Rozdział betowała wspaniała i genialna Himitsu.

Oczywiście pragnę bardzo podziękować za wszystkie komentarze - niezmiernie mnie nimi zaskakujecie i naprawdę trudno mi wyrazić jak bardzo jestem za nie wdzięczna. Dziękuję zatem slimarwen, Joanne. Gabrielle. K, Lou Leen, Szmaragdowemu Kotowi, Shaililii, Karolinie, Exciter, Gościowi, Suremii, Itami Namidzie, Karolinie94, grasshopper08, Evolutions oraz kolejnemu Gościowi. (A jeżeli jeszcze ktoś nie uzyskał odpowiedzi na komentarz, niech się nie przejmuje – robią się. Po prostu już nie chcę zmuszać, abyście czekali dłużej na rozdział :)). W każdym razie, jesteście absolutnie wspaniali!

slimarwen, cieszę się, że moje odpowiadanie na komentarze przysługuje się komentującym :). Wzięło się o stąd, że po prostu ja sama zawsze lubię mieć jakiś znak od autora, któremu napisałam komentarz. Właśnie po to, by wiedzieć, że został on przeczytany i moje praca włożona w jego napisanie nie poszła na marne :). Miło mi też słyszeć, że ucieszyła cię wiadomość o regularności. I mam nadzieję, że ten poniedziałek nie był dla ciebie taki straszny ;). Prawdziwą formę Voldemorta poznamy wraz z Izarem, więc trochę to jeszcze potrwa. Nic na jej temat nie zdradzam. Co do erotyki - wszystko będzie następowało małymi kroczkami. Lou Leen, naprawdę bardzo dziękuję za komentarz. I chcę powiedzieć, że rozumiem mieszane uczucia na początku czytania - tym bardziej się cieszę, że mimo wszystko się im nie dałaś i dotarłaś już aż tutaj :). Miło mi również słyszeć, ze przypadł ci do gustu Izar - to postać, na temat której słyszałam już najróżniejsze opinie i wiem, że dla niektórych nie wydaje się tak interesująca. Karolino, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że lubisz tego typu opowiadania. Wiem, że są osoby, które na sam widok "mate" uciekają gdzie pieprz rośnie. W każdym razie miło mi słyszeć, że ty się do nich nie zaliczasz. I że odpowiada ci tłumaczenie "mate" na "partner" - choć to zasługa wyłącznie Himitsu :). Dziękuję ci za wytknięcie czegoś, co według ciebie nie brzmi dobrze - proszę, nigdy nie wahaj się tego robić! Jak najbardziej doceniam to, że ludzie wskazują mi popełnione błędy, bo dzięki temu mogę je poprawić, dzięki czemu nie będą przeszkadzały przyszłym czytelnikom :). Exciter, niestety masz rację, odpowiedź na pytanie czym dokładnie jest Voldemort nie pojawi się zbyt szybko. Ale cieszę się, że nie odstraszył cię fakt, że jest magicznym stworzeniem - jest dziwny, muszę się zgodzić, ale powiem też, że według mnie całkiem do niego tutaj pasuje i, no cóż, spojlery :). Co do relacji na linii Izar-Voldemort - będzie ona rozwijała się powoli i myślę, że kiedy już naprawdę dojdzie co do czego obie postacie będą na to gotowe. A na razie będą się drażnić i testować swoje granice. Co do regularności i poniedziałku - miło mi słyszeć tak pozytywną reakcję na regularność i mam nadzieję, że dzisiejszy dzień nie był taki straszny ;) Gościu, bardzo dziękuję za komentarz i okazany w nim entuzjazm odnośnie mojego tłumaczenia :). Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział cię nie zawiedzie :). Kolejny Gościu, naprawdę starałam się rozdział dać jak najszybciej. I wcale nie jestem zadowolona, że pojawia się tak późno. Obiecuję, że na przyszłość postaram się dawać je wcześniej - dzisiaj jest tak późno z powodu mojej własnej nieorganizacji, ale postaram się to zmienić i zaplanować na wcześniej odpowiadanie na komentarze :). Człowiek uczy się na błędach :).

Zanim przejdę do rozdziału, jeszcze jedna (dwie) sprawa, która być może was zainteresuje. Po pierwsze bardzo serdecznie zapraszam wszystkich do zerknięcia na mój profil - jeżeli ktoś jeszcze nie widział, kilka dni temu pojawiło się na nim nowe tłumaczenie: "Osąd ich fantazji". Po drugie, jeśli już będziecie na moim profilu, zachęcam was również do zerknięcia do zakładki "Favorite Stories", gdzie będziecie mogli znaleźć link do absolutnie fenomenalnego nowego tłumaczenia kolejnego ficka The Fictionist (czyli autorki "Ulubieńca Losu") - "Ukojenia w ciemności" Szmaragdowego Kota.

Przepraszam, że tak późno (nie gryźcie!). Na przyszłość będzie wcześniej :). Miłego czytania!


Uwaga: Nie jest zachowany czas wydarzeń z Czary Ognia.


Gdy umiera dzisiaj

Część pierwsza

Rozdział dwudziesty pierwszy

To było absolutne głupstwo, ale i tak to robił.

Niczym plagi unikał zarówno Toma Riddle'a, jak i myślenia o byciu jego partnerem. A biorąc pod uwagę, że Izarowi z powodzeniem udało się unikać Riddle'a przez dobry miesiąc, uznał, że robi się naprawdę całkiem dobry w unikaniu. No chyba że Riddle uznał jego zachowanie za zabawne i postanowił mu dogodzić.

Jeśli Voldemort był obecny w Wielkiej Sali w czasie posiłku, Izar uparcie wpatrywał się prosto w swój talerz lub tego, z kim akurat w tym czasie rozmawiał. Czyli zwykle Daphne. Była zachwycona jego nagłym zaangażowaniem w rozmowę, a Draco często szydził sobie z jej wylewnego entuzjazmu. Harrison nieczęsto siadywał przy stole Ravenclawu. A jeśli już to robił, unikał współdomowników, którzy na początku roku szydzili sobie z jego przeskoczenia na wyższy rocznik. Zwłaszcza Boota.

Być może trzymał w sobie stare urazy… Nie za bardzo się tym przejmował.

Zajęcia przebiegały bez najmniejszego problemu. Był niewiarygodnie znudzony. Zdawał egzaminy, uzyskując najwyższe wyniki, tak samo sprawa miała się z jego esejami i zadaniami domowymi.

W wolnym czasie studiował magię. Wymyślił już kilka zaklęć, ale pragnął rozszerzyć listę stworzonych przez siebie czarów i uroków. Proces tworzenia nowych klątw nie był prosty i nie ograniczał się wyłącznie do wymyślenia odpowiedniej łacińskiej inkantacji. O nie, trzeba było wychować magię i urodzić ją. Był to długi proces, w który, jak się okazało, Izar był w stanie zagłębić się w czasie swoich szkolnych lat.

Było jedno zaklęcie, nad którym pracował z wyjątkowym zapałem. Zajęło mu całe trzy tygodnie, dwie godziny każdej nocy, nim udało mu się z powodzeniem je skonstruować. Musiał jeszcze tylko wypróbować je na swoich wrogach i podchodził do tego trochę nieufnie. Jak do tej pory było ono najniebezpieczniejsze ze wszystkich, jakie stworzył.

Był jednak pewny siebie.

Każdej nocy, otoczony bezpieczne zasłonami swojego łóżka, wyciągał różdżkę siostrzaną do różdżki Voldemorta i przypatrywał się jej. Nie śmiał eksperymentować na Mrocznym Znaku tutaj, w szkole. Kilka tygodni wcześniej badał go jednak swoją nową różdżką. Dowiedział się wtedy, że Znak otoczony jest barierami. Barierami stworzonymi z najczarniejszej magii. Będzie musiał poeksperymentować nad nim w czasie świąt Bożego Narodzenia w miejscu, które było wręcz przesiąknięte Czarną Magią.

A mianowicie najwyraźniej w dworze Malfoyów, do którego wybierał się na przerwę świąteczną. Tak przynajmniej twierdził Regulus.

Ojciec napisał do niego, wyjaśniając, że Narcyza i Lucjusz pragną, aby odwiedzili ich w święta. I ponoć w dworze Malfoyów na kilka nocy miało zostać również kilku śmierciożerców. Najwyraźniej była to swego rodzaju tradycja.

Izara dziwiła obecność Regulusa. W końcu mężczyzna nie był nawet, jak na razie, oficjalnym śmierciożercą, nie mówiąc już o jakimś z bardzo wysoką rangą. Na szczęście zarówno Narcyza, jak i Lucjusz byli świadomi pochodzenia Izara. Nie będzie musiał niczego udawać, jeżeli będzie otoczony wyłącznie rodziną Malfoyów…

I chociaż będzie musiał radzić sobie ze śmierciożercami, nie mógł już doczekać się manipulowania Mrocznym Znakiem. Był niesamowicie pewny siebie. Ogarniały go również emocje, których nie czuł od dłuższego czasu. I musiał przyznać, że przyłapał się na tym, iż wyczekiwał spędzenia chwili czasu z Regulusem.

- Nie założę tego – syknął Izar, zerkając na swoje odbicie w lustrze, po czym jak najszybciej odwrócił się od niego. – Wyglądam jak pieprzona niedołęga.

Draco prychnął. Dziedzic Malfoyów leżał na łóżku Izara w wieży Ravenclawu. Jego ciało było zrelaksowane, kiedy schował twarz w poduszce Harrisona, próbując ukryć śmiech.

Obaj czarodzieje byli ubrani w eleganckie szaty wyjściowe. Bal Bożonarodzeniowy zaczynał się w ciągu kilku minut, a Izar wciąż nie opuścił jeszcze wieży. Wiedział, co czeka na niego, gdy wyjdzie poza bezpieczne mury Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Zdenerwowana Daphne i szkoła pełna przytłoczonych hormonami nastolatków, powstrzymujących się od tańca, bo reprezentant Hogwartu jeszcze się nie pojawił. Najwyraźniej cała ich trójka miała rozpocząć bal o godzinie ósmej.

Draco usiadł, w końcu należycie przyglądając się jego szatom. Zrzedła mu mina i przełknął ślinę – z trudnością, jak wydawało się Izarowi.

- Wyglądasz… dobrze.

Izar zmrużył oczy do wąskich szparek, czując, że jego gniew wzrasta.

- Nie miałeś zgodzić się z czymkolwiek, co wymyśli Daphne. – To dziedziczka Greengrassów wybrała jego szaty. A ponieważ Izar był głupcem, nie spojrzał na nie, zanim je zamówiła. Właściwie nawet próbowała mu je pokazać, ale spławił ją, zupełnie niezainteresowany cholernymi szatami.

I z powodu swojego błędu musiał ubrać te na bal.

- Masz rację. – Draco wstał. Jego włosy ledwie co dotykały wierzchołku jego ramion. – Wyglądasz jak pieprzona niedołęga.

Izar zacisnął wargi i zaczął zastanawiać się, w jak wielkie kłopoty się wkopie, jeśli przemieni to, co ma na sobie w czarne szaty.

Malfoy zamrugał, po czym znów się roześmiał – tym razem chłodno i spokojnie, jak przystało na Malfoya.

- Naprawdę nigdy bym nie pomyślał, że to ty, ze wszystkich ludzi, będziesz narzekać na swój strój. Daj spokój, Izarze, wygląda dokładnie tak jak mój. – Draco wskazał na swoje szaty. Były zielono-srebrne, co ani trochę nie zaskoczyło Izara. – Czujesz się niekomfortowo tylko dlatego, że nigdy nie nosiłeś czegoś, co nie było rozdarte i nie miało w sobie dziur.

Chłopiec miał rację, Izar musiał to przyznać. Nie było potrzeby, aby tak bardzo denerwować się z powodu ubrań, tylko czarownice i małostkowi czystokrwiści czarodzieje, tacy jak Malfoy, zrzędzili na swoje szaty. Jego wzrok przesunął się po drogiej tkaninie. Chyba rzeczywiście było tak, że czuł się w nich niekomfortowo właśnie dlatego, że były takie drogie i… no cóż, zauważalne. Zdecydowanie było to coś, co go nie cieszyło. Bycie zauważalnym. Szaty były dobrze dopasowanie i Izar wiedział, że będzie musiał przyzwyczaić się również do tego.

Były biało-złote. W kolorze, o którego założeniu nigdy wcześniej nawet nie pomyślał. Tak się składało, że były to również kolory rodziny Greengrassów.

Zanim Izar mógłby wymyślić odpowiednią ripostę, drzwi do jego pokoju otworzyły się gwałtownie. Dwoje uczniów szybko obróciło się w miejscu, spoglądając na przyglądającego się im podejrzliwie mężczyznę. Syriusza. Jego wuj zmrużył oczy no to, jak blisko Izara siedział Draco.

- Co wy tutaj robicie? – zapytał podejrzliwie mężczyzna, jak gdyby spodziewał się, że będą turlać się nago po ziemi.

Izar prychnął. Syriusz miewał sporadyczne napady szaleństwa i obłędu. I nawet w czasie ich wspólnych lekcji mężczyzna czasem wysyłał mu jakiś tajemniczy uśmieszek lub mówił coś zupełnie niezwiązanego z tematem. Izar nie miał jednak co narzekać. Wiele tygodni prywatnych zajęć z jego wujem-aurorem opłacało się. Robił się coraz lepszy w pojedynkowaniu, a nawet kilka razy pokonał Syriusza.

- Uprawiamy gorący, pełen potu seks, profesorze.

Syriusz wysłał Krukonowi grymas, przez który Izar nie dostrzegł rumieńca wkradającego się na szyję Draco. Starszy Black odchrząknął, wyciągnął rękę i zacisnął ją na ramieniu Izara, wyprowadzając go z pokoju.

- No cóż, przynajmniej jesteś szybki – odpowiedział pogodnie mężczyzna, na co Izar skrzywił się. – Minerwa wychodzi z siebie, bo nie pojawił się jej reprezentant, który miał rozpocząć bal. Przy okazji, niezłe szaty – dodał z powagą.

Za jego plecami Draco prychnął. Izar zignorował go, zamiast tego spoglądając na Daphne, kiedy tylko opuścili wieżę.

Czekała na niego pod Pokojem Wspólnym Ravenclawu, wyglądając na rozdrażnioną, ale również…

- Wyglądasz olśniewająco – powiedział zgodnie z prawdą Izar. Nie był ani trochę podobny do innych czarodziejów, którzy wyjąkiwali komplementy swoim partnerkom. Być może to dlatego, że prawdopodobnie był gejem. Spoglądając jednak na Daphne, Izar zastanawiał się, kim do cholery był Tom Riddle.

Daphne była niesamowicie niską czarownicą, niższą nawet niż Izar. Jej ciało nie wyglądało jednak na niezgrabnie dopasowane do sukni, która podkreślała jej walory. Była czarna, chociaż posiadała kilka złotych akcentów w postaci talii i wykonanych z maleńkich, złotych pereł ramiączek. Jej krótkie blond włosy zostały zwinięte w potarganego updo* ze złotą opaską podkreślającą ich kolor.

Uśmiechnęła się, jej rozdrażnienie zniknęło, kiedy tylko go dostrzegła. Daphne zwykle nie używała zbyt dużej ilości makijażu i również tego wieczoru jedynie lekko podkreśliła rysy swojej twarzy, co nadało jej klasyczny i… oszałamiający wygląd.

- Mogę powiedzieć to samo o tobie – drażniła się z nim, po czym westchnęła. – Twoje włosy. Naprawdę nie mogłeś niczego z nimi zrobić, Izarze?

Czego od niego oczekiwała? Że, podobnie jak ona, nałoży jakąś pieprzoną opaskę?

- Umyłem je – odparł opryskliwie.

Daphne spojrzała na niego ostro i chwyciła go za ramię. Zauważył, że jej paznokcie zostały pomalowane na jadowity, karmazynowy kolor. Wyglądały i były ostre, kiedy pociągnęła jego głowę w swoją stronę i przesunęła palcami po jego włosach.

- Zmieniłam zdanie. Zawsze wyglądasz uroczo z tymi luźnymi lokami i falami.

Izar z trudem powstrzymał się od zarumienienia, kiedy minął go śmiejący się z jego nieszczęścia Syriusz.

- Daphne… - zaczął besztać ją, odsuwając od siebie jej ręce i chwytając jej ramię. Urwał jednak, gdy zauważył, że było ono czyste. – Jak…?

- Makijaż, głupcze, wszystkie dziewczyny używają korektora, aby to zakryć.

Izar spostrzegł, że nieco dalej od nich Draco z ociąganiem chwyta ramię Pansy Parkinson, stanowiąc obraz czystego nieszczęścia. Również ramię Pansy było czyste. Izar wpadł w zamyślenie. Zaklęcia ukrywające nie za bardzo działały na Mroczny Znak. Zupełnie jakby Czarny Pan specjalnie sprawił, by Zaklęcie Ukrywające było po prostu automatycznie przez niego wchłaniane. Może powinien poprosić Daphne o butelkę takiego korektora? Przynajmniej na czas, dopóki nie uda mu się zmanipulować Mrocznego Znaku…

Szybko porzucił ten pomysł, kiedy pomyślał, co powiedzieliby jego współdomownicy, gdyby zauważyli, że posiada przyrząd do makijażu.

- Mam nadzieję, że brałeś udział w odbywających się przez ostatnie dwa tygodnie lekcjach tańca – ostrzegła go groźnie Daphne. Wyraz jej twarzy zapowiadał ból, gdyby ją zawiódł. – Jeśli wystawisz mnie na pośmiewisko, Harrison, wsadzę ci ten obcas w tyłek nim minie wieczór.

Izar zauważył teraz z niesmakiem, że miała na sobie buty na obcasie. A w nich była niemal jego wzrostu.

- Obawiam się, że nie miałem czasu, aby przyjmować te lekcje – skłamał umiejętnie Izar.

Krukoni prowadzili lekcje dla wszystkich zainteresowanych. I Izar niechętnie zapisał się na kilka z nich. Nigdy wcześniej nie tańczył, ale po kilku zajęciach spostrzegł, że przychodzi mu to łatwo. Obwiniał za to geny Blacków, rozwinięte po wiekach zmuszania członków tej rodziny do posiadania tej umiejętności. Izar najprawdopodobniej odziedziczył jakąś jej część. Poza tym taniec jawił mu się jako sztuka pełna wdzięku i gracji, a z tym nigdy nie miał najmniejszych problemów.

Uniosła na niego wzrok, poruszona.

- Nie mówisz chyba poważnie?

Zanim Izar mógłby odpowiedzieć, podbiegła do nich rozgorączkowana McGonagall, biorąc go za ramię. Była zaskakująco silna jak na starszą kobietę.

- Panie Harrison, spóźniłeś się – oświadczyła cierpko, jak gdyby jeszcze o tym nie wiedział.

Weszli do prawie pustej sali, w której stała tylko pozostała dwójka reprezentantów ze swoimi partnerkami. Lukas wysłał mu oziębłe spojrzenie, po czym odwrócił się, trzymając na ramieniu uczennicę Durmstrangu. Cyprien natomiast uśmiechnął się lekko z rozbawieniem, zanim spokojnie powiedział coś po francusku do swojej towarzyszki. Wielka Sala była pełna uczniów z rocznika od czwartego w górę tylko czekających na to, aż rozpoczną Bal Bożonarodzeniowy.

Izar uznał to za dziwnie zabawne. Być może powinien zwlekać trochę dłużej…

- Ruszajcie – McGonagall wprowadziła Lukasa do środka i reszta za nim podążyła.

Sala była udekorowana w zimowy raj. Z sufitu zlatywał wyczarowany śnieg, który znikał tuż przed dotknięciem zgromadzonych głów. Izar był już przyzwyczajony do stojących w Wielkiej Sali ogromnych choinek. Każdego roku jednak zdumiewał go ogrom tego wszystkiego. Wydawało się, jakby każdy cal pomieszczenia został pokryty mieniącymi się świecidełkami lub łagodnie palącymi się świecami. Podczas godzin przeznaczonych do własnej nauki zawsze obserwował przygotowującą dekorację grupę uczniów i profesora Flitwicka.

Zignorował stojących po obu jego stronach uczniów i poprowadził Daphne w odpowiednią stronę. Od ścian pomieszczenia odbiły się uprzejme oklaski – mały i bezsensowny sposób na uczczenie reprezentantów. Izar próbował uniknąć widoku stojących przed nimi nauczycieli i polityków. Wiedział, że tego wieczoru prawdopodobnie nie będzie w stanie uniknąć podsekretarza Toma Riddle'a, ale chciał spróbować tego ze wszystkich swoich pieprzonych sił.

Daphne i Izar w końcu dotarli do parkietu. Krukon zauważył, że dziewczyna była bardzo zdenerwowana. Próbowała ukryć to za uśmiechem, ale Izar był w stanie dostrzec to w jej oczach.

Położył dłoń na jej biodrze, a drugą ręką chwycił jej rękę.

- Denerwujesz się, że nadepnę ci na stopy, prawda? – wyszeptał radośnie. – Pewnie tak będzie, z góry za to przepraszam. – Zastanawiał się, czy żałowała już swojej decyzji towarzyszenia mu na tym balu. Torturowanie jej w taki sposób sprawiało mu przyjemność, zwłaszcza w związku z takim głupim tematem.

Ponad jej głową spojrzał na Severusa Snape'a. Stał on sztywno wśród swoich współpracowników, a jego usta wykrzywiał idealny grymas. Izar zachichotał. Jego nauczyciel wyglądał, jak gdyby pragnął być gdziekolwiek indziej, byle nie tutaj.

Onyksowe oczy spotkały się z jego i grymas nieco się zmiękczył. Izar musiał przyznać, że nauczyciel eliksirów był dla niego swego rodzaju idolem. Dostrzegał między sobą a nim wiele podobieństw, zwłaszcza dotyczących dzieciństwa i czasu spędzonego w Hogwarcie. Izar wiedział, że Snape był biegły w Czarnej Magii, a ponadto tworzył nowe zaklęcia. Wymyślanie ich nie było proste i powodowało wiele ofiar śmiertelnych i zranień. Tylko czarodzieje, którzy posiadali najgłębszą wiedzę w sprawach magii i łaciny byli w stanie zabierać się z powodzeniem za tą sztukę.

Izar zapamiętał sobie, aby zwrócić nauczycielowi notatki dotyczące Mrocznego Znaku.

Wyrwał się z zadumy, gdy rozpoczęła się muzyka. Daphne praktycznie trzęsła się w jego ramionach, kiedy prowadził ich wirującymi ruchami z gracją po parkiecie, doskonale synchronizując się z muzyką. Mimowolnie uśmiechnął się szeroko na malujące się na jej twarzy zaskoczenie.

- Ty draniu. – Skrzywiła się lekko. – Potrafisz tańczyć. Kto by pomyślał, że społeczna niedołęga Izar Harrison potrafi tańczyć niczym każdy inny czarodziej?

- Oczywiście – wycedził Izar. – Nie myślałaś chyba naprawdę, że poniżyłbym nas oboje w taki sposób, prawda? – zadrwił. – Tylko pomyśl, upokorzyć dziedziczkę rodu Greengrassów… to by był po prostu skandal.

Milczała przez moment, ukazując na twarzy podekscytowanie jego zachowaniem.

- Uśmiechasz się. – Sama również wygięła w uśmiechu swoje pomalowane usta.

- Tak? – zapytał słodko Izar, nim wykonał kilka obrotów, odsuwających ich z dala od Lukasa i jego partnerki. Reprezentant Durmstrangu spojrzał groźnie na Izara nad głową swojej towarzyszki. Krukona powinno martwić to, że skupiał na sobie uwagę tak sporej pary oczu, ale czuł się dzisiaj na to zbyt dziwnie spokojny. Nawet jego szaty przestały mu już tak przeszkadzać.

- Ludzie mogą zacząć się zastanawiać, czy przed tańcem czegoś nie wziąłeś. Nigdy się nie uśmiechasz. O ile się orientuję, równie dobrze mógłbyś być jakimś zaginionym synem profesora Snape'a. A przynajmniej takie krążą plotki. – Roześmiała się promiennie, nie zdając sobie sprawy jak blisko była prawdy. – Wziąłeś coś, Izarze? Znając ciebie, wciągnąłeś w dormitorium dzikie grzybki, aby złagodzić nerwy spowodowane znajdowaniem się w centrum uwagi.

- Skąd w ogóle wytrzasnęłaś taki pomysł?

Na parkiet powoli zaczęli wchodzić również inni uczniowie i nauczyciele. Wkrótce zaczęło robić się na nim zbyt tłoczno, aby kontynuować formalny taniec, więc Izar musiał tańczyć z Daphne powoli, wykonując małe kroczki. Niedaleko spostrzegł mijających ich Dumbledore'a i McGonagall. Chociaż próbował się przed tym powstrzymać, mimowolnie gapił się z przerażeniem na szaty dyrektora. Na ich obszyciach tańczyły piernikowe ludziki, a prószący mocno śnieg zmieniał niebieski kolor ubrania na biały.

Dyrektor spostrzegł jego wzrok i mrugnął.

- Chciałbyś nazwisko mojego krawca, mój chłopcze?

McGonagall przewróciła oczami i poprowadziła starszego mężczyzna z dala od Izara, zanim ten mógłby mu odpowiedzieć.

Dzięki ci, Merlinie!

Daphne owinęła ręce wokół szyi Izara, zmuszając go do ułożenia dłoni na jej tali. Jej wzrok przesunął się z Izara w stronę Astorii. Harrison wiedział, że Daphne czuła względem swojej młodszej siostry niewielką zazdrość, ale również głęboko ją kochała. To była dziwna relacja, ale Izar wiedział o niej wszystko dzięki błahemu gaworzeniu Daphne.

- Nie masz powodów do zazdrości – pocieszył ją.

Zielone oczy w odcieniu mchu zwróciły się szybko na Izara, a lekki rumieniec ozdobił jej policzki, kiedy zrozumiała, że została przyuważona na gapieniu się.

- Nie jestem zazdrosna, Izarze. To moja siostra. – Jej oczy zwróciły się ponownie na Astorię. – Myślisz, że jest śliczna?

Izar westchnął cicho, zastanawiając się, dlaczego, do cholery jasnej, musiał prowadzić tę małostkową rozmowę. Niemniej jednak przypuszczał, że dla dziedziczki Greengrassów ta nadymająca jej ego rozmowa była bardzo ważna. Niechętnie spojrzał na najmłodszą Greengrassównę. Astoria była niesamowicie podobna do Daphne. Nie rozumiał, co wywoływało tak duży brak wiary w siebie znajdującej się obecnie w jego ramionach dziewczyny.

- Mam być szczery? – zapytał Izar, odwracając się z powrotem do Daphne. Dziewczyna skinęła ostro głową. – Jesteś ładniejsza.

Spojrzała na niego podejrzliwie, zanim uśmiechnęła się lekko.

- Dziękuję.

Obrócił nimi tak, że znajdował się twarzą do tłumu. Jego uwagę przykuł Filch, charłak będący woźnym. Mężczyzna przyciskał kota do swojej klatki piersiowej, rozciągając dwie łapy biednego zwierzaka niczym w pozycji do walca. Nucił w rytm muzyki, kołysząc do taktu biodrami. Oczy Izara przesunęły się na mężczyznę znajdującego się za Filchem i Krukon natychmiast zaklął w myślach na swoją lekkomyślność. Riddle stał niedaleko Filcha i Snape'a, kierując wzrok bezpośrednio na Izara.

Harrison nie mógł wyczytać z jego twarzy żadnych emocji. Ani jednej.

- To Airi Roux, najnowsza żona Ministra Rouxa. Podobno zaręczyli się zaledwie kilka miesięcy temu. Pracuje w aptece blisko Francuskiego Ministerstwa Magii. Z tego, co mówił tata wynika, że bez większych problemów mogłaby rywalizować ze Snape'em. – Izar odwrócił swój wzrok od Riddle'a i przeniósł go na kobietę, o której mówiła Daphne.

Francuski Minister Magii, Serge Roux, tańczył z wysoką Azjatką. Wyglądała na dobrych kilka lat od niego młodszą, głównie ze względu na swoje gęste włosy opadające jej na plecy. W szpilkach była o dobrą stopę wyższa niż Serge. Minister uśmiechał się lekko do swojej żony, ale jego oczy ukryte były za grubymi ramkami okularów.

- Małżeństwo dla pieniędzy? – zapytał Izar.

- Nie. – Daphne pokręciła głową. – To dziwne, ale nie. Pierwsza żona Ministra Rouxa, matka jego syna, rozwiodła się z nim zaledwie tydzień przed tym, jak oświadczył się Airi. Plotki głoszą, że Minister Roux miał z nią romans, gdy jeszcze był żonaty. Airi jest również córką bardzo wpływowego człowieka we Francji. Jej matka jest Azjatką, a jej ojciec Francuzem. To bardzo ładna para, a Airi to efekt ich połączenia.

Izar roześmiał się.

- Skąd ty gromadzisz te wszystkie informacje?

Daphne uśmiechnęła się tajemniczo.

- Gdybyś tańczył prawidłowo, tak jak ja, usłyszałbyś wszystkie te sekrety.

- Albo plotki – mruknął lekkim głosem Izar.

- A to wspaniała Kristine Steinar, żona Ministra Steinara. – Dłonie Daphne obróciły nim tak, że spoglądał na matkę Lukasa.

Ślizgonka miała rację, określając panią Steinar jako wspaniałą. Była to wysoka blondynka o bardzo odmiennych rysach twarzy. I pomimo że Lukas odziedziczył po swoim ojcu czarne włosy, resztę swojego wyglądu zawdzięczał matce. Kristine i Bjørn byli ładną parą, ubraną w stroje z najlepszych tkanin i w najwspanialsze klejnoty.

- Jakieś plotki na jej temat? – zapytał rozbawiony Izar.

Daphne wydawała się bardzo lubić Kristine, bo spojrzała groźnie na Izara.

- Nie. Jedynie, że - podobnie jak jej mąż - jest bardzo niebezpiecznym politykiem. Uwielbia współzawodnictwo i z radością wygrzebuje o swoich wrogach wszystkie możliwe informacje, które mogłaby wykorzystać. Zniszczyła kobietę, która miała poślubić Bjørna, aby samej się z nim ożenić. Jego pierwotna narzeczona zmarła na zatrucie pokarmowe. – Daphne uśmiechnęła się radośnie. – Jest moim idolem. Każda kobieta powinna być tak niebezpieczna.

Izar poczuł, że również mimowolnie się uśmiecha. Daphne nie miała powodu, by pragnąć stać się jak Kristine Steinar, bo Izar był pewien, że i tak okaże się całkiem przebiegła.

- Jeśli chcesz wiedzieć – kontynuowała Daphne – to ojciec opowiedział mi o zagranicznych politykach. Wyraził zainteresowanie spotkaniem z tobą, Izarze. – Spojrzała na niego z nadzieją poprzez swoje czarne rzęsy. – Malfoy poinformował mnie, że jego ojciec zaprosił cię na święta do swojej rezydencji. Powiedz mi, przyjąłeś to zaproszenie?

- Tak. – Izar skinął głową. – I, jak podejrzewam, chcesz, abym spotkał tam twojego ojca?

Nie wiedział zbyt wiele o panu Greengrassie, jedynie że był jednym z pierwszorangowych śmierciożerców Voldemorta. I że Daphne była nim oczarowana. Była, w każdym znaczeniu tego słowa, „córeczką swojego tatusia".

- Oczywiście. – Daphne uśmiechnęła się.

Powolna muzyka powoli dobiegała końca, robiąc miejsce szybszemu kawałkowi. Izar zbladł, przerażony. Daphne westchnęła, wyczuwając znieruchomienie Izara, po czym pociągnęła go z dala od parkietu.

- Jestem spragniona. – Zatrzepotała do niego rzęsami. Izar zauważył, że odwróciła się plecami do zbliżającego się do niej mężczyzny. Uśmiechnął się złośliwie pod nosem, zastanawiając, czy Daphne naprawdę była spragniona, czy może nie miała ochoty na konfrontację z odważnym Puchonem, który chciał poprosić ją do tańca.

Młody Gryfon, którego zadaniem było roznoszenie napoi, wręczył im pożądany przez nich kielich ponczu. Daphne natychmiast chwyciła swój i wypiła go zachłannie. Izar z niesmakiem spojrzał na Gryfona. Wygląda nieco… dziwnie.

Podniósł swój kielich do nosa i powąchał go niepewnie. Tak jak myślał, czuć od niego było alkoholem. Zanim jednak mógłby zwrócić się w tej sprawie do Gryfona, Daphne pociągnęła go za sobą za ramię, kierując się do ustronnego stolika. Izar spojrzał przez ramię na chłopca, który wręczył im napoje, mrużąc oczy. Czy nauczyciele nie nałożyli na nie jakiegoś zaklęcia lub bariery, aby powstrzymać buzujących hormonami nastolatków od przemycenia alkoholu?

Gryfon nie okazywał absolutnie żadnych emocji, odwzajemniając spojrzenie Izara.

- Nie pij ponczu… - zaczął Izar, odwracając się. Daphne spojrzała na niego niewinnie, trzymając w ręce pusty kielich. – Och, zapomnij. – Izar westchnął. Upewni się, że Daphne zostanie odpowiednio odprowadzona do swojego dormitorium i żadne dojrzewające dzieciaki nie będą obmacywać jej po kątach. Jeden kielich w końcu jej nie zaszkodzi.

Kiedy tylko usiedli, w ich stronę z niemal szaleństwem w oczach ruszył Draco.

- Merlinie – zaczął chłopiec, bez zaproszenia siadając między Daphne a Izarem. – To najgorszy możliwy taniec.

- Myślę, że to sprawa partnerki, którą ze sobą wziąłeś – mruknął słabo Izar. Ponad głową Draco zobaczył, jak Daphne odsuwa się od dziedzica Malfoyów. Jej twarz wyrażała słowa, których nie mogła wypowiedzieć na głos. Izar zastanawiał się, dlaczego ta dwójka tak bardzo opierała się przeciwko dogadaniu się ze sobą, ale zarazem myślał, że to całkiem zabawne. I pomocne, gdy pragnął uciec od jednego z nich. Jedyne, co musiał wtedy zrobić, to któremuś z nich wspomnieć o tym, z którym nie chciał mieć aktualnie nic wspólnego, a wtedy ten przylepiał się do niego.

- Parkinson – splunął Draco, do tego wszystkiego zerkając jeszcze przez ramię. – Jest niemal tak zła jak Greengrass…

Chłopiec zaczął narzekać na Parkinson. Izar wyłączył się na jego słowa, co robił zresztą dość często. Jego oczy przesunęły się po przyciemnionej sali, zatrzymując się na Cyprienie, reprezentancie Beauxbatons, kłócącym się z Lukasem Steinarem.

- Idę potańczyć, Izarze. Chcesz się do mnie dołączyć? – zapytała Daphne, wstając gwałtownie. Jej ton wskazywał na to, że minuty dzieliły ją od przeklęcia Malfoya, kiedy ten nie przerywał swojej tyrady na temat Pansy.

Izar potrząsnął głową, roztargniony przyglądaniem się, jak Lukas chwyta Cypriena za kołnierz i cicho szepcze coś do rudzielca. Dla kogoś innego nie wyglądałoby to ani trochę groźnie, a właściwie całkiem swobodnie. Ale Izar pochylił się do przodu, zainteresowany.

Cyprien westchnął, odpychając od siebie Lukasa, nim oddalił się od niego jak najszybciej, kierując do Izara.

- Izarze – przywitał go radośnie Cyprien, kiedy w końcu do niego dotarł. Reprezentant Beauxbatons usiadł obok niego, po czym pochylił się bliżej, aby szepnąć mu do ucha: - Nie pij ponczu. – Jego głos drżał trochę, jakby był niepewny, czy powinien mu to mówić.

Izar spojrzał na stół, sięgając po kielich, ale ten zniknął. Zmarszczył brwi, zanim szybko chwycił pusty kielich Daphne i powąchał go. Nie wyczuł w nim alkoholu. Nie pachniał w ten sam sposób, co jego kielich.

- Gdzie mój kielich? – zapytał się Dracona.

Chłodne szare oczy Malfoya skierowały się z nieufnością na Cypriena, nim obróciły się w stronę Izara.

- Greengrass wzięła go ze sobą – nie powiedział nic więcej, na tyle mądry, by uświadomić sobie, że działo się przed nim coś dziwnego.

Izar odwrócił się do Cypriena.

- Dlaczego? – Spojrzał ponownie na miejsce, gdzie stał Lukas, ale ten wygodnie już się z niego ulotnił. Grafitowo-zielone oczy zwróciły się znów na Cypriena, przyglądając się niewzruszonemu wyrazowi na jego twarzy. – Czy ktoś zakropił go alkoholem?

Cyprien prychnął lekko. Kiedy się odezwał, jego francuski akcent był bardzo słyszalny:

- Plotka głosi, że w twoim kielichu jest Vesania.

Izar zamarł w bezruchu.

Vesania była bardzo silnym liściem, który rozpuszczał się w cieczy. Bardzo szybko rozprzestrzeniał się po organizmie, rozmnażając w żołądku w postaci czarnej mazi. Ten czarny, toksyczny śluz przedzierał się do mózgu i go niszczył. Jego zaletą było to, że jego zapach był bardzo podobny do słabego alkoholu.

Otworzył oczy.

- Daphne – zawołał Izar, wstając gwałtownie od stołu, wysyłając z trzaskiem swoje krzesło na ziemię. Ten dźwięk zwrócił uwagę wielu uczniów i Izar rzucił się w stronę parkietu. Słyszał, jak za jego plecami Draco woła nauczycieli, którzy mieli właśnie opuścić salę.

- Profesorze Snape! Izar…

Z sercem w gardle zepchnął ze swojej drogi jakąś parę, która po prostu sobie stała. Krzyknęli, upadając na podłogę, ale Izar ledwie to zauważył, próbując przedrzeć się przez gęsty tłum tańczących osób. Wszyscy oni śmiali się i bez przerwy przemieszczali, sprawiając, że Izar miał wrażenie jakby jego ciało zaczęło poruszało się okropnie wolno w jakimś przerażającym koszmarze. Bez przerwy ktoś na niego wpadał lub go popychał, a on starał się powstrzymać krzyk wściekłości.

Zamiast tego podniósł gwałtownie różdżkę w górę, wydając z niej ogłuszający trzask.

Wszyscy uczniowie krzyknęli, zakrywając dłońmi uszy. Muzyka przestała grać, a ciała przestały się poruszać.

Izar zaczął przepychać się do przodu, w końcu dostrzegając Daphne. Patrzyła na niego tępo, otoczona grupą Ślizgońskich dziewczyn, po czym kielich wyślizgnął się jej z dłoni. Ślepo wyciągnęła rękę w stronę siostry, zanim upadła z hukiem na podłogę.

Przybył zbyt późno.

Przybył zbyt cholernie późno.

Izar zaczął biec, wskazując różdżką w stronę rozlanego napoju, niewerbalnie ustawiając go w ogniu. Przez tłum przetoczyły się wrzaski, spowodowane zarówno ogniem, jak i nagłym upadkiem Daphne. Astoria Greengrass podniosła w szoku ręce do ust, opadając na kolana obok swojej siostry.

- Co się dzieje?

Ignorując jej rozpaczliwe pytanie, Izar wskazał różdżką na Daphne.

- Eructo.

Opadł obok niej na podłogę w tym samym momencie, kiedy zaklęcie zaczęło działać. Jego ręce trzęsły się, kiedy ostrożnie przesunął głowę Daphne na bok, gdy zaczęła wymiotować. Czarna maź opuszczała jej żołądek wraz z cyklicznie pojawiającymi się skurczami. Izar był wyraziście świadomy zatrzymujących się przed nimi nauczycieli oceniających całą scenę, ale był zbyt skupiony na drżącym ciele Daphne, aby w jakikolwiek sposób to okazać.

Jeszcze raz rzucił zaklęcie Eructo, tym razem niewerbalnie. Jej żołądek znów został zmuszony do wyrzucenia swojej zawartości. Tym razem było w nim mniej czarnej mazi, ale i tak wciąż była obecna.

Snape uklęknął obok Izara, wyciągając różdżkę i zataczając nią małe okręgi wokół głowy Daphne. Nie przerywając tego ruchu, spojrzał na Izara swoimi onyksowymi oczami.

- To był doskonały pokaz szybkiego myślenia, panie Harrison. Dobra robota. – Izar był zbyt oszołomiony nagłym atakiem Daphne, aby odpowiedzieć mu w jakiś sensowny sposób. Ograniczył się tylko do gwałtowanego skinienia głową. – Musi zostać szybko przeniesiona do Skrzydła Szpitalnego. W jej organizmie może być tego więcej. – Tym razem Snape odezwał się do Dumbledore'a.

Mężczyzna uniósł zaklęciem ciało Daphne, kiedy tylko skończył zaklęcie skanujące jej głowę.

Izara chwyciły silne ręce, podnosząc go z podłogi.

- Wszystko z tobą w porządku, Izarze? – To był Syriusz. Trzymał go mocno.

Ignorując swojego wuja, chłodne grafitowo-zielone oczy Izara obserwowały, jak Snape i Dumbledore szybko przenoszą Daphne do Skrzydła Szpitalnego. A następnie zaczęły rozglądać się po sali w poszukiwaniu jego.

Lukas wykradał się za drzwi, napotykając wzrok Izara, gdy znikał za rogiem.

Oszołomienie Izara zostało zastąpione przez wściekłość i wyrwał się z uścisku Syriusza, rzucając się w pogoń za reprezentantem Durmstrangu. Wydawało mu się, że ściganie Steinara szło mu o wiele szybciej i łatwiej niż szukanie Daphne. Być może dlatego, że wściekłość sprawiała, że wszystko wydarzało się znacznie szybciej, zbyt szybko, aby można to zrozumieć. A strach i desperacja powodowały, że wszystko toczyło się boleśnie powoli.

Uczniowie, których zostawił za sobą w Wielkiej Sali rozmawiali głośno o tym, co się wydarzyło. Nie obchodziło go, co sobie pomyślą. Ważne było, by zyskał swoją zemstę.

Mroźno niebieskie oczy znajdującego się w głębi korytarza Lukasa rozszerzyły się, kiedy spostrzegł goniącego go Izara.

- Du er gal!** – wykrzyknął po norwesku chłopiec, zanim jak najszybciej zniknął za rogiem. Miał różdżkę w dłoni, a na jego przystojnej twarzy widniała determinacja. Nie zatrzymał się jednak, aby się bronić. Uciekał. Był winny.

- Nie widziałeś jeszcze kogoś szalonego, Steinar – syknął Izar, biegnąc przez labirynt ciemnych korytarzy, czekając z rzuceniem zaklęcia, aż będzie pewny trafienia w biegnącego Lukasa.

Nie miał ku temu jednak okazji.

Kiedy biegł korytarzami Hogwartu bardzo oddalonymi od Wielkiej Sali, czyjeś ramiona szybko owinęły się wokół jego talii, bez trudu podnosząc go z ziemi. Izar walczył z nimi, ogarnięty żądzą zemsty. Nie mógł się teraz zatrzymać. Ale chociaż trzymające go ramiona były szczupłe, były również zbyt silne, aby był w stanie się z nich wyrwać.

- Zrobisz coś, czego będziesz później żałować. Przestań być taki lekkomyślny.

To był Riddle.

I mając przed oczami czerwone plamki, ogarnięty wściekłością Izar przycisnął czubek swojej różdżki do jego szyi, obracając się.

Czysta groźba, która pojawiła się w oczach Riddle'a, kiedy Izar dotknął go swoją różdżką sprawiła, że Krukon powoli zaczął odzyskiwać jasność umysłu. Strach ścisnął jego żołądek.

- Dziecko… – wymruczał niebezpiecznie Riddle. – Spróbuj, jeśli chcesz. Możesz być faworyzowany, ale nie aż tak faworyzowany.

Pewność siebie Izara zniknęła, jego ciało rozluźniło się bezwiednie w uścisku Riddle'a. Powoli odsunął swoją różdżkę, wskazując nią w podłogę, a nie jak wcześniej w Czarnego Pana.

- Przepraszam – powiedział sztywno Izar. Przez krótką chwilę zastanawiał się, czy jakikolwiek inny śmierciożerca przeżyłby wystarczająco długo, aby móc opowiedzieć swoją historię o wskazywaniu różdżką bezpośrednio w szyję Czarnego Pana. Pewnie nie.

Młodszy czarodziej został postawiony na ziemi, ale ręka leżąca na jego ramieniu zapewniła go, że w najbliższym czasie nigdzie się nie rusza. Kiedy wrócił do rzeczywistości, w końcu zaczął znów używać swojego bystrego umysłu. Latanie po korytarzach z pragnieniem zemsty było dość głupie z jego strony. Zbyt zuchwałe i publiczne. W kącikach jego głowy szeptał również cichy głosik mówiący mu, że Lukas mógł być przecież niewinny tej całej sytuacji. Nie znał jeszcze wszystkich faktów.

Cierpliwość. To była cnota.

- Nie jesteś znany z ulegania emocjom – powiedział z zamyśleniem Riddle. Jego palce wbiły się mocniej w ramię Izara, kiedy powoli poprowadził ich z powrotem do głównych części zamku. Lukas już dawno zniknął, albo uciekając w głębsze czeluście Hogwartu, albo wracając do jego głównych części. – Wręcz przeciwnie, widziałem, jak zachowujesz trzeźwy umysł w sytuacjach, z którymi nie poradziłaby sobie większość czarodziei. Proszę, oświeć mnie, co tak bardzo różni tę sytuację od innych?

Zatrzymał się, powodując, że Czarny Pan zrobił to samo.

- To ja miałem wypić ten kielich. Daphne… mogła umrzeć. To właśnie ją różni. – Izar nie rozumiał, co insynuował Riddle. Jak mógł on nie zdawać sobie sprawy, dlaczego ta sytuacja była taka ważna?

- Powiedz mi. – Riddle pochylił się bliżej niego, jego oczy wręcz ociekały kpiną. – Kochasz ją?

Izar odchylił się od niego, wściekły zarówno na siebie, jak i Riddle'a. Cała ta sytuacja bezlitośnie przypomniała mu, że Czarny Pan nie troszczył się w ogóle o swoich popleczników, w tym Daphne. Byli oni tylko jego pionkami i marionetkami. Zwykłymi przedmiotami, które dostarczały mu rozrywki. Izar o tym wiedział. Dlaczego więc zakładał, że Voldemort nagle stanie się bardziej wyrozumiały dla Daphne i całej tej sytuacji? Tylko dlatego, że Izar uważał Daphne za kogoś bardziej wartego uwagi niż większość ludzi nie znaczyło, że to samo sądził o niej Czarny Pan.

Był głupcem.

Pochylił głowę, próbując się opanować. Riddle nie okaże mu tego wieczora żadnego współczucia. Nie żeby Izar go potrzebował lub chciał, ale miło byłoby poczuć, że ktoś rozumie jego szaloną żądzę zemsty.

- Nie. – Izar uniósł wyżej brodę, spoglądając w oczy Czarnego Pana. – Nie kocham jej – powiedział chłodno, ale szczerze.

Dzisiejsze wydarzenia uświadomiły jednak Izarowi, że troszczy się o Daphne, nawet jeśli tylko trochę. Jasne, bez przerwy świergotała mu coś do ucha. Irytowała go swoim zupełnym brakiem zainteresowania nauką i czytaniem. Brzydziło go również jej kobiece zachowanie. Ale w tym wszystkim była również zabawna i, w przeciwieństwie do większości otaczających go dzieci, nie była skupiona wyłącznie na sobie. Rozumiała znaczenie obowiązku i rodziny. Była też niewinną ofiarą tego ataku.

Riddle uśmiechnął się powściągliwie, po czym wyprostował. W jego oczach pojawił się dziwny błysk i Izar przypomniał sobie, że Riddle wiedział, co takiego dzieje się w tym Turnieju.

- Wiesz, czyja to sprawka? – zapytał cicho Izar, ale jego głos i tak rozbił się słabo echem po ciemnym, pustym korytarzu.

Wysoki mężczyzna pochylił głowę.

- Mam swoje podejrzenia – oświadczył nieco niebezpiecznie, zanim znów ruszył korytarzem.

- Kto? – zapytał spokojnie Izar, chociaż w głębi siebie klął na Voldemorta. Już z powodu samego sposobu, w jaki ten się zachowywał Izar zaczynał mieć przeczucie, że Czarny Pan doskonale wie, kto za tym wszystkim stoi. Po prostu zatrzymywał to dla siebie, patrzył, jak to wszystko się potoczy, zanim sam zaatakuje.

- To ta sama osoba, która zatruła cię w czasie pierwszego zadania.

- Jeśli się nie mylę – wycedził Izar, mrużąc oczy – nie jest to odpowiedź na moje pytanie „kto", a raczej kolejna tajemnicza wymówka.

Kiedy dotarli do głównego wejścia, Izar szybko wmieszał się w morze uczniów. Zostawił za sobą Riddle'a i nic go nie obchodziło to, jak lekceważące było jego zachowanie. Był na niego wściekły. Voldemort wiedział o czymś, co działo się za kulisami i nie chciał oświecić Izara. Jeśli tylko potrzebowałby jakiegoś dowodu na to, że po dowiedzeniu się o tym, iż są swoimi partnerami rzeczy pomiędzy nim a Voldemortem w ogóle się nie zmienią, wystarczyłoby, aby spojrzał na tę całą sytuację.

Voldemort nie traktował go ani trochę inaczej.

To było zarówno błogosławieństwo, jak i klątwa.

Izar wydostał się z morza uczniów i ruszył korytarzem prowadzącym do Skrzydła Szpitalnego. Jak Voldemort mógł wiedzieć, kto stoi za tymi wszystkimi atakami i nie powiedzieć tego Izarowi? Chyba że…

Potknął się, kiedy szedł, ale nie zważył na to, nie zatrzymując się. Co, jeśli Dumbledore i Steinar mieli rację? Co, jeśli to Voldemort stał za tymi atakami, chcąc upewnić się, że Norwegowie i Francuzi nie wygrają tego Turnieju? Brzmiało to małostkowo i bardzo nierealnie, ale Voldemort był na tyle okrutny, aby było go na coś takiego stać. Tylko dlaczego, w takim razie, stawiałby Izara w tak dużym zagrożeniu, skoro był jego partnerem? To nie miało najmniejszego sensu.

Poczuł, że coś zaciska się w jego żołądku, kiedy przez jego głowę przemknęło wyjaśnienie. Co, jeśli wszystko to było kłamstwem? Istniała możliwość, że wtedy, na balu w Ministwerstwie, Voldemort wiedział już, że Izar jest bękartem Regulusa. I to wtedy to wszystko by się zaczęło. Voldemort nakarmiłby go kłamstwem, że są swoim partnerami, aby Izar złożył w nim swoje nieodwzajemnione zaufanie. I przez ten cały czas planował zniszczyć Regulusa poprzez zabicie Izara w Turnieju. Przy okazji wrabiając we wszystko Norwegów i może nawet Francję, zapewniając tym samym „zwycięstwo" Wielkiej Brytanii.

Izar wiedział, że jego domysły są oburzające i śmieszne. Był to jednak plan, który byłby w stanie stworzyć Riddle. Pogrywałby sobie z emocjami wszystkich ludzi, z ich zaufaniem i byłby niesamowicie dobrze przemyślany, co do najmniejszego szczegółu.

Izar nie chciał jednak i nie zamierzał w to wierzyć. Wiedział, że to nie Czarny Pan stoi za tymi atakami.

Co nie zmieniało faktu, że sama taka myśl sprawiała, że czuł gorycz w ustach. A jego żołądek się zaciskał.

- Panie Harrison – zawołał Dumbledore z drugiego końca korytarza. Otaczało go kilkoro uczniów – Lukas Steinar, Cyprian Beaumont i ten młody Gryfon, który dał im kielichy z ponczem.

- To pan Colin Creevey, piątoroczny Gryfon – stwierdził Dumbledore, kładąc rękę na wstrząśniętym chłopcu.

Wszyscy oni stali przed zamkniętymi drzwiami do Skrzydła Szpitalnego. Izar odsunął się od Riddle'a, kiedy ten podszedł do niego od tyłu. Zignorował ciekawe spojrzenie, jakim ten go obdarzył i zamiast tego przyjrzał się Creeveyowi. Wyraźnie pamiętał go ze swoich zajęć, kiedy nie przeskoczył jeszcze roku nauki. Był szlamą, równie irytującą, co sama Granger.

Jego bystre oczy przyjrzały się bladej twarzy chłopca i jego drżącemu ciału. Emocjom w jego oczach było bardzo daleko do niewzruszonego wyrazu, jaki miały w czasie balu.

- Zaklęcie Imperius – wyszeptał Izar. – Był pod wpływem Imperiusa, mam rację, dyrektorze? – Zatrzymał się blisko zgromadzonej grupy, zerkając na drzwi prowadzące do Skrzydła Szpitalnego.

- Tak – odpowiedział z powagą Dumbledore. Spojrzał na Riddle'a znad swoich okularów, a następnie przesunął wzrok na podchodzącego do nich Ministra Steinara. – Najwyraźniej ktoś umieścił pana Creeveya pod zaklęciem Imperiusa. Obecny tu pan Steinar… - Dumbledore skinął głową w stronę cichego reprezentanta Durmstrangu, którego wzrok skupiony był prosto na Izarze. - …twierdzi, że widział jak pan Creevey kruszy liść Vesanii do twojego kielicha i następnie ci go daje.

Izar westchnął cicho, spoglądając w długi, ciemny korytarz, nim skierował swój chłodny wzrok na Lukasa.

- Dlaczego w takim razie sam mi o tym nie powiedziałeś? – zapytał ostro.

Zanim Dumbledore mógłby mu odpowiedzieć, w słowo wtrącił mu się Norweg:

- Nie za bardzo mnie obchodzisz. Chociaż ostatecznie wygląda na to, że wygrała moja moralność. Powiedziałem Beaumontowi, aby ci powiedział. W końcu uwierzyłbyś mu bardziej niż mnie. Nie chciał tego zrobić, twierdząc, że nie ma zamiaru wdawać się w jakiś głupi żart. Ale w końcu ci powiedział. Kilka sekund za późno. – Tutaj chłodne oczy zwróciły się na winnego Cypriena.

Rudzielec skrzywił się, obracając do Izara.

- Nie miałem powodu, aby ufać Steinarowi. Gdybym wiedział, że Vesania rzeczywiście jest w twoim kielichu, nie wdałbym się w tę sprzeczkę.

Izar skinął ostro głową. Przez chwilę zastanawiał się, czy mówili prawdę.

- Macie jakikolwiek pomysł, kto może za tym stać? – zapytał tępo Krukon. – Lub – zaczął złośliwie, zerkając na Ministra Steinara – myślicie może, że to ja przekląłem Creeveya, aby znów się zatruć? Jak sądzę w rzeczach Lukasa znajdziecie kolejną książkę, w której zakreślony będzie rozdział o Vesanii. A wtedy z kolei jej liście w mojej szkolnej torbie.

Steinar uniósł wargę.

- To bardzo prawdopodobne.

Dumbledore podniósł rękę, jego magia zawrzała.

- Wystarczy. – Z przenikliwych niebieskich oczu zniknęły iskierki, a piernikowe ludziki na jego szatach uciekły do domów, aby się w nich ukryć. – Nie mam zamiaru cię obwiniać, panie Harrison. Nie sądzę, abyś to ty stał za tymi atakami. – Dumbledore zrobił krok w jego stronę. Jego oczy świeciły. – Te ataki stają się zdecydowanie zbyt śmiałe. Stanowią niebezpieczeństwo dla innych uczniów w mojej własnej szkole. Nie pozwolę, aby jakakolwiek większa krzywda stała się moim uczniom. – Dumbledore spojrzał na Ministra Steinara i Riddle'a. – To obietnica.

Izar usiadł na jednym z krzeseł pod Skrzydłem Szpitalnym.

- Wszyscy możecie odejść. – Dumbledore oddalił każdego machnięciem ręki. – Panie Creevey, powinieneś udać się do pani Pomfrey, aby cię zbadała. Być może noc w Skrzydle Szpitalnym dobrze ci zrobi.

Reprezentanci odeszli i niechętnie podążyli za nimi również politycy. Riddle był ostatni. Izar kompletnie go zignorował, zamiast tego wpatrując się w zamknięte drzwi do Skrzydła Szpitalnego. Jednak nawet pomimo tego, że na niego nie patrzył, był świadomy wszystkiego, co ten robił. Riddle wydał z siebie niski chichot, zanim spokojnie oddalił się korytarzem. Ta obietnica, że to jeszcze nie koniec sprawiła, że skórę Izara przeszły ciarki.

Co go jednak zaskoczyło, to że Dumbledore usiadł obok niego, klepiąc jego kolano.

Izar odwrócił się, spoglądając na niego.

- Myślę, że panna Greengrass wyzdrowieje, panie Harrison.

Przyglądał się, jak kilka piernikowych ludzików wyskakuje ze swoich domów i powoli znów zaczyna tańczyć.

- Wiem. – Izar spróbował się uśmiechnąć. – Potrafi być czasami bardzo uparta.

Zapadła między nimi cisza. Dumbledore nie przestawał wpatrywać się w ciemny korytarz, jak gdyby wiedział, że ktoś się w nim chowa. Izar nie byłby zaskoczony, gdyby Riddle kręcił się w pobliżu. Czarny Pan był względem niego zdecydowanie nadopiekuńczy, gdy znajdował się blisko Dumbledore'a.

- Jest coś, co chciałby mi pan powiedzieć, panie Harrison? – zapytał cicho Dumbledore. Ton, jakiego użył był tym boleśnie dziadkowaty.

Grafitowo-zielone oczy odwróciły się, przyglądając uważnie zachęcającemu wyrazowi na tej starej twarzy. Czy to w taki właśnie sposób została zmanipulowana jego matka? Chciała zaufać Dumbledore'owi w sprawie swoich tajemnic, mając nadzieję, że jej pomoże i ją poprowadzi? Izar zastanawiał się, kto spośród nich wszystkich okazałby się najokrutniejszym manipulatorem.

Voldemort, Czarny Pan, który w swoich manipulacjach był raczej złowrogi i podstępny? Zawsze, gdy tylko Czarny Pan manipulował, jego ofiara zdawała sobie z tego sprawę dopiero po tym, jak było już po fakcie. A kiedy ofiary Voldemorta w końcu uświadamiały sobie, że zostały zmanipulowane, ogarniało ich przytłaczające załamanie i żal.

A może Dumbledore, staruszek, który manipulował cicho, nie zostając na tym przyłapanym? Jego głos pobudzał poczucie komfortu i bezpieczeństwa, ale był również opleciony manipulacjami. Zarzucał sidła na swoje ofiary poprzez bycie przyjaznym. I jeśli jego ofiara zaczynała zauważać, że została oszukana, Dumbledore przybierał cierpiętniczy wyraz twarzy i wymyślał bardzo dobrą wymówkę tłumaczącą, dlaczego sobie z nimi nie pogrywał. W końcu jak ktoś tak dobry i święty mogły być tak okrutny? Przecież to wszystko było dla większego dobra. Dla większego dobra Jasnej Strony.

- Nie, nic. – Izar pokręcił głową. – Gdyby było, może być pan pewny, że bym panu powiedział, dyrektorze.

Okulary mężczyzny odbiły światło płomienia pochodni, kiedy się uśmiechnął. Zanim mógłby jednak odpowiedzieć, drzwi do Skrzydła Szpitalnego otworzyły się.

Izar zerwał się na równe nogi, obserwując wychodzącego z pomieszczenia Snape'a. Spojrzał on na Izara i Dumbledore'a, zaciskając usta.

- Co z nią? – zapytał o Daphne.

- Jej stan jest stabilny – odparł chłodno Snape. – Jest w samoleczniczej śpiączce. Jej mózg próbuje wydobyć się z szoku spowodowanego dotykiem Vesanii. Są z nią ojciec i siostra. – Nauczyciel umilkł, przesuwając wzrokiem po Izarze. – Jak im powiedziałem, wydobycie trucizny z jej żołądka, zanim mogłaby dostać się do jej krwioobiegu było z twojej strony bardzo szybkim i mądrym posunięciem. Dobra robota, panie Harrison.

Izar opuścił wzrok, czując ulgę.

- Dziękuję, profesorze.

- Dziękuję, Severusie. – Dumbledore skinął ze wdzięcznością głową. – Wywdzięczasz szkole wielką przysługę.

Snape nie odpowiedział. Skinął tylko ostro głową i szybkim krokiem ruszył w stronę lochów.

- Miłego wieczoru, panie Harrison. – Stara, pomarszczona ręka poklepała go po ramieniu, zanim dyrektor wszedł do Skrzydła Szpitalnego, bez wątpienia po to, aby zapewnić pana Greengrassa, że o wszystko „zadbano".

Po raz ostatni spoglądając w zamknięte drzwi, Izar powoli skierował się do Pokoju Wspólnego Ravenclawu. Czuł się lepiej. Istniała szansa, że Daphne nie obudzi się do końca normalna, owszem, ale Snape zapewnił Izara, że udało mu się wydostać większą część trucizny z żołądka, zanim ta mogłaby się rozprzestrzenić.

Tuż pod schodami pochodnie zamigotały i zgasły, pogrążając go w ciemności. Izar szybko odwrócił się na pięcie, kiedy wydawało mu się, że dostrzega niedaleko jakąś postać. Powietrze pachniało magią Riddle'a i Izar zesztywniał, kiedy poczuł na sobie spojrzenie tych potężnych oczu.

- Zobaczymy się w czasie świąt, panie Black – wyszeptał mężczyzna do jego ucha, po czym zimne usta musnęły wrażliwą skórę jego szyi.

Izar odwrócił się w tamtą stronę, chcąc zakwestionować motywy mężczyzny.

Ale nikogo tam nie było.


* Updo – charakterystyczne upięcie włosów w coś przypominającego luźnego, poplątanego koka.

** tłum. Jesteś szalony!