Za nami już dwadzieścia rozdziałów... Dacie wiarę? Mnie trochę ciężko w to uwierzyć... :)

Betowała wspaniała Panna Mi. Miłego czytania!


Minęły już cztery dni od wydarzeń w posiadłości Malfoyów i Harry, jako że wciąż nie doszły do niego żadne wieści o próbie ratunku, znów zaczynał odczuwać zaniepokojenie. Przecież jego wiadomość dotarła do Dumbledore'a, prawda? Gryfon nie miał tego jak potwierdzić, ale karmił się ślepą nadzieją, że osiągnął swój cel.

Powoli jednak zaczynał tracić całą nadzieję, nie tylko tę ślepą.

Życie tutaj od... ile to już minęło dni od jego uwięzienia? Z przerażeniem zdał sobie sprawę, iż w którymś momencie zupełnie i niebezpiecznie stracił rachubę czasu. W każdym razie, jakkolwiek długo tu już przebywał, jego życie ponownie popadło w rutynę.

Tom był pochłonięty pracą nad czymś, cokolwiek to tam było – prawdopodobnie dążenie do panowania nad światem – podczas gdy Harry zajmował się książkami, które starszy chłopiec dawał mu każdego poranka na kilka godzin. Ku swemu zaskoczeniu pisał nawet dla dziedzica Slytherina wypracowania – choć początkowo stanowczo się temu sprzeciwiał. Nawet jeśli został porwany, wciąż trwały przecież wakacje.

Szybko jednak przypomniał sobie, jak bardzo było tu nudno oraz jak wiele tak naprawdę musiał się jeszcze nauczyć i sobie przyswoić, jeśli pragnął dorównać Czarnemu Panu.

Musiał docenić fakt, że Riddle zawsze oddawał mu jego prace następnego ranka, poprawiwszy wszystko, co Harry zrobił źle i napisawszy kilka zaskakująco pomocnych oraz interesujących uwag związanych z poruszanym danego dnia tematem – często dość mrocznym.

Nigdy nie przepadał za uczeniem się teorii, ale Tom zdawał się być w lepszym nastroju, kiedy Gryfon dobrze się spisywał. Ponadto naprawdę nie lubił otrzymywać tego nieznośnego i rozczarowanego spojrzenia wyrażającego: „jesteś głupi".

Nie żeby potrzebował Ślizgona do określenia własnej wartości czy coś, ale, no cóż... skoro wykonywał już jakąś pracę, miło było dostać na jej temat opinię. W Hogwarcie zawsze coś go rozpraszało, tu zaś bardzo rzadko do tego dochodziło.

Nie mógł jednak powiedzieć, aby wszystko sprowadzało się tylko do nauki. Niektórymi wieczorami udawało mu się nakłonić Toma do jakiejś gry planszowej – najczęściej były to szachy – choć zdawał sobie sprawę, że nie stanowił dla Ślizgona żadnego wyzwania.

Harry zastanawiał się nad poruszeniem tematu gotowania – głównie po to, by zwyczajnie zyskać więcej kontroli nad rozkładem dnia, a także dlatego, że przez te wszystkie lata spędzone u Dursleyów całkiem polubił gotować. Ostatecznie się jednak na to nie zdecydował, ponieważ odniósł wrażenie, że byłoby to ustępstwem ich rutynie, obietnicą jakiegoś dziwnego zaangażowania się w tę sytuację i poddaniem się, a sama myśl o tym powodowała, że w jego ustach pojawiał się cierpki posmak.

Wciąż pragnął, aby ktoś go uratował i nigdy nie zmarnowałby okazji do ucieczki, ale... obecnie z Tomem wcale nie mieszkało się tak źle jak na samym początku. Oczywiście dalej i częściej niż to prawdopodobnie normalne kłócili się oraz denerwowali siebie nawzajem, lecz... co jest, do jasnej cholery? Został porwany, nic tu nie jest normalne!

Jego umysł zdawał się plątać. Naprawdę zaczynał zastanawiać się, czy nie groziło mu rozwinięcie się u niego syndromu sztokholmskiego – biorąc pod uwagę, iż nie mógł z nikim innym porozmawiać. Na dodatek uszczęśliwianie Riddle'a znacznie ułatwiało mu życie, a ten w zamian całkiem dobrze się nim opiekował.

Z całą pewnością było mu słabo, kiedy o tym myślał, ale... prawdę mówiąc, było mu tu lepiej niż u Dursleyów. Riddle też wymierzał mu kary, ale zawsze krył się za tym jakiś wytłumaczony mu przez niego powód. Zasady i granice były jasne...

I nie będzie się już dłużej nad tym rozwodził.

Absolutnie nie.

Lepiej niech Dumbledore szybko przybędzie mu z pomocą.

– Harry.

Gryfon odwrócił się. Był zaskoczony, że Tom rozglądał się za nim o takiej porze – normalnie w tym czasie ciężko pracował. Wbrew sobie napiął się lekko.

– Hmm?

– Wiesz, czym jest Zakon Feniksa?

Teraz, gapiąc się tępo, mimowolnie poczuł się głupi.

– A powinienem...? – zapytał. Tom obserwował go przez chwilę.

– Nieważne.

– Powiedz mi – nalegał Harry. – Dlaczego w ogóle myślisz, że mógłbym to wie... – Gryfon zatrzymał się i wstrzymał oddech. – To coś związanego z Jasną Stroną, prawda? – zapytał. Próbował stłumić swoje podekscytowanie, jednak od razu wyrwał się do przodu, kiedy młody Czarny Pan wyszedł z jego pokoju. – Coś się wydarzyło?

Starał się sprawiać wrażenie niewinnego.

Nagle Tom odwrócił się, przez co Harry niemal na niego wpadł. Po chwili Gryfon prawie się cofnął, gdy zobaczył wyraźne niebezpieczeństwo w jego oczach.

– Wiesz coś, Potter?

Bardzo szybko potrząsnął głową.

– Nie, przysięgam...

– A czy mówiłbyś tak również, gdybyś był pod działaniem Veritaserum, eliksiru prawdy? – niemal wymruczał Tom. Nagle gardło Harry'ego zacisnęło się, a Riddle uśmiechnął się zimno. – Uważaj, dzieciaku. Właśnie powiedziałeś mi wszystko, co chciałem wiedzieć. Czym jest Zakon Feniksa?

Gryfon poczuł, że znów może oddychać.

– Nie wiesz?

– A ty wiesz? – Tom uniósł brwi. Był sceptycznie nastawiony – prawdopodobnie dlatego, że wcześniej Harry wyglądał na zaskoczonego jego pytaniem oraz widać było, iż nie ma zielonego pojęcia, czym w ogóle jest Zakon Feniksa. Pomyślał o Fawkesie, ptaku Dumbledore'a. Wyraz twarzy Ślizgona wciąż był groźny. – Proszę bardzo, mów, Harry.

– Co zyskam w zamian?

– Nie przeklnę cię – powiedział stanowczo dziedzic Slytherina. Tym razem, choć w oczach Harry'ego pojawił się cień, Gryfon się nie ugiął.

– I tak to zrobisz, jeśli będziesz w złym nastroju. Albo przeklniesz mnie innym razem i skłamiesz, że to za coś innego – odparł, zaciskając szczękę. Oniemiały Tom przypatrywał mu się przez moment, co Harry uznał za osiągnięcie.

– Co takiego pragniesz wiedzieć?

– Chcę, abyś mówił mi, co się dzieje z moimi przyjaciółmi i z Jasną Stroną.

Tom, wyraźnie zaciekawiony, milczał przez chwilę i rozmyślał nad tym. Następnie uniósł brwi, a jego usta wykręciły się w uśmieszku.

– A czy ty będziesz mówił mi o wszystkim, co jest związane z twoimi przyjaciółmi i Jasną Stroną?

Harry zrozumiał, że stał się przedmiotem kpiny, lecz oczy Toma miały w sobie, o dziwo, również cień powagi. Zacisnął szczękę.

– To już dwa żądania. Żebym na to przystał, musiałbyś zgodzić się na coś jeszcze. Mogłoby to być, na przykład, wypuszczenie mnie stąd, żebym rzeczywiście miał jakieś pojęcie o tym, co takiego robi Jasna Strona i abym mógł dla ciebie szpiegować, Voldemorcie.

Pożałował tych słów od razu, gdy tylko wyszły z jego ust – a tym bardziej widząc nagły błysk w oczach Ślizgona. Był... złowieszczy, łagodnie mówiąc. Jednak... czy podjąłby się tego, gdyby oznaczało to wolność i zwrócenie mu jego dawnego życia? Mógłby poprosić o pomoc Dumbledore'a, grać rolę podwójnego agenta...

Wtedy Tom zaczął się śmiać.

– Może kiedy będziesz starszy, bohaterze. Nie sądzę, aby Dumbledore ufał dwunastolatkom.

– Mam już prawie trzynaście lat! – zaprotestował automatycznie Harry. I, Merlinie, co on takiego, do licha, robił?! Gdyby Tom potraktował jego propozycję poważnie, oznaczałoby to zdradę! Przez sekundę dość zatrważająco wahał się, czy aby w zamian za wolność – a przynajmniej do jakiegoś tam stopnia – naprawdę tego nie zaproponować, lecz również i to zamarło mu na ustach oraz sprawiło, że w jego żołądku zagnieździło się przerażenie. – Tak swoją drogą, to żart. Nigdy nie stanę po twojej stronie, przeciwko Światłu.

Tom wciąż jednak wyglądał na zaskakująco zadowolonego. Chwilę później wrócił do tematu:

– Czym jest Zakon Feniksa?

– Będziesz w zamian mówił mi o Jasnej Stronie i o moich przyjaciołach? – naciskał Harry, unosząc brwi. Ślizgon przypatrywał mu się przez moment, po czym uśmiechnął się ironicznie.

– Nie.

Brwi Harry'ego zmarszczyły się.

– No to ci nie powiem – rzekł uparcie, odwracając się.

– Właśnie, że mi powiesz – odparł prosto Tom. – Nie masz innego wyboru. Jesteś więźniem, pamiętasz? Nie masz tu nic do gadania.

Nagle Harry'emu ponownie zrobiło się bardzo zimno. Okropny dreszcz przeszedł niewygodnie po jego plecach, przez co miał wrażenie, jakby ktoś rozbił mu na karku surowe jajko.

– Wal się – powiedział cicho. – Wydrzyj to sobie z mojego umysłu albo coś takiego. Niczego się ode mnie nie dowiesz – warknął, potrząsając głową i śmiejąc się bez humoru. – Zresztą i tak nie mam pojęcia, czym jest ten głupi Zakon. Mam nadzieję, że ty też nigdy tego nie odkryjesz, nieznośny dupku.

– Język. – Ton starszego chłopca był irytująco spokojny i niemal rozbawiony, przez co Harry zacisnął ze złością zęby. Tak bardzo nie podobało mu się w całej tej sytuacji tak wiele rzeczy. Nawet jeśli czasami to wszystko wydawało mu się niebezpiecznie możliwe do wytrzymania albo przynajmniej znośne, przez większość czasu rujnowało go i mąciło mu w głowie.

To powinno być jednoznaczne, białe albo czarne, jasne lub mroczne, bez żadnych cieni pomiędzy.

Ale wcale takie nie było.

To było szare. Zdecydowanie zbyt szare i nie znosił tego – a już najbardziej Toma. Zachowanie Ślizgona – poza sytuacjami, kiedy ten je wyjaśniał – zadawało się nie mieć żadnego ładu ani składu, tak samo jak niuanse jego humoru. A jeśli już wyjaśniał, o co mu chodziło, wszystko znów wydawało się być oczywiste, tak bardzo białe i czarne – mimo że tak naprawdę prezentowało się zupełnie inaczej, a cała sprawa wciąż była kompletnie szara.

Zacisnął pięści i wbił paznokcie w dłonie, raniąc się przy tym.

– Nie waż się poprawiać mojego słownictwa – odburknął. – Nawet się nie waż...!

Czemu Tom nie negocjował? Wcześniej wydawał się być wobec tego taki otwarty... Teraz Harry miał wrażenie, jakby wszystkie zasady jego nowego świata zostały odwrócone do góry nogami i zmienione, choć nie wiedział, czemu...

Czy zrobił coś nie tak?

Niemal zamarł z przerażenia, kiedy zadał sobie to pytanie, jednak ono i tak przyszło mu do głowy. Cholera. Oczywiście, że nie zrobił niczego nie tak... prawda? Riddle był po prostu porywającym ludzi szaleńcem!

– Będę robił, co mi się podoba i ty mnie nie powstrzymasz – odpowiedział spokojnie Riddle. Oczy Harry'ego zmrużyły się ze wściekłością.

– Czemu taki jesteś?! – zażądał odpowiedzi. Po chwili znowu niemal znieruchomiał ze strachu. Nie mógł uwierzyć, że wymsknęło mu się to z ust. Tom wzruszył lekko ramionami, uśmiechając się złośliwie.

– A czemu nie? Moja gra, moje zasady.

I wtedy Harry zrozumiał – a przynajmniej tak mu się wydawało.

– Nie panujesz już dłużej nad tą grą. Coś się wydarzyło i nie masz na ten temat wystarczającej wiedzy. Ten Zakon, czy jak to się tam nazywa, coś zrobił – powiedział radośnie. Oczy Toma ściemniały, a w następnej sekundzie w jego dłoni znalazła się różdżka.

Harry mimowolnie i instynktownie zrobił krok do tyłu, po czym z determinacją stanął w miejscu. Przecież i tak nie miał dokąd pójść.

– Wczorajszej nocy najechano na rezydencję Malfoyów – zaczął mówić bardzo powolnym i spokojnym głosem Riddle. – Ciekawi mnie, co mogło wywołać taki nagły przypływ zainteresowania ich posiadłością. Czy ciebie również to nie intryguje, Harry?

Jego głos był zbyt delikatny i gładki, aby mógł zwiastować coś dobrego.

– Nawet bardzo – zgodził się Harry, starając się ze wszystkich sił, aby jego ton był na tyle spokojny, na ile tylko to możliwe. Zaczynał zauważać, jak wszystko zbyt szybko układało się w logiczną całość. – Będziesz musiał mi kiedyś o tym opowiedzieć. Teraz jednak zdajesz się być bardzo zajęty wyjaśnianiem tej sprawy, więc może powinienem zostawić cię samego i wrócić do tego zadanego mi przez ciebie wypracowania na temat, ee, podstaw czarnej magii?

Harry zamarł, kiedy do jego gardła przyparta została różdżka. Czy Tom miał w końcu dosyć jego oporu? Zabije go? Spotkał spojrzenie starszego chłopca i nie umiał odwrócić wzroku. Jego serce waliło jak młotem.

– Jestem ciekaw również tego, Harry – kontynuował tym samym delikatnym tonem dziedzic Slytherina – jakim cudem znalazłeś się w sali spotkań bez miotły, skoro rzekomo próbowałeś po prostu wylecieć poza bariery czy cokolwiek to tam roiło się w tej twojej nieposłusznej główce. – Ślizgon, jakby podążając za swoimi myślami, podniósł rękę i zaczął przeczesywać palcami jego włosy. Harry powstrzymał się przed przełknięciem śliny. – Mogłeś, oczywiście, zwyczajnie wybiec, ale tereny Malfoyów są bardzo rozległe, a ty nie zniknąłeś na wystarczająco długi czas, aby móc to zrobić.

– Tom...

– A to zmusza mnie do zastanowienia się, czy nie było tam kogoś, kto ci pomagał i jakie dokładnie były twoje intencje. Nurtuje mnie też, kto mógłby być tym twoim sprzymierzeńcem oraz co mógłbyś próbować z nim zrobić. Oczywiście, żyjąc z tobą już jakiś czas, można się łatwo domyślić, że wiązało się to z ucieczką oraz, w jakimś stopniu, z twoimi starymi przyjaciółmi. Z twoim starym życiem.

Głos Toma zaczynał mieć w sobie zimną i ostrą nutę, która naprawdę nie podobała się Harry'emu. Różdżka ześliznęła się z jego szyi w okolice serca, a ręka powędrowała z jego głowy na gardło i ścisnęła je lekko. Gryfon automatycznie złapał Toma za nadgarstki, próbując udrożnić swoje drogi oddechowe.

– Ale rzecz w tym, Harry – wymruczał Tom – ŻE TWOJE STARE ŻYCIE ROZPADŁO SIĘ NA PIEPRZONE KAWAŁKI. – Chłopiec omal nie wyskoczył ze skóry na ten nagły krzyk oraz przekleństwo. Mieszkał z Tomem już od jakiegoś czasu i nigdy, przenigdy nie słyszał, aby starszy chłopiec przeklinał, nawet jeśli wydawał się tracić nad sobą panowanie. – I nie wrócisz już do niego. Czy tobie naprawdę się wydaje, że byłoby to możliwe, choćbyś rzeczywiście zdołał uciec?

Prawdę powiedziawszy, nigdy się nad tym nie zastanawiał. Czy sprawy miałyby się tak samo? Mniej więcej, prawda? Szarpnął rękę Toma, nagle naprawdę przerażony zaborczością, którą biło od starszego chłopca.

Postarał się, aby jego głos pozostał spokojny, tak jakby obchodził się z przerażonym zwierzęciem albo czymś w tym stylu.

– Tom, nie mogę oddychać. Puść moje gardło, proszę.

Nie spodziewał się, że przyniesie to jakikolwiek efekt i częściowo miał rację, jednak po kilku chwilach uchwyt cudem złagodniał.

– Dziękuję – powiedział tym samym wyważonym tonem, nie spuszczając z Toma wzroku. Czuł się jak cholerny zaklinacz węży!

– Zaczynam myśleć, że powinienem wprowadzić ci w życie surowsze zasady oraz wyraźniejsze granice – zadumał się niepokojąco Tom, a Harry zbladł, słysząc ten pomysł.

– Zdajesz sobie sprawę, że im bardziej będziesz tak robił, tym bardziej ja będę się przeciw tobie buntował? – odpowiedział zgodnie z prawdą i zwilżył usta. – Jeśli pozwolisz mi zobaczyć się z moimi przyjaciółmi, wyjść stąd i tym podobne, jeśli pozwolisz mi choć pozornie mieć z powrotem moje dawne życie... to możemy dojść do jakiegoś porozumienia. I... – Wziął głęboki wdech. Pomyślałby, że żartuje, ponieważ nie mógł uwierzyć, iż naprawdę to robi. – Przestanę uciekać, skończę z tymi próbami.

Zdawało się, jakby świat stanął w miejscu.