EPILOG!


Czas upływał coraz szybciej i zanim się zorientowali stali w małej kapliczce w odświętnych strojach, czekając, aż organy zagrają im marsz weselny. Gertrude odeszła z ich życia na dobre, chociaż od czasu do czasu Janet, a co za tym idzie reszta ich paczki, nadal się z nią widywali, w końcu byli przyjaciółmi i nawet Samantha musiała to zaakceptować. Życie płynęło dalej, Daniel i Janet w końcu się zaręczyli, a w oczekiwaniu na ślub urodził im się potomek, którego nazwano na cześć dziadka doktora Jacksona. Malec był uroczy i oczywiście rozpieszczany, szczególnie przez swoich chrzestnych Sam i Jacka, którzy starali się spędzać z małym jak najwięcej czasu, oczywiście wtedy, kiedy nie byli zajęci sobą. Po ich ostatniej rozmowie sprzed kilkunastu już miesięcy, zaczęli się ze sobą spotykać, co nie było dla nikogo zaskoczeniem, nawet dla ojca Sam, co więcej emerytowany generał podobno wygrał sporą sumkę pieniędzy w zakładach Ferettiego dotyczącego jego córki oraz pułkownika. Pieniądze te tak, jak im obiecał, przeznaczył na organizację wesela.

- Tu jesteś Sam. Wszędzie cię szukałem. Gotowa?- zapytała Janet wchodząc do pokoju panny młodej z synem na rekach oraz Cassandrą za plecami.

- Uff… nigdy nie myślałam, że będę tak zdenerwowana. W końcu to Jack, znam go od bardzo dawna, kocham go. Chyba nie powinnam się stresować, prawda?

- Kochanie.- powiedziała sadzając syna na podłodze wśród zabawek, a następnie podeszła do lustra, przed którym stała Sam w prostej, śnieżnobiałej sukni. Poprawiła jej upięte w kok włosy, po czym powoli przyczepiła do nich welon.- To normalne, że się denerwujesz. Ja także się denerwowałam, kiedy wychodziłam za Daniela, to normalne. Martwimy się, że coś może pójść nie tak, ale prawda jest taka, że wszystko będzie dobrze. Ceremonia została szczegółowo zaplanowana, Jack nie wywinie żadnego numeru, obcy także nie, więc głowa do góry i przypadkiem nie rozmaż sobie makijażu. Nie mamy czasu na jego poprawę.

W tym momencie rozległo się pukanie, a chwilkę później drzwi otworzyły się, a w nich stanął generał Hammond wraz z ojcem panny młodej.

- Sammy, córeczko, wyglądasz przepięknie.

- Dziękuję tato.

- Gotowa? Jack umiera z niecierpliwości.- dodał Hammond.

Sam chwyciła dłoń ojca i dała się wyprowadzić z pokoju, wprost na korytarz. Tam zatrzymali się, dając przejść reszcie, po czym ruszyli szarym korytarzem w kierunku szarych, przesuwanych drzwi. Tam zatrzymali się ponownie. Jacob ucałował Sam w oba policzki, zanim zakrył twarz córki welonem, następnie nacisnął duży czerwony przycisk po swojej lewej stronie i drzwi się otworzyły. Mężczyzna wprowadził pannę młoda do pomieszczenia wrót, które oświetlone zostało tylko przez niebieską taflę gwiezdnych wrót oraz setki białych świec. Samantha uśmiechnęła się, gdy z głośników rozległ się dźwięk marszu weselnego, a wszyscy zgromadzeni w pomieszczeniu wstali ze swoich krzeseł. Spojrzała na twarze znajomych, kolegów z laboratorium oraz swoich przyjaciół. Każdy, kto coś dla niej znaczył był właśnie tu i teraz, obecny na najważniejszym wydarzeniu jej życia. Ostania osoba, na której zatrzymała wzrok, był jej ukochany, Jack O'Neill . Ubrany w swój odświętny mundur, w którym wyglądał tak twarzowo, a którego tak bardzo nie znosił, stał na rampie na tle tafli horyzontu wrót, uśmiechając się w jej stronę.

Wolnym krokiem Sam, prowadzona przez ojca, skierowała się w stronę narzeczonego. A kiedy się przy nim zatrzymała, Jacob odwrócił ja do siebie i odsłonił welon z jej twarzy, następnie pobłogosławił, zanim oddał jej rękę pułkownikowi i wrócił na swoje miejsce wśród gości. Jack i Samantha odwrócili się w stronę wrót, gdzie przed nimi zmaterializował się znajomy im Asgardczyk.

-Możemy zaczynać?- zapytał Thor.- Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć tych dwoje, major Carter i pułkownika O'Neilla związkiem małżeńskim. Czy ty, Samantho Carter bierzesz sobie za męża obecnego tutaj Jonathana O'Neilla, ślubując mu miłość, wierność oraz uczciwość?

- Tak.

- Czy ty, Jonathanie O'Neill bierzesz sobie za żonę obecną tutaj Samanthę Carter, ślubując jej miłość, wierność oraz uczciwość?

- Tak.- odpowiedział, po czym tak jak wcześniej Sam, podniósł złoty pierścionek ze czerwonej poduszki, która podała mu Cassie i włożył na palec oblubienicy, mówiąc- Przymnij te oto obrączkę, na znak mojej miłości i wierności.

- W świetle nadanej mi władzy przez najwyższą rade Asgardu oraz przymierze czterech ras ogłaszam was mężem i żoną.- oznajmił.

- Mogę już ją pocałować?- zapytał Jack, na co Sam tylko westchnęła, widząc jak bardzo mu się spieszy do ich pierwszego pocałunku.

Nie czekając na żadne potwierdzenie, sama przybliżyła się do małżonka i złożyła na jego ustach ognisty pocałunek. Gdy się od siebie oderwali Thor, zaraz przed swoim zniknięciem, przedstawił ich, jako majora i pułkownika O'Neill oraz złożył gratulacje w imieniu swoim oraz całej rady Asgardu. Para młoda, korzystając z zamieszania, jakie powstało wśród gości, przeszła przez gwiezdne wrota, rozpoczynając kolejną podróż w ich życiu.


KONIEC!