Rozdział 14
Dni zlewały się w tygodnie, zaś tygodnie w miesiące. Po niespełna pół roku od kiedy Michelle intensywnie przebywała w linkierze, stało się to dla niej bardzo meczące. Schudła, chodząc tylko pomiędzy linkierem, kuchnią, a łazienko. Któregoś wieczoru po skończonej lekcji zwróciła się do swego nauczyciela:
-Titee moje ludzkie ciało ma dość. Czy nie obraził byś się, żeby na kilka dni moje prawdziwe ciało mogło odpocząć. Połączę się tylko rano i wieczorem, by ta którą teraz widzisz zjadła, rozruszała kończyny, a następnie udała się na ponowny odpoczynek.
-Powiem ci szczerze, że dużo już umiesz. Zaczęłaś dostrzegać to czego na początku nie widziałaś. Ja też odpocznę. Myślałem, że bycie nauczycielem jest łatwe. Poza tym, kiedy pierwszy raz cię ujrzałem od razu mi się spodobałaś, więc dlatego podjąłem się żeby cię uczyć. -w ostatnim zdaniu patrzył się na nią.
-Ty się chyba we mnie nie zakochałeś. Ja i ty to raczej...
W tym momencie została przez niego niespodziewanie pocałowana, czując ciepło jego warg. Trwało to kilka sekund, a zdawało się, że trwa dłużej.
-Ja Titee... muszę już iść. To nie tak miało być.
-Poczekaj ja nie chciałem... ja po prostu...
Nie słyszała tego co do niej mówił. Udała się prosto do hamaku, po czym się rozłączyła. Kiedy wychodziła z linkiera, spotkała w pomieszczeniu Norma.
-Co się stało? Masz inną minę niż zwykle. -zapytał Norm, chcąc zrozumieć co się stało.
-Nie nic. Ja na chwilę muszę być sama.
Udała się od razu do swojego pokoju do którego zamknęła drzwi na klucz, chcąc być wyłącznie sama. Jej myśli krążyły wokół tego, co chwile temu się stało: "Czy naprawdę on się we mnie zakochał? Przecież ja i on ... Nie, nic by z tego nie wyszło, bo jesteśmy z dwóch różnych światów. Ale z kolei Jake i Neytiri stworzyli udaną parę. Nikogo wcześniej nie poznałam będąc na Ziemi i pewnie nie poznam. Możliwe, że nigdy tam nie wrócę. Nie wiem co dalej robić?". Kiedy zasypiała, patrzyła się w okno, gdzie widziała nieba rozświetlonego gwiazdami, a dalej las jaśniejący własnym światłem.
Na drugi dzień zjawiła się w ciele Avatara przy palenisku, by jak zwykle się posilić. Był tam też Titee, który był dość przygnębiony wczorajszym zajściem.
-Ja cię przepraszam. Nie powinienem. Powiem Olo'eyktanowi o tym, a on zaś zadecyduje co dalej zemną będzie.
-Nie Titee. To nie jest powód, by zaraz się winić. Ja jestem zaskoczona, gdyż nie sądziłam... My musimy po prostu porozmawiać w cztery oczy.
-Przecież rozmawiamy.
-W prawdziwe cztery oczy.
-Zaraz to znaczy, że chcesz bym udał się do miejsca, gdzie zobaczę ciebie prawdziwą?
-No właśnie tak. Musisz wiedzieć o paru rzeczach.
-To kiedy mam się tam zjawić?
-Właściwie to kiedy chcesz. Ja teraz idę spać, bo moje drugie ciało musi odpocząć.
Michelle znowu się rozłączyła, od razu udając się do kuchni. Usiadła przy stole na którym miała coś na kształt jedzenia. Właściwie był to prowiant umożliwiający odżywianie ciała, ale wyglądem i smakiem nie mogło konkurować z tym co jadł jej Avatar.
-Jestem tu chyba za karę. -powiedziała do siebie.
-Co jedzenie nie idzie. -Norm wpadł do kuchni robiąc sobie kawę.
-To jakieś niepodobne do jedzenia. Mój Avatar ma lepsze. -stwierdziła biorąc gorące gluty do ust.
-To samo mówił kiedyś Jake, jak razem z Grace siedzieliśmy w tych barakach. -powiedział śmiejąc się z niej.
-Ehh... Zjem ile dam radę i muszę się rozruszać. Przy okazji nie jestem pewna, ale Jake spodziewa się dziecka...
-Serio!
-U Neytiri pojawiło się znaczne wybrzuszenie. Dopiero niedawno to zauważyłam, ale po nauce byłam tak zmęczona, że ciągle zapominałam wam o tym powiedzieć. Jest jeszcze jedno...
Norm pobiegł szukać Maxa i reszty z załogi, by wszyscy o tym wiedzieli.
-Max! Max! Cholera, gdzie jesteś musisz to usłyszeć. Max!
W końcu ich odnalazł. Wszyscy w bazie byli zaskoczeni tą informacją.
Michelle udała się na siłownię, by odzyskać nieco ze straconej kondycji. Zaczęła od skłonów, później przysiady, bieganie w magazynie pomiędzy resztkami maszyn bojowych, itp. Po jakimś czasie ktoś z obecnej załogi krzyknął:
-Michelle masz gościa. Nie uwierzysz kto to!
Natychmiast pobiegła, doskonale wiedząc kto jest tym gościem. Wtedy w jej myślach powstało pytanie: "Ciekawe jak na mnie zareaguje?". Założyła jedną z masek wiszących obok śluzy i wyszła na zewnątrz.
-Kaltxi Titee. -przywitała się.
-Jesteś Michelle? -zapytał młody wojownik.
-Tak. I jak widzisz jestem człowiekiem.
Titee kucnął przed nią tak, by ich wzrok się spotkał. Michelle objęła go, on zaś ją bardzo ostrożnie, wiedząc jak bardzo delikatni są ludzie.
-Titee chodźmy za te budynki. Tam nikt nam nie będzie nam przeszkadzał, kiedy będziemy rozmawiać. -powiedziała Michelle.
Wzięła go za rękę, a właściwie to za palce. Wyglądało to dość komicznie, gdyż Michelle ledwo sięgała mu do tułowia. Kiedy dotarli na miejsce, Michelle jako pierwsza rozpoczęła rozmowę.
-Weź usiądź, a ja postoje tak będzie mi łatwiej. Jak widzisz jestem człowiekiem. I ja hmm... dla mnie ta sytuacja jest nowa. Ja nie wiem jak byśmy mogli razem ze sobą żyć. Ty jesteś z stąd, a ja gdzieś -wskazała palcem w niebo- stamtąd, z innego świata. Nie chce tobie zniszczyć życia. Jednocześnie dziękuje ci, że mnie uczysz, ale nie sądzę, by coś z naszego związku mogło wyjść.
-Dlaczego tak sądzisz? Nasz Olo'eyktan też pochodzi z innego świata i jego związek z Neytiri jak najbardziej się układa. -stwierdził Titee.
-Wiem o tym. Nie musisz mi tego mówić. Poza tym, on był w zupełnie innej sytuacji niż w tej w której ja jestem.
-To znaczy, że mnie przekreślasz.
-Nie oto mi chodziło. -szybko zaprzeczyła Michelle.
-A o co? -zapytał Titee.
-Chodzi o to, że potrzebuje czasu na przemyślenie tej decyzji. Także i tobie radze się dobrze zastanowić.
Tymczasem gdzieś bardzo daleko w leśnej głuszy, Jake wybrał się na polowanie, mając przy tym niecodzienną sytuacje. Wstał przed wschodem słońca, gdy większość jeszcze spała, no prawie:
-Jake gdzie idziesz?-zapytała go sennym głosem Neytiri.
-Jak zwykle na polowanie. Tylko teraz trochę dalej. Może, aż po granice naszego klanu.
-Polowanie na granicy to zły pomysł, bo łatwo o konflikt z innymi klanami.
-Przecież jestem Toruk Makto.
-Co nie znaczy, że polowanie bez zgody sąsiednich klanów będzie tolerowane. Każdy trzyma się swoich granic.
-I właśnie to zamierzam robić.
-Niech Eywa ci sprzyja. -pożegnała go Neytiri.
Jake dał jej krótki pocałunek na pożegnanie, po czym zamknął ich wspólny hamak w którym od jakiegoś czasu razem sypiali. Po drodze na górę wziął swój łuk i udał się do Ikrana. Zawołał go, po czym od razu nawiązał z nim więź.
-Wiesz, uwielbiam te poranki. -powiedział klepiąc go szyi i spoglądając na zamglony las.
Ikran w odpowiedzi zaskrzeczał, po czym razem wzbili się w powietrze. Mieli przed sobą spory dystans. Chłodny lot nad nieprzepuszczającą światła dżunglą, spowita chwilami dość gęsto mgło. Była to najlepsza pogoda do samotnego polowania na Yeriki. Można było w ten sposób skupić się tylko wyłącznie na tym co miało się do wykonania.
Kiedy wylądował zdjął z Ikrana łuk i kołczan ze strzałami, gdyż tylko tyle wystarczało dobremu myśliwemu do polowania. Otaczała go różnoraka roślinność i teren pełen pagórków, który ograniczał widoczność. Wszystko było wilgotne od skroplonej mgły w postaci kropel rosy, która spadając z liści tworzyła echo jak podczas padającego deszczu. Rozpoczęła się jego mozolna wędrówka w poszukiwaniu Yerika. Przedzierając się w ciszy przez dżungle, dopiero teraz uświadomił sobie jak daleko jest od swego domu. Jeśli by zginął, to nawet nie wiadomo czy odnaleźli by jego ciało. W końcu jego poszukiwania odniosły skutek, bo między drzewami dostrzegł wędrującego Yerika. Nałożył strzałę na cięciwę łuku i już chcąc ją z niego wypuścić, jego cel nagle zwalił się na ziemie. Widział tylko wystającą z niego strzałę. Natychmiast zorientował się, że nie jest sam. Jake zaczął się nerwowo rozglądać z naciągniętym łukiem gotowym do strzału. Nagle tuż za nim usłyszał ryk Palulukana, a także:
-Kim jesteś i co tu robisz? -usłyszał pytanie.
Obrócił się i zobaczył kobietę siedząco na Palulukanie, mająca naciągnięty łuk w jego kierunku. Włosy na jej głowie były chaotycznie zaplecione. Posiadała też coś w rodzaju tatuażu na całym prawym ramieniu. Jej klatka piersiowa nie była przysłonięta żadnym naszyjnikiem. Była bardzo młoda sądząc po jej wyglądzie.
-Rzuć ten łuk inaczej zginiesz. -dodała.
-Myślisz, że gdy ty jesteś na Palulukanie mam powody żeby się ciebie bać. To nie będzie miało znaczenia kiedy oni tu wrócą.
-Jacy oni i kim ty jesteś. Nie wyglądasz na typowego Na'Vi.
-Jestem Jake Sully. Olo'eyktan Omatikaya i Toruk Makto we własnej osobie.
-Ty Toruk Makto, nie rozśmieszaj mnie. Słyszałam pogłoski o chodzących we śnie, którzy niszczą wszystko i wszystkich dla jakiś tam kamieni. Zresztą nawet nie wiem do czego są im one potrzebne. Mnie to nie obchodzi, a jak widzę to jesteś jednym z nich i dlatego zginiesz.
-Ja byłem jednym z nich, przyznaje się do tego, ale Eywa mnie zmieniła. Teraz stałem się jednym z was już na zawsze.
-To niemożliwe! -usłyszała coś czego nie mogła pojąć.
-A jednak. Przy okazji dlaczego polujesz na terytorium Omatikaya?
Zeszła z Palulukana, coś do niego cicho mówiąc, następnie zaczęła krążyć wokół Jake'a.
-Może i bym ci uwierzyła, że jesteś Olo'eyktanem. Ale Toruk Makto i to ktoś z ludzi nieba, nie rozśmieszaj mnie. Zresztą przekonamy się czy Eywa cię wybrała... Bierz go!
Palulukan w jednej chwili doskoczył do Jake'a i równie szybko zatrzymał się. Zaczął go obwąchiwać po czym wycofał się.
-Co ty robisz, kazałam ci przecież!
-Coś nieposłuszne twoje zwierze.
-Za prawdę ciekawe. Jeszcze czegoś takiego nie widziałam, ale to nieważne...
Będąc za nim wyciągnęła swój nóż i podchodząc od tyłu, przyłożyła mu nóż do jego gardła.
-Jeśli nie on, to ja to zrobię.
Jake zorientował się co miała na myśli. Złapał ją za nadgarstki, po czym z całej siły przerzucił ją nad sobą. Ta upadła kilka metrów dalej w zaroślach. Podbiegł do niej, kiedy próbowała wstawać. Złapał ją za nadgarstki, krzyżując jej ręce.
-Puszczaj mnie! -krzyczała szarpiąc się.
-Hej spokojnie! Ja też mam nóż. -powiedział kiedy wyciągając go, przyłożył ostrze do jej szyi.
-Chcesz mnie zabić, to śmiało. Zrób to!
-Nie zamierzam cię zabijać. I skąd u ciebie tyle agresji, nawet nie znam twojego imienia.
-Jestem... Kiyeri. -w końcu odpowiedziała.
-A coś więcej?
-Córka wodza Sirom Zema i Leyry, klanu Unemari. A to Txut. -wskazała głową na palulukana.
-Silny... nie wątpię. A czemu chciałaś mnie zabić?
-My nie ufamy nikomu.
-A to czemu?
-Nie twoja sprawa... Obcy! -syknęła w złości, znowu się szarpiąc.
-Słuchaj przyszedłem tylko na polowanie. A co do obcych, to jestem jedyną osobą która zna ich słabe strony i potrafi ich pokonać. Teraz się uspokój i okaż mi trochę szacunku.
Jake schował swój nóż, powoli wstał i wyciągnął do niej rękę. Ta niepewnie, ale ją chwyciła i wstała.
-Wiesz, ja się tobie nie dziwię, że wykazujesz niechęć wobec obcych. To nawet dobrze.
-Więc jeśli twierdzisz, że jesteś Toruk Makto, to w takim razie gdzie go masz?
-Uwolniłem go! Myślisz, że to zabawka dla dorosłych. Jeszcze mógł mi lub komuś przypadkiem coś zrobić.
-Jestem tobie winna przeprosiny. My jesteśmy po prostu ostrożni. W geście dobrej woli możesz zatrzymać Yerika i może udasz się ze mną do naszego klanu.
-Yerik jest twój, bo ty go upolowałaś. A co do odwiedzin, to czy czeka mnie takie samo powitanie jakie ty mi sprawiłaś?
-Nie, nie. Po prostu jestem ciekawa wydarzeń jakie miały miejsce. Od jakiegoś czasu krąży wiele opowieści o największym z wojowników, który nie boi nikogo, ani niczego.
-No dobrze, a gdzie was szukać?
-Znajdziesz nas tam, gdzie trzy kaskady wodospadu toną we wielkiej mgle.
-A daleko to?
-Dalej w tym kierunku na południe.
-To w takim razie Kiyevame Kiyeri.
-Eywa ngahu Toruku Makto. -mówiąc to roześmiała się.
Kiyeri wsadziła swą upolowaną zdobycz na palulukana, sama też na niego wskoczyła i po chwili zniknęła w leśnej otchłani.
-Kobiety na tej planecie są jak dzikie koty. -powiedział Jake do siebie.
Wziął swój łuk i wznowił polowanie. W końcu jako doświadczony nie wróci z pustymi rękami. Szybko wytropił swą zwierzynę i kiedy wracał swym Ikranem z polowania, rozmyślał w locie o tym, co dziś miało miejsce.
