Bo wszystko ma swój początek i koniec…

To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku.

Winston Churchill

Życie w zamku toczyło się jak dawniej. Uczniowie chodzili na zajęcia, nauczyciele zadawali prace domowe i zdawałoby się, że nikt nie zauważa zmieniającej się za oknami pogody. Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej, co spowodowało wzmożony ruch na błoniach w godzinach popołudniowych. Piąto i siódmoklasiści rozkładali się z książkami i starali się powtórzyć materiał przed czekającymi ich egzaminami.

Hogwart aż huczał od coraz to nowych plotek na temat niejakiego Lorda Voldemorta, który z zamiłowaniem atakował kolejne miasteczka zamieszkałe przez ludzi niemagicznych. Wokół owego fanatyka czystości rasy czarodziejów zbierała się coraz większa grupka ludzi, którzy wyznawali podobne do niego poglądy. Póki co nie wyczuwało się paniki w powietrzu, może dlatego, że nikt tak naprawdę nie wiedział, co kieruje tymi ludźmi.

Ale czy na pewno nikt nie wiedział? Czy nie było osoby, która ze wszystkich sił starała się zniszczyć tego czarodzieja? Była, ale czekała na odpowiedni moment, zbierając siły i szykując się do ostatecznego uderzenia.

- Już niedługo, Tom… Zapłacisz za całe zło, jakie wyrządziłeś…

xXx

- Evans! – Donośny, męski głos rozniósł się po korytarzu i dotarł do uszu dziewczyny siedzącej w najlepsze na parapecie i palącej papierosa. – Szukam cię po całym zamku. Idziesz na śniadanie czy nie?

Jednym ruchem różdżki zgasiła tlącego się wciąż papierosa i zeskoczyła z okna. Bez słowa ruszyła w stronę Wielkiej Sali, nie zaszczycając swojego przyjaciela nawet spojrzeniem. W końcu i tak nie zauważyłby w nim nic innego poza smutkiem i pustką. Black westchnął ciężko i dogonił dziewczynę na schodach. Położył jej dłoń na ramieniu, jednak szybko ją zabrał widząc jak kręci głową w przeczącym geście.

Nigdy nie chciała litości, wręcz nie znosiła, gdy ktoś okazywał ją w stosunku do niej. Była twarda i nie potrzebowała wsparcia. Przynajmniej tak jej się wydawało. Od pamiętnej rozmowy z Jamesem, nie była już niczego pewna, nie wierzyła w nic. Smutne, ale prawdziwe. Czuła się dziwnie pusta i wyobcowana. Rozmawiała jedynie z Syriuszem i Sashą, o ile rozmową można nazwać kilka równoważników zdań i kilka mruknięć. Co tu dużo ukrywać. Była rozbita, jej serce pękło na milion drobnych kawałeczków. Chciała się pozbierać, ale z każdym dniem było to coraz trudniejsze.

Zaczął się maj. Dzień ostatecznego starcia zbliżał się wielkimi krokami i bestia, drzemiąca do tej pory w jej wnętrzu, zaczynała budzić się coraz częściej. Starała się myśleć pozytywnie, ale nie potrafiła znaleźć w umyśle chociaż jednej tak prawdziwie szczęśliwej chwili. Według Toma tylko szczęśliwe wspomnienia mogły jej pomóc. Klątwa w niewyjaśniony sposób wyczuwała, jak żywa istota, czy dana osoba posiada coś, dla czego warto żyć. Lily w tym momencie była bardziej niż pewna, że nie ma niczego takiego. Przyjaciele? Są teraz, ale mogą zniknąć równie szybko jak mgła o poranku. Miłość? Nie wierzyła w nią. Rodzina? Została zupełnie sama, jej rodzice nie żyją, a całą resztę niewiele obchodził jej los. Nie miała nic, co można by uznać za wystarczający powód do pozostania wśród żywych. Powoli przyzwyczajała się do myśli, że niedługo opuści ten świat. Nie czuła smutku czy strachu, była obojętna, jakby pusta.

Pomijając to, co działo się w jej głowie, jej organizm zaczął wariować. Praktycznie mdliło ją na widok jedzenia, smakowały jej jedynie truskawki i czekolada. Nie mogła pić kawy, bo jej smak odrzucał ją za każdym razem, gdy próbowała. Za to rozsmakowała się w herbatach wszelkiego typu, choć prym wiodła czarna herbata z cytryną. Uśmiechnęła się na wspomnienie miny Detlefa, gdy zobaczył ja pijącą ze smakiem piątą filiżankę tego napoju. Biedak o mało co nie spadł z krzesła. Mając w pamięci to, jak w zimie zmuszał ją siłą, by dla swojego zdrowia wypiła choć kilka łyków, sprawdził jej temperaturę, a stwierdziwszy, że jest prawidłowa złapał się za głowę i szeptał w kółko, że on z kobietami nie może. Lily uśmiechnęła się pod nosem, ale jej oczy pozostały smutne.

Weszli w ciszy do Wielkiej Sali i zajęli swoje miejsca. Ruda skrzywiła się na widok ociekających tłuszczem kawałków bekonu i chwyciła za dzbanek z herbatą. Upiła kilka łyków i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Wszyscy siedzieli, jedli i wesoło gawędzili między sobą. Jej przyjaciele również zajęli się rozmową, dobrze wiedząc, że ona nie ma na to ochoty. Nagle poczuła, że zaczyna kręcić się jej w głowie. Zachwiała się niebezpiecznie na krześle, co zwróciło uwagę Detlefa i reszty.

- Lily… Dobrze się czujesz? – Blondyn spojrzał uważnie na dziewczynę, czekając na odpowiedź. – Lily…

- Troszkę kręci mi się w głowie – powiedziała cicho, starając się oddychać spokojnie. – Pójdę do siebie, jak poleżę to mi przejdzie.

- Odprowadzę cię. – Syriusz podniósł się ze swojego miejsca i mimo protestów złapał ją w pasie i poprowadził w stronę wyjścia.

Zawroty głowy stawały się coraz mocniejsze. Przed oczami zaczęły latać jej czarne plamki, które sukcesywnie zasłaniały cały obraz. W uszach słyszała coraz głośniejszy szum, powodujący tępy ból w skroniach. Zaschło jej w gardle i z trudem łapała oddech, jednak wciąż starała się iść w stronę wyjścia. Nie chciała pokazać, że źle się czuje, nie w Wielkiej Sali, nie, kiedy mógł ją w takim stanie zobaczyć James. Mógłby poczuć się winny, a do tego nie mogła dopuścić. Chwyciła mocniej ramię Syriusza, który spojrzał na nią i zbladł, a w oczach pojawił się czysty strach.

- Evans, co jest? – szepnął cicho, mocniej przytrzymując ją ramieniem w pasie.

- Nie wiem… Zabierz mnie stąd…

Nie musiała mu tego powtarzać drugi raz. Nie zważając na wpatrujących się w nich ludzi, wziął ją na ręce i najszybciej jak potrafił zaniósł do jej sypialni. Gdy położył ją na łóżku, poczuł jak strach ściska go za gardło. Była blada, prawie przeźroczysta. Oddychała szybko i płytko, na skórze pojawiły się kropelki potu, choć w pokoju było chłodno. To nie było normalne, nawet jak na nią. Chwycił ją za dłoń, lecz szybko ją puścił, gdyż była zimna i twarda jak bryła lodu. Chwilę później ciało Lily wygięło się w łuk, a z jej ust wyrwał się krzyk pełny bólu.

Drzwi do sypialni dziewczyny otworzyły się i do pomieszczenia wpadł Detlef, a za nim Sasha, Dimitr i… Spellman. Syriusz popatrzył na blondyna zdziwiony, a ten tylko pokręcił głową, dając do zrozumienia, że to nie jest teraz ważne. Podszedł do rzucającej się po łóżku dziewczyny i położył jej dłoń na czole. Ból przeszył go niczym ostrze, ale nie oderwał dłoni od jej skóry. Lily powoli otworzyła oczy i rozejrzała się nieprzytomnie po pokoju. Jej zazwyczaj soczyście zielone tęczówki teraz zmieniły się w błękitne, na dodatek fosforyzujące, co stanowiło niesamowitą mieszankę z prawie przeźroczystą skórą i płomienno rudymi włosami.

Detlef wpatrywał się chwilę w poruszające się usta dziewczyny i jej puste oczy, po czym odsunął się od łóżka i spojrzał po wszystkich. Westchnął głęboko i usiadł na fotelu.

- Trzeba czekać…

- Jak to czekać?! Nie możemy czegoś zrobić, jakoś jej pomóc? – Syriusz nie mógł zrozumieć jak można pozwolić, aby ona cierpiała. – Przecież ona cierpi!

- Syriuszu uspokój się… - Sasha położyła swojemu chłopakowi dłoń na ramieniu. – Tak musi być…

- Jak mam się uspokoić, gdy Lily walczy o swoje życie? – Black podszedł do otwartego okna i usiadł na parapecie, odpalając papierosa.

- Minus dziesięć… - zaczął Spellman, ale szybko umilkł, widząc wściekły wzrok chłopaka. Z niewiadomych przyczyn poczuł strach. – A z resztą nie ważne… Czyli miałem rację, co do panny Evans. – Podszedł bliżej do łóżka i przyglądał się dziewczynie jak jakiemuś wyjątkowo ciekawemu eksponatowi w muzeum. – Klątwa Lodowej Róży, ostatnia faza. Jak to się zaczęło? – Odwrócił się i spojrzał wyczekująco na wampiry.

Powiedzmy po prostu, że próbowałem dotrzeć do granic rzeczywistości. Byłem ciekaw, chciałem zobaczyć, co się stanie. To było to i nic więcej: po prostu ciekawość.

Jim Morrison

- Wszystko zaczęło się od zbyt ciekawskiego czarodzieja, który sądził, że zgłębiając swoją wiedzę o wampirzych bractwach znajdzie sposób by wyleczyć się z bardzo rzadkiej choroby. – Zaczął cicho Detlef, a wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni. – Ten czarodziej był najlepszym przyjacielem Lily, nazywał się Roger Cole. Nikt nie wiedział, że cierpi na niezwykle rzadko spotykaną przypadłość, a on robił wszystko by się wyleczyć. Gdzieś przeczytał, że jedno z wampirzych bractw potrafi leczyć osoby z tą przypadłością…

- Marfilius…? – Szepnęła Sasha zakrywając sobie usta dłonią.

- Tak siostrzyczko. Roger Cole cierpiał na Powolne Skostnienie Ciała zwane też Marfiliusem... – Detlef zapatrzył się w ścianę. – Zaczął szukać wiadomości o bractwach i przez zupełny przypadek natrafił na Lodowe Bractwo. Zainteresował się nim, aż za bardzo. Można powiedzieć, że popadł w pewnego rodzaju obsesję. Chciał wiedzieć więcej i więcej…

- Skąd…?

- Black, ofermo, jestem Księciem Wampirów, muszę wiedzieć o takich rzeczach. – Detlef był wyraźnie zirytowany, tym, że ktoś mu przerywa. - Pewnej nocy Cole przeczytał coś, co miało zmienić życie wielu osób. „Lodowe Bractwo jak żadne inne strzeże swych tajemnic. Wszystkie informacje o nim opatrzone są silnymi zaklęciami, które naznaczają zainteresowanego. Gdy naznaczenie przekroczy dopuszczalny poziom, osoba ta ginie podczas najbliższej pełni w trakcie rytualnej ofiary."– Detlef przerwał na chwilę i potarł twarz dłońmi. Rzucił okiem na leżącą teraz spokojnie Lily i kontynuował. – Pełnia miała być następnej nocy, pod koniec sierpnia i Cole wiedział już, że jego czas dobiegł końca. Tego dnia pożegnał się z Evans, wymagając na niej obietnicę i radząc jak żyć. W nocy wszystko przebiegłoby jak „normalna" rytualna ofiara, co widzieliśmy z Sashą i Dimitrem, gdyby nie pojawiła się Lily. Wtedy też dotknęła Sztyletu Lodowej Róży zanim ten zniknął…

- Jak to? Widzieliście jak zabijają tego chłopaka i nie zrobiliście nic? – Spellman był wstrząśnięty.

- Nie mogliśmy… - Odezwał się milczący do tej pory Dimitr. – Byliśmy tam, jako wysłannicy naszego Bractwa i podobnie jak reprezentacje innych bractw, nie mogliśmy zrobić nic. Takie jest wampirze prawo. – Chłopak potarł skronie palcami. – Tylko nie myślcie, że nam się to podoba… To nie tak, po prostu musimy przestrzegać naszych praw, czy chcemy czy nie…

- Zaklęcia…

- Dokładnie profesorku, zaklęcia i klątwy. Należy dodać, że bardzo stare. – Dimitr uśmiechnął się ironicznie do nauczyciela. – Pamiętasz pan lekcję o wampirach? – Gdy ten kiwnął głową, chłopak kontynuował. – Powiedzieliśmy wtedy, że zagłębianie się w sprawy Lodowego Bractwa ściąga śmiertelne niebezpieczeństwo. Zbliża się pełnia, radziłbym się zastanowić, czy…

- Bezuchow! – Cichy i ostry jak brzytwa głos Detlefa przerwał wypowiedź chłopaka. – Zamknij jadaczkę…

Dimitr próbował coś jeszcze powiedzieć, jednak z jego otwartych ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Po krótkiej chwili konsternacji skrzyżował ręce na piersi i spojrzał niezadowolony na blondyna, który uśmiechał się delikatnie.

- Co mu się stało? – Syriusz wpatrywał się w szatyna, starając się ze wszystkich sił zatamować wybuch śmiechu.

- Taka mała, przydatna zdolność Księcia Wampirów. Wystarczy, że wypowiem jego nazwisko z jakimś poleceniem, a on musi to zrobić… - Detlef uśmiechnął się delikatnie, widząc duszącego się ze śmiechu Blacka i obrażonego kuzyna. Uśmiech szybko znikł mu z twarzy, gdy usłyszał przeszywający krzyk pełen bólu i rozpaczy, który wydobył się z gardła Lily.

- Czy ona… - Sasha nie była w stanie dokończyć pytania. Coś ścisnęło ją za gardło, uniemożliwiając wypowiedzenie, chociaż słowa.

- Nie wiem…

xXx

Śmieszna to rzecz, życie - owe tajemnicze kombinacje bezlitosnej logiki dla błahego celu. Co najwyżej można się spodziewać od życia odrobiny wiedzy o sobie samym - która przychodzi za późno i jest źródłem niewyczerpanych żalów. Zmagałem się ze śmiercią. To najmniej zajmująca walka, jaką sobie można wyobrazić, Człowiek prowadzi ją wśród nieuchwytnej szarzyzny, wśród pustki, bez gruntu pod nogami, bez widzów, bez wrzawy, bez chwały, bez wielkiego pragnienia zwycięstwa, bez wielkiej trwogi przed klęską, wśród chorobliwej atmosfery obojętnego sceptycyzmu, bez wielkiej wiary w słuszność własnej sprawy, a z mniejszym jeszcze przekonaniem o słuszności przeciwnika. Jeśli taka ma być najwyższa mądrość, to życie jest większą zagadką, niż przypuszczają niektórzy.

— Joseph Conrad
Jądro ciemności

Ciemność. Nigdy się jej nie bała, ale teraz przerażała ją nie na żarty. Nieprzenikniona czarna przestrzeń, która zdawała się falować wokół niej. Czuła jakby z każdą chwilą, robiło się ciaśniej. Coraz trudniej przychodziło jej oddychanie. Nie była już pewna, czy gdyby przestała się zmuszać do oddychania, jej organizm sam wykonywałby tą funkcję, tak przecież niezbędną do życia. Życie… To przecież o nie miała teraz walczyć. Ale czy chciała? Czy nie przyzwyczaiła się już do myśli, że umrze? Przyzwyczaiła się, nie chciała żyć, bo nie miała po co.

Przestrzeń wokół niej zafalowała mocniej i do jej uszu doleciały szeptane w nieznanym języku słowa. Nie chciała ich słuchać, ale nie mogła wykonać, chociaż najmniejszego ruchu. Nie miała władzy nad swoim ciałem. Strach wdarł się do jej głowy bez zaproszenia i rozgościł w najlepsze, raz po raz sprawiając, że drżała. Nieświadomie zaczęła powtarzać w myślach słyszane słowa. Brzmiały jak modlitwa, dziwna i tajemnicza, która posiadała niesamowitą moc magiczną. Nie rozumiała jej treści, ale coś jej mówiło, że jest to jakaś pomoc.

Ciemność zaczęła się rozjaśniać, przybierać różne kolory i formować kształty. Przed jej oczami pojawiła się projekcja najgorszych chwil jej życia. Po raz kolejny widziała śmierć Rogera, znów czytała list zawiadamiający o śmierci rodziców. Znowu była kotem przysłuchującym się rozmowie Jamesa z rodzicami. Łzy same zaczęły spływać jej po policzkach. Nie chciała patrzeć, chciała zamknąć oczy i po prostu nie pamiętać o tych wszystkich chwilach, ale nie mogła. Chciała wyrzucić je gdzieś daleko, wymazać z pamięci, zrobić cokolwiek, byleby tylko nie patrzeć znowu w smutne czekoladowe oczy Jamesa.

Ból pojawił się znikąd. Zaatakował niespodziewanie i z ogromną siłą każdą najmniejszą komórkę jej ciała. Chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle. Czuła się jakby ktoś ciął jej ciało rozgrzanymi nożami, a w głowę wbijał rozżarzone gwoździe. W myślach błagała, aby to się już skończyło, prosiła o śmierć, bo nie mogła już znieść tego bólu, który odbierał jej sprawność logicznego myślenia, siłę i witalność. Czuła się stara i schorowana, gotowa na to by odejść.

Cichy głos pojawił się znikąd w jej głowie. Dobrze znana melodia delikatnie falowała w ciężkim powietrzu, a każdy jej ton łagodził ból. „Kołysanka mamy…". Z trudem zebrała myśli i przypomniała sobie słowa. Zaczęła nucić waz z głosem matki, a ból zaczął ustępować. Przed jej oczami pojawiły się, powoli i nieśmiało, najszczęśliwsze momenty jej życia. Rodzice i ich uśmiechy, Roger i Syriusz, którzy byli jej jak bracia, wampirza rodzinka, która stała się jej tak bliska. Wraz ze słowami kołysanki pojawiła się w niej nowa siła, która dodatkowo wzmocniła się, gdy stanął przed nią James, jak żywy. Wszystkie chwile spędzone z nim wróciły. Znów czuła ciepło jego ciała, smak ust i zapach skóry. Słyszała wszystkie słowa przepełnione miłością. Po raz kolejny była z nim w walentynki. Uśmiechnęła się delikatnie.

Z jej gardła wyrwał się krzyk pełen rozpaczy i bólu, gdy po raz kolejny poczuła ostre noże tnące jej ciało bez litości. Ale tym razem postanowiła walczyć, bo zrozumiała, że ma, po co żyć, że nie może opuścić przyjaciół, którzy zrobiliby dla niej wszystko. Nie może zawieść rodziców. I nie może zapomnieć o Jamesie. Złapała się za brzuch, gdyż to tam ból był najmocniejszy. Jakby nie tylko ona cierpiała, jakby cierpiał ktoś oprócz niej. Ktoś oprócz niej? Gdy zrozumiała, na moment sparaliżował ją strach, jednak już po chwili adrenalina uderzyła jej do głowy przywracając trzeźwe myślenie.

Zebrała wszystkie swoje siły i przeciwstawiła się bólowi. Miała, po co żyć. Nie chciała umierać.

- NIE! – Jej zachrypnięty głos rozległ się w ciemności i wszystko ustało jak za dotknięciem różdżki.

Ciemność wokół niej zszarzała. Znajdowała się w ogromnej, lodowej komnacie, a naokoło niej w kręgu stały postacie odziane w granatowe szaty. Ich białe włosy poruszał niewidzialny wiatr, a błękitne fosforyzujące oczy wpatrywały się w nią bez mrugnięcia. Cisza, aż dzwoniła w uszach.

- Udało ci się pokonać Klątwę… - Odezwał się cichym, wyprutym z emocji głosem starzec stojący najbliżej niej. – Masz, po co żyć i będziesz żyć… Klątwa pozostawia po sobie ślady na każdym, kto ją pokona… Sama musisz odkryć, jakie dary przypadły tobie i twojemu potomstwu…

- Potomstwu… - Lily objęła rękami brzuch i uśmiechnęła się delikatnie.

- Korzystaj z nich mądrze i pamiętaj o tym, co się wydarzyło… - Starsza kobieta podeszła do niej i zawiesiła jej na szyi łańcuszek z wisiorkiem w kształcie róży. – Ochroni cię, gdy naprawdę będziesz tego potrzebować lub wezwie kogoś z nas… Pomożemy ci w każdej sytuacji…

- Dziękuję…

- Jednak pamiętaj, że działamy tylko w imię dobra… - Odezwała się jedna z osób z kręgu, której twarz zakryta była kapturem. Skądś znała ten głos.

- Roger…? – wyszeptała cicho, a w jej oczach pojawiły się łzy.

- Nie płacz Rudzielcu… Musisz już wracać… Będzie czas, kiedy wszystko ci wyjaśnię… - Powiedział chłopak i wycofał się z kręgu. Pozostali poszli jego śladem.

- Czekaj! Cole! Nie zostawiaj mnie!

- Zawsze jestem przy tobie…

- Nie! – Poczuła, że wszystko zaczyna wokół niej wirować. Zdołała jeszcze dostrzec jego ciepłe miodowe oczy, po czym wszystko rozpłynęło się w mlecznej mgle.

xXx

Moja radość rozpłynęła się we mgle samotności.

- Evans, coraz gorzej ci idzie to bieganie. – Głos Blacka przerwał ciszę panującą na błoniach. – Kobieto, jak ty to robisz?

- Ale o co ci chodzi? – Lily stanęła przy skale i oparła o nią dłonie, próbując złapać oddech.

Męczyła się dużo szybciej niż wcześniej i dobrze wiedziała dlaczego. Delikatny uśmiech znów wypłynął na jej twarz i objął również oczy. Nie powiedziała nikomu, lecz misternie tkana siateczka niedomówień zaczęła się rozluźniać i rwać. Tak bardzo chciała podzielić się z przyjaciółmi tą wiadomością, ale coś ją powstrzymywało, za każdym razem, gdy rozpoczynała rozmowę. Bała się, jak zareagują, szczególnie jak zareaguje Detlef, dlatego milczała.

- Biegasz codziennie, więc powinnaś mieć kondycję jak ta lala, a ty każdego dnia męczysz się coraz szybciej. A na dodatek, przytyło ci się, chociaż wcale nic nie jesz. – Black patrzył uważnie na dziewczynę, starając się wyczytać z jej twarzy odpowiedź na dręczące go pytania. Martwił się o nią jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie wiedział, czemu, po prostu czuł, że musi być przy niej i kropka. – Lily… co się dzieje?

Sama nie wiedziała, czy to jego przepełniony troską ton, czy szare oczy, teraz smutne i przygaszone sprawiły, że postanowiła odpowiedzieć.

- Jestem w ciąży… - powiedziała spokojnie, obejmując dłońmi brzuch i spoglądając na niego niepewnie.

Myślał, że to żart, że robi sobie z niego jaja. Popatrzył na nią uważnie i po chwili wszystkie fakty ułożyły się w spójną całość. Przestała jeść to, co wcześniej, zamieniła kawę na herbatę, nie dotykała alkoholu i paliła znacznie mniej. Teraz stały się dla niego jasne jej zmienne humorki i mdłości, które dręczyły ją od jakiegoś czasu, a wszyscy przypisywali winę stresowi przed egzaminami. W głowie Syriusza zaczęła krystalizować się cała sytuacja. Nie musiał pytać, kto jest ojcem, było to widać w jej oczach, jednak zastanawiał się czy zamierza mu powiedzieć.

- Lily… - zaczął, patrząc na nią niepewnie.

- Nie! – Przerwała mu twardo i z kieszeni bluzy wyciągnęła papierosa. Wiedziała, że nie może palić, ale musiała jakoś ukoić nerwy. – Nie powiem mu…

- Ale…

- Nie Syriuszu… James się o niczym nie dowie… - Popatrzyła na niego ostro i już wiedział, że nie zmieni zdania. – Nie dowie się ani od ciebie ani od nikogo innego, jasne…?

- Jasne… - Popatrzył na nią tak, żeby wiedziała, jak bardzo nie podoba mu się to, co robi, jednak po chwili jego twarz rozświetlił uśmiech. – Więc będę chrzestnym?! – wykrzyknął uradowany, za co oberwał kuksańca w bok.

- Głośniej, bo w Londynie jeszcze nie wiedzą, że będę mamą… - syknęła Lily, jednak uśmiechnęła się delikatnie. – Będzie potrzebny ktoś jeszcze oprócz ciebie i Sashy… - mruknęła do siebie i pogłaskała się po brzuchu.

- Jak to ktoś jeszcze? – Black popatrzył na nią podejrzliwie, nie do końca rozumiejąc, o co jej chodzi. – Przecież dla jednego… - Urwał i chwycił ją za ramiona zmuszając by spojrzała na niego. W zielonych oczach dostrzegł iskierki szczęścia. – Na gacie Merlina! – Podniósł ją i zaczął obracać w koło, śmiejąc się radośnie. – Niech mnie hipogryf trzaśnie, bliźniaki!

Świat cieszył się razem z nimi. Słońce świeciło wesoło na niebie, a promyki igrały na powierzchni jeziora. Wracali do zamku objęci, chłonąc swoją obecność i ciesząc się nią. Starali się nie myśleć, że za miesiąc opuszczą na zawsze mury tego zamku i rozpoczną dorosłe życie, pełne problemów i zmartwień. To nie było teraz ważne. Liczyli się tylko oni, młodzi, pełni życia i nadziei na przyszłość.

Weszli do Wielkiej Sali śmiejąc się w najlepsze. Jak zawsze zwrócili na siebie uwagę uczniów. Dlaczego? Bo ta przyjaźń przeszła już do legendy szkoły. Dwa silne charaktery, dwa różne spojrzenia na świat, a mimo to rozumieli się bez słów. Dodatkowo widok śmiejącej się Lily był jak balsam dla duszy, gdyż podczas tego roku szkolnego rzadko można było usłyszeć jej śmiech. Co prawda nie był to już ten chwytający za serce dźwięk dzwoneczków, ale mimo wszystko miał w sobie coś, co urzekało ludzi. I nawet pobrzmiewający w nim smutek nie psuł tego wrażenia.

Usiedli przy stole, na swoich stałych miejscach i uśmiechnęli się do przyjaciół. Syriusz pocałował Sashę w czubek głowy i mrugną do Detlefa, który właśnie witał Lily całusem w policzek. Nie da się ukryć, że wampir korzystał z tego, że klątwa przestała działać i już nie musiał się powstrzymywać przed pocałowaniem Rudej.

- Te Ruda! Może byś tak wzięła przesyłkę od tego ptaka? – Dimitr widocznie zaczął się irytować, gdyż sowa, która przyniosła list dla Lily przeszkadzała mu w sięgnięciu po sałatkę z łososiem. – A niech to szlag! – warknął i uniósł dłoń, salaterka uniosła się w powietrzu i wylądowała przed nim.

- Jakiś ty zdolny, kuzynku… - Ironiczny uśmiech na twarzy Detlefa zniknął pod warstwą dżemu.

- Jakiś ty przystojny, kuzynku… - Na twarzy Dimitra pojawił się majonez.

- Chłopaki, spokój! – syknęła Sasha i wskazała palcem na Lily, która wpatrywała się wielkimi oczami w kartkę papieru, którą przyniosła sowa. – Lilka, co jest?

Podniosła wzrok i spojrzała po wszystkich, jakby widziała ich pierwszy raz w życiu. Była w takim szoku, że nie zauważyła nawet Blacka, który dostał podobny list. Nie mogła uwierzyć, jak można być tak podłym. Spojrzała na siedzącego koło Syriusza chłopaka smutnym wzrokiem, po czym po prostu wyszła z sali. Detlef wstał i poszedł za nią. Tak po prostu, nie chciał, żeby była sama.

- Co to za papier? – Sasha starała się zajrzeć swojemu chłopakowi przez ramię, ale nie bardzo jej to wychodziło. Po chwili trzymała w dłoniach kartkę i wpatrywała się wielkimi oczami w błyszczące na złoto litery.

Serdecznie zapraszamy

SYRIUSZA BLACKA z osobą towarzyszącą

na

uroczystość zaślubin

Jamesa Pottera i Mary Adams

która odbędzie się dnia 20 czerwca

w Dolinie Godryka

o godzinie 12:00

- Tylko mi nie mów, że Lily dostała to samo… - syknął Syriusz do siedzącego obok niego Jamesa.

- Dobij mnie… - jęknął tamten, chowając twarz w dłoniach. Był na skraju załamania nerwowego, nie mógł już znieść tego, co działo się wokół niego. Wydawało mu się, że cały świat zwariował, stanął na głowie i nie chce wrócić do porządku. – Mam dość stary… Po prostu dość… Najchętniej zaszyłbym się w jakimś ciemnym lesie i spędził resztę życia pod postacią jelenia. Byle by tylko nie doszło do tego ślubu, bylebym nie musiał patrzeć w jej smutne oczy… - Uderzył pięścią o stół, zwracając na siebie uwagę siedzących przy stole uczniów. – Ale jestem Potter, a nikt o tym nazwisku nie ucieka przed odpowiedzialnością. Szkoda tylko, że muszę płacić za to swoim szczęściem…

Wstał od stołu, wsadził pięści w kieszenie spodni i wyszedł z opuszczoną głową, odprowadzany przez ciekawskie spojrzenia. Miał to gdzieś. Po prostu głęboko gdzieś. Chciał tylko być szczęśliwy u boku kobiety, którą kochał nad życie. Ale nie mógł. Przez jedno głupie zachowanie i przez dbanie o reputację rodziny. Podporządkował się, poddał i nie walczył o to, co kocha. A teraz serce mu pękało na wspomnienie smutnych zielonych oczu, wpatrzonych w niego. Tak bardzo chciał wziąć ją w ramiona i sprawić by znów zabłysły w nich iskierki szczęścia, ale nie mógł. Oparł czoło o chłodną ścianę i z całych sił powstrzymywał łzy. Musi być twardy. Już niedługo będzie żonaty, będzie mężem kobiety, której nie kocha, a która jest w nim wręcz obsesyjnie zakochana. Będzie ojcem jej dziecka i chcąc nie chcąc będzie obwiniał tą niewinną istotkę o to, co się stało. Czuł, że nie pokocha tego maleństwa nawet, jeśli będzie się bardzo starał. Czy nie lepiej więc zniknąć? Nie był tchórzem, nie może tak po prostu uciec.

- Szlag by to wszystko trafił… - szepnął do siebie, po czym ruszył w stronę swojego dormitorium, nie zwracając na nikogo uwagi.

xXx

Siedziała na parapecie okna w swoim pokoju i spokojnie zaciągała się papierosem. Był to pozorny spokój i Detlef doskonale o tym wiedział. Widział w jej oczach, że jest rozstrojona, ale czekał w ciszy, aż sama zacznie mówić.

- Życie jest do dupy… - mruknęła i objęła brzuch dłońmi. Dlaczego zwrócił uwagę na ten gest? Nie wiedział.

- Powiesz, co się stało? – spytał miękko, po czym zręcznie złapał rzuconą kopertę i szybko przeczytał jej zawartość. – Podłe…Jak ten palant mógł to zrobić?

- To nie on…. – Chłopak spojrzał na nią dziwnie. – Słyszałam jego myśli… To nie on, to ta… - Zacisnęła usta w wąską linię. Nie chciała obrażać dziewczyny.

- Jak to słyszałaś jego myśli? – Detlef był wyraźnie skołowany. A co jeśli słyszy też jego myśli?

- Czasem mi się to zdarza, gdy patrzę komuś prosto w oczy. – Wyrzuciła niedopałek przez okno i uśmiechnęła się sama do siebie, gładząc brzuch. – Taka pozostałość po Klątwie…

Popatrzyła na chłopaka i ze zdziwieniem stwierdziła, że wpatruje się w jej brzuch z nieodgadnionym wyrazem twarzy. On wie… przeszło jej przez myśl i skuliła się w sobie. Poczuła irracjonalny strach. Przed czym? Bała się go stracić, bała się, że odejdzie i ją zostawi. Nie zniosłaby tego. Był jej bliski, zależało jej na nim. A jeśli odejdzie? wzdrygnęła się na samą myśl. Poczuła na ramieniu jego dłoń. Nie zauważyła nawet, że do niej podszedł. Spojrzała mu w oczy, ale nic z nich nie wyczytała.

Patrzył na nią, a w głowie szalała mu burza myśli. Jeśli jego podejrzenia okażą się prawdziwe? Jak się zachowa? Nie wiedział, nie wiedział nic. Totalna pustka i chaos. Serce biło mu jak oszalałe. Przeklęty organ, który reagował nie tak jakby chciał. Czuł, że musi pobyć sam, pomyśleć. Odwrócił się i po prostu wyszedł, nie zdając sobie sprawy jak ją tym zranił.