Harry siedział na swoim łóżku, w dormitorium Gryfonów, wzrokiem omiatając całe pomieszczenie. Starał się dokładnie zapamiętać każdy detal, każdy najmniejszy szczegół, bo gdyby miał już tu nie wrócić, to chciał pamiętać to miejsce. Nawet jeśli ma umrzeć, to chciał mieć ze sobą wspomnienie swojego pierwszego, prawdziwego domu. Uśmiechnął się do siebie smutno. Wspomnienie swoich przyjaciół z pewnością będzie mu towarzyszyło u Dursley'ów, da mu siłę do dalszej walki. Dzięki Ronowi i Hermionie wiedział, że ma po co żyć, po co się nie poddawać. Wpatrzył się w okno, za którym szalała prawdziwa śnieżyca. Wczorajszy dzień, bez wątpienia był jednym z najlepszych dni w jego życiu. Spędził go z Ronem i Hermioną na bitwie, na śnieżki, lepieniu bałwana i zwykłym siedzeniu przed kominkiem z kubkami gorącej czekolady, które przynieśli sobie z Wielkiej Sali. Po południu popędził na lekcję z profesorem Lupinem i po raz pierwszy zmierzył się z Boginem. Może lekcja nie była wybitnie udana, bo zemdlał dwa razy, ale za trzecim razem poszło mu już zdecydowanie lepiej. Profesor Lupin był zdania, że radzi sobie już całkiem przyzwoicie, i że z pewnością po świętach uda im się dostrzec jaką formę przyjmuje patronus chłopaka. Harry był nieco odmiennego zdania, ale wolał nie wspominać, że dla niego raczej nie istnieje przyszłość „po świętach" a jeśli już, to zapewne spędzi ją w zaświatach lub szpitalu.
Wiedział, że musi w końcu wstać i spakować się. Odkładał to od kilku dni, ale za niecałe półgodziny, miał stawić się u Remusa w gabinecie, więc naprawdę, dalsze zwlekanie nie miało sensu. Westchnął i wyjął z kufra nieduży plecak. Nie było sensu zabierać ze sobą reszty rzeczy, skoro wuj Vernon i tak zamknie je w komórce pod schodami. Zapakował kilka mugolskich ubrań, które odziedziczył po Dudley'u, butelkę wody i sto funtów, które wymienił pod koniec wakacji. Dudley dał mu te pieniądze, żeby mógł uciec, a Harry obiecał mu wtedy, że zwróci mu wszystko, co do centa. Wahał się przez chwilę, po czym otworzył album, który dostał pod koniec pierwszego roku od Hagrida. Z pierwszej strony uśmiechali się do niego z nutą nostalgii, James i Lily Potterowie. On również uśmiechnął się smutno, wyjął zdjęcie z albumu, delikatnie je złożył i schował do kieszeni za dużych spodni. Ostatnim spojrzeniem omiótł pokój i wszedł to toalety.
Odbicie w lustrze przyglądało mu się z zadowoleniem, najwyraźniej ciesząc się, że chłopak wygląda tak dobrze. Harry wiedział, że to jedynie zimne pozory.
- Finite incantatem - wyszeptał i zaklęcie maskujące w jednej chwili opadło.
Już nie wyglądał dobrze. Podpuchnięte oczy, zbyt chuda twarz, blada skóra. Wolał nie ściągać koszuli. Kiedy patrzył na swoje blizny, nachodziły go odruchy wymiotne - wszystkie ślady jakie zostawił jego wuj, przypominały mu w okrutny sposób o tym, co przeżył w lecie. A Harry wcale nie chciał pamiętać. Całym sobą pragnął zapomnieć o wydarzeniach Lipca i sierpnia. Za każdym razem, gdy tylko o tym pomyślał, natychmiast odechciewało mu się wszystkiego, a najbardziej życia. Ale teraz wiedział, że musi być silny. Dla Rona, Hermiony, Remusa i wszystkich innych osób, które coś dla niego znaczą. Musiał być silny nawet dla Malfoy'a, swojego szkolnego wroga. Tylko czy wciąż byli wrogami? Malfoy twierdził, że nic się między nimi nie zmieniło, ale Harry nie był tego taki pewien.
Wciągnął głęboko powietrze i nim zwierciadło zdążyło coś powiedzieć, rzucił na nowo zaklęcie maskujące.
Wyszedł z łazienki, zarzucił na siebie kurtkę, która jako jedna z niewielu rzeczy, była w jego rozmiarze, chwycił plecak i opuścił dormitorium. W pokoju wspólnym było mniej osób niż zwykle. Większość z samego rana wyszła na pociąg, który zabrał ich na święta do domu. Wśród tych osób byli Ron i Hermiona. Właściwie Harry cieszył się, że przyjaciele nie widzą go w takim okropnym humorze. Hermiona - jak to Hermiona - zaraz wyczułaby, że coś jest nie tak. Ale Harry wcale nie był pewien, czy przeczucie przyjaciółki tak bardzo by go zmartwiło. Ostatecznie Hermiona zapewne wyciągnęłaby od niego prawdę - dziewczyna była naprawdę dobra w wyduszaniu informacji - a wtedy nie wróciłby więcej do Dursley'ów. Nie było jednak mowy, żeby Harry sam się komuś przyznał, mimo że myślał o tym przez całą noc. To było po prostu zbyt ciężkie, a fakt, że nikt, nic nie zauważył do tej pory, upewniał go, że to wcale nie jest takie ważne - że nie znaczy tyle, by się tym zainteresować.
- To jak, gotowy Harry? - zapytał profesor Lupin, uśmiechając się ciepło.
Harry nie odwzajemnił uśmiechu. Patrzył się tempo w podłogę i zdobył się jedynie na słabe tak. Jego serce biło szybciej niż powinno, w tamtej chwili, oddałby wszystko za możliwość ucieczki.
- Wszystko w porządku, Harry? Jesteś jakiś blady...
- Nie wyspałem się - mruknął Harry, nie podnosząc wzroku.
- Harry, jeśli chcesz coś powiedzieć, cokolwiek, powiedz to teraz. Czy jest jakiś ważny powód, dla którego nie chcesz wracać do wujostwa?
Harry spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. Widział w nich troskę i to zwyczajowe ciepło, które przywodziło na myśl uczucie bezpieczeństwa.
- Nie... To nic takiego Remus... Ja po prostu... Moje wujostwo nie lubi magii i nie rozmawiamy o niej i... i myślę, że będę się nudził. Rozumiesz, święta w mugolskim domu, kiedy już przyzwyczaisz się do magii i tych spraw... No i będę tęsknił za przyjaciółmi...
- Czyli nic złego nie dzieje się w domu twojego wujostwa? - upewnił się Remus, a w jego oczach błysnęła ulga.
Harry przygryzł wargę. Mógł teraz powiedzieć wszystko, położyć kres dalszemu znęcaniu się nad nim. Mógł wyznać całą prawdę i oznaczałoby to koniec. Koniec strachu, koniec bólu, koniec upokorzeń.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział chłopak, znów spuszczając wzrok.
Tchórz! - krzyczał wszystko w nim. - Przeklęty tchórz!
- No cóż - powiedział wolno Lupin - chyba czas iść. Słyszałem, że twoje wujostwo nieźle się za tobą stęskniło.
- Jasne - odparł Harry, przełykając z trudem ślinę.
Szli idealną ulicą, mijając po drodze idealne domy. Harry'emu wciąż było niedobrze po aportacji, która z pewnością nie była jego ulubionym środkiem transportu. Sprawy nie poprawił dom numer cztery, do którego doszli zdecydowanie zbyt szybko. Remus zapukał delikatnie do drzwi, a Harry poczuł, że nie może - po prostu nie może - tam wejść.
- Remus - powiedział niemal szeptem. W tamtej chwili był gotowy wyznać człowiekowi cała prawdę. Nic innego nie miało już znaczenia, bo wiedział, że jeśli przekroczy próg tego domu, już nie będzie dla niego ratunku. Serce biło mu jeszcze szybciej, choć Harry nie był pewien, czy to możliwe. Szumiało mu w uszach i miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Remus, powoli jak na złość, odwrócił się w jego stronę. Wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Drzwi numeru czwartego otworzyły się szeroko, Harry zachwiał się lekko, a jego wuj, stojący w drzwiach, uśmiechnął się tak szeroko, że wydawało się to bolesne.
- Harry? - zapytał niepewnie Remus - mówiłeś coś?
Harry przełknął ciężko ślinę, czują nagle, że okropnie zaschło mu w gardle.
- Nie, nic - powiedział cicho, wbijając wzrok w buty. Remus w tym czasie zwrócił się do jego wuja, omawiając z nim wszystkie szczegóły.
- Odbiorę Harry'ego zaraz po nowym roku. Cóż, ja muszę już iść. Wesołych świąt państwu życzę. Wesołych świąt, Harry.
Przytulił chłopaka jednym ramieniem, poczochrał jego włosy, tak jak wiele razy poczochrał je Jamesowi i odszedł. Harry patrzyła na niego z rozpaczą.
Wróć! Proszę, wróć! Zobacz, dostrzeż, że coś jest nie tak! Nie pozwól mu znów tego zrobić - błagał w myślach.
Ale Remus nie mógł tego wiedzieć. Uśmiechnął się delikatnie i zniknął z cichym trzaskiem, a Harry znów wrócił do piekła... Tyle tylko, że tym razem miał coś, o co zamierzał walczyć.
Ron uśmiechnął się do swojej matki, która przygotowywał świąteczną kolację. Kobieta spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, ale odwzajemniła uśmiech. Nagle Ron poczuł niewysłowioną ulgę, że jego matka jest tu z nim, żywa, prawdziwa, emanująca ciepłem i miłością. Harry nie miał tyle szczęścia, a Ron nie doceniał tego co miał. Dzięki Harry'emu dostrzegł jak wielkim szczęściem jest rodzina.
- Ron, kochanie, mógłbyś zanieść te talerze na stół? - zapytała Molly, wciąż z uśmiechem.
- Jasne mamo. Będziesz mnie jeszcze potrzebowała? Chciałbym wysłać Harry'emu prezent i życzenia. No i muszę napisać do Hermiony, inaczej nigdy mi nie wybaczy.
- Och, zostaw te talerze i idź Ron. W salonie leżą prezenty dla Hermiony i Harry'ego. Wiem, że to nie dużo, ale...
- Daj spokój mamo, Harry uwielbia te twoje sweterki - uśmiechnął się chłopak - Hermiona zresztą też.
- Napisz Harry'emu, że bardzo go kochamy, i że żałujemy, że nie mógł do nas przyjechać. Naprawdę, to okropne. Przecież on nie będzie miał prawdziwym świąt z tymi Mugolami. Wystarczyło na nich spojrzeć na stacji, żeby wiedzieć co to za ludzie.
- Harry jest silny, da sobie radę mamo - westchnął Ron, w duchu również marząc, żeby Harry mógł spędzić z nimi te święta.
- Tak się cieszę, Hermiono, że przyjechałaś do domu na święta. Tak się za tobą stęskniliśmy.
- Ja też się cieszę, mamo - uśmiechnęła się Hermiona.
Alice Smith popatrzyła na przybraną córkę z wielką czułością. Uwielbiała, kiedy ta nazywała ją mamą. Czuła się wtedy taka spełniona. Miała rodzinę, o której zawsze marzyła.
- Pomóc ci z kolacją, mamo? Ty płaczesz? Co się stało? Powiedziałam coś nie tak?
- Nie córeczko - odpowiedziała przez łzy kobieta.
Przyciągnęła zaskoczoną córkę do ciasnego uścisku, który mimo zaskoczenia, dziewczyna nieśmiało oddała. Alice pamiętała jeszcze jak ciężkie był początki, kiedy wzięli Hermionę z sierocińca. Dziewczynka była strasznie nieśmiała, bała się dotyku i innych ludzi. Długo minęło, nim nabrała zaufania do niej i jej męża, Marka. Ale teraz już wszystko było w porządku i wreszcie mogli nazwać się prawdziwą rodziną.
- Kocham cię, mamo - wyszeptała Hermiona.
- Ja ciebie też córeczko. - Pocałowała córkę w jej rozczochrane włosy i otarła rękawem łzy.
- Chyba musimy zabrać się za tą kolację. Zaraz wróci tata z lotniska.
Severus Snape siedział samotnie w swoich kwaterach. Za towarzysza miał jedynie butelkę ognistej whisky i zdjęcie pewnej pięknej, rudowłosej kobiety. Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu, Severus pozwolił sobie na łzy. Szklanka, którą ściskał w ręce, pękła raniąc jego dłonie. To nie miało znaczenie. Ważna była tylko ona. Mimo upływu czasu, ból, który spowodowało jej odejście, nie zmalał dla niego ani trochę - on sam nie pozwolił mu zmaleć. każdy dzień, który smakował piekłem, był dla niego pokutą, ceną, którą musiał zapłacić za swoje błędy. Cieszył się samotnością. Tylko ona pozwalała mu zdjąć maskę i ukazać prawdziwego siebie - zranionego, krwawiącego z bólu mężczyznę. Tylko samotność nigdy go nie wyśmiała za bycie tak żałośnie słabym. Podniósł butelkę ze stolika i przechylił ją, nie bawiąc się w subtelności.
- Wesołych świąt, Lily.
Przy ośnieżonym grobie, klęczał młody mężczyzna, zbyt mocno doświadczony przez życie. Łzy zdobiły jego policzki. Nieopodal, w krzakach leżał wielki czarny pies, którego mężczyzna nie miał szansy dostrzec. Był zbyt zajęty swoim żalem. Machnął różdżką i malutki, czerwony znicz zajarzył się wątłym światełkiem.
- Wesołych świąt, Lily, wesołych świąt, James - wyszeptał, przecierając załzawione oczy.
Pies w krzakach zaskomlał żałośnie, ale nie ruszył się z miejsca. Zwinął się jedynie mocniej, czując jak śnieg zaczyna sypać z większą zaciekłością.
W małej, ciemnej komórce pod schodami, młody, chudy chłopak, którego ciało całe było pokryte ranami, przyglądał się zdjęciu dwójki roześmianych ludzi. Z salonu dobiegały go wesołe głosy i wybuchy śmiechu. Samotna łza spłynęła po jego policzku, ale nie miał ani siły, ani chęci by ją otrzeć.
- Wesołych świąt, mamo, wesołych świąt, tato - wyszeptał, zamykając mocno oczy.
