John był spięty przez cały wieczór, ale nic dziwnego. Rodney sam przeżył szok – najpierw związany z faktem, że Patrick Sheppard był ojcem jego Przewodnika. I to było śmieszne, bo Rodney wiedział jak John się nazywa i to nigdy jakoś nie zwróciło jego uwagi. Przewodnik był tak inny od świata bogatych i polityki jak tylko mógł. I nie cierpiał pieniędzy, więc może to powinno było jednak przyciągnąć jego uwagę.
John jednak potem promieniował czymś, co Rodney znał doskonale. Sam wściekał się na wiele rzeczy, ale ten głęboki gniew tkwił w nim od zarania dziejów. Od chwili, gdy dostrzegł w sobie zmiany i wiedział, że jako Strażnik będzie miał podcięte skrzydła. John wydawał się wstydzić tej złości, jednocześnie chyba bał się tego jak Rodney odbierze te emocje. A przecież nie było nic bardziej naturalnego niż wściekłość połączona z bezradnością. Rodney nie odczuwał satysfakcji, gdy górował nad kimś siłą, ale to samozadowolenie, które płynęło z tego, że miał rację, a inni nie – miało dokładnie ten sam smak.
John jednak był przesiąknięty dobrem do szpiku kości i słabo radził sobie z negatywnymi emocjami. Rodney zatem chwycił go mocniej za dłoń, pozwalając sobie wchłonąć to co potrafił.
- Major John Sheppard – przedstawił się Przewodnik starszemu mężczyźnie.
Ich uścisk rąk był pewny, szorstki, żołnierski.
- Oraz doktor Rodney McKay – dodał John.
- George Hammond – odparł facet, a Jeannie układała usta w słowa 'senator', więc wziął głębszy wdech, gdy podawał mu dłoń.
- Bardzo miło mi poznać – powiedział Rodney w końcu.
- Odniosłem wrażenie, że pań McKay jest dwie – zaczął niepewnie Hammond i John prychnął.
- Pierwsze imię Rodneya to Meredith, jakiś dziwny Kanadyjski zwyczaj. Gdyby był Amerykaninem jego rodzice nie skrzywdziliby go tak bardzo – zażartował Przewodnik, jakby to było całkiem naturalne.
I nawet kącik jego własnych ust drgnął, gdy dołączył do ogólnego śmiechu. John był dobry, gdy się nie martwił kręcącym się wokół ojcem. Potrafił jednocześnie powiedzieć o jego narodowości w takim sposób, że nie wyglądało to negatywnie w oczach amerykańskiego senatora, który kiedyś był wojskowym. Z opowieści Jeannie wiedział, że ci byli najtrudniejsi. Nie dość, że nie ufali obcokrajowcom to jeszcze mieli zakodowane w głowach dziwne stereotypy na temat naukowców. Byli straceni na obu polach, ale John jakimś cudem skłonił tego Georga do uśmiechu.
- Nie wszyscy mogą mieć tak nieoryginalne imię jak ty – prychnął w odpowiedzi Rodney.
- Lub tak znaczące nazwisko – podchwycił Hammond. – Widziałem jak rozmawialiście z Patrickiem, to jakiś krewny? – spytał niewinnie mężczyzna.
- To mój ojciec – przyznał John i chociaż jego głos był spokojny, Rodney czuł jak wiele kosztowało go to stwierdzenie.
Hammond nawet nie krył zaskoczenia.
- Nie wiedziałem, że Patrick wysłał jednego ze swoich synów do Air Force – odparł mężczyzna, kompletnie zszokowany.
- Nie wysłał, zaciągnąłem się, Sir – powiedział John spokojnie. – Chciałem służy krajowi najlepiej jak mogłem – dodał i w tym była taka prostota, że serce Rodneya się ścisnęło w klatce piersiowej.
Hammond obserwował go przez chwilę, a potem upił łyk lub dwa z kieliszka.
- Rozumiem, synu, że nie był zadowolony z twojego wyboru – stwierdził mężczyzna. – Chyba trudno byłoby ci służyć krajowi zza biurka wielkiej firmy – westchnął. – Jestem trochę zszokowany, bo Patrick nigdy nie ukrywał, że z wojska naszego kraju to chce ciągnąć tylko zyski – dodał Hammond.
Jeannie wydawała się zszokowana tak otwartym przedstawieniem sytuacji, więc uśmiechnął się do niej radośnie, bo John wydobywał z ludzi to co najlepsze.
- Nie wiem co powiedzieć, Sir – przyznał jego Przewodnik spokojnie i Hammond roześmiał się.
- Oczywiście, że nie wiesz – powiedział mężczyzna. – Klauzule poufności, sprawy administracyjne. Gdybym sam dalej mógł latać, byłbym w Air Force. Mam nadzieję jednak, że Jack zastępuje mnie godnie.
- Generał O'Neill jest wspaniałym dowódcą – odparł John nie tracąc nawet sekundy na zawahanie.
Rodney zamrugał.
- On nigdy nie wie o czym ja do niego mówię – jęknął, nie mogąc się powstrzymać.
- Mer – zganiła go Jeannie, niemal od razu, ale Hammond tylko uśmiechnął się szerzej.
- Jak go znam to pewnie nie wie i najpewniej po kilku minutach przestaje pana słuchać – przyznał George.
Rodney spojrzał z triumfem na Jeannie.
- A mówiłem ci – powiedział tylko, czując tylko, że Przewodnik wydaje się nareszcie rozbawiony i rozluźniony.
Może nie powinien być tak zadowolony z faktu, że przyłapał O'Neilla, ale Hammond wydawał się dobrym facetem. I pewnie dlatego stał z nim, a nie z jakąś obwieszoną klejnotami jak choinką, nowobogacką cizią, którą wyszła za swojego męża dla pieniędzy. Nie wychodził na takie przyjęcia również ze względu na to, że nadal był w kawalerskim stanie i pełno podobnych kręciło się wokół niego. Jeannie nie zawsze potrafiła odgonić je dostatecznie daleko, a on nigdy nie wiedział dlaczego się nim interesują. Jego siostra jednak najwyraźniej też nie zawsze miała rację. Myliła się choćby w stosunku do Johna. Przewodnik nienawidził pieniędzy i to było związane z jego rodziną. Potrafił jednak istnieć w tym świecie, który dla Rodneya był niedostępny. Jeszcze do niedawna nie widziałby nic zdrożnego w swoim zachowaniu, ale dzięki Johnowi wszystko teraz nabierało nowych barw. Tylko poprzez to jak Przewodnik to odbierał – wiedział gdzie naruszał granicę i jak bardzo to robił.
To było tak, jakby widział swoje odbicie w lustrze.
Hammond przeprosił ich i udał się do jakiegoś z dawno nie widzianych znajomych, a jakaś mocno wyperfumowana kobieta otarła się o niego ramieniem. Wzdrygnął się, starając jednak nie dać tego po sobie poznać.
Richarda Woolseya, który jej towarzyszył, poznałby wszędzie. To on przewodził komisji, przed którą stawał co roku, przedstawiając techniczną część swojego raportu. Jeannie zajmowała się finansami i tę stronę wydawała się ta banda biurokratów znać lepiej. Nigdy nie nadążali za nim, ale czego mógł wymagać od urzędników.
- Och, doktor McKay – zaczął Woolsey i naprawdę wydawał się zaskoczony, co powinno Rodneya urazić.
Czasem nawet on wychodził. Odkąd zaczęli spotykać się z Johnem – miał nawet pełno wolnego. I samo 'spotykanie się' nie było dobrą nazwą na to co ich łączyło. Byli partnerami, ale to wciąż nie było adekwatne do głębi więzi, którą czuł.
- Major John Sheppard, mam nadzieję, że moją siostrę pan pamięta – rzucił najbardziej uprzejmym tonem, który był w stanie z siebie wykrzesać.
I zamarł, bo kątem oka dostrzegł jak ojciec Johna rozmawia z jakimś senatorem.
- McKay najwyraźniej kupił w końcu Przewodnika i jest pod kontrolą Centrum – powiedział Patrick Sheppard.
Rodney zacisnął dłonie w pięści i starał się skupić na rytmie serca Johna. Woolsey na szczęście był zbyt zafascynowany tym co mówiła Jeannie, więc mógł ze spokojem wsłuchiwać się w to, co Sheppard miał do powiedzenia. W zasadzie mężczyzna rzucał tylko niejasnymi insynuacjami, ale jasno podkopywał jego autorytet. Co gorsza jego rozmówcy śmiali się w głos, jakby to, że nie miał Przewodnika przez tak długi czas było zabawne. Potrafił w ten sposób przeżyć, ale wyjaśnił już Jeannie czym różniła się wegetacja od faktycznego życia. John zwrócił mu radość z odczuwania wszystkiego; smaku kawy, zapachu powietrza o poranku, faktury metalu, który poddawał się jego działaniom, gdy tworzyli projekty z Radkiem. Wcześniej egzystował na pół gwizdka bojąc się, że jeśli opuści gardę, ten świat go pochłonie i uda się w ostatni zmysłowy odlot bez możliwości ratunku. Był tak blisko, gdy Grodin zażartował z cytryną, a John uratował go. I ratował go od tamtego czasu.
A teraz jego własny ojciec sugerował, że Rodney kupił Przewodnika. Jakby John był kupką mięsa na sprzedaż. I może Centrum trochę tak traktowało ludzi, ale dzięki temu trzymał się od nich jak najdalej.
- John, zatańcz ze mną – poprosił, wchodząc nieświadomie Woolseyowi w pół słowa.
Richard wyglądał na wstrząśniętego, jakby dopiero teraz do niego doszło, że Rodney jest również człowiekiem. Zmarszczka między brwiami Jeannie pogłębiła się, gdy jego siostra próbowała rozszyfrować co się dzieje. Rodney jednak potrzebował dotknąć Johna tak wielką powierzchnią ciała, jaką był w stanie publicznie. Ze słowami Patricka Shepparda z tyłu głowy, który nadal sugerował, że obaj z Johnem są inni, źli, nie normalni, wybrakowani.
- Rodney? – wyrwało się jego Przewodnikowi, ale ufnie otworzył ramiona, w które Rodney się wsunął i trochę niezgrabnie wpasowali się w rytm piosenki.
Nieliczne pary na parkiecie starały się im zrobić więcej miejsca i mógł nareszcie odetchnąć, gdy wokół niego był tylko zapach Johna. Fatalnie tańczyli. John nie miał praktyki, a on nie znał kroków, więc otworzył się, pozwalając przejął Przewodnikowi nad sobą kontrolę.
- Tylko w tańcu – wyszeptał, kiedy John poprzez nić zaczął sterować nim ostrożnie.
Przewodnik trzymał pewnie jego nadgarstek, gdy prowadził ich i obracał i Rodney po raz pierwszy mógł tak po prostu odpuścić. Jego zmysły nie wariowały, ale słyszał wyraźnie szepty, które powoli przestawały go obchodzić. Mógł się starać, ale nie był w stanie udać kogoś kim nie był. I John też nigdy nie powinien był przez to przechodzić. Nie potrafił udowodnić im, że był geniuszem, bo nie mówili tym samym językiem. Pieniądze i władza nie interesowały go, i był pewien, że John wręcz czuł do nich wstręt. Zawsze sądził, że jest skomplikowanym człowiekiem, ale Przewodnik pozwolił mu odkryć jak obaj byli prości. John chciał tylko służyć krajowi i mieć święty spokój. Rodneyowi zależało na rodzinie i nauce. Ci wokół nich nie byli w stanie tego pojąć, więc przejmowanie się ich zdaniem nie miało sensu. To było jak próba zatrzymania reakcji łańcuchowej. Plotka o tym, że kupił Johna zapewne miała być przekazywana z ust do ust. I znał te metody – wbrew pozorom. Gdy raz jednej z nauczycielek wymsknęło się, że był Strażnikiem – doszło to do uszu władz federalnych. Wbrew pozorom wiedział jakie są zasad tej gry tylko nigdy nie chciał według nich grać.
John zaczął się odprężać i Rodney po prostu wiedział, co powinien zrobić. Wyswobodził się w ramion, które go mocno oplatały i spojrzał na Przewodnika, który wyglądał doskonale w swoim mundurze. Złote naszywki tylko dodawały mu godności, a zawadiacka fryzura dowodziła jak wiele się dzieje w tej głowie. I że John ma fantazję, energię, której nikt nie jest w stanie okiełznać.
Muzyka leciała w tle i Rodney wiedział, że wszyscy się na nich patrzą. Jego dłonie zaczęły się pocić, więc odchrząknął i dalej patrząc Johnowi prosto w oczy, ukląkł na jedno kolano.
- Rodney? – spytał Przewodnik niepewnie.
- O mój Boże –wyrwało się Jeannie.
Może to nie było najlepsze miejsce, ale John wyglądał doskonale, a on sam raczej prędko nie założy kolejny raz smokingu. Nie zastanawiał się nad tym gdzie będą mieszkali, ale miał dom w mieście i kilka dni poza kompleksem na pewno wyszły by im na dobre.
- John – zaczął, czując się naprawdę dziwnie, gdy jego głos był ochrypnięty od emocji. Jego policzki płonęły z zażenowania. – John - spróbował jeszcze raz, ale odrobinę głośniej. – Nie mam dla ciebie pierścionka, nie… nie miałem tego w planach, ale… Ale kupimy coś razem. Coś z meteorytem albo z jakiegoś kosmicznego metalu, bo wiem, że gdybyś nie był pilotem, byłbym astronautą. I pewnie kiedyś zbuduję dla ciebie samolot, który będzie wynosił cię wprost z Ziemi na orbitę, bo miałeś rację i to tylko kwestia przestani, a nie techniki – odchrząknął. – Jesteś jak bozon Higgsa. Z moich obliczeń wynikało, że czegoś mi brakuje, ale zrozumiałem czego dopiero, gdy cię odnalazłem. Jesteś… jesteś jak włochaty bozon Higgsa, bo to naprawdę nienormalne, żeby twoje włosy były potargane, a nadal tak idealne. I to nie jest normalne, że jednocześnie czuję się przy tobie głupim jak nigdy i geniuszem, który może wszystko. To paradoks Shepparda i kiedyś to opublikuję albo zrobi to Kaleb, bo nie jestem mówcą i na pewno nie humanistą… - urwał i wziął głębszy wdech, bo John spoglądał na niego w czystym szoku.
- Rodney – powiedział tylko Przewodnik.
- Nie, daj mi dokończyć – dodał szybko. – Obaj byliśmy samotni tak długo, że niemal zapomniałem jak to być całym. Nie byłem cały od dnia, w którym ujawniły się te cholerne zdolności i wiem, że ty też nie czułeś się kompletny. Ciebie było za dużo. Za dużo dla wszystkich, bo wszystko na ciebie wpływało. I teraz mamy siebie i zabieram od ciebie to więcej, z którym walczyłeś. I może jestem cholerną czarną dziurą, która pochłonie cię całego. Może zabiorę cię całego, bo nawet nie wiesz jak pusty byłem bez ciebie, ale proszę cię… - urwał i wziął głębszy wdech. – Proszę cię, żebyś mi dał szansę. Więź jest tylko dla nas. Wiem, że instynktownie mnie zaakceptowałeś jako swojego Strażnika i będę cię bronił przed tym całym światem, chociaż to będzie dziwnie wyglądać, bo jesteś majorem sił powietrznych, a ja… no cóż… nie nazywacie nas czasem jajogłowymi? – spytał kwaśno i John roześmiał się, tylko potwierdzając, że to faktycznie było to.
Rodney nienawidził tego określenia. Słyszał je w ustach marines i zawsze udawał, że odnoszą się do Zelenki ze względu na kształt jego głowy.
- Uratowałeś mi życie zaledwie kilka tygodni temu – podjął Rodney spokojnie. – A ja przewróciłem twoje do góry nogami, chociaż nie miałem prawa. I nie wiem nawet jak mi wybaczyłeś, ale nie będę bardzo tego drążył – zaśmiał się. – Nie chcę ryzykować, że znowu mnie będzie pół. Albo co gorsza, że zniknę, bo wypełniasz mnie całego. Jesteś tylko ty. I może bez ciebie nie istnieję, co jest kolejnym z paradoksów, który dziwnie nachodzi na filozofię, której nie cierpię równie mocno co pozostałych nauk humanistycznych. Świat równań jest o wiele bardziej logiczny, a z moich obserwacji wynika, że powinniśmy się zsumować, aby utworzyć coś wspaniałego. I powinieneś wypełnić ten ułamek mnie oficjalnie – dodał. – John? Czy zostaniesz moim mężem? – spytał wprost.
Nie wiedział czego się spodziewał, ale Przewodnik poderwał go do góry, jakby Rodney nie był dobre kilka kilogramów od niego cięższy. I ciepłe usta spotkały się w jego własnymi w pocałunku, który był gwałtowny i płytki zarazem. I Rodney zdał sobie sprawę dlaczego nie miał języka Johna w ustach dopiero, gdy usłyszał jak kilka osób zaczyna płakać. I spojrzał na Jeannie, która wycierała rozmazane oczy.
- Dlaczego płaczesz? Przecież się zgodził – powiedział kompletnie zszokowany.
A potem zerknął na Johna.
- Zgodziłeś się, prawda? To było twoje tak? Przegapiłem twoje tak? Byłem tak skupiony na twoich oczach, że to mogło trochę… - zaczął bełkotać.
- Tak, Rodney – powiedział spokojnie John, obejmując go ramieniem.
Nie sądził, że wszyscy będą chcieli złożyć im gratulacje, ale uścisnął tak wiele dłoni, że jego ręka zaczynała boleć. Jakaś staruszka podzieliła się z nim wspomnieniem o swoich własnych zaręczynach w Paryżu i pojęcia nie miał dlaczego sądziła, że to miało jakikolwiek związek. Jeannie pociągała nosem, chociaż opanowała się na tyle, aby zamieniać z gośćmi chociaż po dwa zdania. I John milczał po raz pierwszy odkąd się znali kompletnie zszokowany. Przewodnik nie potrafił dojść do ładu ze swoimi emocjami i to było coś, co jednocześnie martwiło Rodneya jak i cieszyło. Nie czuł negatywnych emocji, ale czysty dynamiczny chaos, który przeważnie dzielili, którego szum był tak gęsty, że wywarzał ułudę spokoju. Coś, co znał doskonale.
John nie puścił jego ręki nawet na chwilę, jakby to Rodney teraz był jego ostoją i miał nadzieję, że będą tak egzystować.
O'Neill w końcu się do nich dopchał i nawet wtulił w siebie Rodneya, czego ten się nie spodziewał. Generał musiał postradać zmysły.
- Miło było pana poznać – powiedział Rodney. – Przeniesiemy się do Kanady wraz z siostrą… - zaczął, bo to był plan B, który mieli z Jeannie zanim jeszcze przyszli na to przyjęcie.
O'Neill uniósł brew, jakby nie do końca wiedział o czym Rodney mówił.
- Zabierasz siostrę na miesiąc miodowy? – spytał generał i jego brwi powędrowały naprawdę wysoko.
- Nie bądź idiotą – zganił go Rodney i skrzywił się na samą myśl.
Jeannie zaśmiała się krótko.
- Mer, zawsze wiedziałam, że są w tobie pokłady spontaniczności… - zaczęła i urwała zanosząc się łkaniem.
- On nie ma pojęcia jakie wrażenie zrobił na zebranych – powiedział w końcu John.
- Dlaczego wszyscy płaczą? – spytał zirytowany. – Przecież się zgodził, prawda? – prychnął.
Śmiech O'Neilla wcale mu się nie spodobał.
John w limuzynie zachowywał się nadal dziwnie cicho i Rodney pocałował go w policzek, nie wiedząc za bardzo co zrobić.
- Jesteś wściekły? – spytał, chociaż poprzez nić nie czuł nic podobnego.
- Nie, zwariowałeś? – prychnął Przewodnik. – Po prostu nigdy nie sądziłem, że…
- Że co? – spytał ciekawie Rodney.
John westchnął.
- Sądziłem, że ty się wściekniesz, że nie przedstawiłem cię mojemu ojcu – przyznał w końcu Przewodnik.
- Chciałeś mnie chronić – odparł Rodney i wzruszył ramionami.
John jednak się nie uśmiechnął.
- Powiedziałeś, że jesteś pusty beze mnie, ale Rodney, to nie działa w ten sposób. To ty wypełniasz nas obu – powiedział z pewnością w głosie Przewodnik.
I z pewną nutką wstydu, której Rodney nie pojmował.
- Mitchell cały czas powtarza, że nie widział Przewodnika takiego jak ja. Ta cholerna psycholog spytała jakim cudem przeżyłem w Afganistanie – ciągnął John. – I prawda jest taka, że nie przeżyłem. Jesteśmy tak skonstruowani, aby czuć emocje wszystkie, nawet te, które pojawiają się tuż przed śmiercią. I umierałem z tymi ludźmi, również tymi, których zabijałem sam, a wiesz dlaczego? – spytał i najwyraźniej było to całkiem retoryczne. – Bo w cywilu czekało mnie coś gorszego.
- Twój ojciec – odgadł Rodney bez problemu.
John skinął głową.
- Wiesz, że Centrum chce wiedzieć jak przeżyłem? Chcą więcej ludzi takich jak ja – podjął Przewodnik zduszonym tonem. – Wiesz jak się ich tworzy? Odsuwasz Przewodnika od jego matki, od jego rodziny, a gdy pozostaje mu umrzeć albo chwytać się życia instynktownie… czekasz co wybierze. A ja chciałem żyć, więc musiałem oddać wszystko to czym jestem, żeby się kurczowo trzymać istnienia. I już na wojnę pojechałem pusty. Nie było we mnie nic, co można było zniszczyć, bo oddałem wszystko, żeby żyć i nie wiedzieli, że jestem Przewodnikiem dopóki mój pierwszy dowódca nie zorientował się, że coś jest nie tak. Wtedy jednak byłem już najlepszym pilotem jakiego mieli i nie mogli ze mnie zrezygnować. Kazali mi przesiąść się na helikoptery, bo to oznaczało mniej śmierci wokół mnie i wtedy pojawił się Afganistan. I pamiętasz jak mówiłem, że nie mam nic do stracenia? – spytał John głosem pełnym napięcia. – Okazało się, że są jeszcze ludzie w mojej jednostce. I kiedy i oni umarli, a ja czułem jak bali się i czekali na pomoc, która nie dotarła na czas, coś znowu we mnie zniknęło. I znowu byłem pusty. Ja jestem pusty, Rodney – poinformował go, patrząc mu po raz pierwszy prosto w oczy.
I Rodney zadrżał, bo był tam stary dobry strach, który już raz pomylił z lękiem przed wojną. Coś, co na głowę biło cholerne cytryny, a jednak John pilnował, aby Rodney nie wszedł w kontakt z żadną. Ścisnął mocniej dłoń Przewodnika, uśmiechając się szeroko, gdy nić zapulsowała w jego umyśle. Była piękna, gdy patrzył na nią po raz pierwszy. Była piękna i teraz.
- Nie jesteś pusty, masz mnie – poinformował go spokojnie. – I wiesz czego żałuję, John? Powinienem był ci się oświadczyć już wtedy w garażu szpitala w obecności Ronona i Teyli.
John prychnął rozbawiony, chociaż wciąż odbijało się w nich echo goryczy.
- Nie wiedziałeś nawet jak wyglądam – odparł Przewodnik.
- Wiedziałem, że jesteś włochatą truskawką i to nadal wystarcza mi w zupełności – stwierdził wzruszając ramionami. – Poza tym 49169.
- Pierwsza – odparł John.
- No właśnie. Jesteśmy liczbami pierwszymi. Dzielimy się tylko przez siebie – stwierdził Rodney. – I mnie to wystarcza - dodał całując Johna w usta.
