Jareth podszedł do kamienia. Chwilę na niego patrzył, potem zerwał gałązkę jaśminu i położył na kamieniu.
– Nazywałem ją Loosira. Nie pamiętam nawet, jak naprawdę miała na imię i martwi mnie teraz, że nie pamiętam.
– Kogo?
– Była...- zawahał się – Czymś na kształt mojej damy dworu.
– Rozumiem. – Sara położyła mu dłoń na ramieniu – Już parę osób mówiło mi, że zawsze otaczałeś się kobietami. Jesteś jaki jesteś, i jeśli cię kocham, muszę to zaakceptować, prawda? Opowiedz coś o niej. Była Fae, czy może elfką?
Jareth uśmiechnął się nieznacznie.
– Była człowiekiem jak ty, ale nie łączyło nas to co myślisz. Loosira przyszła do mnie pewnego dnia i poprosiła żebym pozwolił jej zostać w zamku. Zgodziłem się, bo rozśmieszyła mnie jej śmiałość, a poza tym pomyślałem, że przyda mi się ktoś do zarządzania służbą. Gobliny nie są zbyt inteligentne, jak pewnie zauważyłaś. Nadałem jej imię Loosira, bo wydawało mi się to zabawne. Od słowa „looser", a ona całym swym wyglądem potwierdzała, że jest życiowym przegrańcem. Nie dość, że bogowie poskąpili jej urody, to jeszcze ubierała się zawsze w drelichowe spodnie i powyciągane koszule, jak łachmaniarka. Miałem poważne podejrzenia, że nawet zawinięta od stóp do głów w jedwabie i koronki też by wyglądała jak wyciągnięta ze śmietnika. Looserka. Któż inny zresztą zechciałby mieszkać w Podziemiu, będąc dzieckiem słońca?
Przysiadł obok grobu.
- Była brzydka i niezgrabna, ale kochała mnie. Wiedziałem o tym i to też mnie bawiło. Dotrzymywała mi towarzystwa, i nie powiem, nawet chętnie z nią rozmawiałem, bo była bardzo inteligentna i miała duże poczucie humoru. Aż mnie to czasem dziwiło. Jak z jej wyglądem można było się z czegoś śmiać? Pasowało mi jej towarzystwo, bo dobrze mieć z kim porozmawiać, zagrać w szachy lub kanastę, a z goblinami się nie da. Czasem bywałem dla tej biedaczki niezbyt miły, nigdy się jednak nie poskarżyła. Gdy Ellerkon wdarł się do zamku i obezwładnił mnie swym zaklęciem, Loosira chwyciła halabardę ze stojaka pod ścianą i próbowała mnie bronić. Jako jedyna. Zabili ją strzałą z kuszy, umarła na moich rękach... uśmiechając się do mnie... a ja nie potrafiłem jej pomóc. Ubłagałem Ellerkona, żeby przynajmniej pozwolił mi zawinąć ją w mój płaszcz i pochować w tym ogrodzie, nim ostatecznie zamknie mnie w lochu. Musiałem...
– Co musiałeś?
Spojrzał na nią. Jego dwubarwne oczy były teraz wielkie i błyszczały gorączkowo. Mówił z trudem, jakby słowa lepiły mu się do warg.
– Uklęknąć przed nim i dotknąć czołem ziemi. Tylko pod tym warunkiem zgodził się spełnić moją prośbę.
Pobladł przy tych słowach tak bardzo, że Sara aż się wystraszyła. Uniosła rękę i pogładziła jego policzek.
– Wiem, ile cię to kosztowało. To musiało być straszne.
– Straszna to była jej śmierć, straszna i niepotrzebna, a ja zrobiłem co musiałem. Moja duma mogła na tym ucierpieć, ale co z tego? To był tylko gest bez znaczenia, chyba że Ellerkon przypisywał mu jakieś.
Przez chwilę milczał.
– Pytałaś, czemu ci nie powiedziałem. – podjął po chwili – Może kontakt z Loosirą sprawił, że lepiej rozumiem ludzi niż kiedyś. Wiedziałem, że lubisz Hoggle'a i nie chciałem cię zranić. Poza tym cała ta sprawa stawia mnie w nienajlepszym świetle. Powinienem pozbyć się tego bezwstydnego karła już wtedy, gdy zdradził mnie, by ci pomóc, ale wybaczyłem mu. To był błąd.
– Dlaczego mu wybaczyłeś?
– Ze względu na ciebie. To pokręcone, ale widząc go miałem wrażenie, że jesteś jakoś bliżej. To taka zbrodnia?
Sarah usiadła obok niego.
– Nie lubię gdy jesteś smutny. – powiedziała – Żałuję, że zapytałam.
Objął ją i przytulił do siebie.
– Miałaś prawo wiedzieć. Wiesz, ja nawet nie czuję złości na tego pokracznego gnoma. Można było przewidzieć że kiedyś poważy się na coś takiego.
– Teraz będziesz miał własną gwardię. Ivor przyprowadził tu oddział ochotników, zakwaterowałam ich w kordegardzie.
Jareth roześmiał się serdecznie. Widać było, że ten pomysł rozbawił go ogromnie, ale po chwili przyznał:
- Może to nie najgorsza myśl. Trzeba będzie ich uodpornić na magię i wyszkolić, będę musiał ściągnąć to kogoś otrzaskanego w kwestiach wojskowych. W końcu ktoś musi pilnować mojego skarbu.
– Niby mnie? Sama potrafię się przypilnować.
Pocałował ją w usta.
– No chodźmy już na to śniadanie. – powiedział wstając – Potem pogadam sobie z tymi kandydatami na gwardzistów. A gdy Merlin pozwoli mi już na normalne życie, zabiorę cię w najpiękniejsze miejsce mojego, a teraz już też twojego królestwa.
Objął ją i zanucił:

All my friends
Now seem so thin and frail
Slinky secrets
Hotter than the sun
No peachy prayers
No trendy rechauffe
I'm with you
So I can't go on

All my violence
Raining tears upon the sheet
I'm bewildered/resentful
For we're strangers when we meet

(Tekst David Bowie, płyta „Outside")

Trzymając się za ręce wrócili do zamku, gdzie czekał na nich zastawiony stół. Siedział już za nim Merlin i pożywiał się żarłocznie. Na widok swego pacjenta uniósł brwi.
– Miałeś leżeć przez co najmniej trzy dni.
– Leżałem, ale już mi się znudziło. – Jareth przysunął sobie krzesło – Daj spokój, nie jestem człowiekiem, nie musisz chodzić koło mnie i robić zatroskanych min.
– Przynajmniej zachowaj dietę. Inaczej naprawdę się rozchorujesz, a wtedy przysięgam że przywiążę cię do łóżka łańcuchem, jeśli będzie trzeba.
Król Goblinów wziął stojący przy jego nakryciu srebrny kubek z polewką i demonstracyjnie wypił.
– Jak widzisz, jestem grzeczny. Nie zjem ani kęsa, póki nie pozwolisz. A jak tam badania?
Druid wzruszył ramionami.
– Idzie opornie, mam jednak nadzieję złamać to zaklęcie. – powiedział z pełnymi ustami – Wtedy będę mógł stworzyć kontrczar i zabezpieczyć cię na przyszłość. Nie sądzę, żeby Ellerkon odpuścił.
Sara omal nie zakrztusiła się kanapką.
– Nie...
– Spokojnie, panienko. – Merlin wziął sobie kawałek mięsa z półmiska – Opracuję coś, co go powstrzyma. Nie zrobiłem tego wcześniej, bo jak się dowiedziałem o inwazji, było już „po ptokach" i zresztą nie miałem punktu zaczepienia. Teraz go mam. Poza tym jest trochę czasu, ten stary drań musi najpierw wylizać rany. Jareth, wiesz że musisz zająć się tworzeniem gwardii?
Król Goblinów skinął głową.
– Dużo jest ochotników?
– O, bardzo dużo. Ivor i ja wybraliśmy na razie osiemnastoosobowy oddział, jednak docelowo może być około pięćdziesięcioro, może nawet więcej. Przy dobrym wyszkoleniu będziesz miał własną armię.
– Uhm. – mruknął Jareth – Tego właśnie pragnę jak nie przymierzając kąpieli w smole. Tak jakbym miał mało problemów.
– No i znowu narzekasz. Wiesz dobrze, jak się sprawy mają. Niedobitki goblinów właściwych, które są wojownikami, obsadzają wysunięte placówki i wioski w górach. Goblin City jest pełne tych małych głuptasów, które zwiałyby nawet przed nasrożoną muchą. Nic dziwnego, że Ellerkon tak łatwo opanował miasto.