Sala balowa w Pałacu Posejdona miała okazję zalśnić na nowo po raz pierwszy od wieków – poprzednie wcielenie boga mórz nie było specjalnie rozrywkowe.
Białą, zimną marmurową pustkę sali wypełniły stoły połączone w kształt „U" nakryte białymi obrusami z błękitną koronką. Narożne dekoracje w postaci zwisających chorągwi przygotowała Izyda; płachty materiału przedstawiały barwy lub postacie historyczne dla Morskiego Królestwa. Przez środek podłogi biegł czerwony dywan, na którym miano powitać gości. Olbrzymie żyrandole zalewały wszystko światłem.
W ramach ostatnich już przygotowań, catering zorganizował zespół pani Efezji: podgrzewane półmiski, patery z małymi kanapeczkami, talerze na sprężynującym podajniku. Dian z plikiem papierów podpartych podkładką i w odświętnych tenisówkach chodził po sali z Efezją, dopinając szczegóły, i wytykając innym co mają robić.
Silla nie miał żadnego zadania, przyszedł tylko patrzeć na dziewczyny z Lymnades, które obsługiwały catering. Większość była całkiem przeciętnej urody, tylko w różnych typach, o jednej wiedział, że to eks Kasara, dziwaczna i nie należy do niej zarywać, ale była i Megg: długie, białe nogi i długie, czarne włosy, opięta spódniczka. Efezja wyjątkowo pilnowała, żeby usługi firmy nie wykraczały poza gastronomię, ale nie musiała wiedzieć, co działo się po godzinach. Megg odmrugnęła Silli, ale polerowała dalej sztućce.
– Zostało 5 minut – Sorrento we wzorzystym garniturze zastąpił drogę Dianowi, wyrywając z ferworu przygotowań. – Goście przekroczyli już próg Pałacu.
Efezja położyła tylko jedną dłoń na drugą w powietrzu i kiwnęła głową ze spokojem gejszy. Jej białe welony zafalowały bezszelestnie.
– Bankiet gotowy.
Dian z kolei, z trzaskiem przerzucił plik kartek na pierwszą stronę i odetchnął głęboko.
– Cóż, niech będzie, resztę się jakoś dorobi po drodze. Dawaj ich.
Atena weszła w towarzystwie Posejdona. Jej drobna osóbka w białej sukni z fioletowymi floresami szła na czele pochodu po czerwonym dywanie, nieco mechatym, ale i tak najlepszym w Królestwie. Za nią kroczyła obstawa z jej ulubionych Brązowych Rycerzy, tzw. „wielka piątka": Iki, Szen, Joda, Sziwju i oczywiście Seja. Generałowie nie rozumieli, czemu to właśnie ich preferowała księżniczka, mając przecież w swej armii dużo bardziej reprezentacyjnych, potężniejszych i dojrzalszych Złotych Rycerzy – Titis miała na to swoją teorię: Złoci byli jak jedwabna koktajlowa suknia z wyciętymi plecami, do której pasują co najmniej diamenty, za to Brązowi byli jak rozchodzone jeansy po domu. Kriazor nie łapał tej przenośni, bo według niego jeansy były niewygodne. W każdym razie, szła Atena z Posejdonem, szli Rycerze, a na końcu dywanu czekali Kanon i Sorrento. Obaj w swoim czasie palnęli po oficjalnej mówce o gościnności i pokojowych zamiarach na tyle długo, żeby zapewnić minimum pompy, ale na tyle krótko, żeby nie stracić ulotnej uwagi księżniczki Saori.
Następnie Posejdon ogłosił rozpoczęcie uczty. Wszyscy wzięli po talerzu i nieśmiało nabierali przystawki ze szwedzkiego stołu lub ustawiali się po główne dania do stanowisk z kelnerkami.
– Macie się zachowywać – podszepnął młodszym Morskim Generałom Kanon mimochodem, kiedy przechodził do stolika.
Izaak i Kriazor zerknęli po sobie z powątpiewaniem.
– Jasne – prychnął Silla, opychając się koreczkami z krakersów, sera camembert i winogron. – Chłopaki, zbieram zakłady: jak długo to się utrzyma, zanim będzie jatka?
– Heej, żadnej jatki! – szepnął Dian, wciskając się w środek. – Tym razem misja jest ukryta. Musimy jakoś wytrzymać z Rycerzami, bo Atena musi polubić Posejdona i uznać nasze królestwo za wartościowe. Postarajcie się utrzymać rywalizację w sportowym zakresie... – to powiedziawszy, zniknął zabawiać Saori anegdotką o poprzednim wcieleniu Boga Mórz.
– Stówka za cztery i pół minuty – odezwał się Kasar przyczajony za Izaakiem. Miał kaptur naciągnięty jak najniżej i ledwie było widać jego oczy.
Uczepiona ramienia Kriazora Izyda (miała na sobie własnoręcznie uszytą replikę stroju dworzanki podmorskiej z XV wieku) podbiła stawkę na dwieście.
– ...ale za trzy godziny. Najpierw będzie grzecznie, potem będzie kilka wpadek, ale się wytrzyma, a dopiero na końcu ktoś wybuchnie.
Pomimo starań, sala dzieliła się wyraźnie na dwa królestwa. Jedynie Izaak nie miał problemu z dołączeniem do Jody.
– Jak leci? Wciąż jesteś zasmarkaną sierotą?
– Tak, też miło cię widzieć, Izaak. Co u Krakersa?
Podeszli po jedzenie do stanowiska. Efezja stała z boku z niewinnym uśmiechem, witając gości i życząc smacznego. Jej syn musiałby zamyślić się na parę minut, ale ona była wprawną telepatką, wystarczała jej chwila, żeby zerkać każdemu kolejnemu podchodzącemu Rycerzowi w umysł. U Jody zobaczyła rozległą po horyzont zieloną łąkę na której nie było nic prócz stokrotek i smarującej się kremem do opalania panienki. Sprawdziła, kim jest dla Izaaka. Przed oczami przemknęły jej obrazy.
Joda skoczył do morza za zatopionym wrakiem z jego matką, Izaak skoczył za nim, Joda nie wrócił go szukać. Izaak od tej pory wciąż uważa, że tylko ta kobieta liczyła się dla niego za rodzinę, chociaż nigdy nawet nie widział jej żywej. Jej obraz był ważniejszy od czegokolwiek.
– Stop – uniosła dłoń, asystentki znieruchomiały. – Dla tego pana będzie coś wyjątkowego. Mintaj odmrożony z bardzo grubej glazury.
– Dzięki! – Joda przyjął od milczącej Megg talerz, w katalogu min miał dla niej Przelotno-Kontaktowy Miły Uśmiech dla Kelnerek, a Efezji zaserwował Uprzejmy Błysk Zębów dla Pań w Wieku Mamy. – Hej, a co to za laska? – zapytał Izaaka, zanim jeszcze oddalili się na tyle, żeby nie usłyszała.
Kasar zerknął zmierziony na mintaja i szepnął:
– Jak on to da radę zjeść?
– Jak się przy tym nie myśli, to jakoś łatwiej – odparł Izaak powstrzymując śmiech.
– A co dla ciebie, Generale Północnego Pacyfiku? – dziewczyna, której włosy cudem spięte w imponujący kuc z wplecionymi kwiatami zlewały się na podłogę, zagadnęła Diana, który usiłował przekraść się ku niej mniej-więcej cichcem. Nie miał talerza.
– Jesteś limnadą, prawda?
Uśmiechała się. Cały czas. I rzadko mrugała. Nazywała się Pomona, ale wszyscy mówili na nią Śmieszka.
– Wiem, co lubisz.
Uznał to za odpowiedź twierdzącą.
– Ja też to wiem – odparł.
– Hi hi! Oczywiście.
Wciąż nie mrugała, przez co Dian sam mrugnął dwukrotnie.
– Słuchaj… nie wiesz, jaki gust ma Atena? Staram się zeswatać ją z kolegą, ale też tak, żeby nie zgubić przy tym Królestwa.
– To nie takie łatwe, w końcu to kobieta… – zamyśliła się Śmieszka. – To imperatorka, ambitna. Musisz uważać na tych swoich zawodach. Nie pokonacie jej w jej lidze, a jeśli już, to może się prędzej obrazić niż rozkochać. Uwaga na jej suknie, wygląda na drogą. Podać coś? Kluski śląskie są świeżutkie.
– Niee, dzięki… – Dian w sumie nie wiedział, o jakie kluski chodzi, ale miał na głowie nadrzędne sprawy i opuścił stoisko. – „Czyli paintball odpada" – skreślił w kajeciku pozycję. Następnie zniknął gdzieś, na ściśle tajne „ogarnianie" i „dopinanie guzików". Nawet Louna już go nie znalazła.
Minął kwadrans, skończyły się dania, a potem drugi, kiedy już znikały ostatnie ciasteczka, tak więc Kanon wstał od stołu i zwołał wszystkich na środek sali.
– Pora na niespodziankę, którą przygotowaliśmy specjalnie na ten dzień. Zawody! – podjął, a wszyscy słysząc to odczuli pozytywne emocje, nawet gdzieś głęboko w Ikim podskoczył wesoło jeden atom. – Wylosujemy dwóch kapitanów, po jednym z każdego z królestw i podzielą oni między sobą drużyny. W różnorodnych konkurencjach będziemy zbierać punkty.
Izyda przyniosła na środek kuliste akwarium dla rybek, w środku były zielone i niebieskie losy. Kanon wyjął po jednym w każdym kolorze.
– Zespołami dowodzą… Izaak i Szen.
Wychodząc na środek, Izaak posłał młodszemu Rycerzowi spojrzenie z rzędu „już po tobie". Szen przeżywał zły sen musząc przydreptać przed wszystkich obok niego, od zawsze był bardzo nieśmiały. Opuszczając głowę zakrył choć trochę twarz włosami. Izaakowi dostali się Silla, naturalnie Kasar, Sziwju, Iki, Kanon i Sorrento (mniejsze zło, bo w ostatnim rzędzie miał do wyboru tylko jego albo Seję), a Szenowi w drugim zespole Saori, Julian, Titis, Joda, Kriazor i Seja. Chociaż różnie bywało z pewnością siebie u Szena, wszyscy pozostali uważali, że są w tej lepszej drużynie, bo w końcu oni w niej byli.
W międzyczasie catering zwinął się już ze stołów, z dwóch skrajnych stołów zdjęto też obrusy. Izyda odłożyła szklaną kulę i zaprowadziła do pierwszego z nich. Postawiono tam dwa laptopy.
– Przy każdej kolejnej konkurencji, kapitan drużyny deleguje odpowiednią ilość zawodników do wykonania zadania – zaanonsowała. – Pierwsza konkurencja: turniej w Heroes'y III! Startuje pierwsza ze względu na długość rozgrywki. Gra do ostatniego żywego, mapa z czterema trudnymi botami.
– Silla – wskazał Izaak bez zastanowienia. W drugim zespole Szen zapytał:
– A czy… kapitan może brać udział? Nie byłoby mnie przy późniejszych…
– Ja się zajmę zespołem – oznajmiła Saori. – Idź nas reprezentować.
– Nie rozsiadaj się, zaraz napuszczę Archanioły na twoja stolicę – zaczepił Szena Silla łapiąc za myszkę.
– Nie bądź taki pewny, stawiam Kapitol w dwie kolejki – odgryzł się Szen, co już na tym etapie zaczynało nudzić pozostałych, reszta grupy przeszła więc do drugiego stołu.
– Proste i wymowne. Siłowanie na rękę – oznajmiła Izyda.
– Przynajmniej to coś dla mężczyzn – powiedział Kanon zgłaszając się. Nie przewidział jednak, że z drugiej strony do konkurencji zgłosi się Posejdon.
– W takim razie zmierzysz się ze mną – spróbował Julian, chociaż jego ton nie był nawet w połowie tak bezczelny jak dowódcy Generałów, wyraźnie potrzebował korepetycji w zakresie postawy Złego Lorda.
Usiedli więc naprzeciw siebie. Posejdonowi brakowało oczu spaniela, ale Kanon i tak się ich domyślił. Całe szczęście, że nie patrzyły żadne laski (w jego umyśle Atena się nie liczyła, Titis to też jakaś kobieta, ale dla niego nie laska, a Izyda była zajęta i nie miała energii kosmicznej, więc jako istota żywa nie przebijała się nawet do jego świadomości), bo musiał dać szefowi wygrać.
– Ochnie jakiśty silny. – mruknął Kanon, ale opłacało się, bo księżniczka pilnie się przyglądała.
W tym czasie Silla i Szen prowadzili dopiero pierwszą turę rozgrywki.
– Za nami pierwsza część zawodów – oznajmiła Izyda. – Ja zostaję pilnować przestrzegania zasad w sali. Dalej zajmie się wami sędzia, Kraken.
Wycieczka poszła dalej, zgodnie ze wskazówkami Sorrento, który uczestniczył w przygotowaniach. Na odchodne Izyda zdążyła jeszcze ucałować Kriazora i szepnąć: „Rozwal ich!".
