A/N: Wiem, że ostatnio zamieszczam rzadziej, ale pracuję do późna i nie mam czasu pisać. Przepraszam za zwłokę, ale chcę zapewnić, że nie porzucę tego opowiadania. Zawsze kończę, co zaczęłam.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że nowy rozdział się spodoba!;)


21.

Tym razem SG-13 wróciło bez większego szwanku, ale za to 7 natknęła się na „nieprzyjaznych" tubylców na P2X-322 i wylądowała u Janet z licznymi ranami, dzięki czemu zajęta pani doktor na chwilę zapomniała o wynikach badań Sam, leżących na jej biurku.

Tego samego dnia, Jack, Daniel i Teal'c, wrócili z nowej Alfy i po standardowym opukiwaniu przez personel medyczny oraz raporcie u Hammonda, ruszyli na poszukiwania czwartego członka drużyny tylko po to, by znaleźć major Samanthę Carter w jej laboratorium, pochyloną nad nowym gizmo, przyniesionym przez SG-7.

- Powinienem się był domyślić! Jeśli nie wiesz, gdzie znaleźć Carter, szukaj między jej zabawkami!- uśmiechnął się pułkownik, kiedy weszli do środka.

- Sir! Daniel! Teal'c!- rozpromieniła się blondynka, gdy ich zobaczyła.- Kiedy wróciliście?- spytała szybko, szczęśliwa, że znów ich widzi, zwłaszcza, że widzi jego…

- Godzinę temu.- odparł Jack.- Zrobiliśmy, co trzeba w bazie i jesteśmy. A skoro nie jedliśmy razem od ponad dwóch tygodni…

- Trzech, bez jednego dnia, O'Neill.- skorygował go Jaffa.

- Trzech…- poprawił się oficer.- … to myślę, że czas to nadrobić. Nie uważacie, chłopaki?- spytał wesoło.

- Zdecydowanie!- uśmiechnął się dr Jackson.- Stęskniliśmy się za tobą, Sam, zwłaszcza ja. Sama wiesz, że z Jackiem nie da się przeprowadzić inteligentnej rozmowy…- zażartował i poczuł, jak dłoń pułkownika styka się z tyłem jego głowy, gdy ten go plasnął.

- Hej! Uważaj, Kosmiczna Małpo!- pogroził mu oficer, choć wszyscy wiedzieli, że to bujda na resorach.

- Wybacz, Panie Przewrażliwiony!- Danny uniósł ręce w poddańczym geście.- Już nie powiem słowa!

- I bardzo dobrze.- stwierdził zadowolony lider.- To jak? Idziemy na stek, Carter?- kusił, mrugając do niej szelmowsko.

Och, jakże ona kochała ten psotny uśmiech!

- Z przyjemnością, sir!- odparła wniebowzięta.- Jeśli mam być szczera, stek chodzi dziś za mną już od południa, ale w messie nie mieli.- wyznała i mężczyźni się uśmiechnęli.

- A więc, załatwione! Zbieraj manatki i idziemy jeść.- zarządził szpakowaty oficer i cała czwórka, po uprzednim poinformowaniu generała, opuściła górę, by zgodnie udać się do swojej ulubionej knajpy.

Jedzenie u O'Malleya jak zwykle spełniło ich oczekiwania. Steki odpowiednio zaspokoiły ich głód, potem był kufel piwa (dziś tylko jeden, bo nie chcieli się upijać- ta przyjemność zarezerwowana była na te dni, po których nie musieli iść na kolejną wycieczkę przez Wrota, a generał już zaplanował dla nich kolejne misje) i paczka rozjechała się do domów.

Oczywiście, po tak długim rozstaniu, Jack i Sam nie spędzili tej nocy samotnie. Pułkownik tylko zahaczył o swoje lokum, by odebrać wiadomości, wziąć ubranie na zmianę i zanim wybiła jedenasta, już parkował za domem swojej ukochanej.

Otworzył własnym kluczem (wszyscy członkowie SG-1 posiadali zapasowe kopie do ich domów- tak na wszelki wypadek) i już po chwili trzymał ją w ramionach. Nie sposób opisać, jak ci dwoje cieszyli się, że nareszcie są sami. W każdym bądź razie, „świętowali" tę okazję baaardzo długo.

Następnego dnia, wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Wszelkie akcje zostały zawieszone, kiedy SG-13, robiące rekonesans na P3X-666, nadziało się na sondę zwiadowczą Goa'uld. Zniszczyli urządzenie, ale nie wcześniej, niż nadało ono alert do pasożytów. Wtedy się zaczęło…

Wężogłowi przypuścili atak na trzynastkę, raniąc jednego z ludzi pułkownika Dixona, Simona Wells'a. Aby umożliwić im wycofanie z planety, Hammond, w trybie natychmiastowym, zarządził misję ratunkową, w której miała wziąć udział jego flagowa ekipa, osłaniająca dr Fraiser, oraz kilka innych drużyn.

Gdy przybyli na planetę, walki już trwały, a oddziały Jaffa przypuściły zmasowany atak na osłabionych Tau'ri. Wokół słychać było odgłosy pocisków z P-90 oraz lanc energetycznych Jaffa, a także krzyki żołnierzy obu stron. Bitwa była zajadła. Dr Fraiser natychmiast skierowała się do ciężko rannego Wells'a, próbując ustabilizować go na tyle, by można go było bezpiecznie przetransportować na Ziemię. Daniel trzymał się blisko niej, zapewniając jej zaporę ogniową, podczas gdy reszta SG-1 wspierała pozostałe jednostki odpierające siły nieprzyjaciela.

- Długo jeszcze, doktorku?- krzyknął z oddali Jack, kątem oka zerkając na Janet.

- Staram się jak mogę, pułkowniku!- odpowiedziała równie głośno.

- To staraj się szybciej, doc, bo właśnie pojawiło się więcej węży!- zawołał z sarkazmem.

- Będę szybsza, jak nikt nie będzie mi przeszkadzał!- warknęła pod nosem, skupiając się na pacjencie.

- Zostaw mnie, doktorze. Nie warto…- jęknął półprzytomnie wijący się z bólu żołnierz.- Powiedzcie mojej żonie, że ją kochałem… Niech opowie o mnie naszemu maluchowi…- dodał z rezygnacją.

- Po pierwsze...- zdecydowanie sprzeciwiła się lekarka.- O tym, czy warto, decyduję ja, Airman* i jeśli mam tu coś do powiedzenia, to za cholerę nie pozwolę wam umrzeć, żołnierzu! Po drugie, sami powiecie żonie, że ją kochacie, gdy wrócicie do domu. Chcecie chyba być przy porodzie, co?- uśmiechnęła się ciepło.

- Tak, jest, ma'am!- wymamrotał ciężko.

- To postanowione!- stwierdziła Janet.- Teraz przygotujcie się do podroży, Wells. Niedługo będziemy bezpieczni…

Podczas gdy Fraiser starała się utrzymać Simona przy życiu, reszta walczyła zawzięcie z nowym korpusem Jaffa, który zjawił się w blasku pierścieni transportowych. Do licha! Wężogłowi musieli mieć na orbicie co najmniej transportowiec, jeśli nie Ha'Tak, sądząc po tym, że pojawiły się również Szybowce Śmierci.

- Szybciej, doktorze!- krzyczał pułkownik.

- Już prawie!- odparła.- Jeszcze tylko…

- Jaaaack!- rozległ się przerażający krzyk Sam, kiedy ładunek z lancy trafił go w sam tors.

- Jasna cholera!- krzyknął Daniel, w tym samym czasie rzucając się na lekarkę, gdy inny Jaffa skierował na nią swoją broń.

- Niech ktoś mi pomoże…- łkała przerażona Samantha, trzymając w objęciach bezwładne ciało ukochanego.- Niech ktoś mi pomoże. Nie mogę go stracić, nie mogę…

Od tego momentu, wszystko zasnuła mgła.

TBC


* Nie znalazłam sensownego i ładnie brzmiącego tłumaczenia dla tego określenia amerykańskiego żołnierza Sił Powietrznych, więc użyłam oryginału.