Nasłuchiwał w skupieniu. Ciszę panującą wokoło zakłócały odległe pobrzękiwanie zbroi gwardzistów zmieniających się podczas warty na dziedzińcu. Gdzieś z oddali, przez szyby kominowe dochodził powtarzający się głuchy odgłos. Znak, że w kuchniach na dole służący dokładali do ognia. Ponad basztami hulał wiatr, przeciągłe wycie słychać było w całym pałacu, ale tutaj, w narożnych komnatach północnego skrzydła, było szczególnie donośnie. Wiatr przeganiał chmury pozwalając wyłonić się niekiedy bladej tarczy miesiąca zawisłej na aksamitno granatowym niebie. Wówczas dachy pałacu i okolicznych rezydencji połyskiwały zimnym światłem, w oddali poza szarymi murami miasta lśniły wody rzeki Minanter.
Poruszył się niespokojnie w swoim łóżku. Z pokoju obok nie dobiegał żaden odgłos. Jego stary mentor musiał już zasnąć. Chłopiec czekał aż dobiegnie go monotonne, powtarzające się pochrapywanie. Dopiero wówczas wygrzebał się spod pierzyny.
Wystarczyło tak niewiele, jeden prosty gest ręką, aby zapalić świeczkę stojącą na stoliku przy łóżku. Chłopiec skupił się na wewnętrznej energii. Poczucie bliskości Zasłony niemal fizycznie odczuwalnej. Żar ognia mrowił w palce. Jedno pstryknięcie i knot świecy zapłonął radosnym płomykiem.
Niedorostek wygramolił się z posłania, szybko naciągając na siebie ubranie i na palcach opuścił komnatę, kierując się do południowego skrzydła, znanymi mu tajnymi przejściami, tak by ominąć strażników rozmieszczonych przy apartamentach książęcych.
Wreszcie pokonując kręte schody wsunął się przez ukryte w boazerii drzwi do pustej sali mieszczącej się w południowej wieży zamkowej. Wszystko w tej komnacie było zakurzone i zapomniane. Drzwi wiodące do tej części apartamentów zostały zamknięte dawno temu na cztery spusty. A mimo to, wszystko co tu porzucono, było dla dziecka pociągające i znajome.
Mały poszukiwacz rozniecił niewielką świecę, jego wzrok prześliznął się po srebrzystym Ostrzu Miłosierdzia spoczywającym na hakach wbitych w ścianę, wokół głowni obwiązana wyblakła, czerwona szarfa. Płomyk odbijał się refleksami na napierśniku i naramiennikach, wykutych z ciemnoszarej stali ze srebrnym emblematem Kirkwall. Długi kostur z pięknie połyskującego złota i mahoniu kusił, by go dotknąć. Chłopiec zagryzł wargę. Nie powinien dotykać różyczki, magiczne drzewo jakby lgnęło do jego ręki, śpiewało w jego dłoniach, a on był ciągle za mały by zapanować nad magią zaklętą w Kluczu Malcolma. Ostatnio, gdy wyciągnął z kufra sztylet z runami ognia, o mało nie spalił wszystkiego w pokoju. Tylko dzięki szybkiemu refleksowi i szczypcie magii zdołał ugasić płonące zasłony. Gdyby ojciec dowiedział się, że zakrada się tu bez jego zgody… lepiej nie myśleć co by zrobił, może oddałby go do Zakonu. Tak jak zrobili z nim dziadkowie, gdy był niegrzeczny.
Chłopiec otworzył wieko kufra, skrzywił się, gdy nienaoliwione zawiasy skrzypnęły. Ze środka dobył wielką księgę, oprawioną w drewno i skórę. Z zadowoleniem przesunął palcami po spękanej od starości okładce. Usadowił się obok łóżka, opierając plecy o zakurzoną kapę. Założył za ucho opadające mu na twarz falujące pasma kasztanowych włosów. Jego bystre jasnoniebieskie oczy szybko przebiegały po kartkach zapisanych drobnym maczkiem, poszukując miejsca, w którym zakończył wczorajszej nocy…
„ Wiosna tego roku ociągała się z przyjściem na wybrzeże Wolnych Marchii. Dni były pochmurne i sztormy szalały bezustannie od końca zimy do końca miesiąca Drakonis roku 9:42. Rad więc byłem uniknąć tej paskudnej pogody, Orlais jednak nie byłoby moim pierwszym wyborem. Niemniej jednak, gdy Hawke oświadczyła, że przyjęła zaproszenie diuka Prospera de Montfort, po prostu musiałem to zobaczyć. Epickie wydarzenie, łowy na wiwernę (nie miałem wątpliwości, kto będzie zwycięzcą, chociaż może gdybym wiedział, że swą obecnością zaszczyci nas również lady Cousland…, może nie zakładałbym się z Isabelą.) Nasza mała grupka wyruszyła z doków Kirkwall żegnana przenikliwym piskiem mew…
~o~
Uśmiechała się i potakiwała w odpowiednim momencie grając rolę dobrze wychowanej, obytej w towarzystwie arystokratki. Z potoku słów diuka nie docierało do niej jednak zbyt wiele, jego denerwujący akcent i ton, który nie zna sprzeciwu, drażniły ją. Zamiast go słuchać zastanawiała się, jak w ogóle można założyć na siebie takie cudactwo. Po minie Fenrisa i Varrika poznawała, że mieli podobne zdanie na temat szat księcia de Montfort. Dopiero ostatnie zdanie Prospera przykuło jej uwagę
–…co phrrrrawda mamy tu już jednego z przedstawicieli Amellów… – książę wskazał kierunek, gdzie wśród grupy gości widać było niebieskie tuniki i srebrzące się zbroje – być może powinniście połączyć siły…?
Spomiędzy kilkuosobowej grupy wysunął się Carver. Strażnik wydawał się wyraźnie zaskoczony widokiem siostry, zapewne nie bardziej niż ona odkrywając, że nie jest tu sam. Przez myśl przeszło jej, że może są z nim Laura i Theron, nigdzie jednak nie dostrzegła smukłej sylwetki ciemnowłosego elfa, ani nie słyszała szczebiotania kuzynki.
Gdy Hawke podszedł do niej, towarzyszyła mu kobieta. Varric westchnął, co oznaczało, że był na równi zaskoczony, co zachwycony. Reiven po chwili domyśliła się kim jest płomiennowłosa piękność paradująca pomiędzy arystokratami z taką gracją w ciężkiej półpłytowej zbroi strażnika.
– Nie sądziłem, że cie tu spotkam – zaczął Carver.
– Mi też miło cię widzieć – odpowiedziała, kwaśno uśmiechając się do brata.
Kobieta stojąca za Hawke'iem zakaszlała znacząco i Strażnik natychmiast obrócił się do niej, podając jej swoje ramię.
– Skoro już tu jesteś, chciałbym ci przedstawić lady Elise Cousland, komendantkę Szarych w Fereldenie i arle….
– Daj spokój, tytuły są dobre dla zakichanych Orlaisian – przerwała mu jego towarzyszka. – Jestem Elisa, miło poznać słynną siostrę jednego z moich kapitanów – kobiety podały sobie dłonie jednocześnie mierząc się wzrokiem.
– Reiven. Miło poznać kobietę, która utemperowała charakterek mojego uciążliwego brata.
– Och, zapewniam, że Carver nie sprawia kłopotów, na ogół – Cousland zerknęła na rumieniącego się Strażnika u jej boku. Reiven uznała, że to będą ciekawe i pouczające wakacje.
– A to zapewne musi być słynny pisarz i gawędziarz Varric Thetras, Carver wiele wspominał o pańskim talencie…
Reiven nie mogła powstrzymać chichotu widząc, jak krasnolud nadyma się jak paw.
– A to zapewne jest Fenris – elf okazał się bardziej odporny na oszałamiający uśmiech lady Cousland.
– A to… – Strażniczka zwróciła się do swego zastępcy, ale chłopak wzruszył jedynie ramionami.
– Jestem Tallis – przedstawiła się elfka dygając z gracją. – Najnowszy nabytek nietuzinkowej kompanii lady Hawke.
– Tallis?
Reiven wydało się, że Elisa stara się sobie coś przypomnieć, ale wyraz zastanowienia szybko zastąpił łagodny uśmiech na twarzy kobiety i dalsza rozmowa na temat planowanego polowania potoczyła się gładko.
– Reiven… – Carver pociągnął ją za łokieć, gdy opuszczali podzamcze Chateau de Haine – … gdybyś była tak miła nie pakować nas w żadne tarapaty, nie chciałbym… łamać żadnych zasad Strażników.
Hawke uniosła brwi, jej usta ułożyły się w złośliwy uśmieszek.
– Postaram się nie zawstydzić cię w oczach „twojej" komendantki.
– Uhm… postarajmy się zachować pozory miłej, rodzinnej atmosfery, przynajmniej do czasu, aż załatwisz to, po co tu przybyłaś.
Na nieco zdziwiony wyraz twarzy siostry, Carver przewrócił oczami.
– Za dobrze cię znam, coś knujesz siostrzyczko, mam tylko nadzieję, że nie wplączesz nas w jakąś awanturę jak ostatnio…
Reiven pokazała mu język, po czym przyśpieszyła kroku zrównując się z Elisą.
– Więc może chcesz poznać kilka zabawnych historyjek z życia Carvera zanim urósł i stał się niemożliwe zrzędliwy…?
~o~
…Gdy patrzyłem na Tallis, umazaną we krwi, skaczącą po polanie i wydającą świszcząco–wyjące odgłosy mające imitować bryłkowca, miałem ochotę parsknąć śmiechem. To nieprawdopodobne, żeby w ten sposób wabić wiwerny. Nie przypuszczałem, że za chwilę staniemy oko w oko z dorodnym okazem. Na kamienne tyłki Patronów, nie sądziłem, że ta śmieszna metoda może poskutkować. Stworzenie, które w innych okolicznościach bardzo by mi się podobało ze względu na ubarwienie łuskowatej, połyskliwej skóry, teraz syczało, prychało, próbowało nas staranować lub opluć jadem. Kto by pomyślał, że to ciężkie stworzenie na krótkich, krzywych łapach i o smętnym, ospałym spojrzeniu, potrafi tak zwinnie się przemieszczać?
Stwór wyskoczył spomiędzy drzew lądując na polanie z głośnym pomrukiem. Mimo że to Tallis była umazana krwią, z jakiś niewytłumaczalnych względów to paskudne szkaradztwo obrało sobie za pierwszy cel ataku moją skromną osobę. Nim mogłem ukryć się między drzewami, otrzymałem potężny cios ogonem i pofrunąłem w powietrzu, kurczowo trzymając moją piękną Biankę w dłoniach. Musiałem uderzyć się w głowę, bo gdy oprzytomniałem, wiwerna krwawiła obficie z licznych rozcięć i ran. Rozwścieczone zwierzę staranowało Fenrisa, Reiven krzyknęła z furią i rzuciła się z boku na pomoc swojemu wytatuowanemu ponurakowi, jej sztylet (ten, przy którym Sandal całkiem niedawno majstrował dodając runę ognia) świsnął w powietrzu pozostawiając za sobą smugę iskier i z całym impetem wbił się w nozdrze wiwerny. Jaszczur wydobył z siebie przeraźliwy wrzask, obrócił łeb i wypluł fontannę jadu. Hawke w okamgnieniu rzuciła zaklęcie lodowe, zamrażając płyn w powietrzu, jej czar był tak silny, że unieruchomił pysk potwora. Wtedy nad nim pojawiła się Elisa, jej ostrze wbiło się z głośnym mlaśnięciem w paszczę bestii unieruchomioną przez czarodziejkę i po chwili było już po wszystkim…
No może niekoniecznie… gdy Tallis zbierała się do odrąbania głowy naszego trofeum, Elisa ocierała swój sztylet z resztek mózgu paskudy, a Reiven rozciągała nade mną swoje lecznicze uroki, pojawił się jakiś orlaisiański bubek ze swoją świtą. Zaczął tupać z gniewu nóżką i nazywać nasze dwie piękne przywódczynie fereldeńskimi rzepami.
Gdyby był chociaż troszkę rozsądniejszy, zauważyłby niebezpieczny błysk oka Elisy i ten złośliwy uśmieszek Reiven, świadczące o tym, że jego dni, tfu… sekundy są policzone.
Walka nie była zbyt długa, ani szczególnie wyczerpująca. Gdy zjawili się ludzie diuka Prospera, orlaisiański arystokratyczny kretyn leżał wyciągnięty na trawie, nie śmiejąc drgnąć pod kosturem Hawke. Na jego czole został wycięty ostrzem Cousland napis „Rzepa". Naturalnie pozwoliliśmy żyć temu zniewieściałemu śmieciowi, ale ze spojrzeń, jakie dzieliły ze sobą nasze nieustraszone fereldeńskie piękności odgadłem, że jeśli jeszcze kiedyś zobaczą tego głupka, marny będzie jego los.
~o~
Trzeba przyznać, że ci nadęci arystokraci umieją się bawić. W życiu nie widziałem takiej mnogości trunków, jakie wystawiono na dziedzińcu zamku naszego gospodarza. Prosper z pewnością wiedział co to znaczy dobrze się napić. Nie jestem pewny, czy wiedział co znaczy dobrze zjeść. Na stołach było mnóstwo wykwintnego paskudztwa. Poczynając od baranich oczu nadziewanych brokułami, poprzez marynowane ogony bryłkowców w potrawce z brukselką, aż po jądra nietoperzy zapiekane z serem i szpinakiem. No i ślimaki… jak mógłbym zapomnieć o ślimakach. W związku z tym, że jedzenie było niejadalne, skupiłem się tylko na piciu. Gdybym wiedział, że czeka mnie wycieczka przez lochy zamku Montfortów z pewnością ograniczyłbym się do wina, tak jak to uczynił nasz Ponurak. Fenris cały wieczór wodził oczyma za naszą piękną Hawke, odzianą w przepyszne aksamity i jedwabie. Nawet Carver zdołał(nie mam pojęcia jakim cudem, bo ciągle był zajęty nadskakiwaniem Cousland) zauważyć, że elf ma obsesję na punkcie jego siostry.
~o~
– Na litość Stwórcy Elisa, co ty tutaj robisz? – Teagan Guerrin podszedł do niej i ujmując ją za rękę, pociągnął w mniej gwarny kąt ogrodu.
– Ostrożnie, nie chcesz chyba żeby twoja szwagierka rozplotkowała, że mamy romans? – Odezwała się Cousland podchodząc do niego krok bliżej. Teagan wyraźnie czując się niezręcznie, dał krok w tył.
– Wiem, że nie cierpisz Isoldy, ale…
Strażniczka uniosła dłoń i bann zamilkł. Swoją drogą to niesamowite, jak duży wpływ po tych wszystkich latach miała na niego tak kobieta.
– Ja jej nie nie cierpię, ja nią gardzę – wymruczała z cicha.
Arystokrata westchnął odwracając wzrok od zielonych oczu Elisy błyszczących teraz irytacją.
– Nie powinnaś tu być, jeśli pogłoski są prawdziwe jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie.
– Więc co według ciebie mam zrobić? Zostawić wszystko wam? Alistair nie kiwnie palcem w tej sprawie – Elisa zmrużyła oczy, jej wzrok przebiegł po gościach zebranych wokół fontanny.
– Nie, Teagan… – ze sztucznym uśmiechem na twarzy zamachała do kilku szlachcianek w drugim końcu dziedzińca – …wszystkie tropy prowadzą do Montforta. On musi gdzieś tu być. Znajdę go, choćbym miała wyrżnąć wszystkich zgromadzonych tu idiotów i zadusić wszystkie te mizdrzące się kretynki.
– Mam nadzieję, że nie zaliczasz do nich lady Hawke – rzucił fereldeński arystokrata spoglądając na czarodziejkę rozmawiającą z seneszalem Branem.
– Nie można nazwać jej kretynką – powiedziała, podążając za wzrokiem Teagana – mam wrażenie, że ona jedna byłaby godnym przeciwnikiem. Nie cierpi Orlaisian, jak każda szanująca się Fereldenka. Nie mniej jednak jeśli spróbuje mi przeszkodzić…
Ban poruszył się niespokojnie. Jeśli zachowanie Elisy sprawi, że Hawke zmieni zdanie, co do sojuszu Kirkwall i Fereldenu…
– Być może… być może ona jest tutaj z tego samego powodu – w chwili gdy dokończył, wiedział już, że popełnił błąd. Cokolwiek słyszał, cokolwiek mówiła sama komendantka, jej związek z Maharielem nie należał do przeszłości, przynajmniej nie do końca. Elisa musiała słyszeć co nieco o romansie elfa i Czempionki Kirkwall, nie wydawała się zaskoczona, ale jej usta zacisnęły się w wąską kreskę, a oczy… zapłonęły gniewem.
Cousland spojrzała na niego lodowato.
– Nie sądzę, by wiedziała o jego zniknięciu. Chyba, że ktoś z was – dźgnęła go palcem w pierś – puścił parę z gęby…
~o~
– No i po krzyku – oświadczyła Tallis przesuwając marmurowe popiersie tak, by zablokowało zapadnie w podłodze. Po drugiej stronie Hawke zrobiła to samo. Ciężkie kraty zagradzające drzwi do skarbca Montfortów podniosły się z cichym stęknięciem.
– To było zdecydowanie za proste – mruknęła Hawke przyglądając się, jak Tallis grzebie w zamku przy zaciężnych drzwiach.
– Bzdura, po prostu jesteśmy dobre – oświadczyła elfka chwytając za mosiężną klamkę i naciskając ją z lekka. Gdy uchyliła drzwi i zajrzała do środka, doskonale naoliwione zawiasy nawet nie skrzypnęły.
– I?
– Ciemno…
Z przeciwległego końca korytarza dobiegł ich cichy szelest, obie obróciły się jednocześnie. Przy pierwszej z kratownic stała Elisa.
– Co wy tu ro…
– STÓJ! – Krzyknęły obie, ale było już za późno. Noga Cousland spoczęła na pierwszej z szeregu zapadni. Dało się słyszeć ciche „klik", a potem nim którakolwiek zdołała się poruszyć, wszystkie kratownice opadły z głośnym jazgotem, więżąc trzy kobiety w przedsionku skarbcu diuka Prospera. Hałas był taki, że zerwałby z grobu umarlaka. Nim którakolwiek z nich zdołała mruknąć „na płonące gacie Andrasty", za kratami pojawił się szereg strażników, na amfiteatrze nad nimi ustawili się kusznicy, a diuk Prosper stanął w wejściu, w swoim śmiesznym paltociku, zakręcając wąsa.
– O ho ho, cóż za niespodzianka – wymruczał przesuwając wzrokiem po trzech kobietach. – Czyżby przyszedł czas na żniwa? – na ustach orlaisiańskiego arystokraty pojawił się sarkastyczny uśmieszek. – Cesarzowa będzie więcej niż zadowolona, kolejne ćwierkające ptaszki do kolekcji.
Przekrzywił głowę mierząc wzrokiem otoczone przez swoich ludzi kobiety. Dłonią pogładził się po odstających klapach swojego ekstrawaganckiego surduta. Potem podkręcił wymuskane wąsy uśmiechając się drapieżnie.
– Chyba nie jesteście na tyle głupie, by dać się zabić tak po prostu, nie mówiąc o tym, że pobrudziłybyście moje tevinterskie dywany krwią. Bądźcie grzecznymi dziewczynkami, a być może pożyjesz wystarczająco długo, by nacieszyć swe oczy luksusowymi apartamentami, jakie wam przygotowałem.
Arystokrata przesunął się za pierwszy rząd swoich zbrojnych.
– Gościć trójkę bohaterów Fereldenu… mam niespotykane szczęście.
Elisa niemal skoczyła do przodu, w jej rękach w mgnieniu oka pojawiły się sztylety. Hawke dostrzegała tak dobrze jej znane napięcie wyczuwalne w całej postawie Strażniczki. Pierwsze szeregi Orlaisian zafalowały niespokojnie, nawet z tej odległości słyszała trzeszczenie mocno napiętych cięciw. Nie był to miły odgłos, zważywszy że las strzał wymierzony był w nią. Reiven ogarnęła wzrokiem otaczających ją gwardzistów. Nawet przy założeniu, że większość z nich skupi się na dwóch jej towarzyszkach, zanim będzie w stanie posłać odpowiednio silne zaklęcie, naszpikują ją strzałami.
– Możesz to schować – syknęła do Cousland. Kobieta stała nieruchomo z nienawiścią zerkając na diuka. Nie była pewna, czemu wypowiedź Montforta tak bardzo rozgniewała Elise. Mówił ze śmiesznym akcentem, zachowywał się jakby był już pewny zwycięstwa. Zapominał, że z każdego lochu znajdzie się droga ucieczki, szczególnie dla utalentowanej złodziejki, doskonałej wojowniczki i potężnej czarodziejki. Jeśli ten nadęty pajac myślał, że zdoła je uwięzić na dłużej niż godzinę…
~o~
– Okłamałaś mnie – warknęła Hawke, siedząc na zimnej podłodze. Tallis westchnęła teatralnie, nie odważyła się jednak spojrzeć w oczy czarodziejce. Obok Elisa przechadzała się niespokojnie po celi.
– Nie sądziłam, że jesteś taka nierozgarnięta, wierzysz w każdą bajeczkę pierwszej napotkanej złodziejki? Ben–Hassrath… klejnot… też coś…
Reiven zmierzyła wzrokiem Strażniczkę.
– Nikt cię nie pytał o zdanie, to przez ciebie się tu znaleźliśmy.
Elisa zatrzymała się, przez moment obie kobiety patrzyły na siebie spod zmarszczonych brwi. Tallis obserwowała z zainteresowaniem mentalną próbę sił.
– Nie bądź naiwna, od razu było wiadomo, że to pułapka…
– I dlatego wlazłaś w sam jej środek – mruknęła Hawke. – I czego właściwie szukałaś w skarbcu Montfortów?
– Nie twój interes.
– Chyba jednak mój, skoro wpakowałaś nas w kłopoty.
– Nie byłoby kłopotów gdybyś się nie wtrącała, miałam ich wszystkich na ostrzu noża.
– Tak, i skończyłybyśmy wszystkie, jak jeże, naszpikowane strzałami – Hawke poderwała się z ziemi stając naprzeciw mocno poirytowanej komendantki.
– Myślałam, że potężna Hawke poradzi sobie z paroma łucznikami!
– Myślałam, że wspaniała Bohaterka Fereldenu nie wpakuje się na pierwszą pułapkę, jak jakaś niedoświadczona nowicjuszka!
– Ha! To nie ja pozwoliłam staranować się wiwernie, niezdaro.
– To nie moja wina, że rzuciła się na ładniejszy kąsek, zresztą, nie tylko ona – Hawke uśmiechnęła się wrednie. Twarz Cousland okryła się rumieńcem. Och, więc jednak musiała słyszeć o jej przelotnej znajomości z Theronem.
– Ładniejszy? Ładniejszy!? Blada, koścista szkapa i na dodatek niemrawa…
– Koścista? Kogo nazywasz kościstą… ty… ty… piegowata marchewo!
– Kłótnia nic tu nie pomoże – głos Tallis był niemal niedosłyszalny w potoku słów wyrzucanych przez jej towarzyszki.
– Rzucasz na swoje ofiary uroki, żeby je zwabić?
– Nie muszę, zazwyczaj przychodzą do mnie po tym jak wredne, jędzowate małpy łamią im serca…
Tallis miała bardzo dziwne przeczucie, że awantura dotyczy czegoś, czego ona sama nie pojmuje. Czy te dwie kobiety miały jakieś niedokończone porachunki? Awantura robiła się coraz bardziej wrzaskliwa, wyzwiska coraz bardziej dosadne; jakie to szczęście, że zabrano im całą broń. Mimo to Elisa nadal była więcej niż zdolna skręcić Reiven kark gołymi rękami, Hawke mogła z łatwością usmażyć Cousland. I o ile ich walka mogłaby być niezwykle interesująca, teraz nie był na to najlepszy czas.
– Uspokójcie się.
– Zamknij się – wrzasnęły na nią obie. Tallis zrobiła minę jakby się chciała rozpłakać po czym… buchnęła śmiechem. Obie kobiety łypały na nią oczami.
Elisa odwróciła się do ściany plecami milcząc uparcie. Reiven wydęła usta z trudem powstrzymując się przed pokazaniem języka wstrętnej złośnicy.
Tallis opanowała wreszcie rechot i podniosła się z ziemi.
– Dobra, wystarczy tego czekania, jeszcze chwila i dojdzie do rękoczynów.
Elfka wysupłała spinkę z włosów i podeszła do krat. Zaczęła majstrować przy zamku i po chwili ustąpił on z cichym kliknięciem.
Elisa odwróciła się, zerkając spod byka na Reiven.
– Mogłaś to zrobić od razu – mruknęła.
– Przecież mieliśmy tu czekać na ratunek, tak powiedziałyście – złodziejka uśmiechnęła się do obu naburmuszonych kobiet i wyszła z celi.
Reiven przewróciła oczami i poszła za nią, pochód zamknęła Elisa.
~o~
Poruszały się ciemnym, wilgotnym korytarzem, oświetlanym nikłym światłem unoszącym się ponad głową Hawke. Elisa z przerdzewiałą dzidą w ręku, Reiven uzbrojona jedynie w swoje zasoby many i Tallis z czymś, co wcześniej musiało być stylem od miotły.
Kilkakrotnie skręcały w lewo, zdając się jedynie na swój instynkt. Lochy po bliższej inspekcji okazały się tevinterskimi ruinami, na których przodkowie Monfortów wybudowali swoją siedzibę. Tunele były szerokie, kamienie starannie ociosane, chodniki wybrukowane granitem. Do ich uszu dochodził jedynie chlupot kropel kapiących gdzieś z powały, okazjonalnie pisk szczurów.
Stanęły na skrzyżowaniu dwóch szerokich korytarzy. Z lewej droga wydawała się być zawalona, po prawej chodnik prowadził w dół, w ciemności jeszcze głębszych lochów, przed nimi znajdowały się drzwi ku wyższej partii kolejnego ciągu więziennych cel.
– Powinnyśmy kierować się ku górze – mruknęła Hawke, dodając nieco siły zaklęciu, pulsar nad jej głową zadrgał mocniejszym światłem.
– Definitywnie tamtędy nie da się przejść – zdecydowała elfka wskazując gruzowisko po lewej. Elisa milczała, zapatrzona w ciemną otchłań po lewej. Jej twarz stężała, cała postać wyprężyła się jak struna.
Gdzieś z dołu, z ciemności dochodziły ją delikatne drgania, ledwo wyczuwalne. Gdzieś głęboko we krwi czuła zew. Znała to doskonale, równie dobrze co własny głuchy rytm serca, szum krwi w uszach, puls dudniący w jej żyłach, jakby to, co wychwytywały jej zmysły, było jej drugim ja. W pewnym sensie tak właśnie było. Bez zbędnych słów tłumaczenia, niewzruszona na groźne pomrukiwania Hawke i pytania Tallis, skierowała się w prawo. Poruszała się pewnie, przez ciemny korytarz, przynaglana drżeniem delikatnego, jak pajęcza nić, połączenia. Odróżniłaby je z tysiąca innych, usłyszałaby w najgłębszym lochu, to uczucie przynależności, które w jej żyłach odzywało się bliźniaczym rytmem, bliźniaczym… skażeniem. Żaden z jej Strażników, nawet Nathaniel, nawet Alistair… tylko on…
– Szybciej – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Tallis wyszarpnęła spinkę z zamka, patrząc ze zdziwieniem na Cousland. Nie wiadomo czemu komendantka stała się niezwykle niespokojna.
– Już, już… – elfka przekręciła spinkę, dało się słyszeć ciche kliknięcie. Elisa doskoczyła do drzwi z zamiarem otwarcia, naparła na nie całym ciałem.
– Nie mogę… – mruknęła zmieszana.
– Eh… amatorka – mruknęła Reiven, podchodząc do drzwi i uważnie przyglądając się metalowym futrynom. Delikatny ruch ręką posłał zielonkawą, migotliwą mgiełkę, która osiadła na odrzwiach ukazując szereg magicznych glifów.
– Zapieczętowane – Couslad zacisnęła pięści.
Hawke zaczerpnęła nieco many, wystarczająco by skierować strumień energii z Pustki ku połyskującym znakom. Chwila skupienia i... glify zabłysły bladym światłem i znikły.
Tallis i Reiven stały w drzwiach celi. Elisa była już wewnątrz, nachylała się nad czymś, nie, nad kimś. Hawke rozpaliła delikatny pulsar, niezbyt jaskrawy, by nie oślepić więźnia, jeśli jeszcze żył. Zastanawiała się, kim był ten „wyjątkowy" mieszkaniec lochu i jak długo musiał tu przebywać. To, że diuk zadbał o niego specjalnie, mogło sugerować, że był niezwykle ważny lub niebezpieczny, lub jedno i drugie.
Elisa pochyliła się nad nieprzytomnym mężczyzną, odgarniając potargane włosy z jego twarzy. Przeciągły jęk wyrwał się z jej ust, gdy przesunęła delikatnie dłonią po opuchniętych ustach i zakrwawionych policzkach.
– Lisa… – wydobył się cichy, niemal bezgłośny szept z popękanych warg więźnia.
– Cii… jestem tu… – wyszeptała miękko, dłońmi przesuwając po ciele odzianym w strzępy, które były niegdyś tuniką Szarego Strażnika.
– Nie!... Sen… – wymruczał nieprzytomnie więzień, dłońmi chwytając jej ręce, pragnąc odsunąć się od niej, tak, by go nie dotykała.
– To nie sen – Hawke posłyszała Elisę, drżenie w jej głosie przykuwało uwagę, pierwszy raz komendantka wydawała się być przerażona.
– Może mogę pomóc – odezwała się podchodząc wraz z pulsarem ku pryczy w kącie, gdzie Elisa zasłaniała całą sobą jeńca.
Delikatny blask światła padł na jego zabrudzoną, wychudłą twarz. Więzień poruszył się niespokojnie, wciskając się w odległy kraniec celi, chcąc schronić się przed światłem.
Blask zadrgał w jego stalowoszarych oczach i przygasł podobnie jak pulsar, gdy Reiven zamarła w bezruchu patrząc na Therona Mahariela.
– Spokojnie… – głos dochodził do niego przytłumiony, dotyk był mu niemiły. Ostatecznie wszystko to było tylko wytworem jego wyobraźni. Nie było ciepła, nie było światła, nie było osób pochylających się nad nim, nawet Lisy tu nie było. Był tylko on, ciemność i chłód, sam nie wiedział od jak dawna.
– Odsuń się na chwilę, pozwól mi pomóc – dosłyszał głos. Był mu znajomy, ale nie umiał przypomnieć sobie twarzy.
– Ostrożnie… – ten głos rozpoznałby po tysiącu lat. Przed jego oczami od razu wykwitła szczupła twarz Elisy, jej błyszczące zielone oczy, porcelanowa skóra nakrapiana piegami, zadarty nosek, wąskie usta i wysokie kości policzkowe i… włosy, długie, proste pasma kasztanowych włosów.
– Wiem, co robię – po chwili poczuł delikatny impuls, całkiem przyjemne ciepło rozchodzące się po jego obolałym ciele. Przypomniał sobie jak to jest, gdy nic nie boli, gdy nie jest ci zimno i wilgotno.
– Odgarnij mu włosy, muszę zobaczyć tę ranę na szyi – delikatny dotyk chłodnych palców na skórze, a potem więcej ciepła i kojące impulsy przeszywające go na wskroś. Wszystko stawało się bardziej ostre, naturalne. Dźwięki, zapachy, nawet ciemność zmieniła się w szarość rozświetloną delikatnym błękitnawym blaskiem, zarysy postaci nachylających się nad nim były ostrzejsze, prawdziwe. Czuł, jak mgła opuszcza jego umysł.
– Jak to możliwe? – ktoś poruszył miskę, w której przynoszono mu wodę, zgrzyt metalu o kamienie był donośny, dźwięczał w jego uszach.
– Narkotyki, to paskudztwo, które robią z jadu wiwerny…
Kolejny impuls i wydało mu się, że opuszcza go ta nieznośna ciężkość, która przykuwała go do jego pryczy. Wraz z wracającymi do sprawności zmysłami wychwycił też to… ciche podzwanianie, gdzieś wewnątrz niego. Rytm bijący w takt jego własnego pulsu. Znał to… znał to…
– Elisa – wymruczał podnosząc się z posłania.
~o~
– No i proszę, kolejny raz w tym samym miejscu, który to już, czwarty? – zapytał elf, wyraźnie wyczuwałem irytację w jego głosie. Oczywiście jego twarz pozostawała niezmienną maską obojętności, ale ja wiem, że od chwili, gdy straciliśmy z oczu Hawke, a potem wszyscy gwardziści z pałacu „dyskretnie" wycofali się, Fenris był na skraju furii.
– Wydaje mi się, że piąty – odparłem spokojnie.
– Cholerni Orlaisianie, nie potrafią wybudować lochów żeby nie zrobić z nich labiryntu – Carver rozglądał się po korytarzu, którym posuwaliśmy się od godziny. Zniknięcie komendantki niepokoiło go równie mocno, co zniknięcie Reiven Fenrisa.
–Co robimy?– miałem nieodparte przeczucie, że jeszcze chwila i młodszy Hawke i Fen skoczą sobie do gardeł.
– Może siądziemy tu sobie, zagramy w karty i poczekamy, aż Hawke nas znajdzie – zażartowałem, co jednak nie spotkało się z odzewem wśród moich towarzyszy.
Na szczęście za kolejnym zakrętem po prostu wpadliśmy na nasze zguby. Fenris jak zwykle pozostał stoicko spokojny, uprzejmie pytając Reiven, czy nic jej nie jest. Spostrzegawcze oko kronikopisarza – czyli moje – dostrzegało jednak rozluźnienie w jego postawie. I mógłbym przysiąc, że gdy Reiven zażartowała coś na temat orlaisiańskiej gościnności elf niemal się uśmiechnął.
Carver widocznie się odprężył, widząc swoją komendantkę całą i zdrową. Trwało to jedynie chwilkę, w następnym momencie dostrzegł szczupłego elfa stojącego za plecami Cousland.
Na gacie Patronów, nawet moje bystre oko miałoby problem z rozpoznaniem w nim dumnego Therona Mahariele.
Reiven szybko wyjaśniła, że znaleźli go zupełnie przypadkiem, ale wymiana spojrzeń między Elisą i Carverem sugerowało co innego. Najwyraźniej ich wyprawa do Chataeu de Haine była wyprawą poszukiwawczo–ratunkową.
Wydarzenia, które nastąpiły później wiele wyjaśniły.
Okazało się, że Tallis była Qunari, a klejnot, który mieliśmy ukraść był ni mniej, ni więcej a listą szpiegów Qun rozmieszczonych po całym Thedas. Dowiedzieliśmy się też, że Theron zaginął kilka miesięcy wcześniej, podczas inspekcji tuneli powyżej Orzamaru. Podejrzenie jak zwykle padło na Orlais.
Zdołaliśmy wydostać się z lochów, przy okazji rozbijając kilka głów, przypadkiem dostaliśmy się do skarbca, okradliśmy Montfortów i to z najwyższą przyjemnością.
Hawke zdecydowała się pomóc Tallis, pomimo jej wcześniejszych kłamstw. Wskutek tego musieliśmy się zmierzyć najpierw z Tal–Veshot, potem z samym diukiem Prosperem i jego pupilkiem Leopoldem.
To była dopiero malownicza walka. Opisałem ją w odrębnym rozdziale. Tutaj pozwolę sobie tylko nadmienić, że wredny uśmiech na ustach Elise i groźny błysk w jej oku zmusiłby każdego inteligentnego przeciwnika do odwrotu. Cóż, Orlaisianie nie słyną z inteligencji.
Theron, który nadal był częściowo pod wpływem narkotyków, nie brał de facto udziału w bitwie. Siedział na drzewie i z zatrważającą precyzją szpikował wszystkich wrogów strzałami z łuku. Muszę przyznać, że tamtego dnia nawet Bianka była zawstydzona jego skutecznością.
Gdy wiwerna została oślepiona, Fenris i Carver zajmowali się ludźmi Montforta, a Elisa jednym potężnym ciosem odrąbała przednie łapy Leopoldowi, diuk zeskoczył z grzbietu, oszalałego z bólu zwierzęcia, mieczem celując prosto w Hawke. Czarodziejka była jednak zwinniejsza. Uchyliła się przed ciosem, okręciła wokół własnej osi, zatoczyła szeroki łuk swoim kosturem i wyrznęła jego metalowym końcem wprost w plecy księcia, który balansował przez chwilę na skraju przepaści a potem runął w dół, z litanią przekleństw powtarzaną przez echo długo po tym, jak jego ciało roztrzaskało się o skały.
Ponieważ podejrzewaliśmy, że Orlaisianie, dla których priorytetem było pochwycenie Elisy Cousland, będą obstawiać nabrzeża i porty, wszyscy zgodzili się, że najlepiej będzie, jeśli ruszy z nami do Kirkwall, omijając przy tym Drogę Imperialną i osady przy niej usytuowane. Z Kirkwall łatwiej i bezpieczniej Bohaterowie Fereldenu znajdą statek, który przetransportuje ich prosto do Denerim.
I w ten sposób, gdy w Mieście Kajdanów rozpętało się prawdziwe piekło, Elisa i Theron znaleźli się w oku cyklonu, czyli w towarzystwie Hawke…
