Rozdział 21
Michelle wraz z Titee znajdowali się w jednej z komnat Drzewa Domowego, będąc oświetleni płomieniem małego ogniska, które tam się paliło. Titee miał obok siebie małe naczynie z białą farbą. Zanurzył w nim palce, po czym rozpoczął wykonywać rytualny malunek na jej twarzy, rękach i całym ciele. Dla Michelle było to ciekawe uczucie, gdy ktoś swoimi palcami rozprowadzał po niej ciepło ciecz, która tworzyła fantazyjne wzory. Mimo tego zachowywała powagę, wiedząc co ją czeka.
-Będę tam z tobą. -powiedział cicho, kiedy kończył.
-Wiem o tym. -odpowiedziała patrząc mu w oczy.
Im bliżej tej chwili, tym stawała się bardziej nerwowa. Weszła do najgłębszego pomieszczenia w Drzewie Domowym, gdzie czekał na nią wódz i Tsahik klanu. Nie było tam jasno. Neytiri podała jej miseczkę w której znajdował się wywar ze świecących robaków.
-Wypij, to złagodzi ból.
Michelle wzięła naczynie z jej rąk. Nie wyglądało to ładnie, ani też dobrze nie pachniało. Serce jej coraz bardziej waliło. Wypita zawartość, po chwili zaczęła robić swoje. Obraz przed oczami zaczął jej pływać. Przymykała oczy chcąc odzyskać normalne widzenie. Jake wiedział, że to już zaczęło na nią działać. Zdjął weko z kamiennego słoja, z którego próbował się wydostać Arachnoid. Ostrożnie pochwycił go za odwłok, żeby sam nie być ukąszony. Następnie podszedł do niej i poprosił o pomoc.
-Trzymajcie ją!
Titee oraz drugi Na'vi chwycili ją za ręce. Nagle Michelle poczuła silny ból i tylko ci co ją trzymali zapobiegli jej upadkowi. W końcu ją puścili, gdy jej nogi osunęły się na ziemię. Zaczęła krzyczeć, zwijając się z bólu. Było to słyszalne aż na zewnątrz, przez co najmłodsze dzieci pouciekały do matek. Obecni w środku zaczęli śpiewać pieśni łowców. Z bólu zawinęła się w kłębek, jednocześnie widząc jak całe pomieszczenie zaczęło oddychać, a wokół niej zaczęły poruszały się nienaturalnie wyglądające sylwetki Na'vi.
Gałki oczne uciekły jej do góry, a ból jakby zanikł, jednocześnie znalazła się w ciemnym wyblakłym lesie. Pomiędzy drzewami dostrzegła połyskujące oczy dzikich zwierząt. Po głosach jakie wydawały, domyśliła się że to wężowniki. Spojrzała na swe dłonie i siebie. Stwierdziła z przerażeniem, że ma wzrost człowieka zaś ciało jak... avatar.
-Kim... czym ja jestem! -zapytała siebie.
Nie zastanawiała się dłużej nad tym, wiedząc co może ja zaraz spotkać. Nie rozumiejąc tej sytuacji i nie mając już nic do stracenia, zaczęła przed nimi uciekać. Biegła goniona przez całe stado i nagle spostrzegła, że one po prostu znikły. Wiedząc, że niebezpieczeństwo minęło zaczęła iść niepewnym krokiem, słysząc przy tym dziwne głosy. Zwykle las jaśniał nocą, ale teraz był spowity mrokiem. Miało się wrażenie, że jest się pochłaniany ciemnością. Nareszcie las się skończył dochodząc do jego krawędzi. Zatrzymała się natychmiast, kiedy na otwartej przestrzeni spostrzegła Palulukana. Biło od niego smolistą czernią, który patrząc w jej stronę zaczął ukazywać kły. Za niego wyłoniła się postać o długich czarnych niestarannie związanych włosach. Domyśliła się, że to kobieta. Ona zaś jak gdyby nic podeszła do Palulukana i pogłaskała go po pysku. Spostrzegła też u niej, że ma na swoim ramieniu Riti, któremu podała owoc. Kiedy tajemnicza postać to zrobiła, zwróciła uwagę na Michelle. Ona zaś spostrzegła, że jej wzrok przepełniony jest ciemnością. Po chwili Riti siedzący na jej ramieniu też zaczął patrzeć na Michelle, po czym wzbił się do lotu w jej kierunku. Widziała jak ptak powoli machając skrzydłami zbliżał się do niej. Kiedy był już blisko niej, spostrzegła że ma wypłowiałe oczy. Stworzenie rosło w oczach, otworzyło dziób i wydało z siebie ogłuszający pisk... wizja się urwała.
-Zostaw mnie Riti, zostaw...! -zaczęła krzyczeć.
Ciągle to powtarzała skulona na ziemi, ze łzami w oczach. Ból wrócił, ale mniejszy niż na początku i stopniowo słabł. Czuła pieczenie w miejscu ukąszenia, zaś obraz pomieszczenia zaczął nabierać naturalnego kształtu. Widziała rozmazane twarze w których stopniowo poznawała znane jej osoby, zaś w śpiewanej pieśń zaczęła stopniowo rozumieć słowa, a nie tylko jakieś dziwne głosy dochodzące znikąd. Podeszła do niej Neytiri i położyła swoją dłoń na jej czole.
-Już dobrze moja droga, już koniec. Twoim duchowym zwierzęciem jest Riti?
Jej słowa były zniekształcone, ale zrozumiała, kiwając głową. Wszyscy oprócz Titee wyszli z pomieszczenia zostawiając ją z nim, żeby mogła dojść do siebie.
-Michelle... ejj. -rekami trzymał jej chwiejącą się głowę.
-Titee to ty? -zapytała z trudem utrzymując na nim wzrok.
-Tak. Jak się czujesz?
-Tak jakbym... nie wiem.
Jakiś czas siedziała na ziemi w ramionach Titee, gładzącego ją po włosach.
-Czy możemy już iść? -zapytał.
-Tak możemy.
Na zewnątrz oczekiwał na nią tłum ludzi. A wśród nich Jake, który rozmawiał z Grace o niej. Zobaczył, że Grace zwróciła na coś uwagę. Sam się obrócił i zobaczył Michelle z Titee.
-Idź. -powiedział Titee.
Według Na'vi, każdy rodzi się dwa razy. Drugi raz, gdy zdobywa się miejsce w społeczności. Teraz to jej narodziny.
Podeszła do Jake'a, a ten położył swe dłonie na jej ramionach mówiąc:
-Jesteś teraz częścią Ludzi. Jesteś Omatikaya.
Wszyscy obecni zaczęli dołączać do kręgu, kolejno kładąc swe ręce. Poczuła akceptacje, stając się jednością z klanem. Wszystko obserwowała Grace, a był to dla niej niezwykły widok. Jak ktoś, kogo tak na początku lekceważyła, mówiąc mu że się do niczego nie nadaje, teraz nosi legendarny tytuł "Toruk Makto" i jest liderem klanu Omatikaya. I, że teraz to on decyduje kto może do niego przystąpić. Gdy krąg się rozpadł, Jake zwrócił się do Michelle:
-Niedługo zacznie się zabawa z okazji twojego przyjęcia do naszego klanu. Masz trochę czasu na przygotowanie.
Jako, że biała farba zeschła się na jej skórze i czyszczenie szmatką nic by nie dało, udała się do wody żeby ją z siebie zmyć. Oddaliła się od zgiełku panującego w Drzewie Domowym, żeby po chwili znaleźć się w otoczeniu jaśniejącej roślinności. Czuła się teraz inaczej, gdy stała się częścią ludzi. Kiedy dotarła nad pobliski wodospad, zdjęła z siebie całe ubranie, żeby łatwiej zmyć farbę. Wokół niej roztaczał się pejzaż kolorów, cały urok tego miejsca, najlepiej doceniało się nocą. Wokół niej latały małe świecące robaczki, które czasami wydawały cichy świergot. Światła Polifema oświetlało to miejsce błękitno poświatą. Swój strój ułożyła na kamieniu znajdującym się na brzegu jeziorka. Weszła do wody, czując przyjemny chłód na nogach. Idąc dalej, coraz głębiej się zanurzała, aż dotarła pod błękitny strumień. Woda rozbryzgując się na jej nagim ciele, spowodowała że farba zaczęła schodzić i żeby to przyśpieszyć, zaczęła sobie pomagać rekami. Kiedy tak się myła, myślała o tym co przeszła, a także przypomniał się jej dotyk Titee, kiedy rozprowadzał farbę po jej ramionach, plecach i klatce piersiowej. Wracała myślami do momentu, kiedy kreślił jej wzory na twarzy, a było to niezwykłe uczucie któremu towarzyszyło podniecenie i strach zarazem.
Z myśli wyrwał ją szelest liści i pierwszą myślą jaka przyszła jej do głowy, było to że ktoś tam musiał być. Szybko zbliżyła się do płytkiego brzegu i chwyciła za nóż.
-Kto tam jest? Wychodź! Bo inaczej...
Z panującego półmroku wyłoniła się dobrze znana osoba. Ona zaś całkowicie naga, gwałtownie cofnęła się na głębszą wodę. Zanurzyła się tak, że wystawała tylko głowa.
-Ja yyy... szukają cię... i ja też... znaczy uroczystość się zaczyna... -powiedział jąkający się Titee.
-Dobrze przyjdę. A teraz proszę odwróć się.
Wykonał to od razu. Nie spodziewa się ,że znajdzie się w takiej kłopotliwej sytuacji. W tym czasie Michelle wyszła z wody i podeszła do kamienia na którym zostawiła swe ubranie. Szybko je założyła i zapytała:
-Mów prawdę. Ty specjalnie tu przyszedłeś?
-Nie... znaczy się Tak. -spuścił głowę zażenowany.
-Podglądałeś mnie!
-Ja przepraszam, to było silniejsze ode mnie. Bo ja po prostu jeszcze nie widziałem nagiej kobiety. Michelle jesteś najpiękniejszą z kobiet, ja po prostu Kocham Cię. I nic na to nie poradzę.
-Czyli jest prawdą, to co mówiła Tsahik. Titee, kiedy dziś mnie dotykałeś to czułam to. Ale nie tylko jako taki zwykły dotyk, lecz w nim było coś jeszcze.
Podeszła do niego i swą dłonią dotknęła jego policzka. Następnie zbliżyła się do niego jeszcze bardziej. Ich wzrok się spotkał, tak jak ich usta. Całowali się delikatnie, wspólnie dzieląc ich smak. Niepewny jej reakcji, zaczął ją lekko obejmować, ona zaś nie protestowała. Oddech przyspieszył, a ich dłonie wodziły po sobie nawzajem, ale jednocześnie bojeli się na bardziej śmiałe posunięcie. Titee gładził jej plecy, włosy i delikatną skórę na rękach. Ona zaś obejmowała jego silne ramiona, czując mocno zarysowane mięśnie. Później jego pocałunki przesunęły się na jej szyję. Michelle zamknęła oczy i odchylając głowę do tyłu poddała się temu, zapominając co jeszcze zostało do zrobienia. Dopiero kiedy jedna z jego dłoni zawędrowała na jej pośladek, to przywróciło ją do zmysłów.
-Titee...
-Umm...
-My chyba... o czymś zapomnieliśmy?
-O czym?
-Uroczystość... ja muszę... Titee! -odsunęła go stanowczo od siebie.
-Przepraszam , ja... poniosło mnie. -powiedział, spuszczając głowę.
-Mnie również. Ale możemy spróbować raz jeszcze, tylko nieco... później. -mrugnęła oczami.
-Tylko wcześniej, nie strasz mnie więcej nożem. -stwierdził ze śmiechem Titee.
-Następnym razem na pewno nie będę. -dodała rozbawiona.
Wrócili do Drzewa Domowego, a tam Jake siedział ze swą wybranką pośród reszty klanu. Wszyscy zgromadzeni byli stosownie ubrani na te okazję, zaś w tle grała muzyka z ludowych instrumentów. Częstowali się mocnym trunkiem z okazji nowo przyjętej osoby do ich klanu. Michelle i Titee usiedli razem, bardzo blisko ogniska. Wzięli w swe ręce miseczkę alkoholu, ale wypili tylko po dwóch łykach, po czym je odłożyli. Jake widząc to uśmiechnął się, a później powiedział coś na ucho Neytiri, co też ją rozbawiło. Po chwili jedną ręką objął ją w pasie, zaczynając palcami gładzić jej skórę. Siedzieli tak razem i rozmawiali już na głos, zarówno z sobą, jak i resztą obecnych. Michelle wraz z Titee co chwile na siebie spoglądali z uśmiechem. Wiedzieli, że tej nocy może się wiele wydarzyć.
