ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
Oszołomienie, Tolerancja i Dobra Zabawa
Biorąc pod uwagę sytuację panującą obecnie w kraju, mogłoby się to wydawać niepodobieństwem, ale jesienne dni w Hogwarcie upływały w miarę zwyczajnie. Co prawda spotkania Gwardii Dumbledore'a odbywały się regularnie, dodatkowe zajęcia szkolące umiejętności obrony były bardzo intensywne, a każdy uczeń zbudzony z najgłębszego snu w środku nocy potrafił przedstawić szczegółowy plan ewakuacji zamku. Przywykli już jednak do tego. Właściwie, gdyby nie złe wieści nadchodzące z zewnątrz i obawa o bliskich pozostających poza terenem szkoły można by uznać, że jest prawie tak, jak zawsze.
Harry zaś, ku jawnej dezaprobacie Rona, znów zaczął ćwiczyć z Draco i udało mu się na tyle wpaść w rytm wszelkich zajęć, że przestał mieć obsesję na punkcie swojej bezczynności.
Pewnego październikowego wieczoru Harry zszedł do pokoju wspólnego z zamyśloną miną.
— Myślę, że czas porozmawiać o bibliotece, Hermino — oświadczył.
— Dobrze się czujesz, Harry? — zmartwił się Ron, odrywając się od eseju z transmutacji, nad którym ślęczał od paru godzin.
— To znaczy? — zapytała Hermiona, wzrok wciąż mając skupiony na książce i demonstrując swoją podzielność uwagi.
— O książkach, na które masz pozwolenie — sprecyzował Harry i odwrócił się do przyjaciela. — Wszystko w porządku, Ron. Po prostu trzeba to w końcu załatwić.
— Dobrze. Dziś wieczorem posegreguje swoje notatki i jutro porozmawiamy. Od razu mogę ci jednak powiedzieć, że w większości nie podoba mi się to, co tam znalazłam.
Harry domyślał się tego. Od jakiegoś czasu miał wrażenie, że przyjaciółka modli się, by on zapomniał o jej pracy.
— Jutro po lekcjach jestem umówiony z Draco, zatem wieczorem w pokoju życzeń.
— Ja też? — zapytał Ron lekko zaniepokojonym tonem.
— A co, masz inne plany? — zdziwił się Harry.
Ron zaczerwienił się lekko.
— Chciałem się upewnić, czy spotkanie dotyczy również mnie.
— To chyba oczywiste?
Mina przyjaciela sugerowała jednak, że nie bardzo. Harry westchnął ciężko.
— Ron, jesteś moim najlepszym przyjacielem. Wszystko, co dotyczy mnie, dotyczy również ciebie, jeśli tylko taka jest twoja wola. No chyba, że będzie chodzić o randkę.
— Skoro tak twierdzisz…
— Nie twierdzę, tylko takie są fakty. O co tym razem chodzi?
— O nic — odparł szybko Ron. — Zastanawiam się tylko pod jaką kategorię podchodzą twoje spotkania z Malfoyem.
Hermionę wyraźnie rozbawiła uwaga chłopaka, tymczasem Harry poczuł się dziwnie zirytowany.
— Jeśli tylko chcesz, możesz ćwiczyć razem z nami. Nie widzę problemu — oświadczył sucho.
— Nie, dzięki — mruknął Ron.
Harry miał niejasne wrażenie, że przyjaciel dodał jeszcze coś na temat przyzwoitki, ale wolał nie drążyć tego tematu. Tym bardziej, że Hermiona już w tej chwili przygryzła wargę, żeby się nie roześmiać, a on wciąż nie widział w tym nic zabawnego.
Następnego dnia obudził się w kiepskim nastroju. Niewiele spał w nocy, a mglisty i zimny poranek nie sprzyjał radosnemu nastrojowi. Miał wielką ochotę na spacer i właśnie zamierzał zignorować zakaz opuszczania murów zamku, kiedy uświadomił sobie, co obiecał McGonagall. Westchnął z zawodem, po czym postanowił nie poddawać się tak łatwo. Bardzo cicho wstał, ubrał się, zabrał z kufra Mapę Huncwotów oraz pelerynę-niewidkę i opuścił dormitorium. Po ciszy, jaką zastał na korytarzu, zorientował się, że musi być wcześniej niż przypuszczał. Zamek wciąż pogrążony był we śnie. Przez chwilę zastanawiał się, czy McGonagall również nie będzie spała, ale gdy doszedł do drzwi jej gabinetu, usłyszał za sobą szelest. W pierwszym odruchu pomyślał, że to Pani Norris, ale czarne obwódki wokół przenikliwych, kocich oczu zaraz wyprowadziły go z błędu.
— Profesor McGonagall?
— Poranny spacer? — odpowiedziała pytaniem, przybierając naturalną postać.
Harry skinął głową.
— Chciałbym odwiedzić pewne miejsce poza murami zamku — powiedział po prostu, w niewytłumaczalny sposób czując, że McGonagall tym razem nie będzie protestować.
Miał rację. Pokiwała tylko głową i poprosiła go do gabinetu. W milczeniu wykonała wokół niego kilka ruchów różdżką.
— Masz ze sobą swoją pelerynę? — zapytała.
Przytaknął.
— Załóż ją. I nie zabaw na zewnątrz zbyt długo, Harry.
— To mi nie zajmie mi wiele czasu, dziękuję — odparł i zniknął pod peleryną. Wychodząc z zamku zastanawiał się, czy dyrektorka domyśla się, gdzie się wybiera.
Po raz pierwszy od czasu kursu znalazł się sam na błoniach i dopiero teraz odczuł, jak brakowało mu takiej chwili samotności na otwartej przestrzeni. Jeszcze w czasie wakacji myślał o tym szczególnym dniu pewny, że będzie daleko stąd. Tymczasem wszystko wyglądało inaczej. Zupełnie inaczej. Stał przed białym, gładkim kamieniem marmurowego grobowca, zamiast pochylać się nad małym, skromnym grobem, którego wciąż nie było mu dane zobaczyć. Spodziewał się, że wizyta w Dolinie Godryka pomoże mu się odnaleźć. Irracjonalnie wierzył, że tam znajdzie odpowiedzi na większość swoich pytań. Teraz, po dwóch miesiącach spędzonych zupełnie nie tak, jak planował, widział to wszystko w nieco innym świetle. Rozumiał, że tamto przekonanie było naiwne, ale i tak odczuwał smutek, że wciąż nie odwiedził miejsca, w którym zginęli jego rodzice i w którym wszystko się zaczęło.
Mgła powoli zaczęła się unosić i mdłe światło przedzierało się przez chmury pojedynczymi promieniami. Przejechał powoli dłonią po gładkiej powierzchni grobowca w pieszczotliwym geście.
— Uda się nam, profesorze — szepnął, jakby czyniąc jakieś postanowienie i ruszył w kierunku zamku.
W sali wejściowej, ku swojemu zdziwieniu, spotkał Draco.
— Cóż tak wcześnie zerwało cię dziś z łóżka? — zapytał. Chłopak nie należał przecież do rannych ptaszków.
— Przygotowujemy imprezę w pokoju wspólnym — odparł z ożywieniem Ślizgon.
— Imprezę? — Harry uniósł brwi.
— Dziś Halloween, zapomniałeś? — Teraz z kolei zdziwił się Draco.
— Faktycznie — przyznał Harry. Trzydziesty pierwszy października kojarzył mu się z zupełnie czymś innym. — Ale nasze dzisiejsze spotkanie jest aktualne?
— Zupełnie o nim zapomniałem — przyznał niefrasobliwie blondyn. — Obawiam się, że będziemy mieć straszne zamieszanie popołudniu. Przełóżmy to na jutro, albo jeszcze lepiej na niedzielę, bo pewnie nie będę po tym wszystkim w najlepszym stanie.
— W porządku, w takim razie nie przeszkadzam — odrzekł Harry zły na siebie, że, mimo starań, w jego głosie zabrzmiał zwód. Zawsze czekał z niecierpliwością na ich wspólne spotkania i teraz czuł rozczarowanie.
— Ej, co jesteś taki naburmuszony? Też masz zaproszenie.
— Dzięki, ale chyba nie skorzystam — odpowiedział Harry, walcząc ze sprzecznymi odczuciami. Z jednaj strony bardzo ucieszył go fakt, że choć Draco odwołał ich spotkanie, nie zapomniał o nim zupełnie, z drugiej jednak wolał, żeby przyjaciel nie świętował w dzień, kiedy on ma raczej mało powodów do radości.
— Daj spokój, jak można nie bawić się w Halloween? — zawołał z oburzeniem Ślizgon.
— Wybacz, ale ten dzień raczej nie kojarzy mi się z imprezą — mruknął Harry, urażony niedomyślnością Draco.
— Chyba przede wszystkim tobie powinien się tak kojarzyć. — Oczy chłopaka rozszerzyły się ze zdziwienia.
— Tak, nie ma to jak świętować śmierć swoich rodziców — odparł Harry ze złością. Malfoy był czasem takim nieczułym kretynem!
— Och, ja nie o tym. — Ślizgon machnął ręką. — Przecież to masz już za sobą? Właśnie wracasz z celebracji tego aspektu dzisiejszego dnia, czyż nie?
— Skąd wiesz, gdzie byłem? — Harry był zaskoczony.
— Naprawdę nie jest trudno cię rozgryźć, Harry — odrzekł dziwnie łagodnie Malfoy. — A przez resztę dnia właśnie ty powinieneś świętować. Siedemnaście lat temu po raz pierwszy udało ci się go pokonać. A w takim czasie jak teraz, celebracja podobnych momentów jest bardzo ważna dla podtrzymania ducha. By przypomnieć wszystkim, że już wcześniej się nam udawało. Dlatego nie tylko przyjdziesz dziś do pokoju wspólnego, ale przyprowadzisz ze sobą Granger i Weasleya.
— Ale… — Teraz Harry naprawdę nie wiedział, co powiedzieć. Draco wymyślił bardzo mądrą rzecz, choć cholernie trudną do realizacji.
— Nie ma żadnego „ale". Nie spodziewaj się jednak toastów na swoją cześć. Jesteśmy w końcu Ślizgonami. Nawet jeśli nie byłoby to dla nas niebezpiecznie gryfońskie, to jawne pochwały twojej osoby żadnemu przyzwoitemu członkowi naszego domu nie przeszłyby przez gardło. Jednak każdy trochę bardziej rozgarnięty niż Vinc i Greg zorientuje się, o co chodzi.
— Tymczasem tradycja nocy duchów jest na tyle popularna, że aż bezpieczna.
— Dokładnie — ucieszył się Draco.
— Przydałoby się zaprosić również inne domy. — Harry zapalił się do pomysłu.
— Myślałem o tym, ale gorzej z wykonaniem. Dotąd Ślizgoni zawsze bawili się sami. Nie wiem, jak zareagują.
— Chyba nie gorzej niż na moją obecność? — zauważył rozbawiony Harry.
— Mówiłem ci, że do ciebie się już przyzwyczaili.
— Zatem do reszty przyzwyczają się tym bardziej. Poradzisz sobie. — Harry klepnął Ślizgona w plecy i ruszył w kierunku Wielkiej Sali.
— Ej, czy ty się nie zrobiłeś ostatnio zbyt pewny siebie? — zawołał za nim Draco.
Harry roześmiał się radośnie i odwrócił, żeby posłać przyjacielowi promienny uśmiech.
— Chyba nie mówisz poważnie? — Ron patrzył na przyjaciela z niedowierzaniem. Harry z ulgą zauważył, że zaproszenie na ślizgońską imprezę tak zszokowało Rona, że zapomniał o oburzeniu i protestach.
— Mieliśmy porozmawiać o książkach — przypomniała rzeczowo Hermiona, której najwyraźniej również nie uśmiechał się pomysł spędzenia ślizgońskiego wieczoru.
— To nie ucieknie. Pogadamy jutro. Zobaczycie, że nie będzie tak źle — odparł Harry.
— I Malfoy naprawdę nas zaprosił? — upewniła się.
— Tak. A ja uważam, że powinniśmy zabrać ze sobą jeszcze paru znajomych.
— I kto niby chciałby tam pójść? — prychnął Ron.
— O czym rozmawiacie? — Seamus i Dean podeszli do nich, zaintrygowani dyskusją.
— O imprezie Halloween. Dostaliśmy zaproszenie do lochów.
— Żartujesz? — Uśmiechnął się Seamus.
— Mówię serio. Idziecie z nami? — zaproponował Harry.
— Czy to nie lekka przesada, takie bratanie się? Może szykują na nas coś obrzydliwego? — Dean zrobił sceptyczną minę.
— Święte słowa, stary — od razu poparł go Ron. — To wygląda naprawdę podejrzanie.
— Ech, dajcie spokój! Co oni mogą? Słyszałem, ze Ślizgoni robią odjazdowe imprezy. Myślę, że warto to sprawdzić. Ja się piszę — wtrącił Seamus.
— Świetnie — ucieszył się Harry.
— Czyżbyście rozmawiali o jakiejś imprezie? — Do pokoju wspólnego weszła Ginny.
— Dyskutują, czy wybrać się do Ślizgonów na noc duchów — odpowiedziała jej Luna, którą Harry dopiero teraz zauważył. Siedziała z Nevillem przy stoliku, najwyraźniej pomagając mu w pracy domowej. Musiała też przysłuchiwać się ich rozmowie.
Ginny klasnęła w ręce.
— Ekstra!
Ron posłał jej mordercze spojrzenie.
— Mogę się dołączyć? — zapytała niezrażona.
— Nie ma mowy — oświadczył tonem nie znoszącego sprzeciwu starszego brata.
— Nie pytałam ciebie. — Ginny pokazała Ronowi język. — Harry?
Harry spojrzał na nią niepewnie. Nie chciał, żeby Ginny poszła razem z nimi, choć nie umiał tego wytłumaczyć. Miał jednak niejasne wrażenie, że wcale nie chodzi o instynkt opiekuńczy.
— Chyba nie słuchasz bredni mojego brata? — oburzyła się.
— Gin, może lepiej by było…
— Daj spokój. — Machnęła ręką. — Byłam już na niejednej ślizgońskiej imprezie.
— Że co? — wrzasnął Ron. Tym razem nawet Hermiona spojrzała na przyjaciółkę zaskoczona. Tylko Luna uśmiechała się ze zrozumieniem.
— No co tak patrzycie? Parę razy zaprosił mnie Lin Zicher.
— No pięknie — jęknął Ron i wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć.
— To chyba nie było zbyt rozsądne z twojej strony — pozwoliła sobie zauważyć Hermiona.
— Na wszelki wypadek byłam przebrana w ślizgońskiej ciuchy. Poza tym, jak widzisz, wyszłam z tego cało, Hermiono.
Harry'emu chciało się śmiać. Od jakiegoś czasu widział stosunki grofońsko—ślizgońskie w nieco innym świetle.
— Oni naprawdę potrafią się dobrze bawić — nieoczekiwanie odezwała się Luna.
— O, la, la, ty też? — zdziwił się Dean. — To ja chyba również spróbuję. Kto wie, może to ostatnia szansa?
— Świetnie — powtórzył po raz drugi w ciągu tej rozmowy Harry, tym jednak razem z nieco już wymuszonym entuzjazmem. — Zatem spotykamy się tu o dwudziestej. Każdy, kto ma ochotę, niech czuje się zaproszony.
Tak naprawdę nagle zapragnął iść na tę imprezę całkiem sam, choć nie do końca rozumiał, o co mu właściwie chodzi.
Spodziewał się chyba czegoś innego. Nie wiedział dokładnie czego. Czegoś bardziej gorszącego? Zakazanego? Mrocznego? W sumie idiotyczne, bo niby dlaczego? Tymczasem w pokoju wspólnym Ślizgonów panowała niepowtarzalna atmosfera, którą nadawało światło z niezliczonej ilości dyniowych lampionów.
— Są zielone, widzisz? — nie omieszkał zauważyć Ron. — To kompletni wariaci. Mają świra na punkcie swojego domu.
— Och, my też czasem mamy. — Uśmiechnął się Harry. Jemu się podobały.
— Są oryginalne — orzekła Luna. Z jej ust musiał to być prawdziwy komplement.
Srebrna mgiełka co jakiś czas wypływała ze specjalnych rogów, umieszczonych na ścianach na różnych wysokościach, a we wszystkich możliwych miejscach stały kryształowe wazy pełne kolorowych cukierków. Leciał popularny wśród młodzieży wizzardrock, niektórzy już tańczyli, a część osób siedziała na kanapach, żartując, śmiejąc się i popijając drinki. Ślizgońskie Halloween.
— Łał! — westchnął z podziwem Dean.
— Całkiem nieźle, nie? — poparł go Seamus. — Mówiłem, że warto spróbować. O, zobacz! Tam są Susan i Megan. Chodźmy do nich.
Chłopcy ruszyli w stronę znajomych Puchonek i Harry złapał się na zaklinaniu w myślach, by Ginny i Luna też dojrzały kogoś znajomego.
Co, u licha, we mnie wstąpiło?
— Chodź, Gin. Zobaczymy, co serwują w barku. — Jego tajemne życzenie spełniło się za sprawą Luny.
— Tylko nie waż się czegoś próbować! — zawołał za siostrą Ron, ale albo go nie usłyszała, albo, co bardziej możliwe, zignorowała, wobec czego przeniósł uwagę na swoją dziewczynę. — Nie oddalaj się ode mnie, Hermiono. I najlepiej niczego nie dotykaj.
A najlepiej nie oddychaj, pomyślał rozbawiony Harry, ledwo powstrzymując się, żeby nie parsknąć śmiechem.
— Ciekawe jakiego zaklęcia użyli do tej mgiełki — odezwała się tymczasem Hermiona, uważając najwyraźniej odpowiadanie na ostrzeżenie Rona za bezcelowe.
— Sinus nebula (1) — odpowiedział jej głos wydobywający się ze srebrnego obłoku, a po chwili wyłonił się z niego Draco. — Widzę, że wreszcie dotarliście. Napijecie się czegoś? — Uśmiechnął się zapraszająco, czyniąc honory gospodarza.
— Po moim trupie — mruknął Ron i Harry kopnął go w kostkę. Nie chciał awantury zaraz na wstępie. Dlaczego nie mógł przyjść sam? Byłoby o tyle prościej…
— Przynajmniej poczęstujcie się cukierkami. — Draco wciąż się uśmiechając, sięgnął po jedną z waz i podsunął ją im pod nos.
Ron wziął kilka, ale Harry mógł przysiąc, że przyjaciel ich nie tknie. Na pewno był przekonany, że są zatrute. Hermiona nadal analizowała magiczną mgiełkę.
— Granger, znajdziesz ją w „Zaklęciach dekoracyjnych" Emaliny Rufeer.
— Och, naprawdę? Dzięki! — ucieszyła się i spojrzała na Malfoya z entuzjazmem, ale nagle jakby o czymś sobie przypomniała i drgnęła nerwowo.
— Może chcesz jej poszukać w bibliotece? — zaproponował usłużnie Ron.
— Nie, Ron — odmówiła, ku wyraźnemu rozczarowaniu swojego chłopaka. Było naprawdę bardzo mało miejsc, które wydawały się Ronowi gorsze od biblioteki, ale pokój wspólny Ślizgonów musiał być na czele tej listy.
— No, to rozumiem — pochwalił ją Draco. — Przy okazji, w bibliotece jej nie znajdziesz, ale jeśli mi przypomnisz, chętnie ci ją pożyczę.
— Byłoby wspaniale… — zdążyła tylko odpowiedzieć, bo Ron z nagłym zapałem pociągnął ją w stronę barku. Po drodze na pewno wyjaśnił jej, że niczego od Malfoya nie przyjmie.
Draco i Harry zostali sami.
Nareszcie!, pomyślał Harry i wtedy dopiero dotarł do niego cały absurd rozgrywającej się tu przed momentem sceny. Malfoy był miły! I to miły dla jego przyjaciół! A nigdy dotąd nie zmarnował szansy, by ich znieważyć i obrazić. Nigdy nawet nie zachował się wobec nich neutralnie, tymczasem dziś… Harry zrozumiał też wreszcie, że nie dotyczy to tylko Malfoya. Ze wszystkimi Ślizgonami coś było nie tak. Odkąd tu weszli nie padło ani jedno nieprzyjemne słowo pod ich adresem. Nikt nie dziwił się ich obecnością, nie drwił, nie rzucał obelg. Wierzył, co prawda w dar przekonywania Draco, ale wszystko miało swoje granice. Jego wpływy również. Coś zdecydowanie było nie tak…
Draco wpatrywał się w niego z dziwnym uśmiechem. Harry użyłby określenia „cielęcym", ale nawet w myślach połączenie takiego słowa z Malfoyem wydawało się niestosowne.
— Draco, co się stało?
— Siedemnaście lat temu pokonałeś Voldemorta — objaśnił rzeczowo przyjaciel.
— Tak, to wiem — odparł z lekkim zniecierpliwieniem Harry. — Ale co ty im zrobiłeś? — Powiódł ręką po pomieszczeniu. — I przede wszystkim sobie?
— Coś ci się nie podoba? — Draco się nachmurzył. — Świetna impreza!
— Powiedziałbym nawet, że za świetna.
— Nie wiem, o co ci chodzi. — Draco wzruszył ramionami, po czym sięgnął do wazy. — Masz cukierka. Albo dwa. Może trzy? Tak, teraz pamiętam: na pewno trzy. Najpierw srebrny, potem zielony, a na koniec czerwony.
— Draco, co jest w tych cukierkach? — zapytał podejrzliwie Harry.
— Oszołomienie, Tolerancja i Dobra Zabawa — wyrecytował Ślizgon.
— Chyba żartujesz! Naćpaliście się? — zawołał, nie wiedząc: śmiać się czy bać.
— Tobie też radzę. — Malfoy sięgnął po jego dłoń i włożył do niej trzy cukierki. Srebrny, zielony i czerwony.
— Zupełnie ci odbiło! — prychnął Harry. Cieszył się, że Ron tego nie słyszał.
— Och, dlaczego? — zaprotestował Draco. — Świat jest piękny, wiesz?
— Może być piękny i bez tego — burknął Harry, wrzucając cukierki z powrotem do wazy. Nie do końca popierał sposób, w jaki Ślizgon to zorganizował.
— Chodź na taras. — Chłopak pociągnął go za szatę.
— Taras? — zapytał zdezorientowany Harry. — W lochach?
— Och, takie czary—mary — odpowiedział Draco.
W rzeczywistości zaprowadził go do męskiego dormitorium. Jednak jedna ze ścian była zaczarowana w ten sposób, że miało się widok na błonia i faktycznie odnosiło się wrażenie, że siedzi się na tarasie.
— Fajne, nie? — zagadnął Draco.
— Niezłe — przyznał Harry, nie bez podziwu. — Musisz mnie tego nauczyć.
— „Zaklęcia dekoracyjne" Emaliny Rufeer.
— A, tak — przytaknął Harry bez entuzjazmu. Kiedy ludzie znajdują czas na takie bzdury? Znaczy, na czytanie. — Naprawdę musiałeś się naćpać, żeby to znieść? — wrócił jednak do dręczącego go problemu.
— Harry, to tylko cukierki!
— Ja nie potrzebuję cukierków, żeby wytrzymać w twoim towarzystwie! — zauważył Harry z wyrzutem.
— Zawsze byłeś bohaterem — burknął pociesznie Draco.
— Właśnie nie o to chodzi, bo…
Draco nieoczekiwanie się roześmiał, przerywając wywód Harry'ego, po czym zbliżył się do niego i położył mu ręce na ramionach, spoglądając głęboko w oczy. Harry'emu zrobiło się dziwnie gorąco.
— Ja też ich do tego nie potrzebuję, głuptasku — powiedział.
— Nie? — zapytał Harry tonem małego dziecka, które upewnia się, że jest kochane.
— Nie — powtórzył dobitnie Draco. — Potrzebuję ich, żeby wytrzymać z nimi. — Wskazał podbródkiem drzwi, nie odrywając oczu od Harry'ego. — Z tobą, choć przyznam, że to bardzo dziwne, wytrzymuję bez tego.
— Ooch, t-to świetnie — wydukał Harry, czując się coraz bardziej dziwnie. Z ledwością przełknął ślinę.
— Zresztą właśnie przestają działać — rzekł już nieco innym głosem Draco i zdjął ręce z ramion Gryfona.
— Słychać. Wraca ci twój pretensjonalny akcent — zauważył z lekkim żalem Harry. Właściwie, skoro Draco już je zjadł, to mogły jeszcze trochę podziałać...
— Nie jest pretensjonalny, tylko wytworny — upomniał go Draco z wyższością i Harry miał już pewność, że substancje oszałamiające przestają działać. — A dla ciebie powinny być specjalne cukierki Towarzyskiej Ogłady.
— Brzmi fantastycznie, masz jakieś na zbyciu? — sarknął Harry.
— Niestety nie, ale będę musiał nad tym popracować. Może jednak coś mogłoby to zastąpić…
Draco uniósł wieko swojego kufra, gorączkowo czegoś szukając i w tym momencie drzwi do dormitorium otworzyły się gwałtownie.
— Vinc, ile razy mam mówić, żebyś pukał? — warknął Draco, nie unosząc głowy znad kufra.
Harry uznał za bardzo interesujący zwyczaj, że Crabbe musi pukać do własnego dormitorium.
— Przepraszam — od progu odezwał się tymczasem głos Hermiony. — To Ron uparł się…
Harry miał nieodparte wrażenie, że widzi na twarzy przyjaciółki ogromną ulgę, ale ogarnęło go równocześnie niejasne przeczucie, że nie ma ona nic wspólnego z tym, co podejrzewał Ron. W duchu dziękował więc Merlinowi, że przyjaciele nie wpadli chwilę wcześniej.
— Och, Granger, Weasley, jak miło. — Głos Malfoya sugerował, że jest dokładnie na odwrót. — Coś czuję, że jutro będę mieć potwornego kaca.
— Świetne zaklęcie. — Hermiona dostrzegła „efekt tarasu" i nie mogła powstrzymać się od komentarza.
— Och, to — mruknął Draco i ponownie pochylił się nad kufrem. — Trzymaj w takim razie, to „Zaklęcia dekoracyjne". — Podał książkę dziewczynie. — A teraz bądźcie łaskawi opuścić moje dormitorium.
Jednak Hermiona, by odebrać książkę, musiała zrobić kilka kroków w stronę Malfoya, bo ten oczywiście się nie kwapił, i teraz wpatrywała się jak zahipnotyzowana w kufer.
— Co jest? — burknął Ślizgon. — Nie chcesz, to nie.
— Malfoy... czy to jest dolorykator? — wydukała, wciąż wpatrując się w zawartość skrzyni.
(1) Sinus nebula — Sinus — wybaczcie, jakaś tęsknota za matematyką:) luźne skojarzenie z wykresem sinusoidy; nebula — łac. obłok, mgiełka;
