Albus Dumbledore pędził w górę wzgórza w południowej Ukrainie, na tyle szybko, na ile pozwalały mu patykowate nogi. Włosy powiewały za nim a broda podskakiwała śmiesznie, ale na jego twarzy malowała się żelazna determinacja. Choć nigdy nie przepadał za miotłami, teraz żałował, że nie ma przy sobie jednej.

Wreszcie udało mu się dostać na szczyt porośniętego sukulentami wzniesienia. Jednak gdy zobaczył panoramę doliny w dole, wiedział, że przybył za późno.

W dole właśnie płonęły zabudowania ukraińskiego Instytutu.

Albus o mało nie zaklął na głos. Wiedział jednak, że na nic jego dosadne słowa. Z nikłą nadzieją pobiegł w dół. Być może komuś udało się przeżyć atak sługusów Grindelwalda.

Wszystkie Instytuty świata zbudowano w drugiej połowie XIX wieku, po wyłapaniu przedstawicieli smoczych ras przez dziadka Minerwy. Dlatego wszystkie te miejsca były zaprojektowane w podobny sposób, wzorowany na głównym oddziale brytyjskiego Instytutu. Wielka brama prowadziła na plac, po którego lewej i prawej stronie wzniesiono budynki administracji. Tutaj to one płonęły, celowo podpalone, a kłęby dymu unosiły się w górę. Na wprost od bramy znajdował się okazały budynek laboratorium, za którym musiał znajdować się ogromny wybieg. Gmach zbudowany był w stylu śródziemnomorskim i kiedyś musiał prezentować się imponująco – teraz wszystkie szyby w oknach były wybite, na wysokości drugiego piętra z lewej strony ziała ogromna dziura, a fasada była poznaczona śladami po zaklęciach.

Albus najpierw skierował się ku płonącym budynkom administracji – kilka praktycznych zaklęć upewniło go, że w środku nie ma żywych ludzi. Wyczarował pojedynczy strumień wody, celując w budynek z lewej strony, który zapewne był archiwum. Nie miał jednak czasu by ratować bezcenne zabytki dziesiątek lat badań ukraińskich smokologów. Pobiegł do głównego budynku.

Drzwi były zniszczone, z różdżką w pogotowiu wszedł do środka. W hallu leżały ciała smokologów, którzy prawdopodobnie próbowali się bronić. Albus policzył co najmniej dwadzieścia ofiar, w większości mężczyzn. Ich brązowe szaty były brudne od krwi, ich oczy martwe i szkliste, a różdżki leżały obok lub nadal były trzymane w bezwładnych palcach. Albus postanowił zaryzykować i zawołał:

- Halo?! Jest tu kto? – spróbował po angielsku, a potem powtórzył to po rosyjsku – niestety nie znał ukraińskiego.

Odpowiedziała mu głucha cisza. Postanowił się wspiąć na wyższe pietra budynku.

Tam było tylko jeszcze więcej ciał. Albus czuł zawroty głowy – to byli smokolodzy, ludzie nauki, ludzie pokroju lady McGonagall, którzy poświęcili siebie w służbie smokom. Albus zacisnął dłoń mocniej na różdżce, gdy w jednym pomieszczeniu odkrył grupę ciał kobiet, które desperacko próbowały chronić inkubatory ze smoczymi jajami- jednak daremnie, bo kryształowo-szklane gabloty za nimi były rozbite i puste – Albus nie chciał wiedzieć, po co Gellertowi były jaja spiżobrzucha ukraińskiego.

W całym budynku odkrył około pięćdziesięciu ciał – ukraiński Instytut był jednym z największych, podobnie jak spiżobrzuch jest największą ze smoczych ras. Pełen obaw Albus skierował się do wyjścia z budynku prowadzącego na wybieg dla smoków. Była tam ogromna pancerna brama, ale ona również była zniszczona. Albus czujnie wszedł na wybieg.

Znalazł się na dużej otwartej przestrzeni, niewiele różniącej się rzeźbą terenu od wzgórz na które się teleportował. Jedyną różnicę stanowiły ciała smoków.

Albus zmusił się, by przyjrzeć się im bliżej. Te ogromne góry mięsa, przy których już zbierały się muchy i drobne gryzonie, wcale nie przypominały dumnych spiżobrzuchów, które Albus kojarzył z książek o smokach. Słudzy Grindelwalda zabrali wszystko, co stanowiło jakąś wartość, a więc nie tylko jaja. Odcięli pazury, powyrywali zęby, łuski, wycięli serce, wyłupali oczy, pobrali fragmenty błoniastych skrzydeł, a nawet spuścili krew. Albus, jako odkrywca dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi czuł niewysłowioną odrazę. Zmusił się do obejścia truchła. Jednak gdy za nim ujrzał jeszcze pięć podobnie okaleczonych smoczych zwłok, musiał pochylić się i zwymiotować.

Tylko poczucie obowiązku pchało go dalej, z nadzieją znalezienia jakiś żywych magów. Ze zgrozą zamknął oczy, widząc ciała pary smokologów, którzy próbowali chronić gniazdo jednej ze smoczyc – jej truchło, z wyraźnie rozciętym brzuchem w celu pobrania jaj, leżało za nimi. Albus widział już wiele okrucieństwa, ale tego widoku miał nigdy nie zapomnieć.

Wtem usłyszał jakiś szelest w lewej strony, zza gęstwiny kłujących cierni. Albus usunął kolczaste rośliny machnięciem różdżki. Odsłonił straszny widok.

Na ziemi leżała dziewczynka, w wieku około ośmiu lat. Była ubrana w prostą jasną sukienkę z narzuconym na to brązowym fartuchem z logiem Instytutu. Żyła, ale na jej klatce piersiowej Albus ujrzał głębokie rany, prawdopodobnie zadane przez jakąś straszną klątwę. Krew dziecka wsiąkała w żółty piasek.

Nauczyciel podbiegł do niej – próbowała się odsunąć ze strachem w ciemnych, prawie czarnych oczach.

- Nie bój się, nic ci nie zrobię. – powiedział uspokajająco, ale dziecko nie rozumiało angielskiego. Próbowała coś powiedzieć, ale z jej gardła wydobył się charkot. Uniosła słabowitą rączkę, w której trzymała kamień. Albus odłożył różdżkę na ziemię, pokazując, że nie ma złych zamiarów. Dziewczynka skrzywiła się z bólu, a jej ręka opadła na piach, gdy opuściły ją siły. Albus, nie spuszczając z niej wzroku, wyciągnął z kieszeni małą apteczkę z czerwonym krzyżem i logiem ministerstwa. Szybko odnalazł buteleczkę ze środkiem przeciwbólowym. Tylko tyle mógł zrobić – nie miał wątpliwości, że dziewczynka umiera – nawet w św. Mungu nie potrafiliby jej pomóc.

- Cii, wszystko będzie dobrze. – wyszeptał, wlewając płyn w jej usta, które otworzyła posłusznie – na widok apteczki wyraźnie się uspokoiła. Albus nie mógł powstrzymać łez, widząc jak dziecko krzywi się z wyraźnego bólu.

Ostatkiem sił sięgnęła ręką do kieszeni fartuszka. Wydobyła z niej jakiś przedmiot i wyciągnęła w stronę Albusa. Czarodziej wyciągnął rękę – na jego dłoni spoczął gładki, jajowaty kształt. Albus znał się trochę na smokach, szczególnie jak kilka lat temu sumiennie przeczytał wszystkie książki lady McGonagall i mógł z całą pewnością stwierdzić, że nie było to smocze jajo, choć nie wykluczał, że było to jajo jakiegoś innego gatunku. Było bardzo małe, nie większe niż kurze i miało bardzo osobliwy kolor – szkarłatny, poprzecinany złotymi żyłkami. Było też zaskakująco ciepłe. Albus ostrożnie zawinął przedmiot w kawałek szaty i wsunął do kieszeni. Skupił się na dziewczynce, która powoli odpływała.

Ścisnął jej lepką od krwi rączkę, a w myślach szeptał modlitwy do wszystkich znanych sobie bóstw. Dziecko po chwili zaczęło się krztusić, drobnym ciałkiem wstrząsnęły spazmy bólu. Wreszcie mała położyła głowę na piasku i przymknęła oczy. Odeszła w ciągu kilku sekund – jej klatka piersiowa po prostu przestała się unosić. Albus jęknął – gdyby tylko przybył tu wcześniej…

Przez chwilę jeszcze szlochał nad ciałem dziecka. Potem pogłaskał lekko jej policzek – nadal jeszcze ciepły – i wstał. Nie mógł już nic zrobić, poza tym nie był tu bezpieczny. Oddalił się, postanawiając, że kiedyś pomści śmierć wszystkich niewinnych, którzy zostali zamordowani z zimną krwią przez Grindelwalda. Jajowaty obiekt ciążył w jego kieszeni, jakby przypominając mu o powadze tego postanowienia.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa siedziała przy strumieniu wypływającym z kredowej jaskini i wymiotowała. Jej ciałem wstrząsały nieprzerwane torsje, gdy jej organizm zwracał wszystko, co ostatnio z takim trudem udało jej się złapać i przyrządzić. Przed chwilą zaczęło padać, więc na dodatek przemokła, bo nie miała nawet siły by rzucić zaklęcie chroniące przed deszczem. Miała ochotę wyć ze złości, bólu i przerażenia – własne ciało nigdy dotąd jej nie zawiodło, dlaczego musiało zbuntować się akurat teraz, w takim momencie? Zdrowie nie opuszczało jej przez siedem lat w Hogwarcie, koledzy z czasów szkolenia również zazdrościli jej wytrzymałości, odporności na wszystkie warunki. Przez ostatnie pół roku jadała różne rzeczy, czasem nawet zdarzało jej się jeść w kociej postaci i nigdy nie miała problemów z żołądkiem. Czemu więc teraz wymiotowała od prawie dwóch godzin, zamiast planować każdy szczegół swojej misji?

W przerwie między kolejnymi spazmami bólu brzucha przywołała apteczkę z jaskini. Drżącą ręką przetrząsała jej zawartość. Wreszcie znalazła małe brązowe tabletki, które miały pomóc w tych okolicznościach. Zwymiotowała znów, przepłukała usta lodowatą wodą ze strumienia i połknęła pigułkę. Jeszcze przez pół godziny leżała nad strumieniem, ale tabletka zdawała się działać – nie wymiotowała już więcej. Marne to było pocieszenie, bo podejrzewała, że zwróciła już wszystko, co tylko mogła. Niezgrabnie podniosła się na nogi, pozbierała apteczkę, chwyciła różdżkę i poczłapała do jaskini, ociekając wodą.

Był koniec marca i Minerwa już od ponad dwóch miesięcy prowadziła obserwacje Nurmengardu. Regularnie słała raporty o stanie technicznym twierdzy, monitorowała każdy transport więźniów, codziennie obserwowała konwoje pełne czarodziejów, czarownic i ich dzieci. Znikali we wnętrzu twierdzy, która połykała ich niczym wygłodniały kolos. Minerwa jeszcze nie wiedziała co dzieje się wewnątrz, ale według jej szacunków, w całym swoim ogromie, Nurmengard nie mógł pomieścić takiej ilości ludzi. Pytanie, które jasno wynikało z tego spostrzeżenia, nie dawało jej spokoju. Oprócz tego widywała systematycznie odwiedzające wieżę oddziały wrogich magów, kawalkady armatniego mięsa, ale również doskonale wyposażone drużyny elity. Nade wszystko jednak zwracała uwagę na magiczne zabezpieczenia, jakie nałożono na Nurmengard.

Z historii poprzednich szpiegów wynikało, że na cały parter wieży rzucono zaklęcie ujawniające wszelką magię. Dlatego żaden z szpiegów ministerstwa nie przeniknął jeszcze do środka – na nic zdawał się eliksir wielosokowy czy peleryny niewidki. Z tego też powodu tak wielkie nadzieje wiązano z Minerwą – forma animagiczna była częścią jej natury, zaklęcie na nią nie reagowało. Oczywiście to nie było jedyne zabezpieczenie, Minerwa podsłuchała dziesiątki rozmów, w których nieostrożni słudzy Grindelwalda opisywali szeregi zaklęć ochronnych i pułapek. Nurmengard był tak ogromny, że pomieściłby sporej wielkości wieś, dodatkowo zbudowany był bez większego pomyślunku, z mnóstwem pomieszczeń, schodów, ślepych korytarzy i ukrytych zapadni. Minerwa wiedziała jednak, że powinna sobie poradzić, w końcu do tego była szkolona.

Dopiero tydzień temu nadeszła sowa z pozwoleniem na wejście do wieży. Poza łaskawą zgodą ministra była tam jednak seria obostrzeń i ostrzeżeń. Najistotniejsza była komunikacja – Minerwa musiała jakoś składać raporty. Sowy ani lustro dwukierunkowe nie wchodziły w grę. Dlatego Minerwa jako pierwsza miała użyć genialnego wynalazku opracowanego przez Departament Tajemnic – tablicy dwukierunkowej. Była to mała, prostokątna tabliczka, z jednej strony pokryta magicznymi runami, z drugiej zupełnie gładka. Działała na podobnej zasadzie co lustro dwukierunkowe, ale zamiast połączenia na żywo i twarzy drugiej osoby, na tablicy się pisało, a tekst pojawiał się na drugiej tablicy od pary, która znajdowała się w ministerstwie. Oczywiście wszelkie wiadomości były szyfrowane i same znikały po jakiejś godzinie od pojawienia się. Dlatego Minerwa kilkakrotnie musiała upewniać się, czy nie dostała żadnych rozkazów gdy była na zwiadzie lub gdy spała. Był to jednak doskonały wynalazek dla jej misji i Minerwa bardzo o niego dbała.

Teraz tablica była pusta, ale Minerwa napisała krótki komunikat, że sowa z rozkazem do niej dotarła. Z fascynacją obserwowała jak wyryte różdżką litery znikają, by zapewne pojawić się na tablicy w ministerstwie. Zaraz jednak westchnęła. Początkowo planowała jutro próbę dostania się do twierdzy, ale ten dziwny bunt jej organizmu bardzo ją zaniepokoił. Wewnątrz takie coś już nie miało prawa się zdarzyć. Z niezadowoleniem pogładziła lekko wzdęty brzuch i postanowiła, że jeśli jej stan do rana się poprawi, nie będzie odkładała tej próby.

Zabrała się za pakowanie, przy okazji zastanawiając się, co słychać u babki i przyjaciół. Minerwa miała zakaz wymiany korespondencji z kimkolwiek poza ministerstwem- każda sowa to było ryzyko, bez względu na to, jak dobrze zaszyfrowany był list. Dlatego nie miała pojęcia, czy jej babka cieszy się dobrym zdrowiem i czy Augusta bezpiecznie urodziła dziecko Lucasa Longbottoma. Nie wiedziała, czy Alastor Moody wraca do zdrowia, czy Amelia dostała się do Wizengamotu, czy Poppy została z powrotem wysłana na front. Ministerialni urzędnicy nawet o postępach na głównym froncie jej nie informowali. Nie słyszała też nic o Albusie i to ją martwiło bardziej, niż skłonna byłaby przyznać. Czasem marzyła, by dostać najnowsze wydanie Proroka Codziennego i zagłębić się w niewymagającej, przyjemnej lekturze, ożywiając się tylko przy natrafieniu na znajome nazwisko.

Minerwa zamierzała spać w kociej formie – ciepły, ministerialny śpiwór już schowała do plecaka. Gdy jednak się zmieniła, poczuła ostry ból w swoim kocim brzuchu. Błyskawicznie zmieniła się z powrotem. Znów dopadły ją mdłości i przez chwilę miała wrażenie, że tym razem nie zdąży dobiec do strumienia. Wyglądało na to, że w jej żołądku nie ma już treści, którą mogłaby zwrócić, dlatego jedynie opadła na kolana, obejmując dłońmi brzuch. Przymknęła oczy – fala bólu i mdłości minęła po kilku minutach. Strach nie minął tak szybko. Minerwa nigdy wcześniej nie miała problemów z przemianą. Postanowiła zwinąć się w kłębek w ludzkiej formie – jutro może będzie czuła się lepiej. Aż się bała pomyśleć, co jeśli nie. Zacisnęła ze złością zęby i dość szybko odpłynęła w krainę lekkiego snu.

Obudziła się punktualnie o czwartej nad ranem. Czuła się nieco lepiej, ale z lekkim wahaniem sięgnęła po ostatnią ministerialną puszkę z jedzeniem, którą zostawiła sobie wieczorem. Jadła szybko, by następnie napić się źródlanej wody. Potem medytowała przez kilka minut – już dawno odkryła, że kilka chwil wyciszenia dobrze wpływa na buzującą w żyłach magię. Następnie wstała i spróbowała przemiany.

Zajęło jej to więcej czasu niż zazwyczaj, ale nie czuła takiego bólu jak wcześniej- tylko nieznaczny skręt żołądka. Przemieniła się z powrotem – oprócz lekko kwaśnego posmaku w ustach wszystko wydawało się być w porządku. Wyjęła z kieszeni liść z roślinki od Pomony i zaczęła żuć. Powtórzyła proces przemiany jeszcze kilkakrotnie – mdłości nie wróciły. Lekko uspokojona, pożegnała skinieniem głowy jaskinię, która od tygodni stanowiła namiastkę bezpiecznego schronienia i w kociej formie ruszyła w las, ku szumiącemu w oddali morzu.

Jej jaskinia była oddalona od Nurmengardu o kilka kilometrów, dlatego minęły dwie godziny, zanim dostrzegła potężną sylwetkę ponurej wieży. Twierdza wyrastała tuż ponad morzem i zdawała się przeczyć grawitacji – tak potężna konstrukcja według praw fizyki powinna runąć w szare fale przy potężniejszym podmuchu wiatru. Minerwa kiedyś zadała sobie trud wypłynięcia w morze i obejrzenia Nurmengardu od strony wody – choć skały tworzące klify były kredowe, te pod twierdzą były szare, jakby otaczająca ją czarna magia zatruwała skaliste podłoże.

Od strony lądu wieżę otaczały trawiaste łąki, dlatego Minerwa bez przeszkód podeszła prawie pod same wrota. Przyczaiła się w kępie wysokiej trawy, czekając.

Los jej sprzyjał – już po kwadransie usłyszała dobiegający z oddali dźwięk silnika. Drogą sunęły wojskowe ciężarówki, zapewne z żywnością lub więźniami. Ze względu na porę dnia, Minerwa stawiała na to pierwsze – słońce dopiero unosiło się nad lasem z prawej strony. Nie marnowała czasu by to zbadać – solidne, metalowe wrota twierdzy właśnie się otwierały. Minerwa jak strzała przemknęła przez piaszczysty pas ziemi przed wieżą i wpadła do środka.

Wewnątrz natychmiast skierowała się na schody. Pierwsza w lewo, druga w prawo, kolejne schody. W myślach powtarzała sekwencję instrukcji, którą przygotowała, bazując na strzępach zasłyszanych rozmów. Drzwi, za którymi według jej szacunków powinna znajdować się kuchnia, były szeroko otwarte – zatem nie myliła się i tego ranka dostarczano zapasy żywności do kwatery głównej sił zła.

W kuchni przy stołach krzątało się około pół tuzina mężczyzn w szarych fartuchach. Minerwa nie mogła ryzykować zauważenia – skryła się za stertą worków w rogu pomieszczenia. Jeśli jej świetny koci węch się nie mylił – w środku była mąka.

Dopiero ukryta wygodnie za workami lekko się rozluźniła – najgorsze miała za sobą – bez przeszkód, niezauważona, weszła w samo gniazdo żmij.