A/N: Nadchodzą święta, więc z tej okazji chcę wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom złożyć najlepsze życzenia i podarować mały prezent w postaci epilogu. Mam nadzieję, że się spodoba.
Merry Christmas everyone! :-)
EPILOG
Jak nietrudno się domyślić, Jack i Samantha wreszcie dopuścili ojca do pełni sekretu, okrywającego pierwsze małżeństwo pułkownika. W końcu i tak znał już część prawdy, więc równie dobrze mógł poznać całą resztę.
Jacob był oburzony, zniesmaczony zarówno postępkiem Sary, jak i przede wszystkim jej uwodziciela. Na dodatek myśl, że ów osobnik zamierzał zapolować na jego córkę, tylko utwierdziła go w przekonaniu, że dobrze zrobił zabijając łajdaka. Wobec Jacka okazał współczucie i wyrozumiałość. On sam zapewnie postąpiłby podobnie, gdyby był na jego miejscu i na pewno nie opowiadałby o tym na prawo i lewo, nawet potencjalnemu teściowi. Poza tym, na plus pułkownika przemawiał fakt, że zanim zaręczył się z Sammie, wyznał jej całą prawdę, pozwalając, by to ona zdecydowała czy jest jej wart, czy też nie. Raz jeszcze więc dowiódł, że jest człowiekiem szczerym i godnym zaufania.
To był ostatni wieczór, gdy o tym wspomniano i prawdziwie nowy początek dla rodziny…
Jack szybko doszedł do siebie, ku uldze jego troskliwej małżonki, która nieba gotowa była przychylić ukochanemu, byle tylko wyzdrowiał. Jeśli o niego chodziło, wystarczyła sama jej obecność. Oprócz Samanthy i ich synka, nie potrzebował niczego więcej, no może poza…
Ummm, no więc, jak tylko nabrał sił do podróży, para zdecydowała się na powrót do Błękitnego Zamku, proponując Jake'owi, by zamieszkał razem z nimi.
Zgodził się, bo chciał mieć córkę i wnuka blisko, a zięcia lubił. Zachował jednak domek w stolicy na wypadek, gdy interesy znów go tutaj sprowadzą, wyznaczając Siobah na gospodynię domu i zatrudniając do pomocy jeszcze dwie służące, które miały jej asystować.
Lampa, którą podarowała mu Samantha z mężem, okazała się rzeczywiście przydatna, więc zanim wyjechał, kupił jeszcze trzy, by nieco ułatwić życie starzejącej się Siobah.
- Zadbam o dom, panie generale!- zapewniła, gdy rodzina wyjeżdżała po wzruszających pożegnaniach z nowymi i starymi przyjaciółmi.
- Wiem, staruszko. Wiem!- mrugnął i ruszyli w drogę.
Charlie, choć podobało mu się to wielkie miasto, także cieszył się z powrotu. W domu mógł się swobodnie wybiegać po ogrodzie, zwłaszcza, że teraz miał to tego wspaniałego kompana, który chodził za nim krok w krok. I chociaż ze względu na wilczy apetyt Thor nie raz jeszcze przypomniał domownikom, dlaczego nosi takie, a nie inne imię, to stał się ulubieńcem nie tylko chłopczyka, ale całej reszty mieszkańców Zamku.
W jakiś miesiąc po powrocie z podróży poślubnej, Samantha źle się poczuła, a nawet zemdlała w bawialni. Spanikowany Jack wezwał więc czym prędzej doktora Sylera, który po dokładnym badaniu miał dla obojga przyjemne wieści. Pani O'Neill oczekiwała dziecka, pierwszego, jakie poczęła z mężem i nie mogła pohamować łez radości, kiedy się o tym dowiedziała.
Jack również oszalał ze szczęścia. W sekrecie miał nadzieję na córkę, która przypominałaby jego ukochaną żonę, jednak powtarzał wokoło, że cokolwiek się urodzi, będzie jednakowo kochane i rozpieszczane. Najważniejsze, by było zdrowe.
Jacob szczerzył się od ucha do ucha, gdy usłyszał, że znów zostanie dziadkiem. Dożył szczęśliwie czasów, gdy jego dziecko miało mieć swoje dziecko, a przecież nie wszyscy jego bracia broni mieli tyle szczęścia.
- Tak się cieszę, Sammie!- powtarzał i często wspominał, jak to było, gdy jego Adelajda czekała na narodziny córeczki. Były to jednocześnie piękne i smutne wspomnienia, ale nie zamieniłby ich na żadne inne.- Gdyby żyła, twoja matka byłaby teraz bardzo dumna i szczęśliwa, a ten robaczek w twoim brzuchu i Charlie, rozpuszczani jak dziadowski bicz. Skoro jej jednak już z nami nie ma, zastąpię ją najlepiej, jak potrafię.- przyrzekł.
- Wiem, papo… Wiem.- uśmiechnęła się i uścisnęła ojca.
Charlie ucieszył się z potencjalnego brata lub siostry, choć trochę bał się, czy nie straci przez to miłości matki. Samantha jednak szczerze o tym z nim pomówiła i zapewniła, że nigdy nie będzie kochać go mniej.
- Mogę tylko kochać cię bardziej, skarbie i z tą samą siłą, co twego brata lub siostrę.- powiedziała i tymi słowami go uspokoiła. Od tego momentu niecierpliwie wyglądał nowego członka rodziny, starannie przygotowując się do roli starszego brata. Postanowił bowiem, że będzie najlepszym starszym bratem na świecie!
Ciąża przebiegała bez większych problemów, a brzemienna pułkownikowa, ku zawiści niektórych pań, wyglądała wręcz kwitnąco, promieniejąc, jak na przyszłą mamę przystało.
Mąż rozpieszczał ją, ile się tylko dało, prawie nosząc ją na rękach. Zasypywał ją podarkami, sprowadzał zamorskie specjały i starał się, by jej było zawsze wygodnie.
- Jestem przy nadziei, a nie chora.- mówiła Samantha, gdy czasem już przesadzał z tą swoją nadopiekuńczością.
- Właśnie dlatego, najdroższa, nie powinno ci na niczym zbywać!- kwitował ku uciesze teścia i sekretnym zadowoleniu żony, która tak naprawdę ceniła jego oddanie, poświęcenie i miłość.
Dzień, w którym przyszedł na świat ich syn, był jednym z najpiękniejszych w życiu pułkownika, który nerwowo krążył pod drzwiami pokoju, gdzie jego ukochana wiła się w bólach rozwiązania.
Słysząc jej krzyki, najchętniej wpadłby do środka i gdyby mógł, wziąłby na siebie jej cierpienie. Niestety, było to niemożliwe, a poza tym, w tamtych czasach nie uchodziło, by mąż był przy żonie w takiej chwili, więc Jack tylko obgryzał paznokcie, przeczesywał dłońmi włosy i starał się nie zauważać rozbawionego spojrzenia Jake'a.
- Zapomniał wół, jak cielęciem był!- pomyślał tylko nieco poirytowany i czekał dalej.
Charlie w tym czasie bawił się w swoim pokoju z Cassie, która robiła wszystko, by go zająć na czas tego ważnego wydarzenia. Thor okazał się nie lada pomocą…
Dziecko przyszło na świat kilka godzin później, śliczne, zdrowe i drące się w niebogłosy.
- Ma płuca po mnie!- stwierdził z dumą Jacob, co Jack skwitował wymownym spojrzeniem, które teść zignorował.
Samantha, choć zmęczona porodem, zdążyła jeszcze nakarmić małego Richarda oraz przyjąć czułe podziękowania męża i gratulacje ojca oraz Charlie'ego, którego NARESZCIE zaprowadzono do mamy, zanim zasnęła. W połogu leżała trzy dni (Jack nie opuszczał jej prawie wcale), po czym uparcie wstała i zaczęła normalnie funkcjonować, a właściwie na tyle normalnie, na ile pozwalało jej bycie mamą noworodka.
W przeciwieństwie do Sary, Sammie osobiście zajmowała się maluszkiem, sprawiedliwie dzieląc swój czas między obu synów i nadzwyczaj wyrozumiałego męża, który pomagał jak mógł. Biedaczysko… Poświęcił się nawet do tego stopnia, że nauczył się przewijać berbecia, który, nota bene, jak na taką małą istotkę, produkował wybitnie dużo… resztek. Pułkownik wstrzymywał jednak oddech i bohatersko robił swoje. Takim był dobrym mężem i ojcem!
Czas płynął spokojnie i radośnie dla całej rodziny. Obaj chłopcy rośli zdrowo i byli ze sobą bardzo zżyci, kiedy więc się okazało, że mama znów będzie miała kolejnego dzidziusia, obaj przyjęli wieści z zadowoleniem, a samą siostrę, która urodziła się parę miesięcy potem, z żywym zainteresowaniem. Podobnie było jeszcze z dwiema dziewczynkami, które z biegiem lat dołączyły do grona małych O'Neillów.
Jack był wniebowzięty. Przy boku Samanthy odnalazł prawdziwe szczęście i nareszcie doczekał się dużej rodziny, która była jawnym dowodem miłości małżonków, siła której nigdy nie osłabła. Jak powiedziała kiedyś Sammie, mogła tylko rosnąć…
Jacob odzyskał cały majątek, a nawet więcej, ponieważ jego kopalnia okazała się bardzo bogatym złożem, a dwie następne, znalezione przez wspólnika, nie gorszym źródłem fortuny.
Cieszył się więc starością nie tylko otoczony kochającą familią, ale też bogactwem, jakiego niejeden mu zazdrościł, i które po swej późnej śmierci pozostawił córce, zięciowi oraz wnukom, które co prawda rozpieszczał jak przyrzekł, a które mimo to wyrosły na porządnych, uczciwych, bezinteresownych ludzi, ponieważ rodzice postarali się wpoić swoje najlepsze przekonania i zasady. W całej okolicy trudno było o lepsze dzieci…
To prawda, że i na Jacka oraz Samanthę wreszcie nadeszła pora. Odeszli z tej ziemi jako staruszkowie, dziadkowie i pradziadkowie potężnego rodu, zabierając ze sobą do grobu największą tajemnicę Błękitnego Zamku, której Charlie nigdy nie poznał. Zostawili po sobie nie tylko potężny majątek, lecz dziedzictwo znacznie ważniejsze- ludzi światłych i dobrych, którzy, jak owe lampy naftowe, kupione niegdyś przez panią O'Neill, zmienili oblicze świata.
KONIEC
