Harry nie zastanawiał się tego jak faktycznie będzie wyglądać bitwa. Pod osłoną zaklęć przedostali się na zewnątrz i jak można było się spodziewać – szpiedzy Voldemorta niemal od razu poinformowali swojego pana. Nie mógł powstrzymać lekkiego drżenia w kolanach. Hermiona miała z sobą fiolkę z eliksirem, podobnie jak niemal każdy członek Zakonu. Nikt nie wiedział kto dobiegnie do niego jako pierwszy, a uznali, że wyzbywanie się horkruksa samemu nie ma sensu. Podczas bitwy miał większe szanse, gdyby mógł przeżyć jedną avadę.
To więcej niż mieli pozostali.
Zostawił Draco w pokoju. Nie mówili niczego podczas niewielkiego wspólnego posiłku, do którego Harry'ego zmusiło tylko poczucie obowiązku.
Przede wszystkim nie pocałował Malfoya, ponieważ to wyglądałoby na pożegnanie. A każdy wiedział, że to powitania były naprawdę piękne.
Zamarł u stóp schodów kamienicy Syriusza, ponieważ Śmierciożerców było o wiele więcej niż sobie wyobrażał. Albo wąska uliczka dawała podobne złudzenie. Przed sobą widział wyłącznie ciemne płaszcze, które tworzyły złowrogą linię.
Voldemorta poznał od razu. Mężczyzna nie zmienił się od czasu ich poprzedniego spotkania i dalej był brzydki.
Sądził, że porozmawiają, ale ten wyciągnął różdżkę i wypowiedział dwa słowa, na które Harry czekał niemal cały rok.
- Avada Kedavra – przebrzmiało w powietrzu i ten zielony promień uderzył go w pierś, zabierając mu dech na kilka minut.
Niczego nie widział, ponieważ pociemniało mu przed oczami, ale słyszał, że wokół rozpętało się piekło.
ooo
Obserwował Pottera przez okno, ponieważ Gryfoni byli idiotami. Widział jak Harry dostaje w samą pierś zaklęciem, ale dzięki swojemu dziełu wiedział też, że chłopak żyje. Magia domu nie próbowała się dodatkowo wspomóc jego mocą.
Nie widział wśród tłumu swoich rodziców, co wcale go nie zaskoczyło. O ich odejściu mówiono od pewnego czasu. Nazywano to zniknięciem i to było trafne określenie, ponieważ Malfoyowie jeśli chcieli potrafili rozpłynąć się w powietrzu.
Nawet on mógłby wykorzystać tę sytuację pełną chaosu i po prostu wyjść. Jednak stał wpatrując się w osuwającego się na bruk Harry'ego i nie mógł się ruszyć.
Różdżka w jego dłoni pulsowała, więc wziął głębszy wdech. Śmierciożercy ruszyli do przodu i nikt z Zakonu nie miał tak naprawdę możliwości prześlizgnięcia się do ciała Harry'ego. To był ten drobny element, który nie do końca układał się w ich planie, ale Draco go nie skrytykował, ponieważ faktycznie nie mieli wyjścia.
Nie wysłał jednak Harry'ego na śmierć, ponieważ banda zidiociałych zwolenników Czarnego Pana zapewne nie zdawała sobie sprawy, że Gryfon jest po prostu nieprzytomny, a nie martwi. Ignorowali go zatem, co jednocześnie sprawiło, że po przeniesieniu całej bitwy w głąb ulicy, Gryfon nagle znalazł się na tyłach.
Draco wyślizgnął się z domu, wciąż z różdżką w dłoni. Ukradł Weasleyównie jedną z fiolek, ale nie czuł wyrzutów sumienia. Spojrzał na pobladłą twarz swojego kochanka, który oddychał tak płytko, że niemal niedostrzegalnie. W kącikach jego ust znajdowało się kilka kropki krwi, które zapewne były pozostałością po tym jak Harry przygryzł przypadkowo język. Draco miał podobny niewielki wypadek, gdy sam zderzał się z podłożem po identycznym ataku.
Rozchylił usta Harry'ego, ignorując wrzaski i krzyki. Fiolka została opróżniona niemal do dna, gdy Gryfon nagle otworzył oczy i złapał go boleśnie za nadgarstek.
Przez sekundę lub dwie nie wyglądał na przytomnego, ale mgiełka szybko zniknęła z jego wzroku.
- Co tu robisz? – spytał zachrypniętym głosem.
Draco zamarł, ponieważ nie chciał pytań. To nie był dobry czas. Nigdy miał takowy nie nastąpić.
Pocałował zatem Harry'ego, ignorując zaskoczone sapnięcie.
- Czuję smak krwi. Jesteś ranny? – spytał Gryfon.
- Zainteresował się ten, który przed chwilą dostał avadą prosto w serce – prychnął i Harry uśmiechnął się do niego. – Chodź, Wybrańcu, twoja bitwa czeka – zakpił, ale Potter sądząc po minie domyślał się, że w jego słowach brakowało jadu.
Może były też czystą prawdą.
Nie odepchnął dłoni Harry'ego, gdy ten złapał go za nadgarstek, gdy wbiegali w cały ten zamęt. Od wyjścia z kamienicy nie minęła nawet minuta, a jemu zdawało się, że czas się rozciągnął, ponieważ wszystkie szczegóły były nagle tak ostre, tak doskonale widoczne.
Harry puszczający jego dłoń, gdy rzucał zaklęcie na pierwszego z brzegu Śmierciożercę. Klątwa uderzyła go w plecy całkiem nie po gryfońsku, ale najwyraźniej na wojnie wszystko było dozwolone.
Sam starał się po prostu osłaniać, ponieważ wciąż nie wiedział co dokładnie robi w całej tej wrzawie Gryfonów. Niektórzy ze Śmierciożerców rozpoznawali go i nikt nie celował różdżki w jego stronę specjalnie. Najwyraźniej rozkaz Czarnego Pana pozostawał w mocy. Może Voldemort nie wiedział nawet, że jego ciało nie było już pustym, bezrozumnym naczyniem na jego duszę.
Nigdzie nie widział Nagini, co mogło oznaczać, że wąż został ukryty.
Snape prześlizgnął się przed nich, torując im drogę bardziej w głąb, tam gdzie Voldemort faktycznie siał spustoszenie. Draco zatrzymał się nim doszedł do punktu, z którego nie było już odwrotu, ale Harry brnął naprzód na spotkanie z własnym przeznaczeniem. Jak zahipnotyzowany oglądał ten ostatni spektakl tej wojny.
Potter krzyczał coś, czego nie rozumiał nikt inny. Płynnie przeszedł na wężomowę i najwyraźniej prowadzili z Czarnym Panem ożywioną rozmowę w samym środku huraganu. Nie wiedział na czym stanęło, ale ich różdżki uniosły się dokładnie w tym samym momencie i magia uderzyła w magię.
Zaklęcia musiały być diabelnie silne, bo Draco czuł się oślepiony ich mocą. Skrzyły się i wydawać by się mogło, że starszy czarodziej zaczynał mieć przewagę nad Harrym, ale chłopak wtedy zrobił kolejny krok do przodu, ku śmierci, ponieważ Draco nie potrafił tego inaczej nazwać. I to Voldemort był tym, który się wycofał.
Złamanie samej woli czarnoksiężnika musiało wystarczyć, ponieważ w chwilę później trzask uwolnionej w ogromnej ilości magii ogłuszył ich wszystkich.
ooo
Kiedy odzyskał przytomność to Harry był tym, który trzymał go w ramionach. Chłopak całował go i obaj znowu smakowali krwią. To wspomnienie zapewne miało towarzyszyć mu do końca życia, a może nawet dzień dłużej.
- Już po wszystkim – poinformował go Gryfon.
- To oczywiste – odparł, ponieważ skoro żyli, oznaczało to wygraną Harry'ego.
Wszyscy wydawali się dochodzić do siebie i większość ich obrażeń wyglądała jak skutki upadków. Draco czuł ból w kostce i czaszce. Kamienie na które się osunął zapewne zostały wyrwane z ulicy przez jakąś wcześniejszą klątwę.
Gdzieniegdzie dostrzegał ciała, ale jedno tkwiło wciąż na samym środku niczego. Czarny Pan, a raczej to co z niego zostało wśród gruzów i opadającego pyłu. Czoło Harry'ego krwawiło i sądząc po umiejscowieniu musiała być to stara blizna, przez którą stał się tak nieprzyzwoicie sławnym.
Draco nienawidził jej.
Ciepła dłoń Harry'ego wciąż pozostawała na jego policzku i mijający ich aurorzy nie wyglądali na zainteresowanych rzucaniem jakiegokolwiek komentarza. Snape jedynie spoglądał w jego stronę ponuro.
Śmierciożercy zaczęli uciekać lub poddawać się zbiorczo. Zresztą zostało ich tak niewielu, że to nie miało znaczenia. Gryfońska siła i serce do walki była mocą, z którą powinni byli się mimo wszystko liczyć. Zrozumiał to, gdy dostrzegł z jakim zapałem i samozaparciem pracują nad najbardziej szalonym planem stulecia.
Wszyscy byli idiotami i wariatami w równym stopniu.
- Co z Nagini? – zainteresował się.
- Snape – odparł krótko Harry.
Draco szybko połączył fakty.
- Mieczem Gryffindora? – spytał zszokowany.
- Wyobrażasz sobie jaki jest wściekły? – zaśmiał się Gryfon.
Zatem to tłumaczyło wyraz twarzy Severusa.
Draco zastanawiał się dlaczego nie wiwatowano. Jego wzrok jednak padł na kilku członków Zakonu, którzy próbowali podnieść swoich bliskich. Weasley nie miał szans. Widział stąd, że chłopak dogorywa w ramionach matki. A jednak nie przestawał się ani na chwilę uśmiechać niczym wariat, którym do cholery był.
Granger klęczała przy nich, trzymając za rękę swojego przyjaciela.
- Powinieneś iść do Rona – stwierdził Draco.
Harry jednak nawet nie drgnął.
- Poczekam aż pojawią się Uzdrowiciele, ktoś powinien cię zbadać – odparł chłopak.
- Boisz się, że wezmą mnie za Śmierciożercę? – prychnął.
Harry jednak nie odpowiedział, więc musiała być to prawda. Pewnie aurorzy nie mieliby względem niego skrupułów i nim wytłumaczyłby, że tak naprawdę przez znaczną część wojny spędzał swój czas w uwięzieniu – nie uwierzyliby mu. Samemu trudno było mu przejść nad tym do porządku dziennego.
A teraz, gdy bariery zostały założone, Potter potrafił je karmić, a wojna się skończyła – ponownie stał się zbędny.
Ta myśl uderzyła w niego nieprzyjemnie i próbował się podnieść na łokciach, ale Harry przytrzymał go. To wtedy ujrzał ich stojących po drugiej stronie ulicy, ukrytych za rogiem jednego z domów.
Jego matka i ojciec spoglądali na niego z dziwnym spokojem, zapewne czekając, aż podejdzie do nich, aby mogli wykonać ostatni punkt ich własnego planu, który zakładał życie w jakiejś oddalonego krainie. Może nawet nie pod przybranymi nazwiskami odkąd częściowo oczyścił ich z zarzutów.
Wzrok Harry'ego podążył za jego spojrzeniem i poczuł, że Gryfon sztywnieje. Słyszał jak jego serce przyspiesza, ponieważ opierał się głową o jego klatkę piersiową. I żadna reakcja nie mogła umknąć jego uwadze.
Kciuk Harry'ego na krótką chwilę przestał gładzić jego policzek.
Gryfon przełknął.
- Dom… - zaczął Harry.
- Magia zniknie, gdy przestaniesz karmić ją własną krwią. Moja domieszka nie jest konieczna – poinformował go Draco.
Przez chwilę milczeli.
- Mógłbyś zostać – powiedział w końcu Gryfon z dziwnym napięciem w głosie. – Jestem kimś ważnym i będę bywał na balach. Może nawet będę ubiegał się za parę lat o stołek Ministra. Syriusz, moi rodzice i Dumbledore pozostawili mi tyle pieniędzy, że nie musielibyśmy pracować… - ciągnął dalej Gryfon tym samym tonem, który wzmagał w Draco agresję.
- Czy ty próbujesz mnie obrazić? – spytał Draco, ponieważ nie miał teraz nawet na tyle siły, aby podnieść się na łokciach i uderzyć Pottera. – Naprawdę sądzisz, że to jest to czego chcę? Kiedy przestaniesz mną manipulować, Harry? – warknął, ponieważ adrenalina zaczynała powoli uwalniać się do jego żył.
Może miał nawet te swoje niezdrowe rumieńce, których nienawidził. Jasna karnacja skóry była jego prywatnym przekleństwem.
- To czego chcesz? – spytał Potter nagle też zirytowany. – Uciec stąd i zostać mężem jakiejś arystokratki? Nie jesteś nawet hetero! Wiem, bo pieprzyliśmy się przez ostatnie tygodnie – poinformował go.
- Krzycz głośniej, ponieważ nie słyszał cię jeszcze Severus, a na pewno zainteresowany jest szczegółami mojego życia seksualnego, podobnie jak moja matka, która znajduje się po drugiej stronie ulicy. Robisz świetne pierwsze wrażenie! – wrzasnął.
- Pierwsze wrażenie? Chcesz pogadać o moim pierwszym wrażeniu? Bo twój ojciec nazwał mojego przyjaciela biedakiem, a mnie samego potraktował jak! – krzyknął Harry.
- No jak? Tak jak ty potraktowałeś mnie? Oceniłeś mnie przez pryzmat słów jedenastolatka i to jest Wybawiciel tego świata! Ten wybaczający i miłością pokonujący Sam Wiesz Kogo. Pieprzona chluba Gryffindoru, która nie potrafi przyznać, że dobrze mu w łóżku z wrednym rasistowskim Ślizgonem! O biedny świecie! Cóż by się stało, gdyby to wyszło na jaw? – udawał zszokowanego. – Chyba lepiej, żebym zszedł ci z oczu zanim…
Nie dokończył. Początkowo sądził, że dostał w twarz, ale po prostu to kolejny pocałunek był tak brutalny, że był pewien, iż obaj będą mieli ślady na twarzy. Może nawet pogryzione wargi, ponieważ Harry nawet nie tyle całował – co próbował go pochłonąć. Może dlatego, że chciał, aby Draco w końcu się zamknął, albo po prostu ponieważ adrenalina i wojna były tym, co robiły z ludzi wariatów.
ooo
Harry wiedział, że nic nie wiedział. Czyli to stanowiło pewien standard w kontaktach z Draco. Przede wszystkim początkowo ucieszył się, iż chłopak żyje. To nie było aż takie oczywiste, gdy rozglądał się wokół. Snape obejmował Hermionę, starając się ją doprowadzić do leżącego we krwi Rona.
Widział w oczach przyjaciela coś dziwnego, coś ciepłego, co zaczynało udzielać się i jemu.
Zwyciężyli i duma z tego, że byli częścią czego, co przerastało ich od samego początku, była ogromna. Ron zresztą był jednym z reżyserów tej sztuki i Harry nie mógł nie przypomnieć sobie ich pierwszej wspólnej przygody, gdy na pierwszym roku próbowali dotrzeć do Kamienia Filozoficznego.
- Zawsze wiedziałem, że Ron za mnie umrze – powiedział do Draco, gdy znajdowali się już w Świętym Mungo.
Malfoyowie zniknęli zanim aurorzy zainteresowali się najbliższymi budynkami. Nie sądził, aby ktokolwiek prócz nich ich widział.
- Co? – zdziwił się chłopak.
- Zawsze wiedziałem, że Ron za mnie umrze i on też to wiedział – odparł Harry, czując gorycz w ustach.
Ta wizja nie opuszczała go od chwili, gdy Weasley poświęcił się, aby mogli przejść dalej. Aby mógł przejść dalej, ponieważ Hermiona wtedy została z ich nieprzytomnym przyjacielem. Teraz kiedy o tym myślał, zaczynał zastanawiać się czy Dumbledore poprzez tę szachową rozgrywkę nie chciał im powiedzieć czegoś bardzo ważnego.
Umieranie, aby inni mogli żyć było największym darem.
Draco milczał. Na jego głowie był jasny bandaż, ale na szczęście Uzdrowiciel twierdził, że to nic poważnego.
- Jeśli zabierzesz mnie… - zaczął Malfoy i urwał, jakby te słowa kosztowały go za wiele. – Jeśli zabierzesz mnie do mojego Dzieła, ono mnie uleczy – poinformował go w końcu obojętnym tonem.
Harry nie mógł powstrzymać prychnięcia.
- Chciałeś powiedzieć do domu? – spytał cicho.
Rumieniec pojawił się na twarzy Draco.
- Chciałem powiedzieć, że jesteś głupim szczęściarzem – warknął Malfoy. – Pozwoliłeś rzucić w siebie klątwę uśmiercającą i jesteś szczęśliwy jak skowronek, gdy tymczasem ja jestem tym poszkodowanym – przypomniał mu.
Harry pochylił się do jego ust, aby tym razem złożyć na nich pocałunek, który nie będzie smakował krwią.
