ROZDZIAŁ 19
„Ciepły ton."
Krwawy ślad pozostał na chropowatej korze drzewa, gdy Hari na moment oparł się o nią plecami. Wytarł spływającą po brodzie szkarłatną posokę, jeszcze bardziej brudząc nadszarpany rękaw. Pokuśtykał dalej, szurając stopami o leśną ściółkę. Na opadłe kolorowe liście skapywały czerwone krople, ciężki oddech umykający spomiędzy spękanych ust niknął w milczącej gęstwinie krzewów i pni.
- Cholera – syknął pod nosem, przystając ponownie z powodu rozdzierającego płuca bólu. Zakaszlał ciężko, ruszając po niewielkiej chwili dalej.
Słaby impuls wdarł się brutalnie w zaćmiony cierpieniem umysł. Hari zerknął dyskretnie w bok, czując się obserwowanym przez niezbyt przyjazną istotę. Usta wykrzywiły się ironicznie, szmaragdowe tęczówki zabłysły stłumionym blaskiem. Mroczki przed oczami pociemniały nagle, klatka piersiowa zapulsowała nieznośnie. Chwycił się za szatę w okolicach serca, oddychając płytko. Miał wrażenie, że zaraz pogrąży się w czarnej pustce, że otchłań otuli go swymi miłosiernymi ramionami snu. Z trudem odepchnął od siebie zmęczenie, zmuszając organizm do ponownego wysiłku.
I ponownie ledwo wyczuwalny impuls dał o sobie znać, tym razem nieco wyraźniej. Wykończony alchemik nie powiązał z nim przechadzających się po gałęziach pajęczaków. Zamroczony bólem nie zauważył, jak w pewnym momencie łypnęło na niego więcej niż dwoje ślepi. Jednak coś przedarło się przez mglistą zasłonę – rosnące z każdą sekundą klekotanie. Wyćwiczony przez lata odruch odezwał się natychmiast. Palce zacisnęły się kurczowo na uchwycie nieużytego w walce ze smugowym stworem kle.
Jakbym mógł w takim stanie wygrać – pomyślał sarkastycznie Raikou, dobywając wbrew rozmyślaniom broni. Rozłożony metal zadźwięczał krótko, zakłócając klekoczący dźwięk. Posuwając się mozolnie naprzód, Hari odpychał zachłanne macki nicości, jednocześnie starając się wyłapać niebezpieczeństwo. Marnie mu to szło, biorąc pod uwagę coraz czarniejsze plamy przysłaniające wzrok.
Wtem spomiędzy leśnej roślinności wychynęły obrzydliwe, porośnięte gęstą sierścią odnóża. Za nimi wyłoniły się paskudne korpusy, a wyżej osiem par błyszczących złowrogo ślepi. Pająki w ogromnej liczbie wyłaziły na światło dzienne, klekocząc długimi szczypcami. Małe, średnie oraz duże – te ostatnie bez problemu mogły staranować Hagrida.
- Pająki – wypluł z obrzydzeniem młodzieniec, słaniając się na nogach. Nie mogąc złapać pełnej równowagi, przytrzymał się słabo pobliskiego, wystającego z ziemi kamienia.
Stworzenia zgromadziły się wokół niego, cały czas hałasując. Zielonooki prychnął pod nosem, ledwo podnosząc uzbrojoną rękę na wysokość ramienia. Poplamiona krwią, poszarpana aba zafalowała pod wpływem delikatnego podmuchu wiatru. Posklejane kosmyki włosów opadły niesfornie na czoło. Bestie zbliżyły się z wyraźnie złymi zamiarami, na szczękoczułkach zalśnił półprzeźroczysty jad.
Szelesty, pomruki, trzaski otaczały otumanionego cierpieniem majora, który zdawał się wcale nie zauważać nadchodzącej szybko śmierci. Kpiący uśmieszek ozdabiał umęczoną twarz, tęczówki błyszczały niczym najszlachetniejsze szmaragdy. Trząsł się cały z osłabienia, ledwo już kontaktując. Nie widział nawet stada przeciwników, podchodzących coraz bliżej, i bliżej.
Czyżby to… - Mięśnie zaprotestowały niespodziewanie, włókna rozluźniły się bez ostrzeżenia. Płuca wypełnione milionem igieł zapłonęły po raz ostatni, mroczki zlały się w jedną wielką, nieograniczoną nicość. - … był mój limit? – Bezwładne ciało osunęło się na różnobarwną ściółkę, otoczone głodnymi akromatulami.
Przedzierali się przez las nieustępliwie, rozglądając się uważnie na wszystkie strony. Hermiona szła na przedzie z wysuniętą naprzód różdżką, szukając usilnie w magiczny sposób śladu młodego, czarnowłosego alchemika. Drżała cała z niepokoju, nie potrafiąc namierzyć energii Hari'ego. Jak gdyby przepadł, oddalił się zbytnio, albo też… Ostatnią możliwość zepchnęła w najgłębsze zakamarki duszy.
- Po prawej jest stado jednorożców – odezwała się z tyłów Tonks, której zadanie polegało na wykrywaniu niebezpieczeństw.
Dzięki niej już kilka razy wyminęli grupy spłoszonej zwierzyny, unikając tym samym konfrontacji z nimi. Spanikowane zwierzęta, zwłaszcza magiczne, potrafią być groźne, nawet te roślinożerne. Panna Granger skinęła krótko, kierując się na północny-zachód, żeby nie narażać się na wykrycie przez nietypowe dla mugoli konie. Odetchnęła uspokajająco raz, potem drugi, starając się uciszyć kołaczące niespokojnie serce.
- Masz coś? – zapytał rzeczowym tonem kroczący tuż obok dziewczyny Roy, przyglądający się bystro każdej przeszkodzie.
- Nic – wymamrotała Hermiona bezsilnie, co i rusz zerkając na wskazany przez różdżkę kierunek.
Riza podążała za dwójką bez słowa, gotowa wyciągnąć pistolet na najmniejsze skinienie przełożonego. Natomiast pomiędzy nią a różowowłosą dreptali zlęknieni, niezadowoleni Havoc i Breda. Jean zapaliwszy nerwowo papierosa, zaciągnął się mocno na ukojenie nadszarpniętych nerwów. Heymans kręcił się, wodził oczyma wokoło, skubał ze zdenerwowania skraj munduru.
- Ale my tam nie idziemy, prawda? – Nie wytrzymał, wskazując palcem gęstniejącą roślinność.
Drzewa przed nimi rosły tak blisko siebie, że między szparami z trudem zmieściłoby się coś pokroju niedźwiedzia. Przestrzeń zarośnięta bluszczem oraz cierniami pochłaniały niezliczone, nakładające się na siebie cienie. Rozległe korony wydawały się nie zważać na niewielką przestrzeń, wybijając się w górę i na boki, tylko potęgując wrażenie mroku.
- Kategorycznie odmawiam! – wrzasnął Breda, wymachując chaotycznie rękoma. Mustang nawet nie odwrócił się, nie zerknął na podwładnego.
- Ależ pójdziesz, podporuczniku – odparł, po czym uśmiechnął z satysfakcją. – Chyba że chcesz wracać sam do zamku – dodał niby od niechcenia, wznawiając przerwany przez rudzielca marsz.
Jean wymienił z towarzyszem niedoli udręczone spojrzenia i obaj powlekli się za przełożonym z opuszczonymi ramionami. Nimfadora, wbrew nieprzyjaznemu otoczeniu, zachichotała, obserwując dwójkę wojskowych. Zszarzałe wcześniej włosy nabrały blasku, zabarwiły na ostry, bijący po oczach róż. W lepszym humorze, z nową dawką szalonego optymizmu ruszyła za resztą, zaklęciem wyłapując obecne niemal wszędzie zwierzęta.
A wiatr zawirował w miejscu, porywając do tańca lżejsze przedmioty, aby zaraz znieruchomieć i zniknąć bez śladu. Jakby jego niewidzialne serce zatrzymało się już na zawsze. Kilka złotawych liści opadło na ziemię leniwie.
- Hej, otwórz oczy. No, obudź się. – Melodyjny, dźwięczny głos młodej dziewczyny obijał się boleśnie o zakamarki umysłu Hari'ego.
Uchylił powoli ociężałe powieki, ukazując światu swe bezdenne źrenice okalane zielenią. Przyłożył dłoń do obwiązanego bordową chustą czoła, zaraz krzywiąc się i sycząc. Ujrzał nad sobą obsiany bladymi chmurami błękit, mający zmienić się niedługo w granat nocy. Zamrugał, przypominając sobie mgliście włochate, klekoczące pająki.
Zerwał się gwałtownie do siadu, zaraz tego żałując. Płuca na nowo zapełniły się parzącymi igłami, brzuch przeszyła błyskawica, zaś mięśnie napięły do granic możliwości. Zacisnął palce na poszarpanych połach aba, pochylając się do przodu przez ogarniające go cierpienie. Stęknął bezsilnie, klnąc na siebie w duchu.
- Nie powinieneś wstawać. – Dopiero teraz zauważył obecność obcej osoby obok siebie.
Niewysoka dziewczyna o bajecznie zielonych, długich do ud włosach i jasnofioletowych, okrągłych oczach klęczała przy nim zmartwiona. Była ubrana w skąpą, zwiewną sukienkę w różnych odcieniach szmaragdu. Najciemniejszy był szal, którym przewiązała się luźno w pasie. Najbardziej w jej postaci rzucały się szpiczaste uszy oraz jasna, perłowa cera.
- Musisz wypoczywać – powiedziała miękko, uśmiechając się serdecznie, lecz w jej postawie kryła się tłumiona niepewność.
- Jesteś elfem? – zapytał beznamiętnie Hari, wcale nie będąc pod wrażeniem urody drobnej istotki. Jako odpowiedź dostał rozbawione parsknięcie.
- Nie, nimfą wodną. Nazywam się Nereida. – Skłoniła mu się grzecznie, cały czas jednak obserwując.
- Hari Raikou – przedstawił się młody alchemik, lustrując wzrokiem otoczenie.
Okazało się, iż to ta polanka, na której wcześniej usłyszał dźwięczny śmiech – śmiech z pewnością należący do nowopoznanej dziewczyny. Woda szumiała uspokajająco, kilka ptaków przycupnęło na pobliskiej gałązce i śpiewało jedną z ich licznych piosenek. Jasny krąg na błękicie chylił się coraz bardziej ku horyzontowi, zalewając czerwieniejącymi promieniami światła całą okolicę. Przeźroczysta tafla zabarwiła się ogniście, przypominając jezioro żarzącej się lawy.
- Jak długo byłem nieprzytomny? – przerwał ciągnącą się ciszę Tańczący, jakoś nie mając ochoty dogryzać siedzącej obok istotce. Był zbyt wymęczony ostatnimi wydarzeniami.
- Godzinę – odparła nimfa. – Powinieneś dłużej spać – dodała srogo, zaciskając wargi w wąską linię.
Młodzieniec spojrzał na nią zdumiony, nie potrafiąc w obecnym stanie ukryć silniejszych emocji. Zastanawiał się, dlaczego Nereida zachowuje się w stosunku do niego, jakby znała go od bardzo dawna. Jej postawa stawała się coraz bardziej życzliwa, fioletowe tęczówki błyszczały wewnętrznym blaskiem niczym te Albusa. Dla Raikou, nie znającego większości pozytywnych uczuć, było to coś niezrozumiałego, niepojętnego. Takie całkowicie zaskakujące.
- Akromatule ostatnio są bardzo nerwowe i wkraczają na cudze terytoria – odezwała się zielonowłosa. – Na szczęście byłeś blisko i mogłam ci pomóc. Wiesz, nie mogę oddalać się za bardzo od wody. To by mnie mogło zabić. A tak nie zawahałam się i przegoniłam te złośliwe pajęczaki. Tak ogółem to one są całkiem fajne, ale ciągle tylko klekoczą i klekoczą… - Hari wpatrywał się tępo w nimfę, przestając powoli kontaktować i rozumieć, o czym mówi.
Ciepły ton dziewczyny rozchodził się rozluźniającymi falami po organizmie alchemika, w jakiś dziwny sposób zagłuszając nieustannie promieniujący z obrażeń ból. Ze zdziwieniem odnotował również ustępujące kłucie w okolicach serca, dokuczające mu od dzieciństwa. Przymknął powieki znużony, nie rozpoznając słów wymykających się spomiędzy czerwonych ust.
- Wiesz – zamrugał, powracając do rzeczywistości – rzadko ktoś odwiedza to miejsce. Nie rozmawiałam z nikim od… – zacięła się, licząc w myślach lata, potem owe lata przerodziły się w wieki. Pokręciła ze smutkiem głową, oplatając klatkę piersiową rękoma w obronnym geście.
Tańczący nie odpowiedział, znajdując się kłopotliwej dla niego sytuacji. Pierwszy raz spotkał się z takim traktowaniem skierowanym w jego osobę, więc nie miał pojęcia, co robić. Chłodne usposobienie nakazywało milczeć i wypatrywać podstępu, natomiast jakaś dotąd nieznana część duszy, zakopana na samym dnie świadomości, pragnęła słuchać dłużej głosu Nereidy.
- Będziesz mnie odwiedzać? Proszę – rzekła wtem nimfa, składając smukłe dłonie w błagającym geście.
- Dlaczego wtedy uciekłaś? – odparł pytaniem Hari, umykając niezręcznie z obcego terenu. Dziewczyna zarumieniła się lekko.
- Tyle czasu byłam sama, a dostałam zakaz zbliżania się do zamku… Nie wiedziałam, co robić. Zapomniałam – powiedziała smutno, miętosząc w palcach skrawek szmaragdowego szala. – Ale chcę sobie przypomnieć! – wykrzyknęła gwałtownie, nachylając się bardziej w stronę młodzieńca. Jasne tęczówki zmierzyły się z drugimi, zielonymi.
/"Wszyscy mają w sobie iskrę, nawet tacy jak ty. Musisz po prostu sobie przypomnieć, jak to jest, kiedy…"/
Prychnął, źrenice wypełniły się zwyczajnym, codziennym zimnem, odgradzającym jego wewnętrzne ja od reszty świata. Nereida drgnęła, odsuwając się pod wpływem tego przeszywającego, drwiącego spojrzenia. Podźwignął się ciężko na nogi, ignorując nawoływania nimfy, aby się nie nadwerężał. Stanął chwiejnie, z ledwością utrzymując równowagę. Godzina odpoczynku niewiele pomogła, zbyt mało energii przywróciła.
- Nie jestem spółką charytatywną, dziewucho – syknął w jej kierunku, zarzucając drżącymi dłońmi plecak, wcześniej leżący obok. Ku ponownemu zdziwieniu usłyszał dźwięczny jak słowika śmiech.
- Nie musisz, Hari Raikou. – Klasnąwszy, Nereida wyprostowała się. – Niech to będzie przysługa za uratowanie życia – powiedziała wesoło, uśmiechając się dumnie z własnego sprytu i pomysłowości.
Tańczący zacisnął palce na pasku, wręcz zgniatając go w ciasnym chwycie. Zamglony wzrok utkwiony w zielonej trawie nawet nie drgnął, oddychał płytko, niezauważalnie. Podobny do grafitowej rzeźby nie wykonał najmniejszego ruchu, nawet wiatr zdawał się przejąć jego zachowanie, nieruchomiejąc.
/"Hari, jeżeli ktoś uratuje ci życie, nie możesz zignorować jego prośby…"/
Otrzepał brudną, zakrwawioną i podartą aba niedbałymi ruchami, krzywiąc się z bólu spowodowanego wysiłkiem. Nie baczył na obecność nimfy, jak gdyby zapomniał, że tu jest. Słysząc w umyśle wypowiedziane przez nią słowa nie miał większego wyboru, jak zgodzić się na tę drobną przysługę. Tylko dlaczego przestrzegam tych zasad, skoro jej tu nie ma? – pomyślał, wykrzywiając ironicznie usta.
- Zgoda, wodna nimfo – powiedział po pełnej napięcia ciszy, niemal doprowadzającej do zawału drobnej istotki.
Nereida podskoczyła radośnie, ciesząc się z posiadania nowego od paru wieków rozmówcy. Iskrzące się fioletowe oczy wyrażały ogromne zadowolenie, a mimo to dziewczyna nie odważyła się podejść bliżej do młodzieńca. Nie po tym, co zobaczyła głęboko w jego przepełnionych chłodem źrenicach. Śmierć… Dojrzałam lepką obecność groźnej śmierci… Ale zmienię to! – wykrzyczała w myślach, odtrącając z policzka zabłąkany kosmyk.
Hari zadrżał, odczuwając znów opuszczające go siły. Zachwiał się niebezpiecznie, padł na kolana niemal bezwładnie. Pulsujący ból powrócił ze zdwojoną siłą, karząc czarnowłosego za moment wytchnienia. Nimfa krzyknęła, doskakując do Raikou jednym zgrabnym, płynnym susem. Warknął na nią półprzytomnie, przypominając w tej chwili zranione, dzikie zwierzę. Lecz nie miał już siły na odtrącenie ciepłej dłoni dotykającej rozgrzanego, rozgorączkowanego czoła.
