Rozdział XX
Spojrzeli na siebie. ***
Była po prostu prześliczna. Pełne, pięknie wykrojone wargi... błyszczące, czekoladowo brązowe oczy, w czarnej jak węgiel oprawie rzęs... Utonął. Zagubił się. Nie może znaleźć drogi powrotnej... Jej rzęsy trzepoczą pytająco, unosi się na palcach... Czy to już? Czy właśnie teraz, za moment, pocałują się po raz pierwszy?
Ich usta dzielą już centymetry... milimetry... jeszcze chwila i...
Hermiona przytknęła swoje wargi do jego zaledwie na ułamek sekundy, a po chwili oderwała je z głuchym cmoknięciem.
Ale... przecież... to nie tak miało być! Miał wpleść jej rękę we włosy, głaskać ją po twarzy, powoli rozbudzić w niej namiętność, dać jej coś, czego jeszcze nikt dotąd jej nie podarował...!
Spróbował zajrzeć jej w oczy, ale spojrzała w bok. Zaraz potem odwróciła się bez słowa, i unosząc suknię uciekła korytarzem, niczym kopciuszek tuż przed wybiciem północy. Wszystko to trwało zaledwie kilka sekund. Skradła mu całusa, i natychmiast umknęła w zamkowy mrok. Nie zdążył nawet zareagować. Stał, zszokowany, ze zwieszonymi ramionami, na środku korytarza, nie mogąc ruszyć się choćby o milimetr. Jego umysł maltretowała bez przerwy jedna myśl: to NIE BYŁ pocałunek. To był zaledwie całus, bez krztyny czułości czy zapamiętania. Ona... cmoknęła go, tak jak cmoka się siostrzeńca albo dawno nie widzianą ciotkę!
Ooo, nie, panno Granger. Już ja cię oduczę traktowania mnie jak ciotki!, postanowił sobie solennie Malfoy. Koniec z taryfą ulgową. Mam zamiar najzwyczajniej w świecie cię UWIEŚĆ.
Ale go pożądała. Z każdym dniem coraz bardziej, niemal boleśnie. A jego wargi kusiły ją, lecz nie mogła pozwolić sobie, by po nie sięgnąć – dlatego uciekła. Bała się, że nie starczy jej siły i samokontroli, że się złamie i pozwoli sobie na wybuch namiętności...
Powoli, na drżących nogach wstała z podłogi. Zsunęła z siebie suknię i w bieliźnie wślizgnęła się pod kołdrę. Wiedziała, że nie będzie mogła zasnąć. Chryste, dziś wieczór oddałaby wszystko, by móc sięgnąć po swoją empetrójkę i zanurzyć się w słodkiej muzyce Rona Pope'a... w Hogwarcie najbardziej brakowało jej właśnie muzyki. Mugolskiej muzyki, której nijak nie mogła przywieść ze sobą do szkoły.
Westchnęła ciężko i obróciła się na drugi bok. Tej nocy obracała się tak jeszcze niezliczoną ilość razy, roztrząsając wszystkie swoje smutki. Na przykład rodziców. Podczas jej nieobecności zamieszkali osobno. Każde z nich wysłało jej odrębne zaproszenie na gwiazdkę, tak jakby stała się jakąś ostateczną kartą w grze. Nie chciała wybierać między mamą i tatą, więc obojgu odpisała, że zostanie na święta w szkole. Wizja kolacji Wigilijnej w towarzystwie grona pedagogicznego przygnębiała ją. Ale co miała zrobić? Nie jest już małą dziewczynką, poradzi sobie. Nawet, jeżeli będzie tu całkiem sama... Harry dostał zgodę dyrektora, by pojechać na święta do Nory. Ona oczywiście też została zaproszona, ale ze względu na Freda wolała odmówić...
Na dodatek jest jeszcze Malfoy. Co z nim? Zadaje sobie to pytanie od wielu dni i wciąż nie może odnaleźć odpowiedzi. CO Z NIM? Nie może już go uczyć. Pocałowała go dzisiaj, chociaż może to za dużo powiedziane. Tańczyli ze sobą. Nienawidził jej od pierwszej klasy, zresztą z wzajemnością. Pokazywała mu, jak puszcza się kaczki na wodzie. Zaprosił ją na prywatną imprezę swojego Domu. Podarował jej chusteczkę. Wypłakiwała się w jego szatę. Gdzie w tym wszystkim sens? Gdzie... gdzie go szukać?
Sen zmorzył ją około 5 nad ranem, kiedy niebo za oknem różowiło się już, zapowiadając świt. Wstała 4 godziny później i zaklęła pod nosem. Przegapiła odjazd pociągu – nie pożegnała się z Ginny, Harrym i Ronem.
Usiadła na łóżku, z westchnieniem odgarniając włosy, opadające jej w bezładzie na twarz. Jest jedyną gryfonką, która została na święta w Hogwarcie... Zaatakowało ją nagłe, przygnębiające poczucie pustki. Przez następne dwa tygodnie będzie wracać do pustego Pokoju Wspólnego, zasypiać i budzić się w pustym dormitorium, jeść śniadanie przy pustym stole... W Hermionie obudził się cichy podziw dla Harrego, który przechodził przez tak fatalne ferie będąc jeszcze młodszym, niż ona teraz. Musi mocno go uściskać, gdy zobaczą się po przerwie świątecznej. Postanowione.
Ponownie odgarniając niesforne kosmyki, zmusiła się by wstać z łóżka. Pospiesznie wciągnęła na siebie ciemne dżinsy, białą koszulkę i szary sweterek. Na nogi włożyła ciepłe, puchate kapcie i zwlekła się do Wielkiej Sali na śniadanie. Przy stole Ravenclawu siedziały trzy osoby... no tak – trojaczki Miller z czwartego roku. Puchonów była dwójka, a ślizgonów...
O Boże!, pomyślała Hermiona, uderzając się dłonią w czoło z głośnym plaśnięciem, jak mogłam zapomnieć! Przecież on też nie ma u kogo spędzić świąt!.
Nie miał. Jego matka zmarła „ze zgryzoty" - tak powiadali. Gazety podawały, że pewnego ranka po prostu już się nie obudziła. Być może dostała wylewu we śnie, albo... przyczyny zgonu nie były do końca jasne. Co się natomiast tyczy Lucjusza Malfoya – zaraz po upadku Czarnego Pana został zapuszkowany w Azkabanie, ku uldze większości czarodziejów i czarownic.
Hermiona, niewiele myśląc, zajęła miejsce naprzeciwko blondyna. Po co mają jeść w samotności, gdy mogą cieszyć się swoim towarzystwem?
- Co ty tu robisz? - zapytał zaskoczony.
- Zostaję w szkole na święta – odparła, siląc się na neutralny ton. Nie chciała okazać, jak bardzo jej z tym ciężko.
- Dlaczego?
- Ponieważ... - zawahała się. Powiedzieć prawdę? O swoich rodzicach? Jakoś nie miała ochoty... - ...tak jakoś. Po prostu zdecydowałam, że w tym roku nie jadę na ferie do domu. Mam zamiar ostro przygotowywać się do OWUTEM'ów, więc potrzebny mi stały dostęp do magicznej biblioteki.
Tak, to brzmiało wiarygodnie. Zadowolona z siebie, nałożyła sobie dwie kopiaste łyżki jajecznicy na boczku. Ciekawe co by o tym powiedziała Demelza, przyszła jej do głowy przewrotna myśl.
Malfoy milczał. Właściwie... to, że Granger spędza święta w szkole jest mu całkiem na rękę. Wyłączając trojaczki Miller i parkę puchonów – są całkiem sami. Wymarzone okoliczności, na wcielenie w życie jego szatańskiego planu.
W sumie może zacząć realizować go już od tej chwili.
Odczekał cierpliwie, aż Hermiona na niego spojrzała i wówczas, z pełną premedytacją wygiął usta w swoim najbardziej pociągającym uśmiechu. Jednocześnie zerknął na nią spod wachlarza rzęs, pociemniałymi z namiętności oczami. Widelec wypadł jej z dłoni, uderzając donośnie w talerz. Dziewczyna przełknęła ciężko ślinę, jednak poza tym sprawiała wrażenie sparaliżowanej, jakby nie mogła wykonać żadnego ruchu. To Malfoy pierwszy odwrócił wzrok, łaskawie zdejmując z niej swój miażdżący czar. Myliła się jednak bardzo, jeżeli myślała, że już z nią „skończył". O nie. Nie, nie, nie. Jego plan zawierał w sobie bardzo wiele rozmaitych punktów.
- będę się już zbierał – powiedział niskim głosem. Przytaknęła, nie patrząc na niego. Bała się, że znów ją zamuruje.
Podnosząc się z miejsca, Draco „przypadkiem" potrącił pucharek z sokiem dyniowym, który upadł na stół i ochlapał Hermionę swoją zawartością. Chłopak momentalnie znalazł się przy Grangerównie z serwetką w dłoni i jął ścierać pomarańczową ciecz z jej dekoltu i opinającego się na piersiach sweterka. Dziewczyna odruchowo wstała, a on, nie przestając jej wycierać, postąpił krok naprzód. Nie wiedzieć kiedy znaleźli się bardzo blisko siebie, tak blisko, że gryfonka wyczuwała pociągającą woń, którą przesiąknięte były ubrania Dracona.
- Przepraszam. Ależ ze mnie niezdara – odezwał się głębokim, męskim głosem. Boże, daj mi cierpliwość!, jęknęła Hermiona w myślach.
- N...nic się nie stał-ło – wyjąkała, zaciskając dłonie na dżinsach, by nie stracić panowania nad sobą. Wyczuwała wyraźnie, że Malfoy zmienił nastawienie względem niej. Obrał inną strategię działania. Najwyraźniej teraz próbował ją uwieść... i jak najbardziej mu się to udawało. Bardzo chciałaby bronić się przed jego sztuczkami, ale nie potrafiła. Niesamowicie na nią wpływał.
Wznosząc się na wyżyny silnej woli – odsunęła się od niego o krok. Teraz, gdy nie czuła tego odurzającego zapachu, łatwiej było jej nad sobą zapanować i odzyskać trzeźwość myślenia.
- Ja też będę się zbierać – rzekła, prawie nie drżącym głosem. - Do zobaczenia... kiedyśtam.
Czym prędzej uciekła z Wielkiej Sali i skierowała się ku bibliotece.
Intuicja podpowiadała jej, że Malfoy dopiero się rozkręca. Że, znając jego, jeszcze na dziś wieczór szykuje jej coś piorunującego.
Pech chciał, że panna Granger miała wyjątkowo dobrą intuicję...
***
Hermiona bardzo cieszyła się, że na korytarzu przed łazienkami prefektów panował półmrok. Ostre światło przegnałoby na cztery wiatry stan przyjemnego rozleniwienia, jaki udało jej się osiągnąć dzięki długiej, gorącej, aromatycznej kąpieli (obowiązkowo przy świeczkach i rekordowej ilości piany). Tak, takie kąpiele były jej małą, mugolską słabostką, której czasem po prostu nie mogła się oprzeć. Jako czarownica równie dobrze mogłaby przecież zażyć kilka kropel eliksiru relaksującego, ale nie – ona wolała nurzać się kilka godzin w niemal wrzącej wodzie, otoczona zewsząd przez drżące, chybotliwe płomyki świec.
Nie wiedziała, która może być godzina, ale z pewnością było już bardzo późno, bo większość pochodni na korytarzu była wygaszona. Paliła się może co trzecia czy co czwarta.
Hermiona wątpiła, by o tej porze mogła spotkać kogokolwiek w holu, dlatego nie zadała sobie nawet trudu, by ubrać piżamę. Pomykała więc przez opustoszały korytarz w japonkach i lekkiej narzutce.
W pewnym momencie zza pleców usłyszała ciche szurnięcie. Odwróciła się odruchowo, choć trzeźwy umysł podpowiedział jej, że źródłem dźwięku napewno jest paskudna, lecz niegroźna pani Norris – kotka ich zgrzybiałego woźnego. Umysł panny Granger nie miał jednak racji. Istota, którą ujrzała dziewczyna za swoimi plecami ani trochę nie przypominała wstrętnego sierściucha, jakim z całą pewnością była pani Norris. Do złudzenia przypominała natomiast pewnego cynicznego, wysokiego, blond ślizgona... i chyba net nim była!
Hermiona zmartwiała. Po przyjemnym rozleniwieniu nie było już ani śladu – był tylko ON. Rozczochrany, pachnący, w ręczniku... Och, Merlinie! W SAMYM ręczniku! ZNOWU!
- Malfoy! Jak długo za mną idziesz? - wyrzuciła oskarżycielsko. Półmrok okazał się dla niej zbawienny, bo dzięki niemu mogła mieć nadzieję, że Draco nie dostrzeże jej rumieńców.
- Jakiś czas – odparł beztrosko blondyn, wzruszając ramionami – A co, przeszkadza ci to?
- Tak!... nie!... nie wiem... ? - wyjąkała. Naprawdę, naprawdę nie wiedziała co mogłaby mu odpowiedzieć.
- Ładne wdzianko – rzucił chłopak niby to od nie chcenia, taksując wzrokiem kusy, sięgający w pół uda, jedwabny szlafroczek, spływający luźno po jej krągłościach.
„Wdzianko" - jak to określił – było granatowe jak noc, przewiązane byle jak srebrną wstążką paska. Mógł się założyć, że pod spodem nie miała bielizny. Cóż, z pewnością nie GÓRNEJ bielizny...
Hermiona dostrzegłszy jego lubieżne spojrzenie i uniesioną wymownie brew przeklęła w duchu swoją niedbałość i fakt, że zamiast po ludzku ubrać piżamę, zarzuciła tylko szlafrok. Poczuła, że musi coś zrobić – cokolwiek – byleby przestał tak się na nią gapić, bo zaraz zemdleje. Niewiele myśląc, rzuciła w niego kosmetyczką, by odwrócić jego uwagę. Gdy ten skupił się odruchowo na złapaniu nadlatującego „pocisku", dziewczyna błyskawicznie poprawiła szlafrok i zawiązała go ciasno paskiem. Cóż... ubranie nadal sięgało zaledwie do połowy jej ud, ale teraz prezentowało się o wiele bardziej przyzwoicie.
Tymczasem Malfoy przewiesił sobie uchwyt jej kosmetyczki przez nadgarstek i spojrzał na nią z groźnym błyskiem w oku. Hermiona przełknęła ślinę.
- No, no, Gramnger, niezłe posunięcie, chociaż... wtedy bardziej mi się podobałaś.
Nie odpowiedziała. Nie mogła. Ciało odmawiało jej posłuszeństwa.
- Zdradź mi proszę, jaki skrywasz sekret, że już drugi raz udaje ci się nakryć mnie w ręczniku, podczas gdy większość dziewczyn oddałoby bardzo wiele, by dokonać tego choć jeden, jedyny raz w życiu – ciągnął, nie zrażony jej milczeniem.
- To nie jest moja wina, że paradujesz W RĘCZNIKU po korytarzach i że W RĘCZNIKU przyjmujesz gości do swojego dormitorium – odparła jękliwie, acz dumnie, urażona i zirytowana insynuacją, jakoby dwoiła się i troiła żeby tylko dopaść półnagiego Draco Malfoya.
Ku przerażeniu Hermiony, chłopak zrobił krok w jej stronę. Po chwili jeszcze jeden i następny, aż w końcu, wiedziona instynktem, zaczęła się cofać. To było jak taniec – on się zbliżał, ona oddalała, on drapieżnie się uśmiechał, a ona robiła wszystko, by nie stracić przytomności, on patrzył jej prosto w twarz, ona wszędzie byle nie na niego. W pewnym momencie Hermiona natrafiła plecami na ścianę. Zadrżała z chłodu i wyjątkowo trzeźwej świadomości, że TO JUŻ. Że taniec dobiegł końca i cokolwiek chłopak planował zrobić – ona nie ma dokąd uciec.
Skórę miała wciąż nagrzaną po kąpieli, lecz gdy Draco, będąc o krok od niej, wcale się nie zatrzymał, poczuła że w jej wnętrzu narasta ogień innego rodzaju. Blondyn podszedł do dziewczyny bardzo, bardzo blisko, niemal przywierając do niej ciałem. Spojrzał jej w oczy, leniwym, sadystycznie powolnym ruchem odgarniając jej wilgotne włosy za ramię.
Hermiona stała jak skamieniała, bojąc się nawet oddychać. Wiszące między nimi napięcie było tak ogromne, że zdawało się być niemal namacalne – posiadać kształt, kolor, smak...
Otworzyła usta by coś powiedzieć, lecz z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk, jakby ktoś rzucił na nią urok. Jej niezdolne do mowy usta drżały lekko, a puls gnał jak szalony. O ile wcześniej uznała półmrok za zbawienny, o tyle teraz przeklęła go po stokroć, bo nadawał ich bliskości ów szczególny, owiany tajemnicą i aurą niebezpieczeństwa wymiar.
Wstrzymała oddech, gdy Malfoy pochylił się nad jej odsłoniętym uchem i musnąwszy je ustami wyszeptał niskim, zmysłowym głosem:
- Nie wiem, Granger, co ty masz przeciwko ręcznikom. Według mnie są całkiem w porządku, choć w tej chwili mogę pozbyć się mojego, jeżeli tak bardzo ci on przeszkadza.
Dziewczyna przymknęła powieki i pod ich osłoną wywróciła oczami, czując, że jeszcze moment a postrada zmysły. Nie mogła znieść tego, co z nią wyprawiał. Brzmienie jego głosu, ciepło oddechu na jej nagiej szyi, jego intensywny, pociągający zapach... wszystko to niesamowicie mąciło jej w głowie.
Nic już nie wiedziała.
Nie wiedziała czy powiedzieć „Przestań" czy „nie przerywaj". Nie wiedziała, czy chłopak jest za blisko, czy nie dość blisko.
Nie wiedziała czy tak, czy nie.
Nie była już pewna co jest piekłem, a co niebem.
Draco wciąż nie podnosił głowy. Po raz kolejny muskając ustami jej ucho, zaciągnął się głęboko zapachem dziewczyny, a jednocześnie delikatnie przesunął palcami wzdłuż jej obojczyka, pieszcząc napiętą skórę jej dekoltu.
To był o jeden gest za wiele. O jeden gest za wiele dla samokontroli Hermiony, która z cichym jękiem jedną z rąk wplotła mu we włosy, a drugą zacisnęła na fałdach ręcznika, przewiązanego wokół jego bioder. Nie panowała nad swoimi reakcjami, tak jak nie panowała na podsuwanymi jej przez hormony fantazjami.
UMIERAŁA z pragnienia, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyła, ale nie miała pojęcia jak je ugasić. Napięcie i frustracja wręcz ją rozsadzało. Modliła się w duchu, by nie zacząć płakać.
Chłopak z przeciągłym, mruczącym „mmmmmm" przesunął nosem od jej ucha aż po skroń, a następnie odsunął się nieznacznie, by omieść wzrokiem jej oblicze. Powoli, z wyjątkową dokładnością i delikatnością, ujął jej twarz w dłonie. Dziewczyna czując palce blondyna na swoich rozgrzanych policzkach uniosła powieki. Wyraz jego twarzy poraził ją.
Pocałuj mnie, pomyślała część jej jestestwa.
Nie dotykaj mnie kretynie!, pomyślała druga część.
- Rumienisz się – oznajmił chłopak całkiem zwyczajnym tonem. Był on tak nie podobny do zmysłowego szeptu sprzed kilku minut, że Hermiona błyskawicznie poczuła się zdezorientowana. Więcej – niemalże... zdradzona. - Rób to częściej, lecę na to – dodał rozbrajająco, patrząc jej prosto w oczy, a już po chwili, najzwyczajniej w świecie,... odwrócił się i odszedł.
Hermiona stała jak sparaliżowana, wpatrując się w pustą przestrzeń przed sobą. Serce jej waliło, jakby przed chwilą przebiegła maraton, a jej nogi trzęsły się w kolanach tak silnie, że ledwie mogła na nich ustać.
Jej umysł powoli powracał na właściwe tory, ale był jakby... odmieniony. Inny od tego, który znała do tej pory. Jakby naznaczony nieodwracalnym piętnem. Piętnem wspomnienia dotyku jego ust, i ciepła jego oddechu na karku.
O nie, to wspomnienie już nigdy jej nie opuści. Choćby chciała, nie da rady tak po prostu go przegnać.
Tak jak nie da rady ugasić ognia, który dzisiaj w niej zapłonął.
