21. Dead Again

Deidara widział tą scenę przed oczami od pierwszej chwili. Od kiedy tylko plan wycieczki do Krainy Chichów w pełni ukształtowała się w jego głowie. Z najdrobniejszymi szczegółami. Biuro Lidera, sterta formularzy na stole i chłodny, pełen profesjonalizmu głos dowódcy. Przewidział nawet dwie porcelanowe filiżanki i talerzyk z biszkoptami.

-I ćóż, Deidara – mężczyzna uśmiechnął się jadowicie. –Musisz przyznać, że w twoim chytrym planie brakowało zarówno chytrości jak i planu.

- Wcale że bo nie, hmm! – artysta skrzywił się nieznacznie. Wiesz, że masz rację. Nie daj się tego pozbawić, nie daj sobie wmówić, że zrobiłeś coś źle. – Nie znaleźlibyście nas, gdybyśmy sami tego nie chcieli… gdybyśmy nie chcieli wrócić. Ale cholera jasna wróciliśmy z własnej woli, więc nie możesz mieć do nas pretensji!

- Pozwól, że przedstawię ci twoją sytuację, Deidara – uprzejmość w głosie rozmówcy nie zapowiadała niczego dobrego. – W każdej chwili możesz zostać oskarżony o dezercję, uprowadzenie i próbę morderstwa jednego z członków naszej organizacji, więc dobrze ci radzę: panuj nad sobą.

- Jeśli już mamy urządzać polowanie na czarownice i oskarżać kogokolwiek o cokolwiek, to czemu akurat mnie, a nie ciebie, hmm?! – Deidara posłał przełożonemu buntownicze spojrzenie.

- Bo ja jestem dowódcą - Lider powoli wstał z eleganckiego, skórzanego fotela. Przez chwilę spacerował po gabinecie z dłońmi splecionymi na plecach, by wreszcie stanąć za krzesłem swojej ofiary. Smukłe palce przesunęły się po policzku chłopaka.

- To co z nami teraz zrobisz, hmm? – zapytał nieufnie Deidara i cofnął się, gdy opuszek palca dotknął jego dolnej wargi. Ścieżki, którymi błądziły dłonie lidera stanowczo mu nie odpowiadały.

- Jak już sam zdążyłeś zauważyć, wróciliście z własnej woli, więc jeśli chodzi o pociągnięcie was do odpowiedzialności karnej niestety mam związane ręce – nieco podniesione włoski na opalonym karku dowodziły, że ręce lidera wcale nie są związane tak bardzo, jakby Deidara sobie tego w danym momencie życzył. – Pozostaje nam czekać na rozwój sytuacji.

Chłopak wzdrygnął się i przymknął oczy. Miał wielką, naprawdę wielką ochotę trzasnąć wędrującą w dół jego pleców dłoń, jednak – zważywszy na to, że były to właśnie plecy- nie miał technicznej możliwości.

- To znaczy mamy czekać aż ten zasmarkany brat Uchihy stanie pod naszymi oknami i zacznie się domagać jego głowy ?

- Mniej więcej.

- I zamierzasz tak po prostu stać i czekać, hmm?

Lider – ku uldze Deidary - zaplótł ręce na piersi i dość niedbale oparł się o biurko.

- W polityce Akatsuki nigdy nie leżało wtrącanie się w rodzinne sprawy członków.

- Moglibyśmy zorganizować zwiad – zauważył artysta. Pomysł, który przed chwilą wpadł mu do głowy szybko zaczął nabierać konkretnych kształtów i kolorów. - Znaleźć dzieciaka i zlikwidować go, zanim trafi na ślad Uchihy. Po co czekać na ich cios, skoro możemy być szybsi? Patrz, nawet zgłaszam się na ochotnika, hmm!

Lider przez kilka sekund spoglądał na niego wzrokiem nie wyrażającym dokładnie niczego.

- Kolejny chytry plan? – zadrwił. Głos miał profesjonalny, chłodny. – Dlaczego chcesz to zrobić, Deidara?

- Wystarczy, że chcę. Mam swoje powody. Zabiję szczeniaka, hmm!

- Na swój sposób to urocze – dowódca posłał mu uważne, choć nieco rozbawione spojrzenie i lekko przesunął dłonią po jasnych włosach. Milczał przez chwilę, a gdy znów się odezwał, jego głos był pełen oficjalnej powagi. – Trzymaj się od tego z daleka.

- Ale dlaczego!? – blondyn znów poderwał się z miejsca. – Przecież mówię, że dam radę to zrobić! Nie zabiję Tobiego, a przynajmniej postaram sie go przy okazji nie zabić!

- Dobrze – przyznał lider. - Może i potrafisz to zrobić, moze nawet i Tobiemu sie poszczęści na tyle, żeby przeżyć. Ale powiedz no, pytałeś o zdanie Uchihę? Nie, prawda? Nie wiesz nawet, co on ma do powiedzenia na ten temat

- Niby jak miałem go pytać, skoro był nieprzytomny?!

- Ten dzieciak zasługuje na zemstę, Deidara. To ich sprawa, ani ty, ani ja nie nie powinniśmy się wtrącać.

- Ale Itachi… Uchiha – poprawił się szybko. Lepiej po nazwisku. Lepiej bezosobowo. – Zasługuje po tych wszystkich latach na coś więcej niż przyzwolenie na śmierć! – wreszcie wyrzucił z siebie to, co gnębiło go od dnia, gdy dowiedzieli się o losie Hidana i Orochimaru. – Pracował dla ciebie, ufał ci, robił wszystko, żebyś był zadowolony, a ty wyrzucasz go na śmieci jak… jak jakąś zepsutą lalkę!

- Nie żal mi kogoś, kto nie potrafił nawet zatrzeć za sobą śladów. Mądrzy ludzie w tym właśnie celu mają rozum, żeby się nim posługiwać w podobnie skomplikowanych przypadkach.

Deidara zacisnął pięści. Wiesz, że masz rację. Wiesz o tym. Może sobie mówić, co chce, może cie zwodzić i przedstawiać pokrętne argumenty, ale ty wiesz, że się myli I że to, co zamierzasz zrobić jest słuszne. Nie daj się zbić z tropu.

- Zamierzam powstrzymać gówniarza, bez względu na to, czy mi na to pozwolisz, czy nie – powiedział stanowczo.

- Jeśli deklarujesz, że znów udasz się gdzieś bez mojej zgody, to jestem gotów podciąc ci ścięgna w kolanach żeby temu zapobiec – kąciki ust lidera nie drgnęły ani o milimetr. Nie było nawet cienia szansy na to, że żartuje.

- Ja pierdolę, co ci nagle odbiło na chronienie swoich ludzi!? Nie dalej jak wczoraj nasłałeś na nas swoich zbirów!

- Nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych środków – odparł w zadumie mężczyzna. – Zastanów się - kontynuował nieco łagodniejszym niż dotąd tonem - Czy naprawde warto poświęcać życie za kogoś, kto ma to głęboko gdzieś i kto pewnie i tak jakiś czas potem zginie w jakieś przypadkowej misji z jakimiś przypadkowymi przeciwnikami albo popełni rytualne samobójstwo? Rozsądku, Deidara. Pokory.

- On nie ma tego gdzieś! – obruszył się Deidara. – Doceni to, nie jest przeciez…! – urwał, zdawszy sobie sprawę z tego, co chciał powiedzieć.

- Nie jest taki jak Sasori? – dowódca uniósł brwi. – Czyżby?

Blondyn spuścił głowę, przeklinając w duchu fakt, że dał się zbić z tropu. Zapomniał, przed czyim obliczem stoi. Przecież poprzez kilka rzuconych w przestrzeń uwag i kilka nabazgranych znużoną ręką notatek Orochimaru został wygnany, a Sasori, Hidan i Kakuzu stanęli w obliczu zagrożenia dość niepozornego, acz morderczego. Szara eminencja. Specjalista od nigdy nie wydanych wyroków śmierci. Animator całego przedstawienia spoglądający na wszystkich z wysokiego piedestału.

- To nie ma znaczenia, jaki jest, hmm – powiedział dość ostro. – Nie zasługuje na to, żeby tak po prostu czekać na śmierć i ja nie zamierzam na to pozwolić. Pójdę, nawet jeśli go to nie obchodzi i nawet jeśli będziesz próbował mnie zatrzymać. To jest moje życie i moja sprawa, co z nim zrobię, hmm! Przynajmniej na to nie będziesz miał wpływu! Na to jedno!

Lider westchnął. Odepchnął się od biurka, o które dotąd się opierał i podszedł do okna. Ulubione miejsce. Najbezpieczniejsze do rozstrzygania trudnych kwestii. Tylko tam nie było widać jego twarzy, głos dochodził do siedzącego w środku pokoju petenta nieco zniekształcony. Tylko stojąc przy oknie lider mógł być odległą, niedostępną i bezduszną figurą.

- Powodzenia.

- Że co?! – Deidara z trudem zapanował nad opadającą w dół szczęką. Jeszcze chwilę temu przełożony nawoływał go do rozsądku i pokory, próbował przekonywać, że ta misja nie ma sensu. Skąd nagła zmiana frontu? Zwłaszcza biorąc pod uwagę legendarną już niepodważalność decyzji lidera.

- Przewidywałem, że wpadniesz na taki pomysł – dobiegł go chłodny, w jakiś sposób uspokajający głos lidera. – że za wszelką cenę będziesz próbował go chronić. Nie tak łatwo pogodzić się z utratą kolejnego dobrego wojownika. Wystarczy, że spisałem już na straty Uchihę. Musiałem chociaż podjąć próbę przekonania cię.

- I co? – zadrwił blondyn. – Próba skończona? Mnie też spisałeś na straty?

W głosie lidera zabrzmiały obce, jakby bezradne nuty.

- Ten, który kocha, powinien dzielić los tego, kogo kocha.

Deidara nie mógł się z nim nie zgodzić. Odbierając niejasne sygnały, że audiencja dobiegła końca, ruszył w stronę wyjścia.

Gdy tylko wyszedł na korytarz, zza rogu wyłoniła się potężna postać Kisame. Z deszczu pod rynnę, uznał Deidara, siląc się na blady uśmiech w kierunku towarzysza. Był doskonale świadom tego, że ostatnim wyczynem raczej nie zaskarbił sobie jego przyjaźni. To przecież Hoshigaki, stały partner Uchihy. Przyzwyczajony do tego, że spędza z Itachim pewną ilość czasu, wie o jego słabościach i potrafi mu dyskretnie pomóc. Że robi to jak nikt inny i jak nikt inny wie, co jest dla jego współpracownika najlepsze. Rzeczywiście, pewnie wiedział, skoro przez tyle lat Itachi nie posłał go do wszystkich diabłów. Hoshigaki, który zawsze był dla Deidary niemal przyjacielski, uczył go spokoju i opanowania, a później w całkowitym milczeniu patrzył, jak artysta coraz bardziej przywłaszcza sobie jego podopiecznego. Krył ich zniknięcie przed liderem, chociaż na dobrą sprawę nikt go o to nie prosił. Zrobił coś, czego – podobno – Sasori nie potrafił zrobić dla Uchihy i Orochimaru. Teraz w małych, rybich oczach dominowało znużenie i jakby niechęć. Właśnie teraz, kiedy blondyn uświadomił sobie, że czas pożegnać się z Akatsuki.

- Co z.. . – zaczął. Przez kilka sekund próbował rozstrzygnąć, czy Kisame bardziej zirytuje się na „itachiegio" czy „uchihę". Zwykle nie zawracał sobie głowy tym, jak jego odpowiedź zostanie odebrana, ale no… to był Kisame. I to było pożegnanie. Oprócz niego i jego partnera z nikim w Akatsuki nie zamierzał się już żegnać. Zresztą… jakby miał niewiadomo jak duży wybór. – co z nim, hmm? – dokończył, niepewnie spoglądając na towarzysza.

- Ocknął się – Hoshigaki wzruszył ramionami. – Powoli odzyskuje wzrok i uznał, że potrzebuje chwili samotności – tylko wyraźne życzenie Uchihy mogło skłonić wojownika do odstąpienia od łoża boleści. – Dłuższej chwili, Deidara – dodał z naciskiem.

- Jasne, hmm - Deidara dość nerwowo przestąpił z nogi na nogę. – Idę do kuchni, napijesz się herbaty?

- Nie trzeba – odparł z niebywałą dla niego godnością Kisame. – Idę się przejść.

- Idę z tobą, hmm!

- Idziesz do kuchni – upomniał go wojownik. – Na herbatę.

Mimo to Deidara z rozszerzonymi ze zdumienia oczami ruszył krok w krok za nim. Bez jaj! Hoshigaki się obraził. Po tych wszystkich latach, kiedy pozwalał wszystkim pogrywać sobie tak, jak im się rzewnie podobało i puszczał mimo ucha wszelkie impertynencje pod swoim adesem, właśnie teraz postanowił się obrazić.

- Nie jestem obrażony – poinformował, nawet nie spoglądając na depczącego mu po piętach artystę. – Nie mam o co. Ludzie są tylko ludźmi.

- Ale masz do mnie żal, hmm? – drążył chłopak. - Że go stąd zabrałem? Wiesz, w pierwszym momencie też myślałem, że to świetny pomysł, że mu trochę pomogę, odciążę go… No wiesz, zmiana klimatu i tak dalej…Może nie było to do końca przemyślane, ale…

- Zrobiłeś dobrze – westchnął Hoshigaki, stając na ganku i tępo watrując się w sosnowy zagajnik. – Po prostu nie rób już nic więcej.

- Hmm? – spytał inteligentnie Deidara.

- Rozmawiałeś z liderem. – wojownik niespiesznie zszedł po schodkach i ruszył w stronę drzew. Blondyn dołożył wszelkich starań, by dotrzymać mu kroku. – Domyślam się, co planujesz zrobić. To nie jest specjalnie dobry pomysł.

- Wściekliście się wszyscy, czy jak? – warknął Deidara, spoglądając na niego z jeszcze większym osłupieniem. Na jego oczach Hoshigaki przechodził samego siebie. – Najpierw lider mi prośbą i groźbą perswaduje, żebym siedział z założonymi rękami, teraz ty zaczynasz tą śpiewkę… Nie pozwolę, żeby ten dzieciak go zabił, rozumiesz?

- Nieznajomość faktów potrafi zaszkodzić o wiele bardziej niż bierność – odparł sentencjonalnie mężczyzna.

- Jakich znowu faktów, hmm?! O czym znowu nie wiem? Dlaczego to zawsze ja jestem tym, który nie ma o niczym pojęcia?!

- Taka karma.

- Hoshigaki, do jasnej cholery! – Deidara zatrzymał się i mocno schwycił rękaw płaszcza towarzysza. – Co ty sobie znowu za jaja robisz? Powiedz mi chociaż, o jakie fakty chodzi?! Dlaczego mam siedzieć z dupą na jednym miejscu?! Jeden rozsądny powód, hmm!

- Porozmawiaj z nim – Kisame z łatwością strząsnął z płaszcza dłoń artysty. – To w nawet najmniejszym stopniu nie jest moja sprawa.

- Zawsze mówisz, że to nie twoja sprawa – prychnął z urazą tamten. – i jakoś zawsze o wszystkim wiesz.

- Nie wiem – odparł Kisame, spoglądając w pokryte chmurami niebo. Zanosiło się na kolejną burzę. – Obserwuję. Wyciągam wnioski. Nie jestem zobowiązany do dzielenia się swoimi domysłami.

- Ty wcale nie jesteś taki głupi, jak nam się wszystkim zawsze wydawało, hmm.

- Nie – po raz pierwszy od początku rozmowy Hoshigaki wyszczerzył się w tym swoimi rekinim uśmiechu. – To wy jesteście głupi.

Deidara przez chwilę kroczył obok niego zamyślony. Słońce grzało bardziej agresywnie niż zwykle, podświetlając chmury i pogłębiając ich złowróżbny, granatowy odcień. Walka w czasie burzy nie była tym, o czym marzył. Manewrowanie w powietrzu jest bardzo utrudnione, wielobarwne eksplozje prawie niewidoczne i niesłyszalne w deszczu i i huku piorunów. Chyba że… mógłby uczynić burzę swoim sprzymierzeńcem. Sprawić, że potęgowałaby efekty wybuchowej sztuki, byłaby jej elementem. W sam raz na ostatnie, wielkie przedstawienie.

- Lider – mruknął pod nosem, próbując zwerbalizować to, co od czasu rozmowy z dowódcą chodzilo mu po głowie. – On chyba jednak bardzo nie chce krzywdy Itachiego, hmm?

- Też mi się tak zdaje – tym razem Kisame uśmiechnął się już niemal dobrodusznie i dodająco otuchy. – Co nie zmienia faktu, że jeśli będzie musiał grać przeciw niemu, to zagra.

- Będzie musiał? – Deidara zmarszczył brwi. – Znowu o czymś nie wiem, hmm? – po chwili dodał zaś pojednawczo. – Albo czegoś się nie domyślam?

- Wiesz – wojownik lekko kłapnął zębami, sugerując, że nie należy za bardzo drążyć tego tematu. – Nie wydaje mi się, żeby to miało dla nas jakieś większe znaczenie. Chwila już minęła, Deidara – dodał po chwili, jakby z zachętą. Echo wcześniejszego „porozmawiaj z nim"rozbrzmiało między wierszami. – Przejdę się jeszcze trochę.

Nie czekając na reakcję blondyna przyspieszył kroku. Deidara stał, wmurowany w miejsce i spoglądał w ślad za nim. Tak, masz rację, Hoshigaki. To już nie ma większego znaczenia. Nic nie ma. Twoje obserwacje i domysły, gierki lidera, iluzje Itachiego. Wszystko się ze sobą miesza i splata. Nie ma sensu próbować się w tym odnaleźć. Daremne próby włączenia się do gry. Jak to mawiał Hidan? „zniża się wieczór świata tego, nozdrza wietrzą czerwony udój". Ciężkie, burzowe chmury nad lasem najwyraźniej były tego samego zdania. Poświęcił im ostatnie, szybkie spojrzenie, po czym ze spuszczoną głową powlókł się do dworku.

Nigdy nie byliśmy dobrzy w tych gierkach, myślał. Ani ty, ani ja, Hidan. Nie wiedzieliśmy, czego się od nas wymaga, nie potrafiliśmy nadążyć. Nie dla nas było siedzenie w zaciszu gabinetu i tkanie sieci. My tylko umieliśmy w nie wpadać, ciągle i ciągle. Na każdym kroku. . Żyliśmy w życiu, podszyci wielkim wiatrem i tak dalej. Nigdy nie umieliśmy inaczej i chyba nawet nie chcieliśmy się nauczyć. Przyjąć do wiadomości, że to możliwe, ze mucha jest w stanie zmienić się w pająka.

Pokonywał korytarz mechanicznie, jak we śnie. Przecież znał trasę na pamięc. Po schodach, na górę, trzecie drzwi na lewo, obok nieczynnego teraz pokoju lalkarza. Kilka kroków w głąb, tylko tyle, by sięgnąć siedzącą na stoliku lalkę. Zielone oczy rozbłysły, gdy padło na nie blade światło zza okna. Mistrz marionetek nigdy się nie gubił. To był jego świat, jego rzeczywistość. Jedyna, w jakiej był w stanie funkcjonować. Deidara mocniej objął lalkę. Teraz z powrotem na dół, skręcić do kuchni. Zagotować wodę w starym, poprzepalanym czajniku. Herbata stoi na górnej półce w małej, ozdobnej puszce. Figa i opuncja, taka, jaką Itachi lubił. Ciastka. Nie wiedział skąd wzięło się to przeświadczenie, ale przy niektórych rozmowach po prostu muszą być ciastka. Niezbędny rekwizyt. Cały czas to zdecydowane, mechaniczne działanie. Krótkie i treściwe myślowe przekazy, żadnych refleksji. Jakby ktoś pociągał za sznurki. Nie lider i nie Itachi. Pociągnięcia były ledwie zauważalne, dyskretne. Perfekcyjne. Odwrócił się od kuchennego blatu i z wdzięcznością spojrzał siedzącej na stole lalce w oczy. Jestem twoją marionetką, mistrzu. Tak, jak chciałem i jak ty chciałeś. Reaguję na każde drgnięcie szczupłej, drewnianej dłoni, staram się nawet je wyprzedzić, odczytać twoje myśli zanim wydasz rozkaz. Sam nie jestem już w stanie ani myśleć ani działać, do tego mnie tu doprowadzili. Nie chcę stać się ich zabawką, wolę być twoją. Gdyby nie te krótkie, zdecydowane impulsy, pewnie bym się rozkleił, albo zaczął krzyczeć albo uciekł, a tego mi nie wolno. Jeśli ja się załamię, wszystko się załamie.

Przedstawienie musi trwać.

Utrata poczucia czasu. Itachi jest jedną marionetką, Deidara jest drugą. Nic się nie zmienia, tylko ciastka się przypaliły i woda na herbatę się wygotowała. Trzeba zagrzać jeszcze raz, później zaparzyć. Bez namysłu, jak w transie. Panie i panowie, czas na ostatni akt rozpaczliwie śmiesznej tragikomedii o lalkarzu i artyście. Inna obsada, bo część aktorów nie dożyła końca przedstawienia, ale postaci i ich przezabawne dramaty wciąż te same. Zapraszamy, pora zająć miejsca.. Gaśnie światło, za pięć minut zaczynamy przedstawienie. Jeszcze tylko ciastka i herbata na tacy. I zielonooka lalka w drugim ręku.

- Uchiha? – sądząc, po barwie głosu był to Deidara. Pachniał figową herbatą i dość przypalonymi ciasteczkami. – Przyszedłem się pożegnać, hmm – powiedział cicho, po czym podszedł do chorego i położył mu na kolanach metalową tacę. Zapach spalenizny przybrał na sile.

- Dziękuję, ale wbrew pierwszemu wrażeniu jeszcze nie umieram – oświadczył Itachi. Wymacał jedno z ciasteczek i nadgryzł kawałek, po czym zakrztusił się, plując okruchami na białą pościel i swoje kimono. – I nie widzę powodu, byś mi w tym pomagał – dodał zjadliwie, gdy udało mu się ustabilizować oddach.

- Gotowanie to sztuka, hmm – artysta uśmiechnął się mimo woli, świadom tego, że Itachi i tak prawdopodobnie go nie widzi. Albo widzi bardzo słabo – A sztuka to eksplozja

- I dlatego jest na nich sadza? – spytał brunet, ostrożnie zlizując z palca okruszki. Na wąskich wargach pojawił się przewrotny uśmieszek.

- Profan – prychnął Deidara. – Przestań sobie robić jaja z mojej sztuki!

- Jeszcze na dobre nie zacząłem

- Jak się czujesz, hmm?

- Odpoczywam po urlopie – zadrwił chory, wciąż najwyraźniej zafascynowany fakturą i zapachem ciastek. Na bladej twarzy wąski, ironiczny półuśmieszek sprawiał wrażenie cokolwiek przerażające. Jeszcze bardziej nieswojo zrobiło się, gdy znikł. – Więc powiadasz, że to pożegnanie? Brzmi patetycznie.

Sprężyny sofy zaskrzypiały, gdy artysta przysiadł na jej brzegu. Kubki z herbatą postawił na podłodze.

- Jutro z samego rana ja i Tobi idziemy na zwiad, hmm – powiedział, po chwili wachania. – Nie mam pojęcia ile nam na tym zejdzie…

- Zgodnie z definicją zwiad polega na tym, by sprawdzić, czy w pobliżu nie pałętają się wraże siły i utarło się, że należy do obowiązków Zetsu – powiedział ze znudzeniem Uchiha. – Więc jeśli nie planujesz potajemnie upolować Kyubiego i wkupić się tym w łaski szefa, nie powinno wam to zająć dłużej niż pół dnia.

- Mam lepsze rzeczy do roboty niż polowanie na Kyubiego, hmm – obruszył się Deidara. Szczupła dłoń powędrowała w jego kierunku i z bezbłędnym wyczuciem odsunęła z czola kosmyk jasnych włosów.

- Jasne.- skwitował Itachi i uśmiechnął się kwaśno. Wyczekiwał na następne słowa Deidary z ciekawością, jak zwykle zresztą grubo podszytą drwiną. Jak to Itachi.

- Cholera, no – blondyn zmarszczył brwi, po czym gwałtownie wstał i podszedł do okna. – Wiesz, czego mi teraz brakuje, hmm?

- Spytałbym, ale chyba trochę boję się odpowiedzi.

- Przydałoby się, żeby ktoś coś teraz powiedział. Jakieś piękne słówko, poemacik, cytat. Oni zawsze mieli jakieś gotowe formułki na taką okazję. Mistrz, Hidan, ten twój cały Orochimaru podobno też wymiatał pod tym względem, a my co, hmm?

- Sądzisz, że to by cokolwiek załatwiło? – Itachi uniósł się nieco na poduszkach, przyjmując pozycję zdecydowanie siedzącą. Nogi zsunął na podłogę i przez chwilę przyglądał im się z namysłem. On znał słowa. Dużo różnych słów o prawdzie, pięknie, ironii dziejów i nienawiści które wyżej wspomniany Orochimaru wbił mu do głowy, ale co z tego?

- Nie, oczywiście, że nie, hmm – Deidara nerwowo założył za ucho kosmyk włosów. – Nic by nie załatwiło, ale chyba nawet im nie chodziło o to, żeby coś załatwić. Po prostu… to dobrze brzmi, pasuje. Albo nie pasuje tak bardzo, że aż pasuje. Wywiera wrażenie. I jest potrzebne wlaśnie teraz, dla dodania dramatyzmu.

- Być albo nie być? – zaryzykował Uchiha. – Cóż po ludziach, czym śpiewak dla ludzi? Lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.? Tfu, do czorta, pękła mi aorta?

- Przestań, hmm – rzucił ostro blondyn.

- No co – odpowiedziało mu lekkie wzruszenie ramionami i szyderczy uśmieszek. – Sam chciałeś dodawać dramatyzmu.

- Ale nie tak, hmm. Nie o to mi chodziło, nie o głupie zgrywanie się i 'oh, jakiż to ja jestem oczytany i szyderczy"!

- A o co? – spytał Itachi, z uwagą śledząc wzrokiem poczynania towarzysza. Deidara przez chwilę patrzył w okno. Wrócił na sofę, upił łyk zielonej herbaty, znowu wstał. Podnosił z półek drobne przedmioty, głaskał grzbiety książek, których Uchiha od dawna już nie czytał, przesunął opuszkami palców po powierzchni lustra. – Nie wiesz? – padło wreszcie pytanie pomocnicze. – Trudna to zagadka?

- Nie – pokręcił zdecydowanie głową. – Trudno tylko wyjaśnić coś takiego osobie twojego pokroju, hmm!

- Ah tak – Uchiha uśmiechnął się z pozornym zrozumieniem. – Pewnie, że trudno. W końcu osoba tak przyziemna jak ja nie potrafi pojąć twojej wzniosłej, artystycznej duszy.

- Nie ironizuj - Deidara zerwał się z kanapy i podszedł do okna. Chmury były coraz cięższe. Burza nie nadchodziła.

- A co, Deidara? Kaleczę twoje uszy? Ranię twoją duszę?

- Nie ironizuj, hmm! – powtórzył z naciskiem Deidara.

Itachi tak, jak często miał w zwyczaju, zupełnie niespodziewanie znalazł się za jego plecami. Zaskakujące, że wykrzesał z siebie dość siły by wstać. Wraz z nim pojawiło się znajome, irytujące wrażenie dopasowania.

- Przypominam ci go, prawda? – spytał Uchiha. Prawie na pewno się przy tym uśmiechał. – Dlatego wyskoczyłeś z nagłym zapotrzebowaniem na słowa skrzydlate. Stary, dobry Hidan...

- Nie – odparł hardo Deidara. – Ni chuj nie przypominasz, hmm! Może i byś chciał, zresztą, nie wiem po co, ale nie przypominasz. Nie jesteś taki jak on. Nikt nie jest taki jak druga osoba! – kontynuował, nieco ostrzej niż zamierzał. – to idiotyczne, to… to głupie! Mistrz cały czas mi mówił… wy obaj cały czas wspominaliście o Orochimaru… porównywał mnie do niego, hmm! Twierdził, że nie jestem równie dobrym partnerem, że jestem gorszą kopią…!

- Ale przecież go kochałeś. – powiedział powoli Itachi. - Kukiełkę. Hidana też. Przynajmniej tak twierdzisz. Powiedz – oparł głowę na ramieniu Deidary. – Gdyby coś mi się stało, tęskniłbyś tak, jak za nimi?

Blondyn zapatrzył się w okno. Głośno przełknął ślinę.

- Nie odpowiem ci na to pytanie – Przygryzł wargę. Itachi mocniej przygarnął go do siebie. Powoli zbliżali się do sedna rozmowy. – Też się o to pytali, zaraz przed śmiercią.

- Więc Deidara sugeruje mi szybką śmierć. Myślenie życzeniowe?

- Wcale nie, hmm..! – odparł, nieznacznie wykrzywiając przy tym usta. – Po prostu… przeczucie

- Jasne – wymruczał mu do ucha Itachi. Delikatnie odwrócił Deidarę w swoją stronę i przyjrzał mu uważnie. – Będziesz tęsknić?

- Nie będę miał czasu się nad tym zastanawiać – odparł. W jego głosie zabrzmiało zdecydowanie. – Zginę pierwszy.

Itachi w lot pojął, o czym mówi towarzysz. Sasuke! Jasna cholera.

- Zostaw to – czarne oczy zmróżyły się lekko. Agresywnie. – To jest bardzo nie twoja sprawa. I bardzo, ale to bardzo nie powinieneś za nią ginąć. Jak już koniecznie masz potrzebę, znajdź sobie lepszy pretekst.

- A może ja chcę zginąć właśnie z twojego powodu, hm? – dobiegła go cicha, zdławiona odpowiedź. Deiodara skrzywił się, przypominając sobie, jak pewnie i bezczelnie mówił to w swojej wyobraź dzieciak z ulicy. Żadnego lęku przed śmiercią, przed wybuchami. Nie wyszło. – Poza tym przecież różnie się może zdarzyć, co nie? – ciągnął, tym razem bliższy już tego wymarzonego, bezczelnego tonu. - Twój młodszy brat nie może być przecież aż tak przerażający. Fakt, no dobra, zamordował Orochimaru, ale no… facet i tak już był podobno osłabiony, więc to nie było znowu takie wyzwanie…

Uchiha odsunął się nieco. Zamilkł, pogrążając się w świecie rozmyślań zupełnie dla Deidary niedostępnych. No tak, przecież blondyn nie wiedział, nie mógł wiedzieć. W swojej naiwności na pewno chciał dobrze, chciał się jakoś przysłużyć, z typowym dla siebie wyczuciem dramatyzmu poświęcić zycie w sprawie, która wcale go nie dotyczyła. Już kiedy wszedł do pokoju z herbatą i ciastkami otaczało go… coś. Coś, czego dziedzic klanu Sharinganów nie potrafił dokładnie określić. Wrażenie. Aura zdecydowania i pewności. Nie przyszedł po prostu posiedzieć przy chorym, czy powiedzieć mu „do widzenia" przed wyruszeniem na misję i bez względu na starania, nie był w stanie tego ukryć. To nie kwestia złego lub dobrego udawania, po prostu… przeczucie. Od pierwszej chwili Itachi zastanawiał się, o co chodzi i do czego towarzysz zmierza, a kiedy już zrozumiał, ogarnęło go wrażenie bardzo zbliżone do paniki. Nie miał złudzeń co do tego, jaka jest stawka. Jakie mogą być konsekwencje podjętej przez blondyna decyzji. W najlepszym z możliwych wypadków straci Deidarę. W najgorszym całe lata wyrzeczeń i oczekiwania pójdą na marne.

- Zostań. Proszę.

- Już rozmawiałem z liderem, hmm – odparł pogodnie i dość wymijająco Deidara. Nie spostrzegł tego „proszę", nie zdawał sobie sprawy z rangi wydarzenia. Nie uczcił go chwilą zdumionej ciszy. – Nie martw się, nie dam się tak łatwo zabić, hmm. – dodał, zaprzeczając wcześniejszym, samobójczym cokolwiek deklaracjom.

Idiota! Uwięziony za szklaną taflą Itachi zaciskał pięści, kopał przeszkodę, próbował się uwolnić. Nie dopuścić do tego, co może się stać. Ten kretyn, ten wariat, artysta ze spalonego teatru jest przekonany, że Uchiha próbuje go odwieść od pomysłu przez wzgląd na ich zażyłość. Przez głowę mu nie przeszło, że mogą być inne powody tego zachowania, a on, Itachi nie ma prawa go o istnieniu takowych uświadomić. Więc do tego to wszystko prowadziło… po to były całe te lata oczekiwania i wyrzeczeń. Tylko po to, żeby kilka kroków od celu stanąć w obliczu sytuacji, w której nic nie zależało od niego. Jeśli Deidara załatwił sprawę z liderem, nie ma już nawet o czym mówić. Pójdzie i albo sam zginie, albo zniszczy jedyny powód, dla którego Uchiha trzymał się przy życiu, będąc przy tym święcie przekonany, że wyświadcza przysługę. I kto tu jest bezwolną marionetką, co? Zgodziłeś się dobrowolnie zejść z drogi, uwierzyłeś w to, że lider chce czyjegokolwiek dobra. Przecież Pein nie jest głupi, zdaje sobie sprawę z tego, jakie nadzieje Uchiha wiąże z osobą młodszego brata. Sam chętnie by się dzieciaka pozbył a teraz znalazł ku temu idealną okazję. Jasna cholera!

Drugi Itachi, ten wolny, nie powstrzymywany przez szklaną taflę był przede wszystkim zmęczony i zrezygnowany. Zbyt zrezygnowany, by się wykłucać, próbować cokolwiek tłumaczyć. Ściągnęli go nieprzytomnego z pola walki, ocknął się nie wcześniej jak godzinę temu, dopiero co zaczął rozróżniać w ciemności poszczególne kształty, dopiero co wstał z łóżka i na dzień dobry został zastrzelony wieścią o genialnym planie Deidary. Kręciło mu się w głowie. Mdliło. Nienawidził się za tą słabość. Nie zważając na obecność towarzysza, przysiadł na łóżku, ukrył twarz w dłoniach i wyrzucił z siebie całą wiązankę przekleństw. Był niemal pewien, że niebieskie, podkreślone kredką oczy wpatrują się w niego z mieszaniną zaskoczenia i zrozumienia. Deidara patrzył ze zrozumieniem, nawet, jeśli nie miał o niczym pojęcia. Po tych wszystkich wstrząsach, stratach następujących jedna po drugiej wciąż był silny siłą, której Uchiha nie potrafił ani posiąść ani nawet zrozumieć. Mógł tylko trzymać się blisko tego źródła i czerpać z niego życiodajne soki.

Pole widzenia wciąż ograniczało się do poruszających się w gęstej mgle cieni, nie potrafił więc ocenić, czy Deidara ma ze sobą marionetkę Sasoriego. W głębi duszy wiedział, że tu jest. Jest i naśmiewa się z niego. Tyle zrobiłeś, tak daleko zaszedłeś, a teraz nawet odebrano ci prawo do podejmowania decyzji. Wszystko będzie zależało od kondycji obu wojowników, od miejsca, od warunków atmosferycznych, elementu zaskoczenia, szczęścia… tylko nie od ciebie. Żałosne, prawda?

Dopiero po krótkiej chwili zdał sobie sprawę z tego, że Deidara usilnie próbuje mu coś podać. Przez chwilę miał nadzieję, że towarzysz powie coś w stylu „jeśli ci zależy, zostanę", że się wycofa. Przecież to byłoby dla niego bardziej właściwe. Dlaczego akurat nie teraz? Dlaczego akurat dzisiaj musi być tak zdecydowany? Nie zostawił żadnej furtki, żadnej drogi ucieczki.

- Wiesz, czego się boję? – odezwał się artysta, kładąc mu zagadkowy przedmiot na kolanach. – Że zginę ostatni. Będę widział, jak umieracie jeden po drugim, ty, Kisame, Zetsu, Tobi…Wolę teraz. Nie chcę więcej rozczarowań.

Itachi pozwolił, by słowa Deidary przepływały obok niego. Nie mógł skupić się na kilku rzeczach jednocześnie. Wolał poznać naturę prezentu.

- Lalka? – Szczupłe palce szybko przesunęły się po twarzyczce i rozpoznały zielonooką kukiełkę, która towarzyszyła Deidarze przez ostatnie miesiące. No tak, oczywiście, że tu była. Nieodłączny element układanki.

- Mistrz pewnie uznałby, że w dalszym ciągu na nią nie zasługujesz - powiedział z zauważalną wyższością artysta. – Ale ostatecznie, hmm… Nie zasługujesz na większość rzeczy, które dostajesz.

- Urocze. A nie pomyślałeś o tym, żeby po prostu dać mi porządny, długi kawałek sznura? – wycedził przez zęby Uchiha i lekko nacisnął palcami powieki, starając się trochę osłabić uporczywy, tępy ból.

- Że niby co znowu?! – zdumiał się artysta, nieco wybity z melodramatycznego tonu.

- Mówią, że jak tylko dasz człowiekowi odpowiednio długi kawałek sznura, powiesi się.

- Chciałbyś, co?

Itachi w milczeniu skinął głową. W pamięci miał pokryty śniegiem dziedziniec dawnej bazy Akatsuki i znikającą pośród wszechobecnej bieli postać. Tak powoli, tak nieznośnie powoli. Uchiha mógł sobie patrzeć na to odchodzenie do obrzydzenia. Obiecał sobie wtedy, że już nigdy nikogo o nic nie poprosi. Ani lidera, ani Sasoriego, ani Kisame. Teraz prosił po raz drugi. Znowu nadaremno. Wszystko zostało już ustalone za jego plecami, zdecydowane i podpisane, a on – mimo gorącej chęci – nie miał nawet dość sił, by wyjść z pokoju i jeszcze raz porozmawiać z liderem. Głowa ciążyła mu jak mało kiedy. Słowa artysty mieszały się ze słowami legendarnego Sannina, a zielone oczy lalkarza nie spuszczały z niego wzroku. Wszystko już było. Wracamy do punktu wyjścia. Wciąż stoimy w miejscu i mimo pozornego postępu nie ruszamy się ani o milimetr. Zmieniła się sytuacja, pora roku, okoliczności, ale to wciąż Orochimaru odchodzi, nie Deidara.

- Myślę – Deidara lekko objął go ramieniem i pomógł mu się położyć. – Myślę, że powinieneś się teraz przespać, hmm… Jesteś zmęczony.

Okrył chorego kocem i lekko pogładził po policzku. Czarne oczy wpatrywały się w niego uparcie. Zadziwiająco wyraziste, przepełnione rozpaczą i jakby współczuciem. Piękne. To w tym spojrzeniu Deidara się przecież zakochał, to przez wzgląd na te pełne bólu oczy tu przybył i zaszedł tak daleko. Itachi wymruczał coś sennie i przekręcił się na drugi bok. Taca z ciasteczkami i nie ruszona nawet, chłodna już herbata stały na podłodze. Widok nietkniętego posiłku i zasypiającego Uchihy wywołał w artyście wrażenie dość dziwne. Było mu bardzo smutno i lekko zarazem. Zostawiał Itachiego, zostawiał Akatsuki w którym spędził najgorsze i najlepsze chwile swojego życia. Jeśli ten dzieciak jest tak dobry jak mówią, prawdopodobnie nigdy tu już nie powróci. A nawet… kurczowo złapał się myśli, która nagle zaświtała mu w głowie. Nawet jeśli zwycięży, przecież też wcale nie musi wracać. Nareszcie będzie miał okazję się uwolnić. Odegrać swoją śmierć, lub – jeśli będzie się czuł bardzo zmęczony – naprawdę zginąć w eksplozji. Tak, jak zawsze marzył. Lepiej spłonąć niż się wypalić, tak? Niech Uchiha się wypala, to bardzo odpowiednie dla ludzi jego pokroju. On, Deidara będzie płonął jak żywa pochodnia. On będzie sztuką.

Jeszcze raz wyjrzał przez okno. Zmierzchało. Zapowiada się piękne lato, nie ma co. Do pokoju wpadało orzeźwiające, chłodne powietrze. Jeszcze raz zerknął na bladą, zmęczoną twarz bruneta. Nie podejrzewał, że Itachi go o cokolwiek poprosi. Nie sądził, że jego, właśnie jego ze wszystkich ludzi poprosi o to, by został wlaśnie wtedy, kiedy on zostać nie chce i nie może. To przez to było mu tak lekko. Że jednak poprosił, że jednak mu zależy. Starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że wcale nie musiało chodzić o osobę Deidary. To Uchiha, mogło mu chodzić o cokolwiek innego. Wolał się jednak trzymać myśli, że to przez niego ta rozpacz w oczach, ta bezsilność. W jakiś sposób ta myśl była dobra. Lekka, łaskocząca lekko jak płatek sadzy na policzku. Płatki sadzy. Są wrażenia tak delikatne, bezbronne, że nie da się ich nawet ubrać w myśli. Zwykle nie starcza na to odwagi. Człowiek boi się do nich zbliżyć, boi się, że rozkruszą mu się w palcach. Nie można ich wysadzić w powietrze ani zamknąć za szybką jak mozaikę z liści, nie można opowiedzieć o nich bajki, bo nie da się znaleźć słów. Przemykają się więc bokiem, bo nie ma dla nich miejsca ani w brutalnej, pełnej sprzeczności sztuce Deidary, ani w doskonałości Sasoriego ani nawet w miękkiej, pajęczej sieci złudzeń, którą tka Itachi.

Wstał. Myśl przyszła nagle, przeganiając wieczór, Uchihę i płatki sadzy.

Nigdy tu już nie powrócę.


Itachi obudził się zupełnie niespodziewanie, i zupełnie bez powodu. W pokoju panował mrok, aksamitny, przyjemny dla oczu, łagodnie otulający ostre zarysy mebli. Pierwszą rzeczą, jaka zdziwiła Uchihę była cisza. Nie ta zwykła, choć tak rzadka w siedzibie Akatsuki cisza, ale Cisza przez duże „C". Wszystko zamarło. Burza, na którą zapowiadało się całe popołudnie jednak najwyraźniej przeszła bokiem. „Poszła za Deidarą". Absurdalna myśl. Do elegancko, choć oszczędnie umeblowanego pokoju nie docierał nawet jeden odgłos. Dom milczał pogrążony w zadumie. Zielonooka kukiełka siedząca na nocnym stoliku też nie zamierzała zabierać głosu.

Nienaturalna cisza i post-Sharingan to nie jest dobre połączenie. Szklana ściana odbudowuje się powoli, pozwalając uwięzionemu za nią Itachiego myśleć i czuć wedle uznania.

Im dłużej ten Itachi zza szyby nasłuchuje, tym bardziej ma wrażenie, że czegoś tu brak. Dźwięku, oddechu, najmniej znaczącego zgrzytu, szelestu. Żywszego tonu. A może po prostu brak kogoś? Osoby, która przebywała tu ostatnimi czasy niemal bez przerwy. Osoby, która wydymając usta i krzywiąc się po dziecinnemu opowiadała o sztuce, o wartości życia, o tak zwanym szczęściu. Osoby, która nie była naiwna, już nie była, już przecież chyba ani trochę, a przecież poszła zrobić najgłupszą, najbardziej naiwną i bezsensowną rzecz na świecie.

„Żałosne" powiedziała ze swojego miejsca na półce Kukiełka.

Ciekawe, jak też przebiega misja Deidary. Czy napotkał już na swojej drodze Sasuke? Czy nadal jeszcze wierzy, że to tylko nieszkodliwy dzieciak, którego można pokonać byle eksplodującą sztuczką? Nie. Nie wierzy. Chyba w nic nie wierzy, ani w żadnego boga, ani w Akatsuki, ani w bajki ani w siebie.

Wszyscy się co do niego myliliśmy, pomyślał Itachi-zza-szyby, przewracając się na bok. Swoją drogą, podobała mu się ta nieoczekiwana wolność i swoboda.

Lider, Hoshigaki, Kukiełka, Hidan… Braliśmy Deidarę za naiwne dziecko. Chcieliśmy go okłamywać, opowiadać historyjki, w których nikt nie obcina małym dzieciom palców. Chcieliśmy, żeby uwierzył w nas, w naszą siłę i doświadczenie, w Akatsuki. Żeby przyjął naszą religię, stał się z jednym z nas. A on przychodził, pluł nam w twarz, później patrzył tylko tymi błękitnymi, pełnymi zrozumienia oczami i kiwał głową, a w głębi duszy wciąż zanosił się od zimnego, gorzkiego śmiechu. To on nas wszystkich nabrał, to dziecko, ten szczeniak, ten wrzaskliwy blond artysta. Pozwolił nam uwierzyć w to, że go oswoiliśmy. Oszukał nas.

Taki dzieciak.

Niespodziewanie wybuchnął cichym, gorzkim śmiechem. Głupiec ze mnie - uznał, wtulając twarz w poduszkę, by zdusić chichot, zupełnie nie pasujący do pełnej wyczekiwania, uroczystej ciszy. Ale ta wolnośc, wolność, możliwość śmiechu i płaczu, okazywania emocji… Co mu się tak wydawało? Ze to Deidara wymaga ratunku? Że trzeba ukrywać przed nim okrutną prawdę? Chronić przed rozczarowaniem?! Na tą myśl roześmiał się wręcz histerycznie. Chronić przed rozczarowaniem, a to dobre! Kogoś, kogo życie składało się z oczekiwania i efektownych eksplozji, kogoś, kogo wciągnęło się do Akatsuki, kto w przeciągu pół roku stracił dwie najbliższe osoby.

Chyba ani przez chwilę nie łudził się, że idzie po zwycięstwo. A przecież poszedł tam, z tą swoją eksplodującą sztuką, ze swoją butą i bezczelnym uśmiechem. Chyba właśnie dlatego, że w nic nie wierzy.

„Mylisz się" – jadowicie zielone, szklane oczy błyszczały blado w ciemności. Oczy, które widziały światła, których nie widział nikt. „Mylisz się, bo on wierzy, że poświęca dla ciebie życie, że ci w ten sposób pomaga. I to jest w tym wszystkim najbardziej żałosne"

Wraz z donośnym skrzypnięciem drzwi przyszła nieodwołalna pewność, że Deidara umrze. Zachichotał nerwowo, nie zważając na nieco zdumione spojrzenie Kisame, który właśnie pojawił się w pomieszczeniu.

- Itachi – odchrząknął niepewnie nocny gość.

- Czego chcesz, Hoshigaki? – Itachi uspokoił się niemal natychmiast. W duchu rozważał z lekkim zdumieniem, dlaczego myśl o śmierci Deidary przyszła do niego tak łatwo, niemal naturalnie.

- Lider cię wzywa

- O tej godzinie? – Uchiha uniósł brwi. – Niby po co?

Spojrzenia obu członków Akatsuki powędrowały w stronę okna. Na zewnątrz panowały nieprzeniknione ciemności. Chmury przesłaniały niebo.

- Podobno jako ostatni kontaktowałeś się z Deidarą.

- Podobno – wzruszył ramionami. Z gorzkim uśmiechem narzucił na ramiona płaszcz i opuścił pokój. Doszedł go cichy, dodający otuchy pomruk Hoshigakiego.

- Będę na ganku .

Przyzwalająco skinął głową, po czym udał się na spotkanie z liderem Akatsuki.

- Wiadomo coś o…- wypalił już od progu, ale dowódca uciszył go stanowczym ruchem ręki.

- A coś ty taki narwany, Uchiha? – wycedził przez zęby. – Siadaj, musimy porozmawiać – w milczeniu czekał, aż gość zajmie miejsce po drugiej stronie biurka. – Nie mamy żadnych wiadomości od Tobiego i Deidary, którzy dziś wieczorem ruszyli na zwiad, udając się w kierunku bliżej nieokreślonym – powiedział, wahając się między niezadowoleniem, a sadystyczną przyjemnością, jaką może odczuwać tylko człowiek przekazujący bardzo złe wieści. – Nie wrócili.

- Zginęli?

- Na razie trudno powiedzieć cokolwiek konkretnego – westchnął, wygodniej rozpierając się na krześle. Itachi z cichą ulgą stwierdził, że tym razem w głosie przełożonego nie zabrzmiała ta pełna złośliwej satysfakcji nuta. – Podejrzewam dezercję, w końcu już raz próbował… - uśmiechnął się zimno. - Próbowaliście tej sztuczki. Równie prawdopodobne jest to, że Tobi i Miałem nadzieję, że ty możesz dostarczyć jakichś konkretów. Mogli też, oczywiście całkowitym przypadkiem, wpaść na twojego brata. Wiem, że jako ostatni rozmawiałeś z Deidarą. Może przekazał ci jakieś szczegóły podczas waszego…hmm…pożegnania?

Odpowiedziało mu tylko tak charakterystyczne dla członków rodu Uchiha wymowne milczenie i błąkający się na wargach uśmieszek.

- Idź spać, Uchiha – zniecierpliwił się wreszcie lider. – Wyślę kogoś by ustalić, co się z nimi stało. Zetsu chyba nie mają nic do roboty.

- A co, jeśli wrócą? – podpowiedział Itachi, przyglądając się swoim złożonym na blacie biurka szczupłym dłoniom.

- Wtedy wyślę kogoś innego.

- Wyślij mnie – zasugerował i obdarzył przełożonego wyjątkowo hardym i bezczelnym spojrzeniem. To był post-Sharingan. Itachi-zza-szyby, którego lider prawie nie znał, a z którym powinien się liczyć o wiele bardziej niż z tym codziennym, zmęczonym i bezwolnym. Ten miał siłę, był gniewny i nieobliczalny.

- Na taką misję- lider wstał i zaplótł ręce za plecami. – wysłałbym każdego, z wyjątkiem ciebie, Uchiha.

- A co, jeśli ja chcę tam pójść?

- Nie bądź dziecinny – zgromił go mężczyzna. – Dość mamy samobójców w szeregach. Nie może być tak, Uchiha, że nagle zachciewa ci się umierać, bo… – przez chwilę panowało wyjątkowo niezręczne milczenie – a zresztą ty już sam najlepiej wiesz, jakie „bo". W każdym razie tak być nie może. Nie rozumiesz, że nawet, jeśli oni zgina, zapewnią ci przynajmniej miesiąc świętego spokoju? – perorował . – A ten tymczasem od tak postanowił sobie leźć tam, gdzie teraz najbardziej niebezpiecznie, chociaż nikomu nic po tym. Przyłączyłeś się do nas, bo ja się na to zgodziłem, więc nie myśl nawet, że umrzesz bez mojego pisemnego pozwolenia.

- A czy on takie dostał? – Itachi również zerwał się z krzesła i zmierzył dowódcę chłodnym spojrzeniem, lekko przygryzając przy tym wagi.

- Siadaj, Uchiha – lider z łatwością zniósł to kamienne spojrzenie. – Panuj nad emocjami.

- Czy on takie dostał? – powtórzył powoli Uchiha, nieco pochylając się nad liderem. Oczy wciąż były chłodne, niechętne. Przerażająco żywe. Głos pełen drgających pod zwykłą jedwabistą miękkością emocji. Rzeczowy. – Której części pytania pan nie rozumie?

- Nie będziemy w ten sposób rozmawiać, Uchiha – dowódca nie cofnął się ani o milimetr. Nadmiernie emocjonalna reakcja mówiła sama za siebie. Nieco spóźniony post-Sharingan. Chłopak, z którym teraz rozmawiał nie był jego wierną, bezwzględnie posluszną zabaweczką. To był jakiś uciekinier, cząstka osobowości, która zgodnie z planem powinna dawno obumrzeć, nie miała prawa dożyć chwili, w której zagrają w otwarte karty. Najwyraźniej sprytnie się ukryła. Bezsilna wściekłość dokonuje cudów. – Wracaj do łóżka, odpocznij, przyjdź, kiedy będziesz się czuł na siłach.

- Ale ja się teraz czuję bardzo na siłach- odparł spokojnie Itachi i uśmiechnął się cokolwiek drapieżnie. – Wydał mu pan ten rozkaz, czy nie?

- Najtrudniej o prawdę w czasach, gdy wszystko może być prawdą– odparł wymijająco lider i posłał podwładnemu spojrzenie świadczące o tym, że jego cierpliwość niedługo ulegnie wyczerpaniu. Nadaremno. Uchiha prawdopodobnie uświadomił już sobie, jak wielką ma teraz przewagę. Pozostało tylko znieść to z godnością. Prawdopodobnie-już-były podwładny powoli opadł na krzesło i wyciągnął rękę po leżące na deserowym talerzyku ciastko. Bez pytania.

- Wszystko jasne – powiedział miękkim, melodyjnym głosem. – Obaj dobrze wiemy, jak wygląda sytuacja i kto teraz rozdaje karty. Tak, wiem, kim jest Tobi – przyznał, napotkawszy pełne chłodnego zainteresowania spojrzenie. – i doskonale wiem, jaka jest pańska pozycja.

Przez chwilę obaj milczeli, spoglądając na siebie ponad stołem.

- Od początku było wiadome, że ta chwila nadejdzie – odezwał się znów Itachi zza-szyby. Niezwykle uprzejmy, ujmujący bystrością i jakże pełen życia Itachi. Dziecko-demon. Taki, jak podczas pierwszej rozmowy, tylko, że teraz wściekły, zrozpaczony i doskonale świadom swej przewagi. – Mogło się panu wydawać, że naprawdę jestem pańską gotową na każdy rozkaz maszynką do zabijania, jednakowoż…Wygląda na to, że nieco poniosła pana wyobraźnia. Mój brat jest już dostatecznie duży, by móc zrealizować pokładane w nim nadzieje. Obiecano mi, że będzie bezpieczny tak bardzo, jak tylko może być bezpieczny młody ninja z Konoha. O to, że znalazł się w rękach Orochimaru – tu uśmiechnął się drwiąco. – nie mam pretensji. Sam chciał, nawet ja nie byłem w stanie go powstrzymać, poza tym było to wliczone w ryzyko. Natomiast fakt, iż teraz wysłał pan przeciw niemu Deidarę uważam, za gruby nietakt. Nie tak się umawialiśmy – wstał i lekko skłonił głowę. Lider nawet nie drgnął. Też się spodziewał i nie był zaskoczony. Uchiha, jedyny dziedzic fundatora Akatsuki. Cierpliwy, wyniszczony, wytrwale czekający na swój czas cień. Uśmiechnięty, przyczajony morderca. – Sądzę, że w obecnej sytuacji nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia.

- Rozumiem.

- Formalnie wciąż pozostaję członkiem Akatsuki…bo jakże by inaczej – ten sam złośliwy uśmieszek z kategorii „obaj dobrze wiemy, o czym mówię" i zimny triumf w oczach.– I chcę być informowany o ewentualnych… stratach, jednak z racji na pańskie nieczyste zagrywki, nie będę dłużej zajmował tu miejsca.

- Jak uważasz – zgodził się dowódca Akatsuki. – Jeśli Hoshigaki uzna za stosowne iść z tobą, nie będę go zatrzymywać.

- Nie odważy się pan – uśmiechnął się zimno Itachi. Znów wstał i omiótł gabinet niechętnym spojrzeniem spod półprzymkniętych powiek. Rzęsy rzucały na policzki delikatne cienie, sprawiając, że chłopak wyglądał na jeszcze bardziej przemęczonego.

Lider również wstał, opierając dłonie na blacie biurka. Przez chwilę spoglądali sobie prosto w oczy, zastanawiając się, czy jest jeszcze cokolwiek, co mogliby sobie powiedzieć. Orochimaru. Sasori. Sasuke. Deidara. Nie, zdecydowanie już nic. Lekko skinęli sobie głowami, po czym Uchiha odwrócił się i wymaszerował z gabinetu.

Nie było już nic więcej do powiedzenia ani do zrobienia. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyszedł na ganek. Kisame podniósł się ciężko ze stopnia schodów i bez słowa, nie żegnając się z nikim zrównał krok z Uchihą. Wyruszali w ostatnią wspólną podróż i tym razem żaden z nich nie przewidywał, że kiedykolwiek powróci do miejsca, które przez ostatnie lata stało się substytutem domu.

koniec