Kolumna odzianych w jednakowe, brązowe szaty postaci powoli zbliżała się od strony placu budowy. Ich ciemne sylwetki wyraźnie odcinały się od wszechobecnego piachu, nawet w panującej obecnie szarówce nadchodzącego dopiero świtu. Carter obserwowała ich uważnie zza zasłoniętego jakąś szmatą okna. Sama również miała na sobie taki strój. Pod szerokimi fałdami tkaniny ukrywała zawieszony na szyi karabin maszynowy. Materiał wybrzuszał się w tym miejscu, nic jednak nie mogła na to poradzić. Liczyła na to, że w tłumie kapłanów przedostanie się przez straże niezauważona. Najpierw jednak musiała do nich dołączyć. Drgnęła, gdy ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Młoda kobieta ubrana w prostą tunikę, jaką nosiły służące w pałacu niewolnice. Przedstawiła się jako Rebeka. Sam spędziła ukryta w jej chacie ostatnie kilka godzin. Przez ten czas zdążyła dokładnie poznać historię porwania dziewczyny. Jej rodzina została wymordowana, a wioska doszczętnie zniszczona. Wtedy też poprzysięgła zemstę. Rozumiała jednak, że jeśli chce się zemścić, to przede wszystkim musi przeżyć. Udało jej się, choć codziennie oglądała śmierć i cierpienie innych więźniów. Dzień po dniu cierpliwie czekała na swoją szansę i wreszcie doczekała się.
Dziewczyna była bystra. Służyła Olokunowi już kilka lat. Była oddana, lojalna i posłuszna. Wypełniała swoje obowiązki bez zarzutu, w dodatku cały czas demonstrując swe oddanie. W nagrodę za to, dawno opuściła więzienne lochy i zamieszkała w otaczającej pałac osadzie. O tak, Olokun potrafił nagradzać tych, którzy byli mu wierni. Ale nie miał litości dla kogoś, kto choćby raz mu się sprzeciwił. Nic więc dziwnego, że patrząc na jej nienaturalnie bladą twarz, Carter dostrzegała całą gamę uczuć. Od determinacji po przerażenie. Dziewczyna bała się, tego Carter była absolutnie pewna, ale wiedziała też, że nie ma wyjścia. Położyła na szali wszystko, co w tej chwili posiadała. Wszystko, co było jej drogie. Odwrotu już nie było.
Kiedy oddział prowadzony przez major Carter przeszedł przez gwiezdne wrota, na planecie panowała niemal czarna noc, rozjaśniona jedynie wątłym blaskiem padającym od strony horyzontu zdarzeń. Grupa pułkownika Reynoldsa, niewidoczna w ciemnościach, rozproszyła się po wydmach, ubezpieczając przybyszów. On sam zaś razem z Barranem stał nieopodal wrót. Towarzyszył im Jaffa. W pierwszym odruchu sięgnęła błyskawicznie po broń. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, kogo ma przed sobą. To był ten sam Jaffa. Wojownik, który wyprowadził ją z pałacu. Rozejrzała się, lecz nigdzie nie dostrzegła innych strażników zazwyczaj pilnujących wrót. Niespodziewany sojusznik musiał oczyścić dla nich drogę. Horyzont zdarzeń zdematerializował się i wszystkich zalał mrok absolutny. Sięgnąwszy po noktowizor, zbliżyła się do mężczyzn. Na jej usta ponownie cisnęło się wiele pytań, lecz wiedziała, że to ani czas, ani miejsce, by je zadawać. Zdąży. Jeśli tylko ich plan się powiedzie. Jeśli nie, żadne odpowiedzi nie będą już miały znaczenia.
Schroniwszy się pod osłoną jednej z wydm, czekali w napięciu kilkadziesiąt minut. Doczekali się. Wrota aktywowały się. Na zewnętrznym pierścieniu po kolei zapalały się symbole, by zaraz potem zalał ich blask tworzącego się horyzontu zdarzeń. Wszyscy zamarli w bezruchu z bronią w pogotowiu. Carter mogłaby przysiąc, że jak na rozkaz wstrzymali oddech. Z marszczącej się, srebrzystej powierzchni wyłoniła się kobieca postać. Sam rozpoznała ją od razu. Ulga, którą poczuła, zapewne dorównywała tej, jaka właśnie malowała się na twarzy Kalii. Za nią pojawili się uzbrojeni w kusze, włócznie i proce ludzie. W milczeniu ustawiali się w kolumnach. Choć dysponowali raczej prymitywną bronią, ich twarze były zacięte, a dłonie zaciśnięte w pięści. Przybyli, aby walczyć o wolność. Barran natychmiast przekazał im wszelkie dotyczące ich instrukcje. Słuchali go bez słowa, najwyraźniej nawykli do wydawania przez niego poleceń. No tak, w końcu to właśnie on był przywódcą ruchu oporu. Dowodził nimi przez tyle lat, a teraz miał poprowadzić ich do jednej, decydującej bitwy. Zanim horyzont zdarzeń ponownie zdematerializował się, Carter naliczyła kilkudziesięciu wojowników. Niewielu. Wiedziała jednak, że zanim noc dobiegnie końca, na planetę powinna przybyć całkiem spora armia składająca się z mieszkańców podbitych przez Olokuna planet.
Jak na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem, choć z relacji Kalii wynikało, że straże przy gwiezdnych wrotach zostały podwojone. Zapewne działo się tak na wszystkich pozostałych planetach. Była to jednak sytuacja, z którą musieli się liczyć. W końcu Kaleb nie był w ciemię bity i potrafił prawidłowo zinterpretować wydarzenia z kilku ostatnich dni. Pozostawało tylko mieć nadzieję, że szczęście w dalszym ciągu ich nie opuści.
Szybciej, niżby sobie tego życzyła, nadszedł moment, gdy musiała opuścić towarzyszy. Jaffa, do tej pory stojący na uboczu, podszedł do niej.
- Już pora. - Rzekł krótko.
Skinęła tylko głową. Sama o tym wiedziała, tylko starała się odwlec tę chwilę jak najdłużej, choćby o kilka minut. Dłuższe czekanie byłoby jednak nierozsądne. Raz jeszcze sprawdziła ekwipunek i ruszyła za Jaffa w kierunku pałacu. Kiedy przechodziła obok Kalii, dziewczyna znacząco uścisnęła jej ramię. Zrobiła ruch, jakby chciała ją objąć, ale powstrzymała się.
- Powodzenia pani major. - Powiedział przyciszonym głosem Reynolds.
- Nawzajem. - Odpowiedziała odruchowo.
Pod osłoną nocy czuła się znacznie pewniej, niż podczas ucieczki. I choć w ciemnościach trudno było jej utrzymać równowagę w trakcie wspinaczki na wydmy i schodzenia z nich, wkrótce oboje dotarli do pierwszych zabudowań. Poruszali się szybko i bezszelestnie, przeskakując od jednej lepianki do drugiej. W pewnym momencie Jaffa znieruchomiał. Zatrzymała się gwałtownie, omal na niego nie wpadając. Rzucił się na ziemię, pociągając ją ze sobą. Oboje zamarli w bezruchu. Dopiero po pewnej chwili do uszu Carter doszedł dźwięk, który jej towarzysz usłyszał znacznie wcześniej: odgłos kroków kilku osób. Od strony pustyni nadchodził oddział Jaffa. Mężczyzna widocznie spodziewał się takiego rozwoju wypadków. Błyskawicznie sięgnął po zata i zamarł, celując w zbliżających się wojowników. Zrobiła to samo. Gdyby w tej chwili zostali wykryci, oznaczałoby to koniec wszystkiego. Cały misterny plan wziąłby w łeb. Strażnicy jednak nie dostrzegli ich obecności. Pomaszerowali równym krokiem dalej.
Zauważył ich jednak ktoś inny. Rozległo się ciche szuranie i nagle w tylnej ścianie najbliższej chatki pojawił się niewielki otwór. Sam odruchowo skierowała broń w tamtą stronę, lecz Jaffa stanowczo chwycił ją za nadgarstek i skierował zata w dół. Otwór poszerzył się jeszcze odrobinę. Ukazała się w nim twarz kobiety. Noktowizor sprawiał, że jej oczy wydawały się wielkie i czarne. Musiała wyglądać na zewnątrz przez szparę i dopiero, gdy upewniła się, że dotarli bezpiecznie na miejsce, otworzyła to tajne przejście. Nie namyślając się, Carter popełzła w tamtą stronę. Kobieta pomogła jej przecisnąć się do środka. Kiedy się obejrzała, tajemniczy wojownik zdążył już rozpłynąć się w ciemności. „Znowu zapomniałam mu podziękować". Przemknęło jej przez myśl. Pomogła niewolnicy zamaskować wyrwę w ścianie i wreszcie mogła się rozejrzeć po skromnie urządzonym pomieszczeniu. W zasadzie znajdowały się tu tylko służące do spania maty, niski stolik, jakieś drobne sprzęty i kilka dużych, wypełnionych wodą, glinianych dzbanów. Wszystko zostało przygotowane wcześniej przez ruch oporu. Pani major czuła do tych ludzi wciąż rosnący podziw. Ryzykując życiem, dokonali tego pod nosem niezliczonych strażników i kręcących się wszędzie kapłanów. Mimo woli zastanowiła się, ilu ich jeszcze jest? Tajemniczy Jaffa, niemowa, który przynosił jej posiłki, teraz ta niewolnica… Czy w okolicznych domach także znajdują się sprzymierzeńcy? Wraz z nastaniem pierwszych oznak nadchodzącego świtu Carter przebrała się w otrzymaną podczas ucieczki brązową szatę. Właśnie nadchodził dla niej decydujący moment. Chwila, by wcielić w życie wyznaczoną dla niej część planu. Gdzieś tam, wśród piasków pustyni, buntownicy przygotowywali się do ataku na kilka strategicznych celów. Ona tutaj musiała poradzić sobie sama.
Kapłani zbliżyli się już do zabudowań. Teraz maszerowali wyłożonym kamieniami traktem prosto do pałacowych wrót. Pomimo bardzo wczesnej pory pomiędzy zabudowaniami kręcili się już mężczyźni i kobiety. Większość niewolników przystawała i z wyraźnym podnieceniem przyglądała się przemarszowi wyniosłej i powiewającej szatami kawalkady. W oknach i otwartych drzwiach wciąż pojawiały się nowe twarze. Ci ludzie najwyraźniej oczekiwali nadejścia tego dnia. Sam zastanawiała się, czy oczekują na zapowiadane przybycie ich boga, czy raczej się go obawiają.
Rebeka chwyciła oburącz ciężki dzban wypełniony po brzegi wodą. Rzuciła Carter ostatnie spojrzenie i wyszła na zewnątrz. Szła powoli tuż przy uliczce, kątem oka obserwując zbliżających się mężczyzn. Idący na przedzie Najwyższy Kapłan niemal się z nią zrównał. Wtedy zachwiała się i niby przypadkowo upuściła dzban na ziemię. Naczynie pękło z głośnym chrzęstem, rozpryskując dookoła wodę. Najwyższy Kapłan stał najbliżej i chociaż odruchowo cofnął się, to właśnie na nim skupiła się największa fontanna. Wszyscy, którzy mogli zobaczyć całe zajście, stanęli nagle w bezruchu, wyraźnie osłupiali. Niewolnica natychmiast rzuciła się na kolana.
- Panie, zlituj się. Ja nie chciałam. To był wypadek. Proszę…
Najwyższy kapłan podniósł na nią wzrok. Był wściekły.
- Jak śmiałaś? - Wykrztusił. - Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co uczyniłaś?
- Wybacz panie. Wybacz mi, to był wypadek. Ja naprawdę nie chciałam.
Kobieta wyciągnęła błagalnie ręce. Kapłan odsunął się, jakby w obawie, że zaraz chwyci jego szaty. Rozejrzał się nerwowo. Od strony pałacu już biegło ku nim kilku Jaffa. Pozostali kapłani podeszli bliżej, by przyjrzeć się zuchwałej niewolnicy. Rozproszyli się na całą szerokość biegnącej między budynkami uliczki. Sytuacja zrobiła się niewesoła. Carter wstrzymała oddech. Choć miała broń, w żaden sposób nie mogła pomóc Rebece. Ona również zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Wcale nie musiała odgrywać przerażenia. Skuliła się, trzęsąc się ze strachu, podczas gdy strażnicy zatrzymali się i wycelowali w nią gotowe do strzału lance. Oniemiali i wyraźnie przerażeni niewolnicy wycofali się pod same lepianki. Wielu ukryło się w domach. Carter czekała na ten właśnie moment dezorganizacji. Wykorzystała zamieszanie, by niepostrzeżenie wyślizgnąć się zza drzwi i dołączyć do brązowego tłumu otaczającego łkającą już teraz dziewczynę.
- Co się stało? - Spytał dowódca oddział. - Co ona zrobiła?
- Podniosła rękę na majestat Najwyższego Kapłana. Kara nie może jej ominąć.
- Proszę. - Jęczała niewolnica. - Miej litość.
- Znieważając jednego z kapłanów znieważyłaś samego Olokuna. - Odrzekł zimno mężczyzna. - Kara za to może być tylko jedna.
Carter zacisnęła pięści, aż poczuła jak paznokcie wbijają się w ciało. Serce biło jej tak mocno, że omal nie wyskoczyło z piersi. Polubiła Rebekę. Świadomość, że za chwilę zostanie z zimną krwią zamordowana była straszna. Nie mogła jednak odwrócić głowy. Nie wolno jej było zrobić niczego, co mogłoby ją zdradzić. Stała więc i patrzyła, jak jeden z Jaffa unosi lancę w górę, a następnie spogląda w stronę Najwyższego kapłana, by uzyskać potwierdzenie. Wtedy jednak do swego przełożonego zbliżył się inny kapłan i zaczął coś szybko szeptać mu do ucha. Mężczyzna wyciągnął w stronę wojownika dłoń w geście nakazującym, by czekał. Napięcie sięgnęło zenitu. Teraz już wszyscy zgromadzeni wstrzymali oddech. Rebeka zamarła w oczekiwaniu na śmierć. Najwyższy Kapłan rozejrzał się nerwowo, spojrzał w niebo potem w stronę pałacu, a potem na klęczącą u jego stóp dziewczynę. Nakazał Jaffa, by opuścił broń. Ten natychmiast spełnił jego rozkaz. Nawet, jeżeli był zaskoczony tą decyzją, niczego po sobie nie pokazał. W końcu był po to, by wykonywać rozkazy.
- Zabierzcie ją stąd. - Najwyższy Kapłan zwrócił się do strażników. Opanował już wzburzenie. - Zajmę się nią później. Nasz Pan przybędzie lada chwila. Nie możemy pozwolić, by cokolwiek zakłóciło przebieg uroczystości na jego cześć. Niewolnica może poczekać.
Jaffa Chwycili przerażoną kobietę i pociągnęli w górę. Chyba dopiero teraz zorientowała się, że jednak na razie nie umrze. Patrzyła dookoła nieprzytomnym wzrokiem i sprawiała wrażenie, jakby za chwilę miała zemdleć. Carter modliła się, żeby nie spojrzała w jej stronę. Mogła zdradzić ją jednym, nieostrożnym gestem. Wojownicy pociągnęli ją do pałacu. Jej ramiona trzęsły się od niekontrolowanego szlochu.
Kapłani trwali jeszcze chwilę w bezruchu, potem jednak zaczęli ponownie ustawiać się w kolumnie. Carter zajęła pozycję w samym środku. Otaczający ją odziani w habity mężczyźni nie zwrócili na nią uwagi. Większość wciąż zerkała za oddalającym się oddziałem Jaffa. Zapewne nieczęsto zdarzały się podobne sytuacje. Ruszyli równym krokiem. Szybko pokonali wyłożoną kamiennymi płytami drogę i dotarli do pałacu. Jaffa i liczni niewolnicy na ich widok usuwali się pod ściany. Carter zerkała uważnie spod opuszczonego kaptura. Tym razem starała się dokładnie zapamiętać rozkład pomieszczeń i korytarzy. Jeśli ponownie miała się stąd wydostać, powinna znać drogę do wyjścia. Najwyższy kapłan zatrzymał się wreszcie naprzeciwko ciężkich, drewnianych drzwi. Dwóch stojących z boku Jaffa ukłoniło mu się z szacunkiem, po czym powoli otworzyli drzwi na oścież. Jej serce przyspieszyło. Była tu już. To przecież tu po raz ostatni widziała swój zespół w komplecie. Potem ich rozdzielono. Przechodząc obok strażników, pochyliła nisko głowę. Oni jednak również nie zwrócili na nią żadnej uwagi. Była dla nich kolejnym sługą Olokuna. Starając się być jak najmniej widoczna, przemknęła pod ścianą i zatrzymała się z tyłu, z daleka od wścibskiego spojrzenia jakiegoś przypadkowego strażnika. Wtedy dostrzegła samotną postać stojącą obok pustego w tej chwili tronu i poczuła, że zasycha jej w gardle. Kaleb. On także nawet nie spojrzał w jej stronę . Stał wyprostowany, z dumnym wyrazem twarzy i najwidoczniej uznał, że rzesza zakapturzonych postaci nie jest warta jego uwagi.
Nagle, jakby na komendę, kapłani uklękli. Zrobiła to samo, przytrzymując lekko broń. Nie wiedziała, dlaczego zgromadzili się właśnie w tym pomieszczeniu, ani na co czekali. Odpowiedź przyszła jednak sama. W pewnym momencie sufit sali tronowej dosłownie rozstąpił się i w oślepiającym blasku spłynęły z niego kamienne pierścienie. Przez moment zapomniała o niebezpieczeństwie. Odruchowo sięgnęła w stronę karabinu, lecz już w chwili, gdy przez materiał zacisnęła palce na kolbie, uświadomiła sobie, że w tej chwili próba zabicie przybysza nie była najlepszym rozwiązaniem. Istniało zbyt wiele niewiadomych. A jeśli Olokunowi towarzyszą Jaffa? A jeśli ma aktywne osobiste pole siłowe? Zresztą, otaczali ją kapłani. Wierni słudzy Goa`ulda. Zapewne staraliby się bronić swego boga. Rzuciliby się na nią. A na korytarzu czekali uzbrojeni po zęby strażnicy. W mgnieniu oka zostałaby rozbrojona i prawdopodobnie pozbawiona życia. A przecież miała zadanie do wykonania. Musiała choć spróbować odnaleźć Teal`ca i pułkownika O`Neilla. Była niemal pewna, że jeśli ona zginęłaby teraz, oni podzieliliby jej los wkrótce po niej. Nie miała też pewności, czy wszyscy, którzy mieli przybyć na planetę, zdążyli już zająć swoje stanowiska. W tej chwili jeden niewłaściwy ruch mógł przekreślić tyle lat przygotowań. To z kolei oznaczałoby, że wielu ludzi oddało swoje życie na darmo. Cofnęła dłonie, jednocześnie z ulgą stwierdziła, że klęczący wokół niej mężczyźni zdawali się nie dostrzegać jej nerwowego zachowania.
Kiedy pierścienie ponownie powędrowały w górę, zdała sobie sprawę, że trafnie oceniła swoje szanse. Goa`ulda otaczało szczelnie czterech Jaffa. Kapłani pochylili czoła ku ziemi. Podążyła za ich przykładem, zerkając ponad plecami pochylonego przed nią mężczyzny. Uważała, żeby nie podnieść głowy zbyt wysoko. Ot, tylko tyle, by móc dostrzec tego, przed kim drżała cała planeta. Ta i wiele innych. Dopiero teraz wojownicy rozstąpili się, ukazując Olokuna w pełnej krasie. Goa`uld rozglądał się po sali z wyraźną satysfakcją. Od razu stwierdziła, że musiał bardzo starannie wybierać nosiciela. Był nim urodziwy młodzieniec. Dobrze zbudowany, gibki, o twarzy jak młody cherubin i błyszczących, kruczoczarnych włosach spadających falami na ramiona. Wystarczyło jedno spojrzenie na niego, by odgadnąć, na kim wzorował się Kaleb. Jego szaty wręcz ociekały złotem. Do tego nosił mnóstwo złotych ozdób: pierścienie, bransolety, łańcuchy na szyi. Aż jej dech w piersi zaparło. Takiej ostentacji dawno już nie widziała, a przecież zetknęła się już z wieloma przedstawicielami tej rasy.
- Panie mój. - Służalczy ton głosu Kaleba dziwnie kontrastował z jego bezwzględnym i sadystycznym wizerunkiem, jaki utrwalił się w pamięci Carter. - To wielka radość móc ujrzeć cię ponownie. Wszyscy czekaliśmy niecierpliwie na tę chwilę.
- Kaleb! Mój wierny sługa! - Olokun łaskawie skinął mu głową, po czym zwrócił się do klęczących. - Witajcie moi poddani. Radujcie się, albowiem znowu jestem tu z wami.
- Panie! Panie! - Zawył tłum kapłanów. - Witamy cię, Panie!
Najwyższy Kapłan podniósł się z klęczek i podszedł do Goa`ulda.
- Panie. - Rzekł z lekkim ukłonem. - Wszystko zostało przygotowane. Możemy rozpoczynać uroczystości.
- Doskonale. - Pochwalił go Olokun. - Niebawem zaczniemy. Najpierw jednak chciałbym wysłuchać, co moja prawa ręka ma mi do powiedzenia. Kalebie, czy podczas mojej nieobecności wydarzyło się coś, o czym powinienem wiedzieć?
- Tak Panie. - Mężczyzna uśmiechnął się wyraźnie pewny siebie. - Wydarzyło się naprawdę dużo. Potwierdziły się moje przypuszczenia odnośnie spisku przeciwko tobie, panie. Przede wszystkim jednak kilka dni temu pojmani zostali jeńcy, którzy z pewnością cię zainteresują.
- Dobrze więc. Najpierw wysłucham dokładnie twojego raportu, przyjrzę się jeńcom, a potem będziemy mogli świętować. Kapłanie. - Zwrócił się do Najwyższego Kapłana. - Zostawcie nas teraz samych.
- Jak sobie życzysz, panie. Twoi wierni słudzy będą czekać tak długo, aż raczysz do nas dołączyć.
Gnąc się w pokłonach, kapłan wycofał się do swych towarzyszy. Na jego znak wszyscy powstali i bez słowa zaczęli wychodzić z sali. Carter ruszyła razem z nimi, żałując, że nie może podsłuchać rozmowy. Gdyby teraz spróbowała oddalić się od grupy… Jednak liczne straże nie pozwoliły jej na wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Była pewna, że kapłani wracają do miejsca w głębi pustyni, z którego wcześniej nadeszli. Oni jednak zatrzymali się w sali wejściowej. Najwyraźniej czekali na Olokuna, który w tej właśnie chwili z największą uwagą słuchał raportu Kaleba.
