Ostrzeżenie: Ze względu na ciężką tematykę rozdziału, ma on rating M. Ratingu dla całości opowiadania zmieniać nie będę, bo nie przewiduję większej ilości tego typu motywów.


Chodzi o to, że musi coś przecież istnieć. Jakaś granica, za którą nie wolno przejść, za którą przestaje się być sobą.

– Zofia Nałkowska "Granica"

Bunt, który zaczął się od drobnych niesubordynacji w kilku oddziałach, szybko eskalował poza problem poszczególnych kompanii. Wszystko zaczęło się od rozszerzenia władzy jaką Komnata 46 sprawowała nad Oddziałami Obronnymi. Może nie byłoby to tak odczuwalne, gdyby nie to, że pierwszym ich rozporządzeniem był zakaz noszenia Żniwiarzy przez oficerów wyższych rangą poza stanami podwyższonej gotowości bojowej. Był policzek wymierzony prosto w dumę każdego shinigami. To rozporządzenie jasno mówiło, że shinigami nie są godni zaufania. Część oficerów nie zgodziła się oddać mieczy, tych zaczęto aresztować. Żołnierze niższej rangi, widząc to, sami zaczęli się buntować. Na początku było niewypełnianie poleceń, bójki, malkontenctwo i pijaństwo na służbie. Wszystko to działo się za niemym przyzwoleniem większości kapitanów – zazwyczaj patrzyli w inną stronę – którzy na równi z oficerami poczuli się dotknięci odebraniem ich swobody.

Generał Yamamoto ani na chwilę się nie ugiął, stwierdził jasno, że skoro ci shinigami nie potrafią wykonywać rozkazów, to nie mają prawa być shinigami. Został wydany rozkaz, by każdego dezertera, który nie podda się własnowolnie zabijać. Wykonaniem rozkazu miały się zająć cztery oddziały, które przez te kilka miesięcy nie utraciły w wyniku dezercji ani jednego żołnierza. Oddział pierwszy, w którym nie było mowy o buncie, dopóki dowodził nim Generał Yamamoto. Oddział drugi razem z Onmitsukido, który żelezną ręką za pyski trzymał książę Shihoin. Oddział szósty, któremu przewodził kapitan Kuchiki. Oddział dziewiąty, gdzie kapitanem był Urasenke Shoyo, chociaż w tym przypadku ważniejszym było czyim był mężem – Hashimoto Miyako była siostrą głowy rodu Hashimoto, Akane.

Rozporządzenie wydane przez Komnatę 46 powstało z inicjatywy Czterech Wielkich Rodów. Rosnące w siłę Oddziały Obronne stanowiły zbyt wielkie zagrożenie dla kruchego spokoju Seireitei, by pozostawić je bez kontroli. Generał Yamamoto, chociaż opornie, ale rozumiał znaczenie Komnaty 46 i ograniczenia swobody shinigami. Ostatnimi laty i tak zbyt często zdarzały się śmiertelne wypadki na terenie Seireitei, których ofiarami nie padali jedynie shinigami. Jednak większość shinigami nie była przekonana. Dlatego teraz Rukongai zapełniało się dezerterami, którzy raz spuszczeni ze smyczy, czynili jeszcze większe spustoszenie.

Drugi oddział połączony na czas łowów z Onmitsukido był odpowiedzialny za zachodnią część Rukongai. W niewielkich drużynach przeczesywali odległe dystrykty, gdzie łatwiej zniknąć i gdzie wybryki uchodzą na sucho. Kimiko, jako oficer wysokiej rangi, otrzymała do asysty jedną dziewczynę z Onmitsukido – kazała mówić do siebie Fumi, Kimiko wątpiła by było to jej prawdziwe imię. Od kilku dni były na tropie grupy dezerterów, którym jakimś cudem udało im się już kilkakrotnie omijać. Znajdowały tylko resztki po ich zabawach. Spalone chaty, krew na drzewach, porzucone śmieci. Musieli znaleźć jakiegoś dobrego przewodnika, który o wiele lepiej znał te tereny niż one i wiedział, którędy uciekać.

Jednak pod wieczór kolejnego dnia znalazły się bardzo blisko, ślady, które znalazły, były o wiele świeższe niż wcześniej.

– Jest ich więcej niż sądziłam – stwierdziła Fumi, klęcząc przy śladach w pogniecionej trawie.

– Nie widzę w tym żadnego problemu – powiedziała Kimiko, patrząc na Fumi z góry. – To nadal oficerowie niższych rang i szeregowi żołnierze, niewiele zrobią.

Miała dość tego pościgu i chciała go jak najszybciej zakończyć. Nawet jeżeli będzie ich kilkunastu, niczym jej nie zaskoczą, poradzi sobie be problemu.

– Powinniśmy i tak zawiadomić – zaczęła Fumi.

– Mamy ich na ostrzu, nie pozwolę im się teraz wymknąć – przerwała jej twardo Kimiko. – Ruszamy – rozkazała i sama ruszyła w stronę, gdzie prowadziły ślady.

Fumi nie miała innego wyboru jak podążyć, to Kimiko dowodziła, chyba że sama chciała zostać oskarżona o bunt.

Kimiko już z daleko wyczuła reiatsu całej grupy. Chyba poczuli się zbyt bezpiecznie, że pozwalali sobie na takie lekceważące i nierozsądne zachowanie. Czym zdenerwowali ją jeszcze bardziej – musieli mieć o niej naprawdę niskie mniemanie.

Znalazły ich na polanie, którą widziały doskonale ze szczytu skały. Pili, śmiali się i przeglądali zrabowane przedmioty. Było ich jedenastu, sami mężczyźni, teraz byli przebrani w normalne szarobure yukaty, ale wystarczyło, że Kimiko zmrużyła oczy, by całe te przebieranki na nic się zdały. Reiraku pokazało wirujące wstęgi, dziewięć z nich był czerwonych, pozostała dwójka była prawdopodobnie równie winna, więc nie miała zamiaru dawać im taryfy ulgowej. Tak samo, jak nie miała zamiaru pytać się czy się poddają, ich wielodniowa ucieczka była wystarczającym dowodem winy i braku chęci współpracy.

Skoczyła ze skały. Jej sylweta mignęła na tle księżyca, który wzeszedł już wysoko. Ostrze wyciąganego Żniwiarza błysnęło. Jeden z mężczyzn uniósł głowę, ale wtedy było już za późno.

– Dziel i rządź, Czarny Księciu – szepnęła Kimiko, opadając w dół, a wraz z nią ciężko opadł buzdygan, miażdżąc głowę jedynego, który nie zdążył się uchylić. Nie zwróciła zbytnio uwagi na to jak młody był i jak zaskoczony, w przeciwieństwie to reszty swoich towarzyszy.

Stalowy trzon buzdyganu zatrzymał kolejny cios. Przekręciła rękojeść i błyskawicznych ruchem wyciągnęła sztylet, który zaraz wbiła w gardło mężczyzny, który próbował ją zaatakować od tyłu. Kolejny padł z poderżniętym gardłem, gdy Fumi zaszła go od tyłu. Następny wrzasnął zwierzęco, gdy Kimiko przypaliło mu twarz Kido. Kolejni nie byli już tak chętni do ataków, ale wciąż nie wyglądali na szczególnie zaniepokojonych, ale to Fumi pierwsza zauważyła, że coś nie tak. Kimiko zaczęło coś podejrzewać, gdy jeden z mężczyzn, który ledwo uniknął kolejnego ciężkiego ciosu buzdyganu, krzyknął:

– Na co jeszcze czekasz! Te suki nas pozabijają.

Zaraz potem stalowe pióra wbiły mu się w czaszkę. Dopiero wtedy Kimiko wyczuła jeszcze jedno reiatsu ukryte w lesie, później był błysk – zajączek od odbitego w ostrzu księżyca. Ruszyła natychmiast w tamtą stronę.

– Kimiko-san, nie! – krzyknęła za nią Fumi.

Wtedy poczuła zapach, słodki zapach, od którego świat zwolnił, powieki zaciążyły. Gdy padała na kolana, wypuszczając Czarnego Księcia z dłoni, przypomniała sobie. Czytała o Żniwiarzu jednego z dezerterów. Było tam coś o usypianiu.

Obudził ją straszliwy ból głowy, zaraz potem doszła suchość gardła i zawroty głowy. Była słaba. Czuła się, jakby ciężko upiła się sake i do tego zżerała ją gorączka. Myśli nie chciały się składać w żadną logiczną całość. Wolała się nie ruszać, wtedy łatwiej to było znieść, chociaż pozycja w jakiej leżała nie była najwygodniejsza. Przeszkadzały również głośne śmiechy i mokry, rytmiczny dźwięk, któremu towarzyszył od czasu do czasu warkot, to wszystko sprawiało, że jeszcze bardziej chciało jej się wymiotować.

– Te a może jednak weźmiemy się też za tamtą – odezwał się jakiś mężczyzna. – nawet z nieprzytomną będzie tyle samo zabawy jak z tą tutaj. A pomyślcie jaka będzie zaskoczona, gdy obudzi się z kutasem w piździe.

Kimiko znieruchomiała, ale zaraz odetchnęła w myślach odmawiając litanię o strachu. Dopiero po niej otworzyła oczy. Leżała bokiem na jakieś brudnej macie z suszonej trawy. Włosy, które wymknęły się z warkocza przysłoniły jej twarz, ale widziała wystarczająco, by zrozumieć swoją sytuację.

Musiała leżeć w rogu pomieszczenia jakieś biednej, rozlatującej się chaty. Kawałek przed nią kończyła się plama światła z lampionów. W jej świetle siedzieli mężczyźni, których zaatakowały. Ci co przeżyli, piątka z jedenastu. Czwórka siedziała pod ścianami z butelkami, jeden z nich miał podbite oka, rozbitą wargę, przykładał szmatę do ucha, co chwilę zerknął, czy w końcu przestało krwawić.

Piąty klęczał po środku. Pomiędzy nogami nagiej Fumi. Gwałcił ją z dzikim uśmiechem satysfakcji, chociaż dziewczyna już nawet nie jęczała. Patrzyła obojętnym wzrokiem gdzieś w kierunku Kimiko, dłonie miała związane nad głową, a na szyi obrożę. Włosy miała zlepione, w świetle lampionów na jej twarzy i piersi widoczne były sińce, ślady ugryzień i nasienie, na udzie rozmazaną krew. Kimiko odwróciła wzrok, chociaż świńskie odgłosy wydawane przez mężczyznę i to mokre plaskanie w rytmie ruchów jego bioder, nadal było doskonale słyszalne. Miała ochotę zwymiotować. Jeszcze raz przyjrzała się każdemu z mężczyzn. Oni wyglądali, jakby już swoją kolejkę mieli. Ile godzin mogło minąć? Jak długo była nieprzytomna? Członkowie Onmitsukido byli uodparniani na substancje odurzające, a nawet jeżeli na nich zadziałały, to o wiele szybciej odzyskiwali przytomność.

Musiała się wydostać zanim zorientują się, że odzyskała przytomność, bo z przerażającą świadomością wiedziała, że czeka ją dokładnie taki sam los, jak Fumi.

W tym samym momencie uświadomiła sobie, że nie czuje własnego reiatsu, a jej reiryoku zostało zredukowane do poziomu niemowlęcia. Miała za sobą jedynie siłę swoich mięśni, cokolwiek jej zrobili na pewno zrobili również Fumi.

Obroża. Czuła ją również na swojej szyi. To nie była zwykła obroża. Tylko skąd taka banda śmieci miała by dostęp do Sekkiseki? Teraz nie miało to takiego znaczenia. Wystarczyłoby, gdyby odnalazła swojego Żniwiarza, albo dorwała jakąkolwiek broń, wtedy sobie poradzi.

W drugim rogu pokoju dojrzała jakieś rzeczy, ale żeby lepiej się im przyjrzeć musiała poruszyć głową – dojrzała wśród byle jak rzuconych rzeczy swojego Żniwiarza – jednak jej poruszenie nie przeszła niezauważone.

– Panowie, druga zabawka nam się obudziła – ogłosił mężczyzna siedzący na wprost niej z fajką w dłoni.

– To ja pierwszy – poderwał się drugi z mężczyzn z szerokim uśmiechem.

Nie poruszyła się, oczywiście na udawanie nieprzytomnej było już za późno. Czekała na odpowiedni moment. Był dwa kroki, gdy poderwała się i rzuciła na niego, celując głową w nos – trafiła gdzieś w szczękę – odepchnęła go na bok związanymi dłońmi. Nic więcej nie zdążyła zrobić, ktoś chwycił ja za warkocz, pociągnął do tyłu z siłą, od której znalazła się z powrotem na ziemi. Nie zatrzymała się, przetoczyła się na bok, zanim ktoś zdążył ją unieruchomić. Widziała swojego Żniwiarza, musiała do niego dotrzeć. Został jej zabrany sprzed wyciągniętych dłoni, ktoś pchnął ja na worki, ubrania i bibeloty. Odwróciła się na plecy. Mężczyzna z fajką przygniótł jej gardło pochwą Żniwiarzem, próbowała go odepchnąć, ale nie miała siły, chociaż on trzymał ją tylko jedną dłonią. Wierzgała się, próbują kopnąć, ale bez problemu unieruchomił jej nogi swoimi – miał wprawę. Zaczynało jej brakował powietrza. Pochylił się nad nią wypuścił dym prosto w jej twarz. Teraz dopiero miała okazję spojrzeć mu w oczy – była w nich okrutna inteligencja, co przeraziło ją jeszcze bardziej. Zobaczyła pod ramieniem mężczyzny Fumi, patrzyła na nią obojętnie, nie wykonała nawet najmniejszego gestu, by jej pomóc.

– Skoro tak bardzo ci zależy na mieczu – szepnął jej do ucha – co ty na to, żebym cię nim wyruchał, hmmm? Myślę, że to będzie dobra zemsta za moich dzielnych towarzyszy, których nim zabiłaś.

Charknęła tylko w odpowiedzi dziko próbując złapać powietrze. Odpływała. I jeszcze pomyślała, że może i lepiej, że straci przytomność – nie liczyła, że umrze – przynajmniej tego pierwszego razu nie będzie czuła.

Miecz z gardła został zabrany. Zaczęła dziko łapać powietrze, ale nawet wtedy próbowała walczyć. Zamierzyła się pięściami na twarz mężczyzny, ale bez problemu złapał jej dłonie. Splunęła mu w twarz, co było pierwszą oznaką poddania się, skoro na nic innego nie mogła sobie pozwolić. Wytarł policzek powoli,spojrzał na nią z zimną furią.

– Wybacz, Jiro, ale tą suczkę wezmę pierwszy ja – powiedział.

– Spoko, bierz ją, poczekam, aż będzie potulniejsza – powiedział Jiro ze śmiechem. – Tylko uważaj Doi, żeby ona ciebie przypadkiem nie wyruchała. Jakby co idę się wysikać.

Przymknęła na chwilę oczy. Miał na imię Doi, co za smutna ironia.

– Patrz na mnie – warknął, chwytając jej podbródek. Posłuchała, bo poza pluciem już tylko spojrzenie pełne nienawiści jej zostało. – Grzeczna suka, szkoda by było takiej mięciutkiej skóry na siniaki. – Pogładził kciukiem jej policzek, skrzywiła się z obrzydzeniem. – Te ale panowie, my tu chyba mamy jakąś księżniczkę.

– A jaka różnica – odezwał się któryś – pizda taka sama, czy to u szlachcianki, czy u dziwki z Rukongai.

Wszyscy poza Doiem zarechotali.

– Nie martw się, ja widzę różnicę, te szlacheckie nie mają wszy – powiedział Doi z miną, jakby prawił najlepszy komplement, wsuwając dłoń między nogi i przesuwając językiem po szyi i policzku. – Ale już sprawię, że będziesz jęczeć, jak ostatnia rukońska kurwa.

Szarpnął kosode, ścisnął odsłoniętą pierś, wbijając boleśnie palce. Żółć podeszła jej do gardła z obrzydzenia. Czuła zbierającą się rozpacz. Próbowała ją od siebie odsunąć, jeszcze skupić się na próbie obrony. Poczekała, gdy rozluźnił chwyt na dłoniach, gdy podniósł się, by zedrzeć jej hakamę.

Ostatnie zryw, pchnięcie i desperackie sięgnięcie po leżący nie tak znowu daleko miecz. Musnęła rękojeść czubkami palców, gdy chwycił ją za włosy – od bóly zapiekły łzy – pociagnął w górę – zwisała bezwładnym ciężarem. Zdzielił na odlew – miał pierścień na palcu, rozciął nim skórę, warga pękła. Wylądowała znowu na ziemi. Jeszcze się obróciła, jeszcze kopnęła– trafiła w brzuch – ale to wciąż było za mało, nawet jeżeli na chwilę się zgiął. Chwycił ją za nogę, przeciągnął po podłodze. Dłonie chwyciły jakiś materiał, pociągnął za sobą jakieś bibeloty, nogi młóciły powietrze bez ładu i składu – teraz była już tylko panika – raczej dzikim instynktem niż świadomą decyzją sięgnęła po błyszczący metalicznie przedmiot – srebrna szpila z zielonym kamieniem. Wszystko działo się w dziwnej ciszy, nikt nic nie mówił, były tylko przyspieszone, głośne oddechy, jego – z wściekłości i chuci – jej – ze strachu i zmęczenia. Rzucił się na nią, gdy ona obracała się w jego stronę, zasłaniając twarz rękoma.

Sam się nadział, ona tylko pchnęła dalej, tak że z otwartego szeroko oka sterczał jedynie zielony kamień. Nie krzyknął, zamrugał drugim okiem, jakby coś mu do niego wpadło. Nie rozumiał, co się stało. Podniósł się, dotknął kamienia. Przewrócił się

Pozostali nie od razu zrozumieli coś się wydarzyło, a to wystarczyło, by w końcu dosięgnęła miecza, wyszarpnęła z pochwy. Pierwszego ścięła zanim wstał, drugiego pchnęła w gardło, gdy się podnosił. Byli pijani i wściekli, to ją ratowało. Trzeci próbował zajść ją od tyłu, obróciła się i cięła z góry brutalnie, wkładając w to wszystkie siły – ramię zawisło na krwawym ochłapie. Krzyknął, jeszcze przez chwilę próbując panicznie połączyć ramie do ciała. Na jego krzyk do chatki wpadł ostatni z mężczyzn, ten, klnąc, zdążył chwycić za miecz, ale nadal był za wolny. Ominęła bez trudu jego cios i cięła czysto na gardło. Głowa z plaśnięciem upadła na ziemię, ciało po chwili.

Jeszcze przez chwilę stała, dysząc, z podniesionym ostrzem. Wpatrywała się w wejście, spodziewając się, że zaraz wpadną kolejni. Jednak dookoła panowała cisza przedświtu.

Miecz wypadł z dłoni, upadła na kolana. Przez chwilę wydawało jej się, że wstrząśnie nią szloch, ale tylko raz pierś się szarpnęła. Przypomniała sobie, że nie jest sama. Uwolniła się z więzów, zabrała miecz i klęknęła przy Fumi, która przez ten cały czas leżała nieporuszona, obojętnym wzrokiem wpatrując się w sufit. Kimiko przez sekundę myślała, że może dziewczyna umarła, ale nie. Pierś unosiła się w powolnym oddechu. Jednak nie zareagowała w żaden sposób, gdy Kimiko przecięła jej więzy, ani gdy znalazłwszy kawałek materiału zwilżony sake – z braku czegokolwiek innego – zaczęła ją wycierać. Twarz, pierś, zakrwawione uda. Nie potrafiła powstrzymać myśli, że to mogła być ona. Jednak najbardziej przerażają w tej myśli, była ulga, że to nie była ona. Gdyby zabrali się za nią pierwsi, byliby wypoczęci, trzeźwi, nie poradziłaby sobie, tak jak nie poradziła sobie Fumi.

Mundur Fumi do niczego się nie nadawał, więc wśród sterty łupów znalazła jakąś yukatę. Spojrzała na wyciągniętego na podłodze niedoszłego gwałciciela. Leżał z rozłożonymi nogami, yukata odsunęła się na boki, w kroczu zwisał smętnie miękki członek. Doprawdy trudno o bardziej żałosny widok. Nie do końca rozumiała, dlaczego to robi, ale wyszarpnęła mu z oka szpilę – była brudna od krwi, galarety oka i szarej masy mózgu – najpiękniejsza rzecz na świecie.

Udało jej sie ubrać bezwładną Fumi w yukatę i jakoś zarzucić sobie na plecy. Nogą przewróciła lampiony, ogień szybko zajął maty i ubrania powoli rozsypujących się na reishi mężczyzn. To był nic nie znaczący czyn, ogień nie wymaże tego co się wydarzyło. Jednak z pewna satysfakcją patrzyła na płonącą chatę.

W huku ognia prawie nie usłyszała.

– Wiesz – szepnęła Fumi – o czym myślałam, gdy tam leżałam? Czemu nie zabrali się za ciebie pierwszą.

Nie odpowiedziała. Nie było na to żadnej odpowiedzi.

Dopiero koło południa udało im się trafić na inną drużynę. Nic nie odpowiedziała, padła wykończona, wtedy zabrakło sił na radość, gdy w końcu zdjęli z jej szyi obrożę i mogła usłyszeć szept Czarnego Księcia.

Czarny Książę był niezadowolony.

Po powrocie do Seireitei wymówiła się z obowiązków sprawami rodziny, nikt o nic nie pytał. Zamknęła się w swoich pokojach i dopiero wtedy. Zamknięta w czterech ścianach, zostawiona sama sobie, zwinęła się i pozwoliła wreszcie wypełznąć rozpaczy. Nie był to szloch wstrząsający całym ciałem, raczej pochlipywanie przerażonej dziewczynki. Gdy już łzy wyschły pozostała obojętność. Leżała, tak jak Fumi, pustym wzrokiem wpatrując się w sufit. Nie chciała wracać do oddziału – jak tam wróci, nikt nie da jej gwarancji, że sytuacja się nie powtórzy, tylko tym razem będzie miała mniej szczęścia. Przeklinała, że urodziła się trzecia, gdyby była na miejscu którejkolwiek ze swoich sióstr, nikt by się nie ośmielił.

Nie była pewna ile dni minęło. Odsyłała służbę, która przynosiła jej jedzenie, a nikt inny jej nie odwiedził.

W pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na hałasy za ścianą.

– Panienka wyraźnie nie życzyła sobie żadnych gości – mówiła Eri, jej służąca, nieco przerażonym głosem.

– Nawet nie wiesz dziewczyno, jak niewiele znaczy dla mnie słowo tej jaśnie panienki.

Na dźwięk drugiego głosu Kimiko podniosła się i nawet próbowała ułożyć jakoś włosy. Ostatni nieśmiały protest Eri został zagłuszony przez trzaśnięcie shoji, jedno i zaraz drugie.

W pokoju Kimiko stała jej starsza siostra Akemi. Inteligentna, piękna, gniewna, dumna, nieugięta. Kimiko zawsze ją podziwiała i odrobinę jej zazdrościła. Wystarczyło jedno spojrzenie oczu, w których szalał sztorm, delikatne wygięcie kształtnych ust, by Kimiko upuściła wzrok zawstydzona. Akemi nie powiedziała ani słowa, chwyciła Kimiko za rękę, wyciągnęła z pościeli, pociągnęła przed toaletkę. Zmusiła go klęknięcia, sama kleknęła za nią. Wzięła szczotkę i bez grama delikatności zaczęła rozczesywać sklejone włosy Kimiko.

– Co ty w ogóle sobie wyobrażasz, smarkulo? – zapytała ostro.

– Ja... – zaczęła Kimiko, ale zamiast dokończyć syknęła z bólu, gdy Akemi szarpnęła ją za włosy nie mniej brutalnie niż tamci mężczyźni.

– Na rozpacz ci się zabrało? – warknęła Akemi, patrząc ponad ramieniem siostry na ich odbicie w lustrze. – I co? Jeszcze myślisz, że ktoś się tym przejmie? Powiedzieć ci coś smarkulo? Wiesz, dlaczego mamy litanię o strachu, litanię o gniewie, ale nikt nas nie nauczył litanii o rozpaczy? Bo wszyscy mają nasza rozpacz gdzieś. Myślisz, że matka przyjdzie i cię pogłaszcze po główce. Nie może sobie pozwolić, by którejkolwiek z nas pobłażać. Liczysz na Tamiko? Ona w swej niewinnej głupocie pewnie nawet się nie domyśla, co się właściwie stało, pewnie już sobie dorobiła do tego romantyczną historię. Ojciec, też nie wie i nikt mu nigdy nie powie. A może liczysz na tego młodego Saji, jak mu było, Doi? – Brzmienie tego imienia wywołało u Kimiko grymas obrzydzenia. – On przecież tego nawet nie zrozumie. Na moje współczucie też nie masz co liczyć, w tym stanie. – Potrząsnęła włosami Kimiko. – Jesteś dla mnie bezużyteczna. A potrzebuję cię siostrzyczko – powiedziała tylko z cieniem czułości w głosie. – Rozumiesz?

Kimiko pokiwała głową i odetchnęła, gdy Akemi w końcu ją puściła. Zdawała sobie sprawę z tego, że mogłaby nie pozwolić, by siostra ją tak traktowała, ale od kiedy pamiętała, nie była w stanie się jej przeciwstawić, ani słowem, ani czynem.

Akemi wróciła do czesania jej włosów, teraz już delikatniej. Przez dłuższą chwilę panowała cisza.

– Powinnaś odwiedzić tamtą dziewczynę, która z tobą była – odezwała się Akemi spokojnie.

– Odwiedzę.

Akemi zawiązywała siostrze starannego koka. Gdy skończyła, położyła dłonie na jej ramionach.

– Zabij tamtą przerażoną dziewczynkę, Kimiko – powiedziała, patrząc w oczy odbiciu siostry. – Zabij, zakop głęboko i nigdy, nikomu nie pozwól znaleźć trupa.

Wstała.

– Akemi – zawołała Kimiko, nie odwracając się, ale widziała w odbiciu, że siostra się zatrzymała. – Kto? Kiedy?

– Nie pamiętam – odpowiedziała. Uśmiechnęła się melancholijnie. – Może tamta dziewczynka, którą zabiłam i zakopałam w ogródku, by pamiętała.

Wyszła, zostawiając Kimiko ponownie samą. Dopiero wtedy dziewczyna przyjrzała się swojemu odbiciu. Opuchniętym policzkom, zaczerwienionym oczom, na skroni jeszcze by się dojrzało ścieżkę zaschniętych łez. I do tego wszystkiego staranny kok – nigdy nie nosiła koków. Od dzisiaj zacznie – za kok trudniej chwycić. Sięgnęła do szkatułki i wyciągnęła srebrne, splecione w pajęczynę łańczuszki. Nie zabije tamtej przerażonej dziewczynki, bo miała zamiar wszystko doskonale pamiętać, ale spęta ją, uwięzi w najgłębszej celi własnej duszy, tak by nie słyszeć jej krzyków. Wpięła sobie łańcuszki przy uszach, teraz przy każdym ruchu głowy słyszała ich delikatnie dzwonienie. Spojrzała na bibeloty i puzderka.

Srebrna szpila z zielonym kamieniem. Eri musiała znaleźć ją w mundurze, wyczyściła i odłożyła na toaletkę panienki.

Tak jak wtedy, gdy wyszarpywała ją z oka Doia, tak teraz nie zastanawiała się, dlaczego wbiła ją w kok. Akemi miała rację, nikt się nie będzie przejmować jej rozpaczą. Wezwała służbę, kazała się umyć i ubrać na wyjście w gości.

Zanim wyszła, uklękła na środku pokoju ze Żniwiarzem na kolanach. Nie wykonywała jinzai od powrotu z misji. Obawiała się swojego wewnętrznego świata, ale nie mogła od niego uciekać.

Świat Czarnego Księcia, który zapamiętała był widokiem z płaskiego szczytu wysokiej góry, wszędzie dookoła ścieliły się morze chmur, a nad głową rozpościerało się nocne, rozgwieżdżone niebo. Zawsze byli sobie równi.

Dzisiaj stanęła wśród czerni przed ciężkimi, wielkimi wrotami. Zawahała się, ale czuła, jak ciemność ze wszystkich stron zaczyna ją osaczać, szeptać. Pchnęła wrota, otworzyły się bez dźwięku, ale zatrzasnęły się za nią z hukiem, który poniósł się echem po czarnej komnacie. Nie odeszła od góry, na której szczycie wcześniej stawała, po prostu znalazła się w jej sercu – czuła nad sobą jej majestatyczny ciężar, jak potężne reiatsu. Szła, a ich odgłos ginął w gęstej, bezkształtnej ciemności przelewającej się za kolumnami, które ciągnęły się rzędami po obu stronach. Raz czy dwa wydało jej się, ze rozpoznaje w tej ciemności ludzki kształt. A na samym końcu, wysoko na tronie zasiadał Czarny Książę. Patrzył na nią, tak jak patrzył Doi – rzecz, z którą mógł zrobić sobie, co mu się żywnie podoba.

– Witamy na włościach, królowo – przywitał się z wysokości, nawet nie wstając.

Nie odpowiedziała, jak jak wcześniej w żaden sposób nie odpowiedziała Doiowi. Rozejrzała się i zaakceptowała, to co zobaczyła. Chociaż zabolała tęsknota za tamtym otwartym, roziskrzonym niebem. Będzie boleć jeszcze długo.

Obróciła się i odeszła.

Fumi leżała w sali szpitalnej Onmitsukido. Pewnie nie zostałaby do niej wpuszczona, gdyby nie wyprosiła wizyty na księciu Shihoin – zezwolił lekceważącym ruchem dłoni, nawet na nią nie spojrzał. Medyczka powiedziała, że wszystkie fizyczne rany zostały już uleczone, ale Fumi i tak umierała. Reiryoku wyciekało z niej strumykiem, niczym krew z podciętej żyły. Fumi nie chciała żyć, więc nic nie było w stanie jej powstrzymać przez poddaniem się śmierci.

Kimiko klęknęła przy macie, Fumi nie zareagowała.

– Chciałabyś, żebym przeżyła to co ty? – zapytała.

Spojrzenie dziewczyny nabrało ostrości, spojrzała na Kimiko i to spojrzenie wystarczyło za odpowiedź.

– Złóż mi przysięgę wierności – mówiła Kimiko. – Przysięgnij mi swoją śmierć i przeszłe życie. Zostaniesz moim Generałem. Otrzymam wszystkie twoje wspomnienie, jakby były moimi, przeżyje twoje życie, jakby było moim. A gdy zajdzie potrzeba wezwę twojego ducha na pole walki.

Na chwilę życie wróciło do spojrzenia Fumi, usta rozciągnęły się w uśmiechu, w którym nie było ani grama wesołości.

– Powtarzaj za mną – powiedziała Kimiko, biorąc w dłoń, dłoń Fumi. Wyciągnęła z koka szpilę, nakłuła skórę. – Na swoją krew, a twój honor Hashimoto Kimiko, przysięgam ci moją śmierć i wspomnienie mego życia. Stawię się wezwana. Od dzisiaj wyrzekam się swojego imienia, a przyjmuję miano Genereła. Rzekłam... – zawahała się.

– Rzekłam Kono Ochiyo – dokończyła Ochiyo.

Kimiko przymknęła oczy, słysząc to nazwisko i imię. Nie wiedziała, bo nie widziała wcześniej Ochiyo, ale słyszała o niej. Najstarsza córka, miała brać ślub w tym roku. Mariaż, który miał zapewnić jej rodzinie podniesienie statusu. Nawet matka Kimiko o nim wspominała. Krążyły plotki, że przyszli nowożeńcy nie byli sobie zupełnie obojętni.

– Usłyszałam twoją przysięgę, zobaczymy się po twojej śmierci. – Chciała jeszcze dodać, że nie chciałaby, żeby ta nadeszła prędko, ale czy nie byłoby jeszcze bardziej okrutne.

Wstała i zostawiła Ochiyo samą.

Tej nocy koszmar chwycił ją w swoje objęcia, ale nie puścił nawet gdy się obudziła i wiedziała doskonale, że to nie zły sen. To Ochiyo umarła. Czuła jej śmierć – ciepło krwi uciekająca z podciętym nadgarstków. A potem wspomnienia. Przez krótką chwilę, żyła życiem tamtej dziewczyny. I widziała, wyraźnie widziała swoją postać skuloną w kącie, nieświadomą, gdy kolejny z mężczyzn gwałcił ją. Ból pchnięć, rozszarpujący wnętrze i upokorzenie, rwące w strzępy dumę i godność. I myśl, która w kółko krążyła po głowie. Dlaczego nie ona, dlaczego nie ona, dlaczego nie ona.

Teraz to była ona.

Od tego dnia zaczęła ćwiczyć kyudo i nie pozwalała sobie w tym przeszkadzać. Tylko skupiona potrafiła przywołać wspomnienie swojej twarzy – spojrzenie zza kosmyków włosów, uciekające gdzieś w bok, szukające sposobu ucieczki.


Nie jestem w 100% usatysfakcjonowana z tego rozdziału, ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że nigdy w życiu nie byłam (i mam nadzieję nie być) w żadnej sytuacji bliskiej opresyjnej, nigdy żaden mężczyzna nie próbował wymuszać ode mnie niczego, czego bym sobie nie życzyła siłą. W związku z tym jest to dla mnie sytuacja zupełnie obca i naprawdę ciężko mi się w nią wczuć (i generalnie dobrze mi z tym).

Ale Akemi zrobiła wejście w przytupem. Jakby co, ta pani przewinęła się w "Niepasujących puzzlach". Przewija się również postać Sajiego Doia, od już się pojawił w "Pokoleniach" w jednym z rozdziałów z Saga Yoko/Soseki Tsuki w roli głównej :)