Crossover-niespodzianka ;)


Rozdział 20

Po zakończonej sukcesem wyprawie Lokibota63 do muzeum Daniel poczuł odrobinę nadziei. Chociaż robot nigdy nie był zadowolony, to teraz wydawał się przynajmniej usatysfakcjonowany, a przez to znacznie mniej niebezpieczny dla otoczenia. A choć stwór przejął całe laboratorium Daniela dla własnych celów, konstruując coś, o czym nie chciał mówić, wokół niklowo-żelazowego meteorytu, przynajmniej pozwolił Danielowi pomagać. Przez pomoc rozumiał natomiast to, że człowiek mógł wykonać parę drobnych zadań, które zostały mu opisane znacznie bardziej szczegółowo, niż było potrzeba nawet Danielowi.

Daniel miał jednak nadzieję, że to jedynie przejściowy stan. Słyszał gdzieś, że dzieci przechodzą przez fazę obsesyjnej kontroli i wyrastają z niej64, więc być może oznaczało to, że jego własny wytwór w końcu pozwoli mu znów wybierać własne buty.

Był właśnie w środku jednej z koszmarniejszych list kontrolnych, kiedy pomieszczenie wypełniła eksplozja białego światła. Całe szczęście, że miał akurat wziąć się za spawanie, bo tylko maska ocaliła go przed utratą wzroku.

Daniel kulił się, dopóki światło nie zbladło, po czym ostrożnie zdjął maskę. Powietrze wypełnione było zapachem spalonych pomarańczy i ozonu. Z czegoś pośrodku laboratorium unosiła się para. Minęła chwila, nim Daniel zorientował się, że był to robot, który stracił kontrolę nad swoją formą do tego stopnia, że fragmenty światłowodów wystawały mu spod skóry, a jego ciało przybrało ponownie żółtoróżowy kolor żelatyny. Stwór wyglądał, jakby się topił.

— Czy… Czy… — Daniel ugryzł się w język, zanim zadał najbardziej oczywiste i głupie pytanie. — Co się stało?

— Żądanie odrzucone… Żądanie odrzucone… Żądanie odrzucone… — powtarzał robot niczym zacięta płyta.

Daniel przebiegł przez laboratorium, łapiąc laptop i kabel diagnostyczny, a przy tym z tego pośpiechu przewracając swoją kawę prosto na meteoryt. Robot nie był w stanie mu pomóc. Trzęsącymi się dłońmi Daniel zdrapał wystarczającą ilość żelatyny, by uzyskać dostęp do mózgu stwora, i podłączył kabel.

Pospiesznie wpisywał komendy na laptopie i skanował wyniki.

— Co ty do cholery próbowałeś zrobić? — Stwór nie mógł mu odpowiedzieć. — Może któryś sektor pamięci zaszwankował? — Jakieś lewe oprogramowanie (co nie miało sensu, jego twór nie był przecież jakąś durną maszyną, którą może zaatakować byle program szpiegujący) próbowało najwyraźniej zintegrować się z pamięcią robota, wpadając w niekończącą się pętlę blokady przez zabezpieczenia.

Jeszcze bardziej zagadkowe było to, że Daniel nie dał rady go usunąć. Nie potrafił nawet zbadać kodu — jedynym, co otrzymywał, był jakiś bełkot napisany dziwnie kanciastą czcionką złotego koloru. Do tego skrzącą się w sposób, co do którego Daniel był całkiem pewien, że jego komputer nie powinien być nawet w stanie go wyświetlić.

Nie umiejąc wymyślić niczego lepszego, Daniel napisał nowy fragment kodu, który miał obudować nonsensowny program. Kiedy tylko skończył, zupełnie jakby nacisnął przełącznik, ciało robota stało się znów solidne i nabrało właściwych kolorów. Stwór usiadł prosto.

— Lepiej? — spytał Daniel, brzmiąc tak wesoło, jak tylko potrafił ostatnimi czasy.

— Znośnie. — Robot zamknął oczy, po czym otworzył je ponownie, marszcząc brwi. Sięgnął do tyłu swojej głowy i wyszarpnął kabel. — Co mi zrobiłeś?

Daniel nachmurzył się. Nie oczekiwał żadnej wdzięczności, znał już swój twór dostatecznie dobrze, ale nie podobał mu się zbytnio ton, jakim wypowiedziane było to pytanie.

— Miałeś jakiś dziwny kod, który chciał zintegrować się z twoim oprogramowaniem, ale napotykał zabezpieczenia. Na razie go zablokowałem, ale powinieneś sprawdzić, czy nie dałbyś rady sam go usunąć. — Potrząsnął głową. — Nidy czegoś takiego nie widziałem.

— Oczywiście, że nie widziałeś. I znów twój projekt mnie ogranicza. — Robot wstał i podszedł do stołu, na którym budował swoje… cokolwiek to było.

Daniel ruszył za nim, przyciskając laptopa do piersi.

— Już o tym rozmawialiśmy…

— Twój projekt nie pozwolił mi zniszczyć brata mojej kopii. Muszę znaleźć jakiś sposób na zintegrowanie z nim tego, co zdobyłem. — Robot spojrzał na meteor i na rozlaną kawę.

— Tak, ale…

Pięść stwora wystrzeliła, by zetknąć się solidnie z twarzą Daniela. Rozległ się głośny trzask i człowiek poleciał do tyłu, wpadając na metalowy stół, odbił się od niego i osunął się na podłogę.

Daniel podniósł się pospiesznie i wycofał, na wypadek gdyby robot zdecydował uderzyć go ponownie.

— Czemu to zrobiłeś?

Stwór nawet się nie obejrzał, by spojrzeć, gdzie upadła jego ofiara.

— Nigdy nie wyzwolę się od twoich błędów, jeśli wciąż będziesz mnie spowalniał swoją obecnością. — Przejechał palcem po plamie kawy, a na jego twarzy pojawiło się obrzydzenie. — Nawet teraz utrudniasz mi pracę. Ludzie są żałośni.

— Przepraszam, nie chciałem… — Daniel zamilkł, bo robot po prostu wyszedł z laboratorium, zupełnie jakby człowiek w ogóle się nie odezwał. Łzy zaszczypały go w oczy.

Wtedy spojrzał na podłogę i nagle wszystko nabrało sensu. Jego ciało leżało tam wciąż skulone i w połowie przysłonięte stołem.

— Chyba nie ma już znaczenia, czy jest mi przykro czy nie. — Otarł oczy. — Ale czy to było naprawdę konieczne?

ZUPEŁNIE NIEKONIECZNE, POWIEDZIAŁBYM. ALE TAK TO JUŻ BYWA.

To nawet nie był właściwie głos, nikt się nie odezwał. Słowa zdawały się po prostu formować same gdzieś pomiędzy powietrzem a już nie materialnym uchem Daniela. Łypnął przez ramię i zobaczył bardzo wysoką i mroczną postać.

— Przyglądałeś się? Czemu nic nie zrobiłeś?

STARAM SIĘ NIE ANGAŻOWAĆ W KONFLIKTY. TO DOŚĆ… NIEKOMFORTOWE. Mężczyzna wyszczerzył zęby. Chociaż tak naprawdę można było powiedzieć, że on szczerzył zęby cały czas. POZA TYM TO WŁAŚCIWIE NIE NALEŻY DO MOICH OBOWIĄZKÓW.

Daniel westchnął i ponownie otarł oczy.

— Nie chciałem, żeby do tego doszło. Chciałem tylko, żeby coś miało sens, wiesz?

Koścista dłoń niezdarnie poklepała go po ramieniu.

ODNOSZĘ WRAŻENIE, ŻE RZECZY RZADKO KIEDY MAJĄ SENS. ALBO MOŻE TO JA SZUKAM W NICH NIE TEGO SENSU, CO TRZEBA. Więcej szczerzenia zębów. ALE MIĘDZY INNYMI WŁAŚNIE DLATEGO TO WSZYSTKO JEST TAKIE INTERESUJĄCE.

Daniel miał więcej pytań, więcej rzeczy do powiedzenia, zupełnie jakby przeproszenie Śmierci mogłoby wszystko naprawić. Ale z każdą kolejną sekundą wydawało się to coraz mniej istotne. W końcu i tak było już za późno. Pociągnął nosem ostatni raz i wytarł go rękawem, choć podejrzewał, że to nie był właściwie rękaw, tak samo jak on nie miał już tak naprawdę nosa.

— Co się teraz stanie?

SĄDZĘ, ŻE TO JUŻ ZALEŻY OD CIEBIE.


63Niech wam się nie wydaje, że Daniel zwróciłby się do robota na głos inaczej niż „Loki" — nigdy w życiu! Coraz częściej jednak przyłapywał się na tym, że brakowało mu tej autentyczności, zwłaszcza kiedy jego twór był wyjątkowo zimny i pogardliwy. Co, szczerze mówiąc, miało miejsce przez jakieś dziewięćdziesiąt osiem procent czasu. Daniel zaczynał myśleć, że ta jego cała wyższość może być jednak nieco przereklamowana.
64Sam Daniel wprawdzie nigdy tak naprawdę nie wyrósł z tej fazy, ale był w stanie powstrzymać swoją desperacką potrzebę kontrolowania otaczającego go świata, ponieważ naprawdę zależało mu, by jego robot odniósł sukces. Albo może też, mówiąc precyzyjniej, stwór absolutnie go przerażał.