Stiles często wychodził z domu.

Dom, jak to dziwnie brzmiało. Pierwszy raz używał tego słowa w innym znaczeniu, niż „budynek, który ktoś zamieszkuje". Pierwszy raz używał tego słowa kontekście „moje miejsce zamieszkania, kawałek podłogi, na którym faktycznie czuję się dobrze i bezpiecznie". Z naciskiem na to ostatnie.

Stiles często wychodził ze swojego domu.

Krzątał się po mieście, czasami, ale rzadko, odwiedzał komisariat. Jeździł do szkoły, przesiadywał w bibliotece miejskiej i księgarni, w której co rusz kupował nowe książki. W której znalazł też swoją pierwszą w życiu pracę dorywczą, na weekendy i popołudnia. Coś, czym mógł się zająć bez olewania szkoły i zarywania nocy.

Czasami wybierał się do lasu, często nocą.

Mógłby przysiąść na własne życie, że zdarza mu się usłyszeć wicie wilka, ale pewnie się mylił. W Kalifornii nie ma wilków. Już od dawna nie. Czuł jednak, że coś za nim chodzi, dlatego zawsze postanawiał, że tam nie wróci, nie nocą.

Ale za dnia było podobnie. Gałązki nie trzaskały, jak w każdym słabym horrorze, w którym to był znak nadchodzącej zmory. Nie, wokół było cicho. Ale czuł na sobie czyjeś spojrzenie i chociaż bardzo go to frustrowało, wracał. Rano, po południu, w nocy. Wciąż i wciąż.

Może i kusił los, ale nie mógł nic poradzić na swoją ciekawość.

Bywało, że biegał. Nie szczególnie często, ale czasami wkładał na nogi buty sportowe, ubierał dresy i biegł przez miasto, by dotrzeć do rezerwatu, by tam zatracić się w muzyce płynącej ze słuchawek i po prostu rozruszać mięśnie.

Nie wiedział, czy to wciąż zbieg okoliczności, czy już celowe działanie, ale wkrótce w bieganiu dołączył do niego Derek. Nie rozmawiali wtedy w ogóle, biegli przed siebie, nawet na siebie nie patrząc. No, Stiles parzył. Zerkał. Od czasu do czasu. Zdarzało mu się. Był ciekawy, okej? A na Dereku było gdzie oko zawiesić.

Szybko jednak odwracał wzrok, rumieniąc się jeszcze bardziej, niż był (od wysiłku). Słysząc w głowie cichy śmiech Isaaca i widząc wszystkowiedzące spojrzenie Erici. No i może czasami nie był subtelny.

Pozwijcie go.