Betowała wspaniała Himitsu.
Anuii, Karolino94 oraz ayane. chan989 - z całego serca dziękuję za komentarz i to, że poświęciłyście chwilę na ich napisanie. Zawsze dobrze wiedzieć, że jest dla kogo tłumaczyć i jeszcze raz bardzo wam dziękuję, że jesteście dla mnie takim wsparciem. Odpowiedzi, oczywiście, się piszą – proszę o odrobinę cierpliwości :).
Och, bym zapomniała! Jak być może zauważyliście (a może nie :)), ilość komentarzy pod tym tłumaczeniem dobiła niedawno do 100 (jesteście absolutnie wspaniali!), a więc z tej okazji pojawiła się nowa miniaturka „Wybrańca Przeznaczenia", do której przeczytania, oczywiście, serdecznie was zapraszam.
Miłego czytania!
Motyle serce
Część pierwsza
Rozdział czternasty
— Chciałbyś, aby to była randka? – zapytał cicho Harry. Stał wraz z Tomem pod Ministerstwem, kuląc ramiona i wciskając ręce do kieszeni swojej ciemnozielonej szaty pod wpływem przeszywającego, zimnego powietrza. Płaszcz, który miał na sobie Tom był natomiast czarny, lekki i niemal jedwabisty, barwiony pod spodem odrobiną czerwieni burgundzkiej i białą koszulą.
Jego towarzysz spojrzał na niego z ukosa, sprawiając wrażenie niemal zaskoczonego tym pytaniem.
— Jak sam powiedziałeś – mruknął psychiatra – to by było niewłaściwe.
Nie odpowiedział jednak na jego pytanie. Harry poczuł, że zasycha mu w ustach, gdy obserwował, jak Tom opuszcza wzrok i znowu na niego spogląda.
— Ale chciałbyś? – zapytał zamiast tego. Riddle w odpowiedzi przyjrzał mu się uważnie.
— Chcesz, abym chciał? Wydawałeś się raczej temu przeciwny, gdy zasugerowałem, co mogłaby oznaczać osoba towarzysząca.
Brak jednoznacznej odpowiedzi powiedział mu wszystko, co musiał wiedzieć – chociaż, z drugiej strony, Tom z zasady nie odpowiadał prosto na zadane mu pytania, więc może po prostu nadinterpretował jego zachowanie. Zresztą i tak nie wiedział, co myśleć o swoich uczuciach. Zwilżył usta.
— Myślę, że Voldemort może być kimś, kogo dobrze znam – oznajmił, gdy ruszyli schodami ku drzwiom wejściowym. To był łatwiejszy temat, taki, który obaj znali, nawet jeśli jego nowa teoria wprowadzała do niego trochę nowości.
Tom zerknął na niego ponownie, a wyraz jego twarzy pozostał niezruszony, chociaż brwi uniosły się odrobinę.
— Powinienem uznać tę nieprzemyślaną uwagę za oskarżenie? – zapytał łagodnie.
Harry zmarszczył na chwilę brwi, a jego oczy zabłysły z zakłopotaniem, zanim na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
— Co? Nie! Merlinie, nie miałem na myśli ciebie. Wybacz, to była zła zmiana tematu. Ja po prostu… to nie jest oskarżenie.
— Miło mi to słyszeć. To mogłoby przynieść efekt przeciwny do zamierzonego.
— Prawie oskarżyłem cię o bycie masowym mordercą, a ty martwisz się o to, że to źle wpłynęłoby na moje sesje terapeutyczne? – prychnął Harry.
Tom uśmiechnął się pod nosem.
— Jestem bardzo oddany mojej pracy.
Sala balowa była piękna i demonstracyjnie udekorowana. Światła błyszczały nad głowami zgromadzonych, a duży parkiet lśnił pod ich stopami. Harry krążył niespokojnie blisko ścian, nie wchodząc w wir kolorów, tkanin oraz twarzy, gorączkowo próbując znaleźć w tym tłumie jakąś znajomą twarz lub rude włosy.
Tom przyglądał mu się w milczeniu, a uśmieszek zniknął z jego twarzy, zastąpiony poważniejszym wyrazem.
— Podzieliłeś się swoimi podejrzeniami z innymi aurorami? Masz jakikolwiek pomysł, kto to mógłby być?
Harry pokręcił przecząco głową na oba pytania.
— Badam to. Możliwe motywacje. Szukam ludzi wystarczająco potężnych i inteligentnych, aby móc czegoś takiego dokonać. Ten ktoś musi być mistrzem w oklumencji, bo w innym przypadku już bym wiedział, kim jest. Byłbym w stanie wyczuć jego emocje w chwili, gdy się do niego zbliżyłem. Obecnie jednie w czasie morderstwa pozwala sobie na… swobodę. Chociaż podejrzewam, że i tam manipuluje tym, co mogę od niego wyczuć. No jasne. Wyczuwam go, bo on chce, abym to robił. Może to Snape? Jest dobry w sztukach umysłu, a jego starania nauczenia mnie oklumencji były absolutną klapą. W pewnym sensie pasuje do kryteriów. Nienawidził mojego ojca, być może dlatego mógłby go zabić.
— Severus Snape? – wymamrotał Tom.
— Jesteś sceptyczny? – odparł Harry.
— Nie – oświadczył Tom. – To logiczny wniosek. Chociaż nie jestem również do końca przekonany. Nie bez dowodu.
Harry przeczesał ręką włosy. Dowód był uzasadnionym żądaniem. Potrzebował dowodu. Czegoś innego niż cienie, których mógłby się chwycić.
W następnej sekundzie zostali zauważeni i wciągnięci na parkiet.
Ani na chwilę nie przestał się jednak nad tym zastanawiać.
Bal był całkiem w porządku, biorąc pod uwagę jak niezręcznie czuł się zwykle podczas takich uroczystości. Chociaż musiał przyznać, że był o niebo lepszy niż ten, na którym był w czasie swojego czwartego roku nauki.
Skulił się pod wpływem tego wspomnienia.
Poruszał się po pomieszczeniu, mieszając się i tańcząc z różnymi ludźmi, wciąż próbując znaleźć pośród tłumu Rona i Hermionę.
Tom zniknął z jego boku jakiś czas temu, ale na całe szczęście nie oddalał się zbytnio, gdy rozpoczęły się niewygodne pytania i nie zadawał się z tymi, którzy spoglądali na niego w niezbyt przychylnym świetle lub mieli podejrzenia dotyczące sprawy Voldemorta.
Harry wiedział, że Tom był znanym psychiatrą, oczywiście, ale dopiero poza prywatnymi sesjami w jego biurze uświadomił sobie, jak dużą miało to skalę.
Mężczyzna sprawiał wrażenie szanowanego i zdawało się, jakby znał wszystkich, którzy mieli jakieś wpływy. To przypomniało mu o jego początkowej niechęci wobec uzdrowicieli umysłu – wiedzieli zbyt wiele szczegółów o zbyt wielu ludziach.
Mieli ogromną władzę, zwłaszcza jeśli decydowali się to wykorzystywać.
Przełknął ślinę.
Tom jednak taki nie był. Tom… pomagał. Był dobry.
— Harry?— Zaskoczony, spojrzał w górę, gdy znajomy ciężar ręki jego towarzysza pojawił się na jego ramieniu. – Wszystko w porządku? – Tom przyjrzał mu się uważnie.
Harry zmusił się do uśmiechu, po czym skinął głową, choć wirowało mu w niej od nowych myśli.
— Tak, nic mi nie jest. Dzięki.
Tom przez chwilę rozglądał się po tłoczących się wokół nich ludziach, którzy próbowali zwrócić jego uwagę, po czym owinął drugą rękę wokół pasa Harry'ego i wciągnął go na parkiet, płynnie łącząc się z muzyką.
Tłum wycofał się, odnajdując w sobie jakieś poczucie uprzejmości.
— Mów do mnie – polecił mu cicho Tom.
Harry nie odezwał się od razu, po części zdezorientowany i zażenowany tym, że tańczy, ale uścisk Toma był zaskakująco wspierający, a czmychnięcie stamtąd zrobiłoby większą scenę niż zwykłe zatańczenie z tym mężczyzną. Nawet jeśli Tom tańczył z nim tylko po to, by nikt nie przerywał ich prywatnej rozmowy. Przełknął ślinę.
— Musisz czuć się bardzo potężny, wykonując swoją robotę – mruknął w końcu. – Ludzie pokazują ci swoje najsłabsze strony, ufają ci, że je naprawisz. Musisz mieć na nich ogromny wpływ.
Tom przyglądał mu się uważnie.
— I to ci przeszkadza?
— No cóż, tak – wyznał Harry. – Chociaż nie o to mi teraz chodzi. Po prostu… — Oblizał wargi, ożywając, gdy układał sobie to wszystko w głowie. – Zakładałem, że Voldemort jest kimś o potężnej magicznej mocy, bo to pasowałoby do jego skupionego obsesyjnie na samym sobie poczuciu własnej wyższości i temu, jak łatwo przychodzi mu sprawienie, aby jego ofiary robiły to, czego chce. W końcu nigdy nie ma żadnych śladów walki. Mam na myśli, ostatnio przecież szantażem wymusił na mnie zrobienie tego, co chciał, abym zrobił. Nie użył do tego siły… — Wzrok Harry'ego skupił się ponownie na słuchającym go z uwagą Tomie. – Wybacz. Po prostu myślę na głos. A to miała być impreza.
— Ależ proszę bardzo. – Tom wyglądał na rozbawionego. – Kontynuuj. – Pomimo uspokajającego uśmiechu na twarzy Riddle'a, obecny był w niej także ostry błysk inteligencji. – Myślisz, że jeśli Voldemort nie ma dużej magicznej mocy, musi mieć jakiś inny rodzaj władzy. Na przykład – jak ponownie sugerujesz swoją ofensywną, nieprzemyślaną uwagą – psychiatra.
Harry posłał mu nieśmiały uśmieszek.
— Wybacz. Ale tak, dokładnie. Na przykład psychiatra. Lub… nauczyciel. Każdy, komu bez wahania ufają ludzie uznawani za ofiary.
— Na przykład auror – dodał cicho Tom. Harry uniósł szybko wzrok i przełknął ślinę.
— Na przykład auror – przyznał, rozmyślając nad tym. To również miało sens. Właściwie zaskakująco duży, biorąc pod uwagę inne dowody. – Elastyczny czas pracy, choć działa głównie wieczorami i w nocy, jako że ciała znajdowane są nad ranem. Więc nie możemy wykluczyć nawet nauczyciela.
— A zatem pozycja zapewniająca jakąś władzę. Związany z tobą. Inteligentny. Złowieszczo poszukujący konstruktywnych sesji terapeutycznych – mruknął Tom. – Mam na myśli, poza tym, że najwyraźniej pobiłem, torturowałem i groziłem zabiciem samego siebie.
Harry prychnął, niezbyt rozbawiony.
— No cóż, to stawia wszystko w niepokojącym świetle. Merlinie – mruknął, po czym potrząsnął głową. – Nie, gdybyś był to ty, ja byłbym już teraz… zdecydowanie bardziej… zmieniony. Powiedział, że chce, abym się złamał. Ty tego nie robisz. Cholera, powiedziałbym raczej, że jesteś jedyną rzeczą… — urwał, a jego gardło zacisnęło się. Przyznanie się do tego wydawało mu się zbyt obnażające, a nawet bezmyślne. Nie za bardzo podobało mu się to, jak bardzo polegał w obecnych czasach na Tomie, jakkolwiek był mu za to wdzięczny. – Chyba że kłamał – wrócił z powrotem do meritum, kontynuując wcześniejszy tor myślenia. – Ale biorąc pod uwagę to, jak zachwycony był przy tym oświadczeniu, nie sądzę, aby nie mówił prawdy.
— Cieszę się zatem, że moje nazwisko został oczyszczone – stwierdził Tom. – Chciałbyś, abym dał ci imiona kilku innych uzdrowicieli umysłu w mojej dziedzinie?
— Dzięki – mruknął Harry – ale myślę, że jeszcze raz prześledzę pod tym kątem listę ofiar. Musi być między nimi jakiś związek. Jakieś miejsce, w którym je spotykał, które ich wszystkich łączy. Jakaś usługa, z której wszyscy korzystali. Zobaczę też, kiedy uczęszczali do Hogwartu.
Zaaferowany postępem, który pojawił się po tak długim czasie, Harry posłał swojemu towarzyszowi przepraszający uśmiech i znów się odsunął. Przed odejściem zatrzymała go jednak zaciśnięta na nim dłoń Toma. Brwi Harry'ego zmarszczyły się ze zdezorientowania.
— Zbyt wiele pracujesz – oświadczył poważnie Tom. – Myślałeś nad tym? Co się stanie, jeśli pozwolisz sobie na jeden wolny wieczór?
— Voldemort może w tym czasie wybrać kolejną ofiarę… a ty chcesz, abym tańczył? – stwierdził z niedowierzaniem Harry. – Im szybciej ta sprawa zostanie rozwiązana, tym lepiej. – Nagle zarumienił się. – Um. Nie żebym porzucał cię jako moją osobę towarzyszącą. Uch, no cóż, może odrobinę.
— Niegrzeczne.
— Przepraszam.
— Rozumiem. Obowiązki wzywają – oznajmił Tom, posyłając mu mały uśmiech. Harry nagle poczuł ukłucie winy. Bo, mimo wszystko, zaprosił Toma jako swoją… osobę towarzyszącą. Nawet jeśli wciąż nie miał pojęcia, co o tym myśleć.
Cholera, wystarczająco trudna była już wiedza, że jego uczucia należały do niego, nie potrzebował do tego jeszcze zastanawiać się nad potencjalnie niewyraźną granicą pomiędzy lubieniem kogoś a potrzebowaniem go.
Tom byłby prawdopodobnie pierwszą osobą, która powiedziałaby mu, że jego „klienci" często poszukiwali jakiegoś dopełnienia profesjonalnej relacji, aby usprawiedliwić i poczuć się lepiej z tym, jak nierówny był między nimi bilans wiedzy.
Tak czy inaczej, robienie z tym czegokolwiek, gdy nie miał nawet pojęcia, co to dokładnie jest, nie było dobrym pomysłem. Nie był w tej chwili wystarczająco… stabilny, aby w cokolwiek się angażować. Tom musiał to rozumieć. Nie mógł być zbyt obrażony ani nic z tych rzeczy.
Uch, a teraz na dodatek powodował u siebie migrenę.
— Dzięki za wysłuchanie mojej gadaniny o pracy. Znowu.
Piosenka tak czy siak zbliżała się do końca, zmieniając w coś bardziej optymistycznego.
— Dasz radę bez przeszkód dotrzeć do domu? – upewnił się Tom. Harry zarumienił się, chociaż ta troska była… słodka, w pewnym sensie.
— Tak. No wiesz, jestem dużym, złym aurorem. Tylko znajdę Rona i Hermionę… przeproszę, że wcześniej wychodzę i w ogóle.
Tom roześmiał się i cofnął.
— Nie zapomnij również wspomnieć o tym swojemu szefowi.
Harry niemal jęknął, po czym uśmiechnął i odszedł, aby Tom mógł zatańczyć z kimś innym. Z pewnością wiele osób było nim zainteresowanych.
Niemal dotarł już do drzwi, gdy to się zaczęło.
Rozkosz, jaką Tom czuł z powodu zaplanowanej na wieczór „rozrywki" mimowolnie z niego uleciała po rozmowie z Harrym i zawartych w niej jego rozmyślaniach.
Zaczynał zastanawiać się, czy ta gra nie robiła się zbyt niebezpieczna, bo chociaż uwielbiał bawić się z chłopcem, nie miał zamiaru pójść do więzienia dla dreszczyku emocji, skoro mógł po prostu przenieść się na znacznie bardziej… prywatną przestrzeń.
Harry był o wiele zabawniejszy, gdy był przy życiu, ale zabiłby go, gdyby stało się to konieczne. Miał nadzieję, że Harry nie będzie tak samolubnym, aby go do tego zmusić.
Cicho prześledził wzrokiem swoje porozkładane po całym pokoju przedsięwzięcie i nawet mimo tego, że jego nastój się pogorszył, zauważył, jak doskonale wszystko szło.
Muzyka zmieniła się w dość wesołą, instrumentalną wersję „Dwunastu dni Świąt"* mniej więcej w tym samym czasie, gdy ciała spadły z sufitu.
Nie były prawdziwe, ale ludzie natychmiast zaczęli krzyczeć i biec do ścian pokoju lub w kierunku drzwi.
Harry zamarł, rzucając się w głąb sali wraz z innymi aurorami, próbując uspokoić przecudnie panikujących gości.
Chłopiec opadł na kolana, aby zbadać ciała, szybko domyślając się, że są zaledwie bardzo realistycznymi transmutacjami. Tom zastanawiał się nad użyciem inferiusów i sprawieniem, aby weszły do pomieszczenia, bo przerażenie wywołane brakiem bezpieczeństwa byłoby naprawdę przewspaniałe, ale wtedy spaliliby jego sztukę, zanim trafiłaby do nich jego wiadomość. Tak było lepiej.
To nie znaczyło jednak, że te dwanaście ciał niczego nie reprezentowało.
Tym razem powstrzymał się przed pozostawieniem przy scenie swoich emocji, ale przypięte do ciał motyle bukieciki powinny wystarczyć, aby wskazać im, że nie była na tyle niechlujna, aby stał za tym kolejny naśladowca.
Jaka szkoda, że nie mógł tego oglądać. Był jednak pewien, że Harry wszystko mu opowie.
Wyszedł razem ze wszystkimi innymi i od razu zaproponował „pomoc".
Harry poczuł, jak krew ucieka mu z twarzy, gdy upadł na kolana obok ciał. Przez chwilę ogarnęło go absolutne przerażenie i minęło zbyt wiele czasu, zanim ktokolwiek z nich uświadomił sobie, że te ciała nie były prawdziwe. Zostały przetransmutowane.
Tonks zwróciła na to uwagę, rozpoznając oznaki morfingu** i zmiany wyglądu.
Świat wokół niego wirował. Nie mógł oddychać. Podniósł notatkę, która wyraźnie zaadresowana została do niego.
— Co to? – zażądał Robards.
Jego palce były tak stabilne, że mógł niemal przekonać samego siebie, iż nie czuł się, jakby miał zaraz zemdleć.
— Dwanaście ciał reprezentuje dwanaście nadchodzących w ciągu dwunastu najbliższych dni morderstw – wymamrotał Harry łamiącym się głosem. – Dał nam ich tożsamość. I… i to, co się z nimi stanie, jak zostaną znalezieni.
— Dlaczego, do diabła, miałby to robić? – chrząknął Dawlish. – To trochę głupie. Teraz możemy go zatrzymać.
— Chyba że próbuje nam udowodnić, że nie możemy – jęknął Ron. – Że i tak ich dopadnie.
— Co mówi notatka? – zapytał Scrimgeour, podchodząc do niego, aby mu ją wyrwać.
Dwanaście dni. Dwanaście prezentów. Dwanaście zagrożonych żyć.
Masz wszystko, czego potrzebujesz, aby rozwiązać zagadkę.
Wesołych Świąt, kochanie.
Serce jest niczym bez głowy.
*ang. The Twelve Days of Christmas – znana angielska piosenka Świąteczna.
**morfing – płynne przejście jednego obrazu w drugi.
