Za srebrny mur,

Księżyca Gór,

w Dolinę Cieniów Bladą,

goń, śmiało goń

a znajdziesz Eldorado!.

.

.

Ciemność się nie błyszczy.

To jedna z tych podstawowych zasad, za których złamanie grozi najgorsza z kar, o ile nieszczęśnik, który odważył się naruszyć powszechny ład, nie został już osądzony przez swoją ofiarę. Ciemność to w końcu odwrócenie światła i wszystko, co ma za zadanie robić przez całą wieczność, to bycie negatywem jasności. Szczególnie jeśli chodzi o błyszczenie.

Mimo tego ludzie uzupełnili luki w prawie bez skazy i pododawali swoje własne zażalenia prawne jako działająca prawidłowo instytucja społeczna. I w ten sposób ciemność żałobna błyszczy się marmurowym połyskiem na grobie zmarłego.

Raven ze swojego miejsca widziała kolejne rzędy grobów, pordzewiałe krzyże z metalu i wilgotny wiatr owiewający marmurowe posągi były jej jedynymi towarzyszami. I kruki. Ich pojedyncze krakania niknęły gdzieś w wysokich drzewach, miedzy długimi, szponiastymi gałązkami, które bezlitosna jesień ogołociła z każdej liścianej ozdoby. Pozostały czarne szkielety, z krukami na ich grzbietach.

Tej nocy, kolejnej z rzędu niekończących się nieprzespanych nocy, poruszyła w końcu przemarznięte ciało spod ciemnej latarni. Jeszcze nie wybiła północ, a jeśli się pośpieszy, zdąży udać się na ten cmentarz, którego onieśmielała swoim zimnym spojrzenie, w celu wyeliminowania ewentualnego zagrożenia, aby kucnąć przy ciałach tych, w których rozkładających się mięśniach pełnych robaków i zgnilizny ukryły się resztki nieodeszłych dusz. A wtedy rozpocząć rozmowę, a raczej zacząć słuchać, co też przodkowie tych ziem mają jej ciekawego do powiedzenia. Niektóre z nich po prostu prosiły, aby o nich nie zapomniano; gdy kiwała na zgodę, ulatywały z ziemskiego padołu. Inne wydawały się uwięzione w ścianach trumny i żadne nawoływania, nawet demona, nie mogły wyrwać ich z opętańczego szoku i paniki. Reszta mówiła, mówiła tak szaleńczo, że niekiedy nie można było rozpoznać słów płynących spod ziemi, a cała ich postać dygotała nienawiścią lub pasją.

A niektóre z nich rozmawiały.

I podczas tych krótkich i niezrozumiałych rozmów Raven uświadamiała sobie wciąż i wciąż na nowo, jak nisko upadła, rozpoczynając swoje nowe życie powracaniem do dawnych poprzednich.

.

Wieża Tytanów, z której rozciągał się widok na cały ocean i miasto, stanęła w końcu definitywnie na niewielkiej wyspie, całkowicie zreperowana po ostatnim najeździe ze strony wrogich im przestępców. Kto by się spodziewał, żeby starzy wrogowie powrócili z nową bronią? Niełatwo przewidzieć ruchy szaleńców, szczególnie jeśli mają upodobanie w Wielkiej Brytanii oraz łączą siły z równymi sobie wariatami, ostrzeliwując Wieżę z działek armatnich ze skradzionego galeonu, pływającego po zatoce. Bardziej kpiarskość i niedowierzanie sprawiło im więcej trudności w odesłaniu zbirów do więzienia niż ich rzeczywiste zagrożenie, jednak szkody wyrządzone przez ciężkie kule naraz zmyły im z twarzy szydercze uśmieszki. Te kilka szyb, które przetrwały najazd, można było policzyć na palcach obu rąk, a wnętrze ich domu przypominał obszar, po którym hulał cyklon. Trudy całodziennej pracy musiały zostać nagrodzone. Zwieńczeniem ich wspólnych wysiłków były cztery skrzynki chipsów, hektolitry coli, filmy oglądane do późna w nocy i niekończące się gry oraz zabawy. I choć ta decyzja mogła ich potem słono kosztować, przywódca Młodych Tytanów pękał z dumy, gdy widział swoich przyjaciół, leniwie wylegujących się na sofie i opowiadających sobie żarciki. Czuł, że choć sprawuje pieczę nad ich bezpieczeństwem i do niego należy ostatnie słowo w każdej sprawie, może im bez lęku zaufać jak nikomu innemu w tym mieście. W tym świecie.

Noc zapowiadała się lodowata. Wielkimi krokami zbliżał się listopad, a temperatura na termometrze z każdym kolejnym dniem pobijała nowe rekordy zimna, sprawiając, że tylko Gwiazda, druga żeńska przedstawicielka tej grupy, nie czuła potrzeby zaopatrywania się w kolejne pary grubej bielizny i ciepłych spodni. Robin poczuł dreszcze, gdy przyglądał się jej wygibasom z Cyborgiem (nawiasem mówiąc, Gwiazdeczka miała łaskotki, a ich czarny przyjaciel bezczelnie to wykorzystywał), ale nie miały one nic wspólnego z trwogą o jej skąpe ubrania w tak zimne dni.

Już bite cztery lata spali w czwórkę pod jednym dachem, związani więzami przyjaźni i braterstwa. I mimo, że taki czas nie mógł równać się z prawdziwymi próbami, jakie już wkrótce zapewne ich napotkają, Robin widział świat w jasnych barwach: nie chodziło tylko o jego własne zdanie podszywane marzeniami i fantazją, ale o niezniszczalny całokształt, który tworzyli razem. Wspólnie. Ich treningi stawały się coraz bardziej zgrane, rozumieli się podczas walk jak żaden człowiek nie mógłby rozumieć się z drugim człowiekiem w czasie niebezpieczeństwa. Ale najważniejsza rzecz, z której Robin był wszelako dumny, uściślała się w jednym słowie: wiara. Ich wspólna wiara, że będzie dobrze, że dadzą radę, że kiedyś zły czas przeminie i nastaną słoneczne dni nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, gdy cały świat załamywał ręce.

Bestia jadł w nienawykłym dlań skupieniu swoją tofu-zupę, uśmiechając się półgębkiem na słowa protestu Gwiazdeczki, uciekającej przed Cyborgiem. Od jakiegoś czasu Robin widział w jego zachowaniu pewną zmianę, szczególnie gdy zielony chłopak przebywał sam na sam ze swoimi myślami, tak jak teraz odsunięty od głównych reflektorów na scenie. W towarzystwie wiele się nie zmienił. No, może prócz większego respektowania humorów Raven, co im wszystkim wyszło tylko na dobre, lecz gdy przestawał błaznować wszędzie w około i jego gęba przestawała wyrzucać marnej jakości dowcipy jak taśma towarowa chińskiego zakładu produkcyjnego, jego uszy oklapnęły, a gestykulacja ciała stawała się mniej drastyczna i przesycona histeryczną energią. Zawsze wtedy Robin starał się wypatrywać jakiegoś osobliwego znaku, który naprowadziłby go na powód do takiego stanu rzeczy, z każdym krokiem też był na dobrej drodze do odkrycia tej tajemnicy. Miał swoje hipotezy, lecz wolał nie płoszyć nimi już na starcie przyjaciela — bądź co bądź Bestia jako najmłodszy Tytan najmniej z ich wszystkich był pewien swoich uczuć i postępowania. Jako jego przywódca musiał respektować każdy aspekt tej sprawy, patrzeć na wszystko subiektywnie jako przyjaciel, lecz w większym stopniu obiektywnie oceniać jako lider.

Bestia w tym właśnie momencie spojrzał znad talerza w jego stronę i Robin posłał mu lekki, pokrzepiający uśmiech. Tamten zaraz odpowiedział trzykrotnie szerszym i ruszył się z miejsca do Robina. Chłopak w masce poczuł się nieswojo, bo czuł, że luzacki sposób bycia Bestii ma za zadanie kamuflować pewne sprawy. Najmłodszy Tytan obrał tę samą taktykę przetrwania, jaką miała Raven od zawsze, różnica polegała na tym, że w miejscu niedostępności i chłodu nocy u Azarathy Bestia wciskał śmiech i beztroskę. Dwa tak różne światy, a jednocześnie mające to samo źródło: kłamstwo.

O ile jednak Robin wiedział, że półdemon ma powody i nieskończone zasoby samodyscypliny, aby utrzymać ten stan rzeczy jak długo tylko zapragnie, o tyle obawiał się, że zbliżający się do niego zmiennokształtny może nie wytrzymać ciągłego udawania i w pewnym momencie wybuchnie, krzywdząc głównie siebie. Zmęczone oczy były świadectwem wyrzeczeń, które wymuszał taki tryb życia.

A to dopiero początek, pomyślał Robin, gdy Bestia stanął tuż przy nim.

— Obiła ci się o oczy Raven może? — walnął prosto z mostu, rozglądając się, jak gdyby obiekt jego zainteresowania miał wyskoczyć nagle spod szafki. Co nie byłoby nawet takie dziwne, jeśli wziąć pod uwagę zdolność Raven do pojawiania się niezauważalnie i bezszelestnie w każdym zakątku Wieży.

— Raven ma niesamowitą zdolność nie rzucania się w oczy — powiedział na głos, a Bestia uśmiechnął się.

— W tłumie złożonym z czterech ludzi? Ludzie, ona powinna dostać Nobla.

— Pytacie o Raven? — zawołała z tyłu Gwiazdka, która w końcu pozbyła się Cyborga, owijając go kablem od jego ulubionej konsoli do gier, przez co bał się ruszyć, by niczego nie popsuć. — Nasza przyjaciółka wspominała coś o świętym spokoju i błogosławionej samotności, i coś jeszcze, czego nie zrozumiałam, jakieś primadonny ze spalonego teatru… albo coś…

Robin i Bestia wymienili szybkie spojrzenia. Wcześniej w czasie ucztowania puściły im hamulce i dali popis swoich marnych zdolności wokalnych, ściągając na siebie tym samym nie tylko gniew Raven, ale i najprawdopodobniej całego miasta.

— Pewnie jest w jednej ze swojej och-mrok-i-ciemności-przerażają-śmiertelników-ale-nie-mnie knajpce — zasugerował Cyborg, powoli rozplątując się z kabli. Robin podszedł do niego i pomógł w potrzebie, jednocześnie pytając się przez ramię:

— A co, Bestio? Jeśli jest jakiś szczególny powód, możesz zawsze skontaktować się z nią przez komunikator…

— Raven nie wzięła komunikatora — wpadł mu w słowo półrobot, nim ten zdążył jeszcze dokończyć ostatnie słowo. — Ostatnio w ogóle się nie przejmuje.

— Potrzebuje prywatności — bronił Robin.

— Oddala się od nas.

Zawsze taka była. Nie oznacza to, że się nami nie przejmuje.

— Nie zawsze. Pamiętam, że była inna, zanim Slade się nie wtrącił. — Cyborg jakby dopiero po chwili zrozumiał, co powiedział, bo zamilkł. A potem dodał: — Ty też byłeś inny. Ale w innym sensie, lepszym.

Podczas gdy lider ciągnął tą spokojną wymianę zdań, naszpikowaną ukrywaną złością i pretensjami, Gwiazdeczka położyła rękę na barku zielonoskórego.

— Może poszukamy jej razem?

— Nie, to nieważne. I tak ma ważniejsze rzeczy do roboty niż…

— Nie ma ważniejszych rzeczy niż własna rodzina — odparła Gwiazdka z tym samym szczerym wyrazem twarzy. — Na naszej planecie mówi się, że jeżeli ktoś przestaje troszczyć się o chociażby jednego członka rodziny, to tak jakby umarło w nim całe dobro. Dlatego zawsze w głębi duszy kocham moją siostrę, choć zrobiła wiele złego.

— No dobra, ale przecież Raven od zawsze nienawidziła swojego ojca, nie?

— Och — wyjąkała tylko kosmitka. Nie pomyślała o takiej możliwości. — Może… może to działa tylko na naszej planecie…? — spytała po chwili, lekko zagubiona. Bestia wzruszył ramionami. — Poza tym, tak tylko się mówi — dodała, ale Bestia już opuszczał pokój.

Raven. Im bardziej ją poznawali i im dłużej z nią żyli, tym mniej ją znali i tym bardziej nie wiedzieli, czego się po niej spodziewać. Przeczuwali, że prowadzi z nimi jakaś grę, których zasad się nie domyślali, a każda próba zmierzenia się z nią na jej polu walki i jej bronią musiała skończyć się porażką.

Jej metamorfoza nie miała nic wspólnego z żadnym przykładem przemiany, jakie do tej pory widzieli.

Było to brutalne i rozdzierające ją od środka tak bardzo, że oni sami czuliby jej ból, gdyby nie to, że całe to szaleństwo rozciągnięte było w zbyt długim czasie, by mogli usłyszeć jej wrzask.

Ponoć najgorszy jest pierwszy raz, pierwszy krzyk, który świadczy o utraconej na zawsze niewinności, który przerywa dosadną ciszę jak rozżarzone do białości żelazo, jak podryw wiatru, który płoszy z okolic wszystkie ptaki, trzepiące skrzydłami, wirujące w chaosie.

Potem przez długi czas cisza dzierży władzę nad każdą materią. I ona daje złudne wrażenie spokoju, cichego spokoju, bez jazgotu rzeczywistości.

Być może dlatego Młodzi Tytani wciąż jeszcze istnieli w tym świecie. Być może to dzięki swojej własnej ślepocie przetrzymywali wciąż przy życiu czysty rodowód nieskażonych złem bohaterów, czystą linię życia dobra.

.

Kim jestem?

Jej wyrocznia nie odpowiedziała, przeklęta na wieczność błogosławieństwem milczenia.

W swoich oczach próbowała jednak spisać całą potrzebną wiedzę, by ta odpowiedź wyszła zza cienką taflę klatki, za którą żyła. Jej oczy były piękne — niepokojące, ale wciąż przyciągały do siebie wzrok jak magnez lub pokusa nie do zwalczenia. Miały szlachetny kształt i barwę, która poruszała do głębi, jakby wyrwane jakiejś odległej galaktyce, jakby uplecione dawno, dawno temu, nim ludzie jeszcze ujarzmili dla siebie ogień. Oczy wieczności. To wszystko sprowadzało się do tego, by dokonać niemożliwego i rozszyfrować zawiłą zagadkę uczuć, które kłębiły się w zwierciadłach duszy.

Tam, w głębi odległych światów, Raven z niemałym zdumieniem dostrzec mogła nie samą czerń ani pustkę po upływie życia bez uczuć, lecz strzępy wspomnień poszukujących wyjścia na zewnątrz. Czuła, jak rozszerzają się jej źrenice i natychmiast te drugie oczy uczyniły to samo.

Była gdzieś tam, w zakamarkach niepamięci, w archiwach wspomnień i antykwariatach myśli, małą dziewczynką w białym płaszczu, która biegła przez wysoką trawę w bliżej nieokreślonym celu, cechującym tylko te najbardziej abstrakcyjne formy dziecięcej naiwności, mogące pojawić się jedynie u najmłodszych dzieci. Wraz z upływającymi latami radość milkła, kłębiła się i zamierała w sobie, i był to odwrócony pokaz początku wszechświata: wszystko kurczy się do niewidocznego, niezagrażającego punktu. Raven z każdą chwilą przybliżała się do tych wspomnień.

Ta sama mała dziewczynka, która nie skosztowała owocu poznania dobra i zła, tkwiła teraz w całkowitej ciemności, zapadając w oczekiwany cały dzień sen. Czuła ekscytację, jeszcze wtedy wolno jej było czuć, poprzedzającą nagły spokój i pewność, że jest w odpowiednim miejscu o właściwym czasie, gdy zjawiał się On.

On z początku zdawał się być bezimiennym cieniem na jej snach, jednym z tych cieni, które dają schronienie przed żarem upalnego słońca w najgorętsze lato. I Raven nigdy nie poznała jego imienia, nawet gdy cień przeistaczał się co noc w coraz wyraźniejsze kłęby czarnego dymu, ani gdy pomiędzy dziecięcymi fantazjami niejawy zaczął płynąć głos, a gdy przemawiał, to zalewał wszystko jak ocean niezmierzonej siły. Raven nazwała go On. Jak Orion, jak modlitewne Om, jak wydźwięk imienia jakiegoś boga. On śmiał się często z jej porównań, bo widział wszystkie jej myśli, śmiał się swoim cichym, przerażającym śmiechem, który nie pamiętał radości.

I choć Raven nie wiedziała nic o tajemniczej obecności, czuła się związana z nią jakimiś sznurkami, które z kilku miejsc na jej ciele posyłały wibrowanie na dowód, że istnieją i odżywają w tej obecności, choć wcale ich nie widać. Najbardziej dawał się we znaki jej rubinowy kamyk na czole. Raven często powtarzała, że są to najszczęśliwsze chwile jej życia, choć nie mogła wyczuć swojego języka, tańczącego w takt tych słów.

Wtem, pewnej niepoliczalnej nocy w Raven śnie, On zapytał się jej, czy chce znaleźć się bliżej niego. Kiwnęła głową, nie rozumiejąc nic z jego mowy. Bez słowa ostrzeżenia jej świat został zdominowany przez jego czerń, a wszędzie wokół niej wystrzeliły w nieistniejące niebo ogromne place zakończone zakrzywionymi szponami. Ręka, na której nagle się znalazła, wydawała się tak wielka jak cała kraina jej wyobraźni. Stało się jasne, że mógł to zrobić w każdej chwili każdej poprzedniej nocy, że nie był jakimś cieniem ani kłębem dymu. I nie miał na imię On.

Pierwszy i ostatni raz w życiu w Jego obecności Raven poczuła strach. Nawet wtedy, gdy los ich rozdzielił, gdy po dekadach stali się swoimi najbardziej zajadłymi antagonistami, Raven nigdy nie czuła strachu, stojąc z Nim twarzą w twarz. Był spokój i pewność, jak za najmłodszych jej lat, była wściekłość i był żal, i każda inna zakazana emocja, ale już nigdy więcej strach. Łzy trwogi kapały jej wtedy z policzków na czerwoną skórę Jego dłoni, gdy uniosła głowę i zobaczyła w ciemności dwie pary krwistoczerwonych ślepiów, które były jasne jak szkarłatne gwiazdy w ciemnościach.

Kim jesteś?, zadała wtedy to pytanie po raz pierwszy, a On zmrużył tylko swoje oczy i nakierował jej myśli na odpowiedniejszy tor:

Kim jestem?, zostało zdane w jej głowie pytanie ręką Ojca. Zadrżała, czując, że nie ma nad sobą żadnej kontroli. Gdy zobaczyła, jak jego dłoń zamyka się powoli, bez protestu, powoli położyła się płasko, przyglądając się oczom swojego Ojca już bez żadnego strachu, który został utopiony w ciemności. Była mała i filigranowa jak piórko przy jego postaci. Jedyna biała plamka we wściekłości czerwieni i mroku czerni. Gdy pięść się zacisnęła, Raven zamknęła oczy. A gdy je otworzyła, sen się skończył, była z powrotem na Azarath.

Od tamtego czasu, od czasu kiedy własnowolnie pozwoliła Trygonowi zamieszkać w jej myślach, jego obecność tylko przybierała na sile, choć nigdy nie zaatakowała. Nawet gdy przyszła godzina wypełnienia przeznaczenia, jej Ojciec wybrał rozmowę, choć mógłby przejąć władzę w jej ciele i pokierować je do Świątyni. Wybrał jednak rozmowę, wybrał przypomnienie jej o tym, kim jest i co ich kiedyś połączyło — ona sama.

Pokręciła do siebie przecząco głową. To wszystko było jej błędem, jej najgorszym błędem w życiu i nie istniały słowa w żadnym języku wszechświata, zdolne wyrazić rzeczy straszne i przerażające, które były ceną tej jednej, głupiej decyzji. Jeśli rzeczywiście był w niej prawdziwy człowiek, esencja cnót i dobra, musiał umrzeć w czasie trwania tych… tych rzeczy. Zadrżała i odwróciła się, nie znalazłszy szukanej odpowiedzi. Wyszła na ulicę z opuszczonej biblioteki, przeszła kilka pustych ulic i po pewnym czasie wtopiła się w rzekę ludzi, zmierzającą po swoje przeznaczenie. W przydrożnym sklepiku kupiła coś do jedzenia, głód po raz pierwszy od miesiąca dawał się jej we znaki. Zastanawiała się już wcześniej, czy permanentny brak chęci jedzenia to tylko część demonicznego dorastania, czy podświadome pragnienie zagłodzenia siebie na śmierć.

Demoniczne dorastanie, prychnęła do siebie w myślach. Demoniczny stres przedmiesiączkowy mogę zrozumieć, lecz demony nie dorastają. One się nie rodzą… one po prostu są, od zawsze.

Istniała w końcu możliwość, że to, co teraz przeżywała, wiązało się z jakąś mutacją jej ciała. Może gniło od środka? Może rozpadało się na części, gdyż Trygon przewidział żywot tej materii tylko do czasu spełnienia proroctwa? To brzmi logicznie, pomyślała z większym sarkazmem niż uprzednio, popijając ohydną kawą obrzydliwe pączki. Jej język był jednak równie przytępiały jak cała reszta jej zmysłów.

W pewny momencie, gdy już chciała iść stąd daleko, miała wrażenie, że powietrze wokół niej oziębia się. Infantylna aura tego miejsca zagęszczała się wokół niej, a beztroska atmosfera pękła jak bańka mydlana. Zamknęła oczy, starając się skupić na tym uczuciu, które zdawało się być coraz bliżej…

— To będzie siedem dwadzieścia — wyrwał ją z zamyślenia głos. Otworzyła oczy, nigdy w życiu nie słysząc tak piorunującej barwy ludzkiej mowy. Zerknęła w górę i zobaczyła krótko ściętego bruneta o bladej cerze, który trzymał przed sobą kartkę z rachunkiem i widocznie unikał z nią kontaktu wzrokowego.

Kim jesteś?, popłynęło jeszcze w oddali jej ostatnie pytanie. Kelner jakby poruszył się niespokojnie pod wrażeniem jej zimnych oczu, ale trwał mężnie przy stanowisku. Kiwnęła głową i zostawiła oczekiwane pieniądze wraz z napiwkiem, dając spokój młodemu człowiekowi jak i całej kawiarence. Mżawka zaczęła męczyć całe miasto kropelkami delikatnymi jak para wodna, oplatająca wszystko nuta wilgoci.

Idąc wzdłuż pasażu handlowego Jump City, uświadomiła sobie, że skądś kojarzy twarz tamtego człowieka. Po chwili szperania w pamięci przypomniała sobie umalowanego Gota, którego spotkała na swojej pierwszej i ostatniej dyskotece w życiu, na którą wyciągnęła Tytanów Kometa, siostra Gwiazdeczki. Oboje zaszyli się między drewnianymi skrzyniami i wymienili kilka bezsensownych uwag o śmierci. Czasem odnosiła wrażenie, że jego czarne włosy migają jej czasem w tłumie przechodniów lub w personelu zakładu fryzjerskiego, do którego nigdy się nie udała. Tak jak teraz.

Wyrzuciła to jednak z głowy, gdy stanęła przed lśniącą wypolerowanym drewnem księgarnią. Gwiazdeczka niedawno prosiła ją o jakąś ładną książkę do poczytania i jako, że traktaty wojenne i eseje filozoficzne, do których czuła pociąg Raven, nie leżały zbytnio w naturze Tamaranki, Azaratha obiecała, że nabędzie coś dla księżniczki. Dzwoneczek cicho obwieścił jej wejście do zaciemnionej krainy książek, czekających na właściciela. Zza lady poruszyło się coś, co odziane było w wykrochmalony surdut i nieciekawie pachniało octem, który zapach ten zmącił nawet przyjemną, choć ostrą woń nowych książek. Raven pokręciła się przy dziale magii — na idiotyczność niektórych z tych książek nie starczyło przekleństw w języku, w którym zostały napisane — a potem zagłębiła się w literaturę piękną. Dla słodkiej naiwności, która brała udział w wojnach jako małe dziecko i dalej nie widzi zła na świecie, myślała do siebie, kartkując dziełko jakiegoś jednosezonowego autora. Lepiej, by nie była to dla niej dedykacja. Wystrzegała się przed przekroczeniem progu książek dla młodzieży. Chciała ocalić już i tak przesłodzoną Gwiazdkę przed wątpliwymi wartościami wychowawczo-edukacyjnymi, które odpowiadają potrzebom i gustom nafaszerowanej głupotami młodzieży. Nie tylko biciem można skrzywdzić własne dziecko, dodał w jej głowie sarkastyczny głos i Raven bez oporu się z nim zgodziła. W końcu wybrała kilka znanych sobie tytułów i podeszła do kasy, czekając cierpliwie na zjawienie się staruszka, który poszedł za potrzebą do toalety publicznej. Podczas tej krótkiej przerwy zauważyła, że przez otwarte tylne drzwi śledzą ją oczy, w których błyszczał się odblask lamp. Odwróciła głowę w tamtą stronę, a osobnik wyprostował się, przyłapany, i wyszedł z cienia.

— Płaci pani kartą czy gotówką? — spytał ciemnowłosy Got swoim melodyjnym głosem, wciąż ubrany na modłę kelnera. Nigdy nie był ani kelnerem, ani sprzedawcą książek. Raven nie dała po sobie niczego poznać, odpowiadając, że gotówką.

— To dobry wybór — odpowiedział jakby nigdy nic. — Książka jest rzeczą jak najbardziej realną i powinna być zakupiona przez jak najbardziej realne pieniądze. — Tym razem natarczywie patrzył jej się w oczy. — Również te książki są bardzo dobrym wyborem. Gratuluję — wyszeptał.

Zmrużyła oczy.

— Nie pracujesz tu ani nigdzie indziej.

— Nie. Ale oddaję nie moje pieniądze ludziom, do których należą.

— Choć sam z ludźmi masz niewiele wspólnego — odparła i wyszła, zamaszystym gestem zarzucając połami płaszcza, nim odpowiedź nadeszła.

Nie potrzebowała dodatkowego potwierdzenia. Wróciła myślami do tych wszystkich minionych wydarzeń, które kręciły się wokół Slade'a, przypomniała sobie śmierć Zgniłka i poprzedzające ją uczucie bycia blisko innego piekielnego potwora. Ten sam piekielny potwór obsłużył ją dziś dwa razy i żaden ksiądz nie ochrzcił go jeszcze wodą świeconą. Interesujące — zupełnie jakby inny demon nauczył się żyć między ludźmi, niewykrywalny i przemierzający ciemne uliczki pod osłoną nocy, aby choć trochę zrozumieć w ciszy i samotności pokręcone prawa, rządzące tym światem. Zupełnie jak Raven. Kobieta odwróciła głowę i tak jak się spodziewała, Got szedł prawym chodnikiem niby przypadkiem w tę samą stronę, co ona. Mżawka wypłoszyła ludzi z powrotem do ciepłych domów, dlatego szanse zniknięcia w tłumie drastycznie spadały z każdą sekundą.

Skręciła w lewą uliczkę, następnie w prawą i znów w lewą, i zastała tam tylko kota, który wygramolił się z kosza na śmieci i ze zdechłą rybą w pyszczku uciekł w ciemności. Czekała cierpliwie, wpadając w płytką medytację.

Nigdy wcześniej nie mierzyła się z innym demonem w taki sposób. Nigdy nie sądziła, że będzie musiała. Lecz, z drugiej strony, dlaczego tak myślała? Szybko oceniła swoje szanse: możliwe, że była śledzona od wielu miesięcy, na domiar złego o przeciwniku nie wiedziała nic. Punkt dla niego. Lecz jeśli zły duch opętał ciało człowieka, znaczy to, że był tylko chochlikiem piekielnym, małą marionetką i w porównaniu z Raven niegroźnym przeciwnikiem, który prócz strasznego wyglądu i pazurów nie ma nic do zaoferowania. Po co w takim razie mysz szpiegowała lwa, chyba nie po to, aby dać się pożreć? Położyła książki na pokrywie kosza, z którego uciekł kot i uspokoiła wnętrze, by przeciwnik nie mógł wyczuć jej emocji.

Gdy ciemnooki chłopak wpadł za róg uliczki, nie zdążył nabrać oddechu, a czarna moc w postaci kruczego odnóża wgniotła go w ścianę. Jęknął i chciał się podnieść, ale Raven już była przy nim, posyłając kolejną falę energii. Tym razem fasada budynku nie wytrzymała, posypały się czerwone cegły i bezwładne ciało wpadło w tył do pustego mieszkania. Hałas tej potyczki nie ściągnął gapiów, za co Raven była wdzięczna. Przeniknęła przez ścianę i ujrzała ledwo dychającego czarnowłosego, który podpierał się rękoma podłogi. Gdy zobaczył ją zbliżającą się, uniósł jedną rękę i pomachał nią w oczywistym geście: zaczekaj, nie chcę walki. Raven stanęła w bezpiecznej odległości, patrząc jak zdominowane przez demona ciało chłopaka, z którym kiedyś miała okazję porozmawiać, ociera rękawem krew obficie wypływającą z ust. Podniósł się do pozycji siedzącej i wyszczerzył zakrwawione zęby.

— Słyszałem, że jesteś agresywna, ale…

— Milcz — zawarczała, unosząc rękę. Na jej palcach wytworzyły się długie, czarne kolce i nikt nie miał wątpliwości, że zostały stworzone tylko po to, by przeszyć pierś tego nieszczęśnika. Cień strachu padł na jego twarz.

— Mylisz się — wyszeptał.

— To moje ostatnie ostrzeżenie — powiedziała, smolisty dym był widoczny spod jej płaszcza, zapowiedź niezrównanej siły, która zmiecie z powierzchni wszystko żyjące, jeśli ośmieli się drgnąć. Kiwnął głową, nie spuszczając wzroku z jej dłoni. — Daję ci szansę żyć, choć wiem, że nigdy nie udowodnisz, iż jesteś tego wart. Wynoś się. Nie chcę cię nigdy więcej widzieć. — Ostatnie słowa niebezpiecznie blisko ocierały się o jej demoniczną spuściznę genów, w którą miała ochotę się teraz zatopić. Obecność kogoś innego podobnego jej działała na nią bardzo źle.

Odeszła, wsiąkając w ziemię.

.

Czego jeszcze o tobie nie wiem?, spytała się w duchu, patrząc na wystawę sklepu jubilerskiego, ale na myśli mając całe to miasto. Właśnie przed chwilą okazało się, że jest zamieszkiwane przez innego potwora, który choć złudnie podobny do niej na pierwszy rzut oka, mało miał z nią wspólnego w rzeczywistości. Zastanawiała się, ile jeszcze podobnych niespodzianek spotka ją w przyszłości, podczas odkrywania niezmierzonych tajemnic samej siebie.

Zmarszczyła brwi. Powinna była go… zabić. Powinna uwolnić ziemię od tego pomiotu piekielnego, który już teraz pewnie rozszarpywał w ciemnej alei ciężarną kobietę albo taszczył w dół nieuczęszczanych piwnic ciało bezdomnego, by tam, w kompletnej ciszy i odosobnieniu, pożerać to ciało kawałkami, wbijając wielkie, wilcze zęby w czaszkę trupa i połykając jego kęsy. Towarzyszący temu odgłos na wieki nadałby danemu budynkowi status nawiedzonego. Wiedziała przecież, jak to jest z nią — niekończąca się walka, którą łagodziła medytacja. Nawet po częstszym wsłuchiwaniu się w te inne głosy, nawet przez powolne przyswajanie się do myśli, że nie jest człowiekiem, nawet przez małe kroki w stronę jej dotychczas zakazanych marzeń, nic nie mogło złagodzić tej wściekłości. To mówiła Raven, całe życie ucząca się harmonii — cóż miał w takim razie do powiedzenia on, który wpadł tu bez żadnej wiedzy ni umiejętności? To, co robił z duszą opętanego człowieka, było nie do pomyślenia, niewybaczalne. Nigdy nikomu nie życzyłaby takich katuszy, a jednocześnie przyzwoliła im trwać, nie zabijając chłopaka.

Nagle w pamięci stanął jej obraz Slade'a, wijącego się w Świątyni, i zadrżała.

Zadrżała też dlatego, że poczuła z tyłu powiew nienawiści. Przywędrował on razem z wiatrem i razem z wiatrem rozbił się o jej ciało, ale w przeciwieństwie do wiatru, wzbudził w niej alarm. Skupiła wzrok na szybie przed sobą i zobaczyła kogoś, kogo nie widziała tak długiego czasu, iż uwierzyć mogła w nawrócenie.

— Raven — zaśmiała się Jinx, za nią Gizmo i Mamut z identycznymi grymasami krzyżowali ramiona. Włosy dziewczyny były w równym stopniu różowe, jakimi ostatnio Raven je widziała, jej strój też niewiele się zmienił. Koturny butów były jeszcze wyższe, o ile to w ogóle możliwe. — Co tak sama, dziecinko? Chłopak cię rzucił? Och, nie martw się, założę się, że Slade nie da odejść takiej ładnej dupie…

Raven uniosła brew spod kaptura, ale nie odwróciła się. Rzeczywiście kogoś długo tu nie było.

— Bez powtórki — dokończyła z wredną miną, rzucając się do walki.

Raven zrobiła szybki unik w bok, a trzask pękającej szyby upewnił ją do słuszności tego czynu. Zrobiła obrót i wystrzeliła cienkimi jak odłamki przed chwilą rozbitego szkła kolcami, trafiając w Mamuta, który ryknął furią. Jednocześnie zasłoniła swój lewy bok tarczą, bo Jinx już szarżowała po raz drugi. Zobaczyła jakiś ruch przed sobą i zanim cokolwiek uczyniła, sieć z nierozrywalnego materiału oplotła ją całą, siłą wystrzału pchając ją w tył. Gizmo wrzasnął triumfalnie, ale przedwczesna była jego radość. Po obu stronach boków Raven wyrosły czarne skrzydła i przybrały stałą formę, tnąc metalowe sznury jak bawełniane nitki. Mina Gizma jeszcze nie zdążyła zamienić się w szok, gdy został odepchnięty w tył z prędkością pędzącej ciężarówki. Uderzył w przeciwległą wystawę, kolejna szyba stłuczona.

— Jesteś nieco lepsza niż poprzednim razem — chichotała Jinx, wskakując przed Raven i atakując ją serią ciosów, które tamta odparowywała. — Ale wciąż walczysz jak chłopak.

— Skąd wiesz o mnie i o Sladzie? — zażądała wyjaśnień, blokując kolejne uderzenie. Samo wspomnienie o mężczyźnie przyprawiało ją o dreszcze.

— No coś ty, cały półświatek gada o parze roku! Ponoć było ostro — dodała nie bez złośliwości, rzucając w jej stronę różowe jak swoje włosy półkoliste promienie. Jakie było jej zdziwienie, gdy magia nieszczęścia, pędząca z taką siłą, rozchlapała się na czarnych barierach Raven i omiotła je beztrosko jak fala brzeg morza w świeży poranek. Raven warknęła i odrzuciła od siebie resztkę obcej magii. Z trzech stron w jednakowym momencie, Jinx, Mamut i Gizmo rzucili się na nią, a ona zareagowała tak, jak jeszcze nigdy. Skumulowana wściekłość rozerwała samokontrolę od środka i ni to ciecz, ni to gaz, kruczoczarna moc jak bomba jądrowa z centralnego środka zatrzęsła podstawami domów, liżąc śmiercionośną energią całą okolicę.

Kula rozpłynęła się nagle w powietrzu, osiągnąwszy rozmiary katedry. Zawiał wiatr, pył ruin po budynkach owiał ich twarze. Wreszcie ukazał się zza chmur okrąg słońca, gwiazda migocząca z obojętnością na każde ziemskie wydarzenie. I cisza. Jakby w mgnieniu oka umarł cały świat.

Raven stała pośrodku tego wszystkiego jak marmurowy posąg. Przez tumany kurzu widać było czarne kontury jej powiewającego płaszcza… i w miejscu oczu cztery jaśniejące szkarłatem ślepia. Jinx obronnym gestem zakryła się przedramieniem przed tym widokiem i zaczęła się czołgać w tył do Mamuta. Gizmo leżał dalej na brzuchu.

Po chwili jednak Raven zamknęła oczy i pochyliła głowę, a gdy z powrotem je otworzyła, była ich tylko jedna para, miały widoczne białka, fioletowe tęczówki i okrągłe źrenice. Strach na ich twarzach pozostał niezmienny.

— No co czekacie, tępaki, walić ją! — krzyknął młody geniusz, dopiero teraz włączywszy się powtórnie do gry, a z jego elektronicznego plecaka wysunęły się dwa mechaniczne skrzydła. Żaden z jego sprzymierzeńców nie zareagował, gdy Gizmo leciał w stronę Raven. Dziewczyna z łatwością zebrała w sobie moc i wniknęła nią w ziemię, wyszarpując ostrą skałę tuż pod pikującym wrogiem. Kamienny kolec z trzaskiem pękającego podłoża wystrzelił w górę i przedziurawił urządzenie, które z sykiem i charczeniem wyrwało się spod kontroli Gizma. Jego krzyk nikł w oddali, tak jak nikła jego postać wirująca bezładnie po niebie. Głuchy łomot przecznicę dalej świadczył o końcu tej przejażdżki.

Raven powolnym wzrokiem szukała w twarzach obecnych czegoś innego niż paraliżującego strachu, lecz niczego ciekawszego nie ujrzała, prócz mimiki przywodzącej na myśl katusze piekielne. Dała za wygraną i odwróciła się zwiewnie jak opadający zewsząd pył, odchodząc z pola walki.

Zrobiłaś coś strasznego, mówił do niej jej własny głos, ale nie było w nim ani wyrzutu ani strachu popełnionego przestępstwa. Za to w miejsce sumienia pojawiła się kontrola. I Raven poczuła pustkę w głowie. Pustkę, która przepełniała i wypełniała całą przestrzeń zarezerwowaną dla jej myśli i jeszcze więcej. Czuła się skupiona. Gdy patrzała na mijane po drodze rozłupane kamienie, mogła w nie cała wniknąć, unieść je bez mrugnięcia okiem. Gdy patrzała przed siebie w niebo, mogła wyczuć kunsztowną strukturę wiatru oraz całą symfonię przelewanych na nim nut.

Zrobiłaś coś, co jest w twojej naturze.

Tak, to brzmiało o wiele lepiej. Zew wolności, zew krwi. Nie opanowała jej wściekłość ani żądza niszczenia, nie walczyła o władzę w jej głowie głucha na rozum, ślepa furia. To była jej nienawiść, usatysfakcjonowana samym dokonanym dziełem zniszczenia, nie niszczeniem jako ruchomym obrazem przyjemności. A potem cofnęła się znów w głąb, uśpiona, lecz nie uwięziona, czujna, lecz nie niespokojna. Stąd ta pustka. Stąd te skrystalizowane myśli.

Raven czuła, że ma pełną kontrolę.

Była w połowie drogi skręcenia w cichy zaułek i zniknięcia sprzed zniszczonych witryn sklepowych, kiedy ciszę gwałtem przerwało coś, co łatwo pomylone być mogło z wkręcaniem się piły łańcuchowej o metal. I Raven poszłaby dalej bez chwili wahania, gdyby nie rozpoznała w tym dźwięku ludzkiego bólu.

Gizmo wrzeszczał na całe gardło tak, jakby był obdzierany ze skóry. I Raven, odwracając się raptem w stronę tej agonii, dała wiarę, że właśnie tak się dzieje. Potem krótki bulgot złamał ten przerażający dźwięk, jakby ktoś dławił się własną krwią. Azaratha starała się zachować normalny rytm swojego chodu, gdy zbliżała się do tamtego miejsca, lecz serce nie chciało się jej słuchać, ze zmartwieniem wybijając kolejne sekundy, które ono przeżywało — ale serce Gizma już nie.

Metalowa poręcz cała oblepiona była czerwoną posoką, kapiącą jeszcze na ziemię, gdy Raven zbliżyła się tam. Ciemna wnęka, ni to ziemianka, ni to piwnica, miała uchylone drzwi, zza których łypała na światło nieprzenikniona ciemność, gęsta jak zsiadłe mleko. Dwie blachy ledwo trzymały się zawiasów, zgrzytając straszliwie, gdy Raven rozchylała je, tak jak morderca Gizma kilkanaście sekund przed nią.

Łupnęły za jej plecami przerdzewiałe drzwi, otoczył ją mrok. Nie było tu słychać nic, przez to też czujność Raven osiągnęła najwyższy pułap. Nie widziała dobrze w ciemnościach, nigdy nie, mogła nawet podejrzewać, iż gorzej od zwykłych ludzi. Za to miała coś, o czym ludzie nie śnili, a co było niewyobrażalnie lepszą nawigacją niż zawodzący zmysł wzroku. Tym razem jednak to wszystko zdało się na nic. Nie wyczuwała wokół siebie żadnej innej istoty.

Do czasu aż jej nozdrza wyłapały słodki zapach krwi.

Szła wodzącym ją za nos rubinowym szlakiem, wiedziona zmysłami i myślami, wiedziona czymś znacznie głębszym. Dotarła w końcu do białych drzwi pomalowanych farbą ścienną, które łuszczyły się ze starości. Za tymi drzwiami były kolejne, zaraz za krótkim korytarzykiem w prawo. Wąskie przejście wyściełane było cuchnącym dywanem i Raven czuła, jak podeszwy jej butów chlupią od krwi.

Znalazła się w zwykłym rozmiarowo pokoju z zabrudzonymi meblami i ścianami z pleśnią, z poustawianymi gratami gdzieś przy kątach. Na środku podłogi z linoleum rozbryzgana była brunatna ciecz. Nie przypominało to jednak wielkością katuszy człowieka, a kurczaka. I Raven w pewnej chwili zrozumiała, że równie dobrze może tak na to patrzyć — jak na śmierć kurczaka. Nie robiło na niej wrażenia to, że tu dokonany został mord, że w paszczy siedzącego po drugiej stronie pomieszczenia potwora, ubabranego we krwi, oddał ducha jakiś tam Gizmo. Nie potrafiła nawet wykrzesać z siebie wystarczająco dużo pogardy dla samej siebie, by starać się cofnąć te myśli. To po prostu było. I już.

— Mylisz się — powtórzył gardłowym głosem fałszywy sprzedawca ze sklepu, a jeszcze wcześniej kelner w mało znanej kafejce.

Raven uniosła brew, lustrując jego białą, wyprasowaną koszulę, teraz mającą szkarłatny odcień w plamiaste desenie.

— Co nie zmienia faktu, że złamałeś mój zakaz.

— Nie — odparł szybko charczącym głosem, jakby tylko czekał na to pytanie. — To ty przyszłaś do mnie, nie zbliżałem się…

Przerwał mu wibrujący syk z ust Raven. Nie wiedziała, dlaczego zrobiła akurat coś takiego — syczenie było raczej czymś, czego unikała głównie przez przywodzenie na myśl w takich chwilach najgorszego z najgorszych wyobrażeń piekielnych stworów. Nie mogła jednak inaczej zareagować na te bzdurne gadanie, a i siedzący naprzeciw niej demon lepiej rozumiał argumenty, będące jasno zapisane w jego języku.

— To miasto jest moje i przychodzę wszędzie tam, gdzie jest niebezpieczeństwo. I niszczę to, co je tworzy.

Wydawał się… zagubiony.

— Nie tylko zabiłeś tego człowieka. Ty go zjadłeś.

Krew na jego brodzie była najlepszym tego dowodem.

— Powinnam cię teraz zabić i wtrącić cię z powrotem tam, gdzie twoje miejsce — rzekła bez emocji, tylko jej okrutne oczy przewiercały go na wylot. — Ale nie zrobię tego.

Zobaczyła rosnącą w jednej chwili w jego oczach nadzieję.

Nadzieja w oczach demona… Azarze, czy ja też wyglądam tak żałośnie?

Oparła się wygodnie o róg przewalonej komody i rozkazała mu, by powiedział to, co zamierzał na początku, zanim nie udowodnił jej, że nie jest tego wart.

— Mam z ludźmi wiele wspólnego, choć nie na tyle, bym śmiał nazywać się jednym z nich — zaczął, prostując się jak struna. Przeczuwał chyba, że od tej opowieści zależą jego dalsze losy, bo nie spuszczał z jej oczu wzroku i Raven widziała w tych nienaturalnych tęczówkach napięcie.

Demona poznaje się po oczach. Tak głosi stare przysłowie i jest to chyba najdoskonalsza wskazówka, jaką kiedykolwiek wymyślono w pomocy wytropienia nieludzi między ludźmi. Oczy to zwierciadła duszy, a demony, sławne z nieposiadania tak cennego daru, odbijają w tęczówkach opętanych przezeń ludzi wszystko inne, ale nie ducha ludzkiego. Raven często w młodości patrzała w swoje odbicie na gładkiej tafli, zastanawiając się, któraż to jej strona wygrała tę potyczkę o cudowną psyche. Po latach zaprzestała tego dziecinnego rytuału, a teraz miała okazję spojrzeć w oczy kogoś tak łudząco podobnego wnętrzem do niej… i wreszcie uzyskać tak bardzo trapiącą odpowiedź: tak, miała duszę. Lecz on — nie.

— Nie mam imienia ani przydomku, nie wiem skąd pochodzę. Zjawiłem się tu dawno, dawno temu, moje wspomnienia kończą się na osiemnastym wieku, lecz dopiero niedawno zacząłem żyć tak, jak żyją ludzie. Wcześniej w ludzkiej skórze wędrowałem po Anglii, Holandii, najmniej Francji, zabijając kogo się da i robiąc wszystko, by ludzie nie mieli wątpliwości, z kim mają do czynienia. Pętałem ciała kobiet i mężczyzn, psów, świń i krów. A potem sprawiałem, by wybuchały przed członkami rodziny, przed pasterzem, gdy był wypas owiec i w stajni pełnej koni. Pół roku temu nauczyłem się mowy ludzkiej — dodał ciszej. — Lecz w wieku, gdy zostały zakładane szpitale psychiatryczne, zostałem do jednego wepchnięty i nie mogłem się wydostać. Usłyszałem tam od pewnego więźnia plotki o czającej się gdzieś w tych okolicach Królowej i że cały wszechświat miał jej być podległy, ale ona odmówiła, bo wolała wieczną zimę od wiecznego deszczu ognia. Więc gdy rozszarpałem niepotrzebne mi ciało, nadarzyła się okazja, na którą czekałem całe setki lat — oto jakiś głupiec bawił się w rytuały satanistyczne, nie znając mowy demoniej, przeto wysławiwszy złe siły, przyzwał mnie. Nie musiał wołać dwa razy.

— Byłem nieświadomy niczego, odkąd pamiętam. Dopiero będąc w twoim pobliżu zacząłem zastanawiać się głębiej nad tym wszystkim. Że ty, stojąca na samym szczycie między nami, jesteś najstraszniejsza ze wszystkiego, co zostało stworzone, a jednocześnie wiedziesz żywot tylko ludziom podobny, choć kilku z nich zna tę prawdziwą ciebie. Chciałem być taki jak ty. Choć nie mam prawa nosić miana demona, jestem raczej plugawym chochlikiem, który jak mucha lata teraz, brzęcząc, to…

Zamilkł właśnie wtedy, gdy jego opowieść zaczynała jej przypadać do gustu. Nie wyglądało na to, że powie coś jeszcze, więc kiwnęła mu głową i powiedziała:

— Jeśli nie masz imienia, nadaj sobie jakieś teraz. — Odpowiedział jej zdumionym spojrzeniem. — Wiem, po co chciałeś, bym tu przyszła. Wiem, o co chcesz mnie prosić. Zacznijmy więc od tego, że imię jest dla ludzi podstawą identyfikacji w tym świecie. Skoro zaczynasz nowe życie, skoro nie możesz nazywać siebie popiołami, z których wstajesz, nazwij w tej chwili samego siebie.

— Ty mnie ochrzcij — odpowiedział naprędce, jego oczy szeroko rozwarte. — Proszę — dodał, ale w taki sposób, jakby nie znał znaczenia tego słowa.

— Micaiah — odparła po chwili milczenia.

— Micaiah — powtórzył cicho. — Ucz mnie — wyszeptał jeszcze ciszej.

Odchyliła nieco głowę, patrząc na niego nieprzeniknionym wzrokiem. Ten pokręcił gwałtownie głową i wyskoczył ze swojego miejsca. Znalazł się tuż przed nią, na kolanach, wyciągając przed siebie ręce, jakby chciał jej dotknąć, ale nie zrobił tego.

— Nie nauczyłeś się zbyt wiele przez trzysta lat obcowania z ludźmi, hm?

— Obudziłem się dopiero dzięki tobie.

— Mam ważniejsze sprawy niż chodzenie za rączkę z eksmitowanym uciekinierem z domu wariatów o umyśle dziesięciolatka.

— Nie chcę nauki w takiej formie. Chcę po prostu, byś była moim przewodnikiem…

Raven zamknęła oczy.

— Zgoda. A na razie leć.

Czy można nazwać postradaniem rozumu sytuację, nawet najdziwniejszą, do której samemu się doprowadziło? Raven właśnie wzięła pod opiekę kogoś, kogo jeszcze rok temu wysłałaby z powrotem do piekła — bez mrugnięcia okiem. Patrząc za odlatującym na czarnych, wielkich skrzydłach Micaiaha, przyszło jej do głowy, że nie tyle, co robi się słaba przez całą tę zawieruchę ze swoimi osobowościami i godzeniem się z nimi, o ile patrzy teraz na wszystko inaczej. Inny kolor ma niebo i innego zapachu jest krew.

Inne słowa są jadowite, innymi słowami da się ją zranić.

Raven, czy ty… dorastasz?

.

Kim jestem?

Jak zwykle odpowiedziało jej milczenie.

Trudno winić kawałek wypolerowanego srebra, że nie odpowiada.

By dostać odpowiedzi, trzeba by… dotknąć gładkiej tafli i wejść tam.

Znaleźć się po drugiej stronie lustra.