjścia z posiadłości.

Głupi, głupi, głupi… - zgrzytając ze złości zębami, wdzięczny był Merlinowi za to, że chociaż jak dotąd nie natknął się jeszcze na żadnego śmierciożercę. – Tylko użerania z nimi by mi tutaj brakowało…

Docierając do ciężkich drzwi, pchnął je, z ulgą wciągając w płuca czyste powietrze. Wychodząc na zewnątrz, musiał zmrużyć oczy w zbyt ostrym dla niego świetle, po przebywaniu tyle czasu w ponurych korytarzach.

Ruszając przed siebie, nie zastanawiał się nad tym dokąd idzie, było mu to najzupełniej obojętne. Miał ochotę po prostu się przejść.

- Im dalej od tego wstrętnego domiszcza tym lepiej. Zresztą może na zewnątrz uda mi się nie napatoczyć na żadnego ze śmierciożerców. W środku nie wiadomo, zza którego zakrętu ktoś się pojawi. Tu przynajmniej będę mieć szansę ukryć się. – w stu procentach pewien tego, pozwolił prowadzić się jednej z wysypanych żwirem ścieżek.

Spoglądając na rabatki przeróżnych kwiatów, przemieszanych tak bardzo jak tylko się da, musiał przyznać, że zupełnie nie pasują do wnętrza domu. Chociaż panował w nich artystyczny nieład, widać było, że rezultat ten nie jest przypadkiem. Tyle razy pielił ogródek ciotki, że zdawał sobie sprawę z tego, iż wśród zasadzonych tu kwiatów nie ma ani jednego chwastu.

Ktoś chciał, aby wyglądało to jak zapuszczony ogród. Szkoda, że na Privet Drive nikt takiego nie miał… Ale tam pewnie zaraz wszyscy dostaliby zawałów na sam widok takiego zaprzeczania wszystkim regułom.

- Ale to dlatego tu podoba mi się dużo bardziej niż w ogrodzie cio… – zająknął się, orientując, że wciąż nazywa ją w ten sposób.

Czy kiedykolwiek się od tego odzwyczaję? Ale, czy właściwie mogę odzwyczaić się od czegoś, co dotąd było częścią mego życia? Jak mam od tak wymazać z pamięci fakt, że to była moja ciotka? Że miałem wuja i kuzyna?

Nawet jeśli nigdy wiele dla nich nie znaczyłem to, nie potrafię zapomnieć. Jeszcze nie teraz… i prawdę mówiąc ja…

- Nie sądzę, by to było kiedykolwiek możliwe.

Starając się odsunąć od siebie te myśli, zatrzymał się na rozgałęzieniu ścieżek, niepewnie gdzie iść. Wreszcie jednak skręcił w lewo, z daleka dostrzegając wyłaniającą się z pomiędzy drzew, niewielką altankę.

Zbliżając się do niej, zamierzał zaszyć się w środku, pewien, że przynajmniej w niej będzie miał gwarancję, że nikt go nie będzie zaczepiał. Chciał się po prostu zaszyć na kilka godzin i pomyśleć. Spróbować w jakiś sposób ogarnąć zamęt, który ostatnie dni stworzyły w jego myślach.

Będąc już zaledwie dwa kroki od celu, zatrzymał się, gdy gdzieś zza altanki dotarł do niego wyraźnie rozeźlony głos:

- Znów wszystko zniszczyli! Czy tym przeklętym śmieciojadom aż tak ciężko chodzić jak ludzie? Czy te cholerne znaki, które dali sobie wypalić, od razu im w rozumach pomieszały? A może już mieli w nich z lekka nie po kolei?

Harry zaskoczony tymi słowami, niczym rażony, stał jak kołek, nie bardzo wierząc w to, co słyszy.

Przeklęte śmieciojady?

Kilka sekund zajęło mu otrząśnięcie się, wreszcie jednak na palcach zbliżył się do miejsca skąd doszły do niego ostatnie słowa. Wstrzymując oddech stanął przy altance i niepewnie wyjrzał za nią.

Nie bardzo wiedział, kogo właściwie spodziewał się ujrzeć, z pewnością jednak nie sądził, że zobaczy chłopaka niewiele starszego od siebie.

Co on tu robi? Czy jest synem któregoś ze sługusów Voldemorta? Ale gdyby tak było, to czy mówiłby o nich „śmieciojady"? A może to jakiś służący? Ogrodnik? Nie… na kogoś takiego jest zbyt dobrze ubrany.

Ale w takim razie, kim jest?

Początkowo chciał do niego podejść i spróbować jakoś zacząć rozmowę, widząc jednak, że jest on całkowicie pochłonięty tym, co robi, zdecydował się pozostać w cieniu. Zaciekawiony przyglądał się temu, jak ostrożnie zasadza kolejne kwiaty, obchodząc się z nimi tak jakby były najcenniejszą rzeczą pod słońcem.

Wydaje się, że lubi to robić… Pozostaje tylko pytanie, dlaczego sadzi je akurat w ogrodzie cholernego Voldemorta?

- Spokojnie. Zaraz będziecie znów w ziemi…jeszcze tylko kilka minut. Zadbam o was. A jak ktoś ponownie zrobi wam krzywdę to będzie miał ze mną do czynienia. Taaa… poszatkuję go! Nożykiem do masła!

Po jego kolejnej wypowiedzi, Harry w ostatniej chwili osłonił usta, tłumiąc w ten sposób parsknięcie. Chłopak ten coraz bardziej zaczynał go ciekawić, patrzył więc na jego pracę jeszcze przez kilka minut, wreszcie jednak powoli zaczął się wycofywać, czując, że to grzech przeszkadzać mu, gdy ten jest tak skupiony.

Jest całkowicie pochłonięty tym, co robi. Szkoda byłoby to przerywać… Jeszcze ja dostanę tym nożykiem. Poczekam sobie w altance, a jak skończy, wtedy go zagadnę. – uśmiechając się do siebie, zrobił kolejny krok w tył i zaklął w duchu, gdy jakaś spróchniała gałązka, nagle z trzaskiem pękła mu pod stopami:

Szlag…

Gdy chłopak podniósł wzrok i ich spojrzenia się spotkały. Harry gorączkowo zastanawiał się, co ma mu powiedzieć. Siedzący między kwiatami chłopak, odezwał się jednak pierwszy. Przekrzywiając lekko głowę, wypowiedział dwa ostatnie słowa, jakie spodziewał się od niego usłyszeć:

- O… kotecek.

x x x x

kotecek – to nie jest literówka, ten błąd jest w pełni zaplanowany

x x x x

Koniec Rozdziału 13