XXI
Nadeszła jesień, a z nią Święto Dziękczynienia. Jack zabrał dziewczynki do Wisconsin, by mogły poprzebywać z dziadkami, których od dawna nie widziały. Początkowo zastanawiał się na serio, czy nie zostać i nie zaprosić rodziców do siebie. Martwił się, że Sue i Noah zostaną sami na święta, lecz Tara zapewniła, że tak nie będzie, bo organizowała u siebie uroczystą, świąteczną kolację. Zaprosiła też Bobby'ego, który znów przyleciał do stolicy i kilka dni wcześniej wynajął niewielkie mieszkanko z widokiem na Potomac. Sparky, co prawda zaproponował mu swój gościnny pokój, ale Manning odmówił z psotnym błyskiem w oku.
- Jestem dużym chłopcem, Spark. Mieszkam sam, odkąd skończyłem studia, wiesz?- mrugnął.- Doceniam jednak propozycję, przyjacielu. Poza tym, i tak będę was odwiedzał!- zapewnił gorąco Australijczyk.
Hudson musiał przyznać wspólnikowi rację. Przez przekorny charakter Bobby'ego czasem zapominał, że to dorosły facet, i że zanim się spotkali, nie tylko mieszkał sam, ale też prowadził nieźle prosperujący interes. Tym nie mniej brunet czasem czuł się nieco nadopiekuńczy względem Crasha i nie mógł nic poradzić na to, że się o niego martwił. Jakby nie patrzeć, byli bardzo dobrymi przyjaciółmi, a Jack zawsze troszczył się o swoich przyjaciół. Gdyby więc nie zaproszenie Tary, zapewne zaciągnąłby kumpla do swego rodzinnego domu, skoro Bobby znał jego rodziców i bardzo się lubili. Wiedział jednak, że zauroczony „Koala" wolałby spędzić ten czas towarzystwie obiektu swych uczuć, by zyskać dodatkowe „punkty" w oczach filigranowej blondynki.
Bobby czuł jej ostrożny stosunek nie tylko do niego, lecz również do innych mężczyzn, no może z wyjątkiem Hudsona. Nie rozumiał tego, ale nie pytał panny Williams o powody. Jacka zagadnął o to tylko raz, lecz ten doradził mu cierpliwość.
- Dowiesz się w swoim czasie, gdy Tara będzie gotowa, by o tym mówić, Crash.- stwierdził jego wspólnik.- Wiedz jednak, że ona wiele przeszła i jeśli rzeczywiście ci na niej zależy…- tu Bobby miernie zaprotestował.-… Nie zaprzeczaj, widzę jak na nią patrzysz.- skwitował to brunet.-… Jeśli rzeczywiście czujesz do niej coś więcej, niż ochotę na kolejny flirt, bądź cierpliwy i taktowny. Niech zobaczy, jaki jesteś naprawdę pod tą skorupą żartownisia i bawidamka, niech pozna prawdziwego Bobby'ego Manninga. Wtedy i tylko wtedy zyskasz jej zaufanie i serce. Jeśli jednak nie myślisz o niej poważnie…- dodał jeszcze pod koniec.- … zostaw ją w spokoju, nie próbuj jej podrywać, albo stracisz przyjaźń niezwykłej dziewczyny i nigdy już nie odzyskasz jej zaufania, Bobby.
Od tamtej rozmowy Crash już nie wnikał, co się zdarzyło Tarze, ale robił, co poradził mu przyjaciel, tylko utwierdzając Hudsona w przekonaniu, że Crash najwyraźniej nareszcie stracił głowę dla kobiety.
- I dobrze…- pomyślał Jack.- Bobby potrzebuje rodziny, swojej własnej rodziny, a Tara faceta, który przypomni jej, że nie każdy mężczyzna to potwór.
Wiedział, że Tara mu ufa, ale wynikało to głównie z faktu, że Sparky był samotnym ojcem, którego córki uwielbiały, i pod opieką którego były bezpieczne. Innych mężczyzn trzymała jednak na dystans aż do chwili, gdy nie pojawił się Bobby. Niewątpliwie na korzyść Australijczyka przemawiał fakt, że był bliskim przyjacielem Hudsona, i że Jack ufał mu, jeśli chodzi o swoje dzieci. Drugim plusem było to, że Holly bardzo polubiła Bobby'ego i dobrze się z nim dogadywała. Nie było to częste w jej przypadku, ponieważ instynktownie trzymała się z daleka od obcych. Z Crashem jednak szybko znalazła wspólny język, nie wspominając o tym, że tylko przy nim umiała się skupić na jednej rzeczy dłużej niż kiedyś. To Bobby przedstawił jej baseball w telewizji i zaraził dzewczynkę fascynacją do tego sportu, dzięki czemu Tara zyskała czas dla siebie, a jej córka sposób na rozładowanie swojej energii inaczej, niż ciągłym pakowaniem się w kłopoty.
Tak czy owak, Bobby miał gdzie spędzić święto, Sue i Noah również, więc Hudson ze spokojnym sumieniem mógł wybrać się do rodziców. Och wiedział, że będzie mu brakowało swojej paczki, przede wszystkim panny Thomas (choć starał się o tym zbyt mocno nie myśleć, bo to z kolei uświadamiało mu, że lubi ją bardziej niż powinien i znów ogarniało go poczucie winy względem Allie), ale tęsknił za starymi śmieciami, za rodzinnym domem, cynamonowymi rolkami mamy, a nawet za wszędobylską kuzynką Nelly, która od dziecka uwielbiała wiedzieć wszystko o wszystkich, ale w gruncie rzeczy była całkowicie nieszkodliwa do czasu, gdy nie została dziennikarką. Od tamtej pory, drżyjcie wy, którzy macie nieczyste sumienie! Nell Bowens znajdzie każdego trupa w waszej szafie!
Jack nie miał rodzeństwa, był jedynym dzieckiem, które jego matka zdołała donosić. Był dzieckiem- cudem, jak go czasem nazywali rodzice. Miał jednak sporą ilość kuzynów, bo Sam Hudson i jego żona wywodzili się z wielodzietnych rodzin. Nie czuł się więc bardzo samotny w dzieciństwie. Nie wyrósł też na egoistę, jak niektóre jedynaki. Lubił całą swoją rodzinę i tę bliższą, i tę dalszą, ponieważ klan zawsze trzymał się razem. Chciał, by jego córki ceniły te więzi tak samo mocno jak on, więc starał się trzymać kontakt ze wszystkimi, nawet jeśli widywali się rzadko. Od czego jednak był telefon i Internet, nie wspominając już dorocznych zjazdów rodzinnych? W każdym razie chciał znów wszystkich zobaczyć, szczególnie, że Boże Narodzenie planował spędzić z dziećmi u siebie, a powody były dwa: po pierwsze- budowa wchodziła w ważną fazę i musiał mieć na wszystko oko, jeśli mieli zdążyć w terminie, po drugie- Sue organizowała bożonarodzeniową kolację i zaprosiła wszystkich przyjaciół, łącznie z Lucy i Myles'em, którzy dopiero w Nowy Rok planowali spotkać się z rodziną w Hamptons, gdzie Leland'owie posiadali urokliwą posiadłość. Państwo Hudson również mieli przylecieć na kilka dni do syna i wnuczek, więc gdy powiedział on tym Sue, ta natychmiast uwzględniła oboje na liście swoich gości. Jedyny problem to, że jej jadalnia, a ściślej stół, który zajmował jej centralną część, był stosunkowo mały i panna Thomas bała się, gdzie posadzi uczestników kolacji. Z pomocą przyszedł jej Bobby…
- Nic się nie martw, sheila!- mrugnął.- Ja to załatwię. Ty się tylko postaraj, żeby było dużo jedzenia!- dodał wesoło.
- Co ty planujesz, Crash?- zainteresował się zaraz Jack, widząc entuzjazm przyjaciela. Oczywiście, nie zapytał przy blondynce, skoro Manning był tak tajemniczy, ale ciekawość była silniejsza od niego i musiał się dowiedzieć.
- A taki mały prezent dla dziewczyn sobie umyśliłem.- odpowiedział Australijczyk.- Wiesz, że moje warsztaty jeszcze działają, więc zanim ekipa na stałe się tu przeniesie, zamówiłem u swojego najlepszego stolarza dwa takie super wygodne fotele do postawienia przed kominkiem dla Tary, no wiesz, żeby się mieć gdzie zrelaksować wieczorami. Pasują stylem do jej saloniku.- wyjaśnił.- Co do Sue, zawsze uważałem, że za mały ten stół daliśmy w jej jadalni, no ale wtedy czas nas gonił, więc nie było czasu na nic lepszego. Poza tym, nigdy nie było u niej tak wielu ludzi na raz, jak ma być na tej kolacji, więc na małe zloty się nadawał. Skoro jednak paczka się rozrasta, pomyślałem o czymś większym i zaprojektowałem dla niej taki rozkładany stół, który pomieści spokojnie dwanaście osób bez rozkładania, a dwadzieścia cztery po rozłożeniu. Do tego oczywiście krzesła. Wszystko razem przyjedzie tu przed świętami.- dokończył z dumą.
- Nieźle, Crash! Bardzo dobry pomysł!- pochwalił brunet, po czym spojrzał wesoło:- A co ja dostanę na święta?- spytał, poruszając porozumiewawczo brwiami.
- Chciałem ci wystrugać konia na biegunach, ale ostatnio tak urosłeś, że musiałbym do tego użyć sekwoi!- zażartował Australijczyk.
- Zabawny jesteś, Koala, naprawdę!-„naburmuszył" się Jack, ale zaraz roześmiał.- Tylko błagam, żadnych więcej zawstydzających prezentów!- poprosił, wspominając z zażenowaniem urodzinowy podarek od przyjaciela, który Bobby przysłał mu pocztą i przykazał w liście rozpakować dopiero podczas przyjęcia w Wisconsin. Nigdy nie czerwienił się tak bardzo jak w chwili, gdy w obecności rodziców wydobył z pudełka koszulkę z podobizną bruneta (głowę połączono z rysunkową wersją jego ciała ubranego tylko w mikroskopijne stringi), prężącego się niczym Schwarzenegger, opatrzoną podpisem: „AM I HOT OR NOT?" (Jestem gorący, czy nie?). Jego rodzina wybuchła śmiechem i choć początkowo był zawstydzony żartem, to i on wreszcie nie wytrzymał. Roześmiał się, obiecując sobie w duszy, że kiedyś odpłaci Bobby'emu pięknym za nadobne.
- Zastanowię się!- mrugnął szelmowsko zielonooki blondyn i wrócił do pań.
Jack tylko przewrócił oczami i podążył za nim. Wiedział, że jeśli Crash planuje jakiś psikus, nic go nie powstrzyma.
Tak swoją drogą… Gdy Bobby powiedział mu o prezentach dla Tary i Sue, uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, co im podarować. Upominki Crasha były dość kosztowne, a on nie chciał przy nim wyjść na sknerę, choć nie były to żadne wyścigi. Kurczę! Miał twardy orzech do zgryzienia i mało czasu! Boże Narodzenie to był cudowny czas, ale te wszystkie zakupy przed…
- Pomyślę!- wymamrotał pod nosem. Wpierw musiał przeżyć jedno święto. Może w międzyczasie go oświeci?
Bawiąc w rodzinnym domu, zdał się na rady matki. Ellen Hudson nie tylko miała doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o te sprawy, ale przede wszystkim była kobietą. Kto, jak nie ona, mógł wiedzieć, co kupić innej kobiecie?
- Skoro Bobby wybrał praktyczne prezenty, ty postaraj się o coś nieco bardziej osobistego, Jack. Ładny sweterek, czy apaszka są zawsze miłym upominkiem, osobistym, ale niezbyt zobowiązującym. W sam raz dla przyjaciela, czy przyjaciółki. Karnet do restauracji, czy spa również się nada, zwłaszcza dla zapracowanych, zmęczonych codziennymi obowiązkami mam, które rzadko mają czas dla siebie.- wyliczała pani Hudson.
- Karnety do spa?- zainteresował się brunet.- Mamo! Jesteś genialna!- zawołał i ucałował ją siarczyście w samo czoło.- To jest to!- stwierdził zachwycony. Zamierzał zafundować obu przyjaciółkom wizytę w salonie piękności z pełnym serwisem. Zasługiwały na odrobinę rozpieszczenia po tym, jak ciężko pracowały samotnie wychowując swoje dzieci, jak wiele poświęciły dla swych pociech. Niech choć jeden dzień w roku poczują się jak księżniczki, zwłaszcza Sue, której nie stać było na podobne wydatki. Myślał też nad jeszcze jednym „prezentem" dla panny Thomas… Jak przewidziała Sue, nie było wielu chętnych na lekcje ASL, a jej zarobki w szkole ledwie pokrywały codzienne potrzeby. Chciał więc zaproponować jej pracę w HMC. Jego sekretarka za cztery miesiące szła na urlop wychowawczy i skoro miał mieć wakat, może Sue byłaby zainteresowana? Noah przecież radził sobie coraz lepiej i chociaż nadal poruszał się na wózku, jego koordynacja oko- ręka stabilizowała się z każdym dniem bardziej. Poza tym, miał już silniejszy głos i mówił wyraźniej, i Sue wspominała, że może wkrótce wróci do szkoły. Lekarz małego wręcz zachęcał do tego, by chłopiec na nowo wszedł między rówieśników. Oczywiście, najpierw byłby w klasie integracyjnej, by nadrobić zaległości i jednocześnie nie czuć się wyobcowanym wśród sprawnych dzieci. Gdy zaś odzyska zdrowie w wystarczającym stopniu, mógłby się przenieść na regularne zajęcia.
- Mam nadzieję, że Sue się zgodzi!- pomyślał. Naprawdę byłoby miło pracować z kimś tak niezwykłym, jak ona.
TBC
