Albus Dumbledore obudził się gwałtownie. Siedział przy biurku, pisał nowy artykuł do ,,Transmutacji współczesnej". Nawet nie zauważył, kiedy zasnął. Obudziło go skrobanie w okno. Z westchnieniem podszedł do parapetu, po drodze głaszcząc Faweksa. Feniks znacznie podrósł, wyrosły mu też złoto szkarłatne pióra. Albus bardzo szybko się do niego przywiązał. Teraz jednak jego uwaga skupiła się na sowie, do której nóżki przywiązany był zwinięty w rulon wygnieciony kawałek pergaminu.

Kartka była pognieciona, lekko wilgotna i w jednym miejscu nawet nieco naderwana. Z jednej strony ktoś naskrobał jego pełne cztery imiona i nazwisko. Z drugiej, koślawym, jakby dziecięcym pismem było napisane jedno zdanie:

,,Pamięć serca jest trwalsza niż pamięć umysłu. "

Nie było podpisu. Albus zmarszczył brwi – co to miało znaczyć? Nie rozpoznawał charakteru pisma , nie miał pojęcia, kto mógłby mu wysłać taką sentencję. Przetrząsał umysł, ale nie znajdował żadnego tropu. Lekko zniecierpliwiony, wyjął różdżkę i wypowiedział kilka inkantacji. Nic się nie wydarzyło- ktokolwiek to wysłał, nie zostawił żadnych wyraźnych magicznych śladów. Już miał wzruszyć ramionami, gdy koniec jego różdżki zalśnił na czarno.

Jedynym magicznym śladem zostawionym na kartce, był oddech śmierci.

Albus ostrożnie złożył kartkę, schował do kieszeni i wyszedł z gabinetu. Skierował się do kamiennego gargulca, broniącego wejścia do wieży dyrektora. Być może Armando mógłby powiedzieć mu coś więcej. Zanim jednak zdążył wypowiedzieć hasło, gargulec przemówił:

- Dyrektor zszedł na kolację. To już ta pora. – ton posągu był karcący.

- Dziękuję. – odpowiedział Albus. Musiał spać dłużej niż początkowo zakładał.

Wielka Hala była pełna uczniów, bo uczta powitalna odbyła się zaledwie kilka dni temu. Albus skinął głową na powitanie kilkorgu starszym Gryfonom, ale jego uwaga była skupiona na stole nauczycielskim. Obecni byli prawie wszyscy nauczyciele, poza nauczycielką astronomii. Armando spokojnie jadł pieczonego łososia, przysłuchując się rozmowie Galatei z Kettleburnem. Albus szybko zajął swoje miejsce po prawej stronie dyrektora.

- Wyglądasz na zmęczonego. – rzucił szczerze Armando, podając Albusowi talerz z sałatką.

- Zasnąłem nad artykułem. Obudziła mnie dopiero sowa z dziwną wiadomością. Nie niepokoiłbym się tak, gdyby zaklęcie nie wykryło aury śmierci na tej kartce. Może ty rozpoznasz ten charakter pisma.- Albus przysunął papier pod nos dyrektora.

Trzymany przez Armando widelec upadł z brzękiem na talerz. Nauczyciele przerwali rozmowy, a kilkoro uczniów odwróciło się w ich stronę.

- Armando? – Albus natychmiast zauważył bladą twarz przyjaciela.

- To pismo. Jest koślawe, bo musiało być pisane wątłą ręką umierającej osoby. Ale zważ na lekkie pociągnięcia pióra, nieznaczne zawijasy. To pisała osoba, uczona kaligrafii w bogatym, gregoriańskim domu. Jednak charakterystyczny sposób zapisu litery ,,m" przywodzi mi na myśl dokładnie jedną osobę. – odpowiedział blady Armando.

- Kogo? – zapytał zaniepokojony Albus.

- Theresę. – wyszeptał miękko dyrektor.

Albus przez chwilę myślał gorączkowo. Część się zgadzała – lady McGonagall była umierająca, a pismo, choć koślawe, nosiło podobieństwo do pisanych piękną kaligrafią listów, które Albus wymienił z babką Minerwy. Cóż jednak znaczyły te dziwne słowa? Czy lady McGonagall traciła zmysły?

- Jesteś pewien, że ten list miał trafić do ciebie? – zapytał cicho Armando.

Albus odwrócił kartkę, pokazując swoje imiona i nazwisko, napisane tym samym pismem. Gdyby nie to, rzeczywiście byłby skłonny uznać, że wiadomość była przeznaczona dla Armando. Być może to był jakiś szyfr? Albo cytat z jakiegoś znaczącego dzieła? Albus jednak nie mógł tego rozgryźć.

- Powinienem wyruszyć do rezydencji McGonagallów. Może milady otrzymała jakąś wiadomość o Minerwie? – zastanawiał się głośno nauczyciel.

- Zaczekaj. – rzekł dyrektor i wskazał na sufit.

Przez otwarte okno wleciał ogromny puchacz ze znajomo wyglądającą kopertą. Albus wiedział, że wszyscy zebrani w Wielkiej Sali obserwują jego majestatyczny lot. Ostatecznie puchacz opadł na nauczycielski stół, dokładnie pomiędzy Albusa a Armando.

Koperta była z gatunku rodowej papeterii, opatrzona wielką pieczęcią z czarnego laku. Zaadresowano ją do ,,Dyrekcji Hogwartu." Albus mimowolnie wydał z siebie westchnienie ulgi na widok oszczędnego pisma.

Dippet drżącymi dłońmi rozerwał pieczęć i szybko przebiegł wzrokiem zawartość listu. Gdy uniósł głowę by spojrzeć Albusowi w twarz, jego oczy były pełne łez.

- Lady Theresa McGonagall zmarła dziś w południe. Jej wnuczka, lady Minerwa wyznaczyła datę pogrzebu na piątek, za cztery dni.

Albus wziął list z drżących rąk Armando. Była to oficjalna, bardzo profesjonalna formuła, prawie taka sama jak list przysłany do Hogwartu wiele lat temu, informujący o dacie pogrzebu rodziców Minerwy. ,,Z żalem zawiadamiam o śmierci, ceremonialny pogrzeb, proszę o listę osób uczestniczących w delegacji" – to były tego typu słowa. Albus z smutkiem pogładził podpis Minerwy, uzupełniony pełną tytulaturą.

Jeśli Armando się nie mylił, dziwna notka wysłana do Albusa musiała być ostatnim listem napisanym przez zmarłą lady McGonagall.

Albus nadal nie wiedział co oznaczają te słowa. Może Minerwa znała wyjaśnienie?

Zastanawiający był fakt, że nikt nie poinformował Albusa o pojawieniu się Minerwy. Czy była już w rezydencji od dawna, czy zdążyła wrócić akurat by pożegnać babkę? Co się z nią działo? Jak to znosiła? Czy sobie radzi? Została całkiem sama, bez żadnej rodziny. Musiała być zdruzgotana, jej relacja z babką była bardzo silna.

- Profesorze? To jest pieczęć Minerwy, prawda? – Albus zamrugał. Przed nim stała Rolanda Hooch, energiczna przyjaciółka Minerwy z czasów szkolnych.

- Tak, panno Hooch. Właśnie zmarła jej babka, lady Theresa McGonagall. – wyjaśnił Albus. Kątem oka zobaczył Galateę wyprowadzająca Dippeta, ciężko opierającego się na jej ramieniu.

- Czy mógłby pan przekazać jej moje kondolencje? Bo rozumiem, że zaraz się pan tam wybiera? – zapytała Rolanda. Albus przez chwilę patrzył na nią z osłupieniem – zdążył zapomnieć, jak bezpośrednia potrafiła być ta Gryfonka.

- Przekażę. Muszę przebrać się w żałobne szaty. – wymamrotał i wybiegł z Wielkiej Sali bocznym wyjściem.

Pół godziny później Albus stał przed bogato rzeźbioną bramą, w czarnych jak smoła szatach, których nie znosił. Moknął w strugach ostatnich letnich deszczy, czekając na otwarcie bram lub pojawienie się Minerwy.

Po kolejnych piętnastu minutach zobaczył kobiecą sylwetkę biegnącą ścieżką do bramy. Gdy jednak się zbliżyła, z rozczarowaniem rozpoznał Augustę Longbottom. Zziajana, zatrzymała się przed bramą.

- Profesor? – wykrzyknęła, gdy już złapała oddech.

- Dostałem wiadomość! Co z Minerwą? Mogę wejść? – odpowiedział Albus, przekrzykując ryk wiatru i szum lecącej z nieba wody.

- Minerwa nie pozwoliła nikogo wpuszczać! – odpowiedziała Augusta.

- Wie, że tu jestem? – zapytał Albus.

- Powiedziała, że ma pan wracać do Hogwartu!

Albus cofnął się o krok. Tego się nie spodziewał. Wiedział, że śmierć babki będzie ogromnym ciosem dla Minerwy, ale odtrącenie jego wsparcia było zupełnie niezrozumiałe. Przecież byli przyjaciółmi, przybył tu by jej pomóc. Dlaczego odrzucała jego pomoc? Musiał się upewnić, czy wszystko z nią w porządku. Zbyt długo zamartwiał się brakiem wiadomości od niej.

- Nigdzie się stąd nie ruszę! Niech mnie pani wpuści, pani Longbottom! Ona mnie potrzebuje. – Albus błagalnie spojrzał na młodą czarownicę.

- Przepraszam profesorze, ale Minerwa wyraźnie nie życzyła sobie niczyich wizyt. – odpowiedziała Augusta i odwróciła się w stronę rezydencji.

- Proszę! Muszę się z nią zobaczyć! – krzyknął Albus, ale wdowa po Lucasie Longbottomie już zniknęła.

Nauczyciel ze złością i niepokojem rzucił się ku bramie, ale został odepchnięty przez potężne zaklęcia ochronne. Spróbował jeszcze raz, tylko by się przekonać, że musiałby poświęcić całą moc i kilka dni by przełamać bariery.

- Minerwa! - krzyknął. Nic. Zero odpowiedzi.

Z jękiem opadł na kolana, na brudną brukową kostkę. Był przemoczony do suchej nitki – żałobne szaty całkiem nasiąkły wodą, a strugi deszczu zamieniły jego kasztanowe włosy i brodę w wilgotne strąki. Woda ciekła po jego twarzy, skapując po długim, haczykowatym nosie, ale zupełnie o to nie dbał.

Powinien być teraz przy niej. Dlaczego nie chciała go widzieć?

Albus siedział na deszczu przez długie godziny. Zapadł zmrok i brama przed nim wydawała się rekwizytem z horroru. Nie przestało padać. W położonej w oddali wiosce zamieszkiwanej przez dzierżawców McGonagallów, kościelny dzwon wybił północ.

Wtem na ścieżce za bramą pojawił się jakiś ruchomy kształt. Przez dłuższą chwilę Albus nie wierzył swoim oczom – był pewien że to wywołana przez zimno halucynacja.

W jego stronę biegła szara, przemoczona kotka.

- Minnie! – zerwał się z kolan i podbiegł do bramy, by znów zostać odrzuconym w błoto przez ochronne zaklęcia.

Ona przemieniła się. Teraz z drugiej strony bramy stała przemoczona czarownica.

Deszcz sprawił, że czarna, żałobna suknia przywarła do jej ciała, ukazując jak bardzo schudła. Albus z przerażeniem odnotował jej wystające ramiona i wąziutką talię. Włosy miała związane w ciasny kok, ale jeden kosmyk wysunął się z niego i zwisał za uchem. Jej twarz była zupełnie blada, a w szmaragdowych oczach błyszczały łzy.

Wyciągnęła różdżkę z kieszeni i zaczęła intonować potężne zaklęcia, śpiewnym tonem, porażająco smutnym i pełnym lamentu. Albus podniósł się akurat na czas, gdy brama otworzyła się ze skrzypieniem.

Zrobił to, co wydawało mu się jedyną słuszną rzeczą – podbiegł do niej i zamknął w objęciach.

- Szszsz. Wszystko będzie dobrze. – mruczał do niej, czując, jak drży.

Po chwili odsunęła się od niego, by spojrzeć mu w twarz. Pokręciła głową.

- Nic nie będzie dobrze.

Albus patrzył na nią z zdumieniem i niedowierzaniem. Nigdy jeszcze nie widział tyle bólu i cierpienia w jej oczach. Nawet wtedy, gdy dowiedziała się o morderstwie rodziców. W jej szmaragdowych tęczówkach błyszczało coś jeszcze – coś na kształt pustki, obojętności.

- Minnie… -zaczął niepewnie, ale ona cofnęła się o krok.

- Powinieneś wrócić do Hogwartu. Nie powinno cię tu być. Nie chcę żebyś tu był. – rzekła, jej głos zimny i opanowany.

- Ależ nie zostawię cię samej, nie w takim stanie! Minerwo, czego dowiedziałaś się w Nurmengardzie? Co tam widziałaś? Co się wydarzyło, że zniknęłaś? – sięgnął dłonią do jej twarzy, ale napotkał bariery ochronne.

- Zostaw mnie w spokoju! Dlaczego tu przyszedłeś?! Twój ukochany zabił moich rodziców, a teraz straciłam babkę, wyczerpaną przez rozpętaną przez niego wojnę! Odejdź! – Minerwa wyciągnęła przed siebie ręce, w jej oczach rozbłysły iskierki gniewu.

Albus został wypchnięty przez jej moc poza bramę. Znów upadł w błotnistą kałużę, teraz jednak natychmiast zerwał się na nogi. Za późno – zatrzasnęła bramę i zaczęła intonować ochronne zaklęcia.

- Minerwa! Co on ci zrobił?! – wrzasnął Albus.

Przemoczona czarownica skończyła rzucać czary barierowe. Spojrzała na Albusa przez żelazne kraty.

- To nie on. To ty. Jak mogłeś kochać takiego potwora, Albusie? – odpowiedziała zupełnie obojętnym tonem. Następnie odwróciła się na pięcie i zmieniła w kotkę. Zniknęła mu z oczu w przeciągu kilkudziesięciu sekund. Gdyby nie ból w sercu, Albus nie mógłby być pewien, czy to wszystko nie było jakimś koszmarem. Ostatecznie jednak ,,pamięć serca jest trwalsza niż pamięć umysłu. "

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall stała samotnie w pierwszym rzędzie żałobników – wysoka, odziana w czerń od stóp do głów figura. Doskonale dopasowana, gorsetowana edwardiańska żałobna suknia podkreślała jej chudą, jakby kruchą sylwetkę. Czarne włosy miała upięte w misterną koronę, okrytą ciemnym welonem, który powiewał lekko przy mocniejszych podmuchach wiatru. Odziane w czarne rękawiczki dłonie zaciskała na różdżce.

Dokonała wszelkich starań, by pogrzeb jej babki był jeszcze bardziej imponujący niż ceremonia wyprawiona jej rodzicom. Mimo toczącej się wojny zaprosiła kilkuset gości, którzy poznali jej babkę w różnych momentach. Zaskakujące, jak różne wspomnienia ludzie mieli to tej samej osobie. Dla najstarszych była najpiękniejszą czarownicą swego pokolenia, posągową córą Blacków, którą zawsze otaczał wianuszek adoratorów. Dla nieco młodszych była majestatyczną lady McGonagall, królową socjety. Dla dziesiątek przybyłych smokologów była pionierką w ich pracy, najwyższym autorytetem. Dla młodszej generacji była poważaną matką znanego ambasadora, szarą eminencją polityki brytyjskiej społeczności czarodziejów. Dla ambasadorów i magów z krajów sprzymierzonych była rozpoznawalną figurą. Dla Blacków, przybyłych bez najmniejszych wyjątków była dawną dumą. Dla kilkudziesięciu magów mugolskiego, szkockiego pochodzenia była hojną gospodynią. Dla aurorów była wiedźmą o legendarnej mocy. Dla delegacji uczniów i nauczycieli z Hogwartu była władczą babką Minerwy.

Mieli o niej różne wyobrażenia, poznali różne strony jej osobowości, ale dzisiaj łączył ich wspólny cel – oddanie hołdu lady Theresie McGonagall.

Elegancka, lśniąca trumna z hebanowego drewna spoczywała na katafalku przed mauzoleum McGonagallów. Okryta była rodowym tartanem McGonagallów, zaś na jej wieku spoczywał pojedynczy bukiet z setek majowych konwalii. Po prawej, na aksamitnych poduszkach spoczywały insygnia orderów nadanych zmarłej: Orderu Merlina, Wstęgi Nimue i Orderu Cyryla. Z lewej, na specjalnie ustawionych drewnianych konstrukcjach, ułożono dziesiątki bukietów, ozdobionych czarnymi wstęgami, które teraz powiewały na wietrze.

Minerwa z niewzruszoną twarzą wysłuchała kilkunastu laudacji, wygłoszonych przez różnych magów. Zastanawiała się, czy jej babka byłaby zadowolona ze swojego pogrzebu. Wskazówki, zostawione razem z testamentem, okazały się bardzo pomocne, Minerwa sporo też zapamiętała z przygotowań do pogrzebu jej rodziców. Wczorajsza ceremonia w mugolskim kościele przebiegła bez zarzutu – w nabożeństwie żałobnym wzięły udział setki mugoli z szkockich wiosek należących do McGonagallów oraz przedstawiciele mugolskiej arystokracji, a brytyjski król przysłał notę kondolencyjną. Dzisiaj też wszystko szło zgodnie z planem. Przybyli wszyscy zaproszeni, oprócz jednej osoby.

Minister magii całkowicie zignorował śmierć lady Theresy McGonagall. Nie przysłał swoich kondolencji, nie wysłał swojej ministerialnej delegacji, nie nadesłał wieńca. Nie pojawił się, choć Minerwa była gotowa przygotować dla niego specjalne miejsce.

Nie żeby była urażona czy zdumiona. Brała pod uwagę możliwość takiego afrontu, dlatego wysłała dużo więcej zaproszeń, osobno do ministerialnych departamentów. Ich przedstawiciele przybyli, ale byli wyraźnie zdumieni odnotowując nieobecność ministra. Plotki już zaczynały krążyć. Do Minerwy doszły szmery oburzenia na tak wyraźny brak szacunku wobec zmarłej i jej rodu.

Minerwa była ponad to. Wiedziała, że cała czarodziejska społeczność łączy się z nią w bólu i współczuciu, że imponuje im dojrzałością i cichą godnością w obliczu śmierci. Czuła obecność Poppy i Alastora – widziała jak auror porusza się na drewnianych kulach i wspiera na ramieniu pielęgniarki. Czuła obecność Amelii i Pomony, które przyjechały dzień wcześniej, by pomóc w organizacji uroczystości. Czuła obecność Rolandy i delegacji z Hogwartu, z dyrektorem Dippetem na czele – szkolne szaty uczniów transmutowane w żałobne wersje. Czuła obecność Augusty i Franka – przez cały czas z determinacją próbowali poprawić jej nastrój.

Wreszcie czuła obecność Albusa. Stał tuż za nią – prawie odczuwała jego oddech na karku.

Nie widziała go od tamtego nocnego spotkania przy bramie. Które oczywiście było błędem z jej strony. Na początku rozsądnie poprosiła Augustę by odesłała Albusa. Jednak profesor do późnej nocy tkwił przed bramą rezydencji, mimo zapadających ciemności i strug deszczu. Zaklęcia ochronne wokół rezydencji były powiązane z nią, więc ciągle wyczuwała jego obecność. Około północy postanowiła wyjść do niego i rozkazać mu zniknąć, ale na jego widok załamała się.

Ona, niewzruszona Minerwa McGonagall załamała się. W tamtym momencie marzyła tylko o jednym – by móc szlochać w jego ramionach.

To był błąd. Zrozumiała to jednak zbyt późno. Musiała się wycofać, ale już nie mogła tego zrobić, nie raniąc go.

Przeżyła zbyt wiele – okropieństwa Nurmengardu, śmierć dziecka, odejście babki. W centrum tego wszystkiego były jeszcze dwie osoby – Albus i Grindelwald. Powiązani ze sobą równie mocno jak z nią, jeśli nie mocniej. Być może uczucie zdrady dotarło do niej o kilka lat za późno, może po prostu traumatyczne przeżycia otworzyły jej oczy na niektóre rzeczy. Nie mogła jednak patrzeć na Albusa w ten sam sposób po tym, co ujrzała w grocie. I dlatego musiała go odepchnąć.

Dzisiaj jako ostatnia zajęła miejsce przed katafalkiem, nie witając się z nikim. Nawet nie spojrzała w stronę Albusa. Wiedziała, że tam jest. Ale tak jak po śmierci jej rodziców, musieli przeprowadzić przedstawienie do końca, by móc rozejść się za opuszczoną kurtyną.

Przemówienia dobiegły końca. Samotny dudziarz zagrał ,,Kwiaty lasu" – podniosłą szkocką melodię, graną jedynie podczas pogrzebów. Minerwa wstała – za nią wstało kilkuset gości, by ostatecznie pożegnać głowę rodu McGonagallów. Zanim jednak uniosła różdżkę, w powietrzu rozległ się ryk.

Czarodzieje wydali z siebie serię okrzyków strachu i zdumienia, gdy zza dachu mauzoleum wyleciała formacja dwunastu smoków, ogromnych czarnych hebrydzkich. Minerwa sięgnęła ku nim umysłem – to było stado zamieszkujące pobliską dolinę. Jej babka spędziła z nimi sporo czasu, teraz smoki na swój sposób chciały oddać jej honory. Przeleciały nad żałobnikami by zawrócić i ustawić się pojedynczo i następnie przelecieć nisko nad trumną. Zebrani magowie wydali z siebie jęk zachwytu, gdy każdy ze smoków wypuścił z łap grad smoczych skarbów – pereł i diamentów, które opadły na trumnę i wokół niej. Następnie smoki wzniosły się ponad dach mauzoleum i wypuściły z nozdrzy kłęby białego dymu, doskonale widocznego na tle błękitnego nieba. Skłoniły głowę z szacunkiem i odleciały, a echo uderzeń ich skrzydeł przez jakiś czas rozbrzmiewało w powietrzu.

Zapadła cisza. Minerwa, z sercem przepełnionym wdzięcznością za ten osobliwy smoczy hołd, ruszyła do przodu. Zatrzymała się kilka kroków przed trumną, tyłem do zebranych. Uniosła różdżkę i niewerbalnie użyła zaklęcia lewitującego. Ręka jej nie drżała, gdy trumna swobodnie leciała w stronę mauzoleum, by zniknąć w jego wnętrzu. Minerwa znała rozkład tego pomieszczenia na pamięć, dlatego z łatwością umieściła trumnę w prostym sarkofagu z zielonego marmuru. Kolejne machnięcie różdżki i dało się słyszeć charakterystyczny zgrzyt zasuwanej kamiennej płyty.

Żegnaj, kochana babciu.

Minerwa odwróciła się powoli. Wyczuwała pod stopami twarde kryształy diamentów. Machnęła różdżką – diamenty z ziemi uniosły się w powietrze i wsypały do małej, czarnej torebki którą miała ze sobą.

Nadszedł czas na odbieranie kondolencji.

Pierwsi tradycyjnie byli ludzie, którzy znali jej babkę najmniej. Minerwa przez dwie godziny ściskała im ręce i starała się wymienić parę uprzejmych słów. Każdemu z nich wręczała perłę albo diament z torebki. Wiedziałaby, że tak postąpiłaby jej babka – o to przecież chodziło, by pamięć o lady Theresie McGonagall była tak trwała jak te szlachetne kamienie.

Najbliższe jej osoby zostały na samym końcu.

Amelia, Poppy, Pomona, Alastor, Rolanda, Augusta i uczniowie z nauczycielami Hogwartu. Minerwa zostawiła dla nich największe diamenty.

Armando Dippet zatrzymał się przed nią z łzami cieknącymi swobodnie po policzkach. Minerwa przez chwilę czekała na jakieś słowa, ale biedny dyrektor Hogwartu chyba nie był w stanie się odezwać. Minerwa delikatnie położyła prawą dłoń na jego ramieniu.

- Przepraszam, ja po prostu.. – zaczął, ale Minerwa delikatnie pokręciła głową.

- Dziękuję, że jest pan dziś ze mną. Naprawdę. – powiedziała.

- Nigdy nie przestałem żałować swojego tchórzostwa. – wymamrotał płaczliwie czarodziej.

- Wybaczyła panu. Nie chowała urazy. – pocieszyła go Minerwa.

- Drogie dziecko, gdybyś kiedykolwiek potrzebowała pomocy, zawsze ją u mnie znajdziesz. – Dippet opanował się na tyle, by ucałować jej dłoń.

- Dziękuję, to dla mnie bardzo ważne. Na pewno w przeciągu kilku dni się jeszcze z panem porozumiem, babka chciała przekazać kilka artefaktów na rzecz szkoły, zapisała także panu kilka pamiątek. – wyjaśniła Minerwa, wręczając mu dużą perłę.

Dippet pokiwał głową, zbyt rozemocjonowany by dodać cokolwiek.

Została jeszcze jedna osoba.

Albus cierpliwie czekał na swoją kolej.

Większość najbliższych przyjaciół czekała kilkadziesiąt metrów dalej, dając im możliwość rozmowy w cztery oczy.

Minerwa władczym gestem wyciągnęła dłoń. Rodowy sygnet zalśnił w słońcu.

Albus delikatnie ujął jej dłoń.

- Moje kondolencje. – powiedział.

- Dziękuję. – odrzekła sztywno. Podniosła wzrok z ich złączonych dłoni by spojrzeć w jego błękitne oczy. Zazwyczaj migoczące, dziś były pełne smutku i poczucia winy. I ona była tego powodem…

- Powiedz słowo, a zostanę tak długo jak będziesz chciała. – wyszeptał, nieśmiało patrząc jej w oczy.

Minerwa zwalczyła chęć rzucenia się mu na szyję. Zamiast tego uniosła wyżej podbródek.

- Chcę byś odszedł. Chcę w spokoju przeżyć żałobę po babce. Bez ciągłego przypominania mi o człowieku, który odebrał mi wszystko, co najdroższe. – jej słowa były zimniejsze niż ogromny diament w jej dłoni, który wyciągnęła w jego kierunku.

- Rozumiem. – wymamrotał, biorąc brylant.

Odwrócili się od siebie plecami – on w stronę bramy, ona w stronę rezydencji. Każde poszło w swoją stronę, nosząc w sercu ogromną, gorejącą ranę.

Minerwa rzuciła ostatnie spojrzenie na rodzinne mauzoleum. Nagle przestała być pewna, czy surowa babka Theresa pochwaliłaby jej zachowanie.

,,Kiedyś, jeśli nie zginę podczas tej wojny, przeproszę go za ten chłód. Teraz jednak nie mogę patrzeć na niego nie widząc jednocześnie szaleńczo śmiejącego się Grindelwalda, stojącego nad przepaścią pełną trupów czarownic i czarodziejów Europy." - pomyślała, zakładając z powrotem czarne rękawiczki.

ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Jednak pisanie ze świadomością tego, że ktoś to czyta jest dużo lepsze niż samo pisanie dla wyrzucenia pewnych pomysłów z głowy. Także dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, że jesteście i śledzicie tą historię!

Szczególne podziękowania dla tych, którzy komentują:

Jane97- oj niełatwo było mi uśmiercić Theresę, ale jak się przekonasz zarówno ja, jak i Minerwa jesteśmy dość przywiązane do tego typu charakterów.

Domi - bardzo się cieszę, że wyczekujesz kolejnych rozdziałów, o efekt czytania z wypiekami na twarzy właśnie mi chodziło. ;)

Scriptrix - serdecznie dziękuję za twoje miłe słowa! Oj wiem coś o rozbitych wizjach, jeśli chodzi o MMAD. Pamiętam jak miałam dziewięć lat, skończyłam czytać Kamień Filozoficzny i fantazjowałam o tym, że kiedyś pojawią się dzieci Albusa i Minerwy, które pomogą Potterowi pokonać Voldemorta. Jeśli chodzi o Zbrodnie Grindelwalda, to chyba miałam za wysokie oczekiwania - czuję ogromny niedosyt scen z udziałem Albusa, o Minerwie nie wspominając. I doświadczyłam też myśli porzucenia pisania po kilku pierwszych rozdziałach (gdzieś w okolicach po przydzieleniu Minerwy do Gryffindoru), ale potem stwierdzałam, że jednak mam za wiele ciekawych pomysłów co do dalszych wydarzeń by zaprzestać, a zależało mi też na tym, by jednak pokazać relację Minerwy i Albusa od samego początku.

Ciekawym paradoksem jest to, że nie lubimy, kiedy nasi ulubieni bohaterowie cierpią, ale gdy wszystko tylko zmierza w stronę ,, i żyli długo i szczęśliwie", tracimy zainteresowanie. Tak jak zauważyłaś, pozornie Minerwa na początku miała bardzo wiele, chociaż pod warstwą bogactwa, pochodzenia i talentu starałam się też ukazać warstwę stawianych wobec niej oczekiwań, nieprzewidywalnej mocy i tłumionych, destrukcyjnych emocji. To miłe, że podoba ci się mój styl pisania - mam taką nieśmiałą nadzieję, że z każdym kolejnym tomem jakość trochę wzrasta. :) To co napisałaś o potędze miłości i śmierci Albusa silnie do mnie przemawia, byłam strasznie zawiedziona po przeczytaniu szóstej części, całość może trochę uratowała filmowa scena, gdzie Maggie Smith z łzami w oczach wznosi różdżkę ku niebu. Muszę też się przyznać, że ostatecznie moja wyobraźnia doprowadziła mnie zaskakująco blisko kanonu znanego z książek, chociaż może nie blisko tego, co JKR napisała na Pottermore - niech to będzie taka mała zapowiedź tego, co będzie.

Wyjaśnienie co do poprzedniego i tego rozdziału - Theresa bardzo dobrze znała Minerwę, dlatego domyśliła się, kto był ojcem jej dziecka. Babka Minerwy była też na tyle mądra (tak jak my wszyscy), że zrozumiała, iż Minerwa będzie szczęśliwa tylko z Albusem, na długo przed tym, niż zrozumieją to sami zainteresowani. ;)

Kitiaa - Witaj, każdy nowy wierny czytelnik to dla mnie ogromne źródło radości, a ten komentujący tym bardziej :D Mam nadzieję, że rozwój tej historii ci się spodoba ( jeśli chodzi o ten tom, to za nami dwie trzecie).