Od tłumacza: Dzięki dla Shaunee Altmann, która szybko i sprawnie uwalnia kolejne rozdziały od błędów i literówek. Zapraszam na mojego bloga „Z pierwszej półki", do którego link znajdziecie w moim profilu autora.
Od autora: UWAGA! Ten rozdział zawiera napaść na tle seksualnym i śmierć postaci. Nie mówcie potem, że Was nie ostrzegałem.
Rozdział 21
Narcyza weszła do sekretariatu sierocińca przy Dziewiątej Ulicy. Miała na sobie mugolski strój, a jej twarz zmieniło zaklęcie maskujące. Ludziom w biurze wydawała się jakieś dwadzieścia lat starsza niż wynosił jej rzeczywisty wiek. Jasnobrązowe włosy, które nosiła jako element kamuflażu, przetykały nitki siwizny.
- Dzień dobry, mogę w czymś pomóc? – spytała pulchna kobieta za biurkiem. Wyglądała na mniej więcej 45 lat. Narcyza przywołała na twarz sztuczny uśmiech i zwróciła się do kobiety:
- Mam nadzieję, że tak. Nazywam się Rose Evans. Pracuję dla Akademii Hogwardzkiej – przedstawiła się Narcyza, używając fałszywej nazwy, z której Ministerstwo korzystało przy kontaktach z mugolami. Kobieta najwyraźniej znała te nazwę, więc Narcyza kontynuowała: - Wygląda na to, że w naszych informacjach na temat niejakiej… - zerknęła w puste akta, które trzymała w ręce – Emmy Walker zawierają błędy.
Kobieta za biurkiem parsknęła.
- Nie dziwi mnie to… Zdziwiłaby się pani jak często się to zdarza. Mam nadzieję, że dziewczyna nie przysporzyła pani kłopotów? – spytała, wstając i podchodząc do ściany, pod którą ciągnęły się szafki wypełnione aktami.
- Nie mam pojęcia. Nigdy nie spotkałam dziecka osobiście. Czemu pani pyta? Czyżby była w jakiś sposób skłonna do niewłaściwego zachowania? – spytała Narcyza znudzonym tonem. Odgrywała niezadowoloną asystentkę, realizującą niechętnie polecenie swojego szefa. Nie byłoby dobrze wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia na wstępie. Jednak reakcje jej rozmówczyni wskazywały na to, że kupuje jej kamuflaż bez cienia wątpliwości.
- Nie szuka kłopotów, jeśli o to pani chodzi. Po prostu… to kłopoty znajdują ją – odpowiedziała urzędniczka, przekopując akta.
- Doprawdy? Jeśli to dziecko miałoby sprawiać problemy, mój szef na pewno chciałby o tym wiedzieć – stwierdziła Narcyza z odrobiną troski w głosie. Chciała wyprowadzić rozmówczynię odrobinę z równowagi i zobaczyć co uda jej się wyciągnąć. Czuła nałożoną na to miejsce magię. Gdyby sama posłużyła się czarami, przyciągnęłaby do siebie niepożądaną uwagę. Nie, będzie musiała zrobić to tradycyjnymi metodami.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć. Na pierwszy rzut oka wygląda na dobre dziecko, ale kiedy jest w pobliżu… dzieją się dziwne rzeczy. Wydaje się wywoływać w ludziach agresję. O, mam!
Kobieta podeszła do Narcyzy i wręczyła jej sporą teczkę. Czarownica przejrzała ją pobieżnie, zaskoczona ilością urazów, które odniosła dziewczynka. Zauważyła, że dr D. Knot zdiagnozował lub zdiagnozowała u niej Epsolhyrfenizm. Krótki opis wskazywał, że ta tak zwana choroba odpowiadała za spontaniczne zmiany koloru włosów Emmy. Ależ ci mugole łatwowierni! Wystarczy wpakować wystarczająco dużo liter do jednego słowa, a uwierzą, że to choroba.
- Czy ma często wypadki? Widzę tu dużo kontuzji.
- Pracuję tu dopiero rok. Powinna pani porozmawiać z panią Lancaster, która w zeszłym roku przeszła na emeryturę. Może dam pani jej adres razem z kopią akt? – spytała kobieta, próbując odsunąć od siebie odpowiedzialność. Była bardziej nerwowa niż powinna być po takim pytaniu i dalsze naciski mogły spowodować, że całkowicie się w sobie zamknie.
- Byłabym wdzięczna. Mój szef przykłada dużą wagę do szczegółów. Ma pani dane na temat biologicznych rodziców dziewczyny? Nie widzę tu nic takiego – rzekła Narcyza, wręczając urzędniczce teczkę. Ta złapała ją i gwałtownie przejrzała.
- Dziwne. Z reguły to jest zaraz na początku.
Kobieta szaleńczo przeglądała akta. Narcyza miała wrażenie, że urzędniczka należy do osób, które uwielbiają mieć wszystko w idealnym porządku i zaczynają czuć się niekomfortowo jeśli jest inaczej. Narcyza postanowiła skorzystać z okazji i spróbować wyciągnąć coś jeszcze, póki myśli jej rozmówczyni skupiały się na czymś innym.
- Czy miała dużo przyjaciół?
- Niespecjalnie, była samotniczką.
Zaklęcie odpychające mugoli.
- A co z obsługą?
- Wygląda na to, że lubiła ją tylko pani Lancaster.
Pewnie charłak.
- Wrogowie?
- Adam. Nie znosili się, ale odkąd ona odeszła chłopak nieustannie pyta, czy u niej wszystko w porządku. Słowo daję, chyba ma chorobę afektywną dwubiegunową*.
Urok agresji.
- Chwilka! Chyba mam stare akta w piwnicy – przypomniała sobie kobieta. – Znalezienie ich zajmie mi jakieś dziesięć minut.
- W porządku, proszę się nie spieszyć.
Kobieta pospiesznie wyszła z biura, co pasowało Narcyzie. Miała okazję, żeby się rozejrzeć. Na szczęście nim weszła do budynku, rzuciła na oczy zaklęcie, które pozwalało jej widzieć emanacje magii. Wyczuwała czary wszędzie wokół siebie. Mocno ją to dziwiło, biorąc pod uwagę, że ten sierociniec nie znajdował się na liście Ministerstwa Magii. Przeczuwała, że akta w piwnicy również od dawna pozostają niekompletne. Ktokolwiek za tym stał, miał wprawę w zacieraniu śladów.
Drzwi do biura otworzyły się i wszedł chłopak, na oko dwunastoletni, o krępej budowie ciała i włosach koloru piasku. Jego oczy przyciągnęły uwagę Narcyzy. W jakiś sposób do niego nie pasowały. Czuła magię promieniującą z głowy małego mugola.
- Cześć – powiedział spokojnie.
- Dzień dobry, jak się masz? – spytała. Wzruszył ramionami i podszedł do ławki, na którą ciężko opadł. Na coś najwyraźniej czekał. Sądząc po jego minie niezbyt go to cieszyło.
- Wpadłeś w kłopoty? – Narcyza nie zdołała powściągnąć ciekawości.
- Jak zwykle – zabrzmiała lakoniczna odpowiedź. Wyczuła, że chyba nie przepada za dorosłymi.
- Miło mi cię poznać, panie Zwykle W Kłopotach.
Lily powiedziała jej kiedyś, że dobry żart potrafi rozwiązywać języki lepiej niż groźba. Chłopak zaśmiał się, więc założyła, że coś w tym było.
- To było dobre. Nazywam się Adam.
No proszę.
- Rose Evans, do usług, młody człowieku – powiedziała Narcyza wyciągając dłoń. Chłopak ujął ją, rzucił szybkie spojrzenie przez ramię na drzwi i przygryzł dolną wargę. Ciągle nie puszczał jej ręki. Nachylił się, jakby chciał coś jej wyszeptać.
- Mam dobry dzień, więc… ona tu niedługo będzie.
- Kto niedługo będzie? – spytała z troską Narcyza. Chłopiec popatrzył na nią dziwnie, rozważając coś w myślach. Kiedy znów na nią popatrzył, miał na twarzy minę pełną determinacji, ale jednocześnie niepewności. Magia wokół jego głowy zmieniła się z jasnoniebieskiej na ciemnoczerwoną. Zacisnął zęby, starając się przełamać kontrolujący go magiczny przymus. Narcyza ze zdumieniem patrzyła jak młody mugol walczy przeciwko magii i z radością ujrzała, jak emanacja przybiera ponownie kolor niebieski.
- Ta okropna kobieta kot. Ta która zmusza mnie, żebym nie lubił Emmy. Nie chcę być złym chłopcem, naprawdę. Wychodzę z pudełka, do którego ona mnie wkłada. Jeśli nie jestem zły, ona wkłada mnie z powrotem. Nie chcę wracać do pudełka – błagał ją Adam. Mówił naprawdę szybko, jakby bał się, że nie będzie mógł tego wszystkiego powiedzieć. Nie mówił też jakby miał dwanaście lat. Mógł mieć sześć lub siedem.
- Nie jesteś tam sam, prawda? – spytała Narcyza, dotykając jego czoła. W odpowiedzi skinął głową. Wzięła głęboki oddech i skupiła się. – Nie mamy za dużo czasu, prawda? – tym razem w odpowiedzi pokręcił głową. – Wiesz czym jestem, prawda? – znów skinięcie i spojrzenie na jej torebkę. – Ufasz mi? – skinięcie, potem poczuła, że w jej dłoń została wsunięta kartka papieru.
- Powiedz jej, że przepraszam. By… byłem za słaby – powiedział chłopiec, po czym zerwał się i wybiegł z pokoju ze łzami w oczach.
Instynkt macierzyński nakazywał Narcyzie pobiec za nim, przytulić go i obiecać mu, że zła kobieta kot już nigdy go nie skrzywdzi. Jednak czarownica czystej krwi wiedziała, że w ten sposób tylko zaalarmuje tych, którzy zrobili to Adamowi i Emmie.
Wszystko zaczynało nabierać sensu i nie podobało jej się to. Te wszystkie lata spędzone w towarzystwie Śmierciożerców dały jej pewien wgląd do ich pokręconej psychiki. Natknij się na młodą metamorfomag bez rodziny, która mogłaby za nią tęsknić. Zablokuj jej magię i ukryj przed czarodziejskim światem. Spraw, że wszyscy mugole wokół niej ją znienawidzą, zmuś, żeby stała się odludkiem. Odmów jej dobroci w każdej postaci, żeby zrobiła wszystko czego żądasz, kiedy tylko dasz jej to, czego tak desperacko pragnie. Potem musisz tylko poczekać, aż osiągnie odpowiedni wiek. Wytresuj ją i patrz jak na twoje konto spływają galeony.
Pytanie brzmi kto ją znalazł. Ktokolwiek to był, popełnił kilka błędów. Pani Lancaster była charłakiem, więc zaklęcie odpychające mugoli na nią nie działało. Nie potrafili skazić umysłu małego chłopca, więc zamknęli go w jego własnym umyśle i podstawili w to miejsce swojego dręczyciela. Trzeba go było dostosowywać co roku, ale teraz to przegapili i Adam wyrwał się na wolność.
Otworzyła złożoną kartkę papieru i ujrzała rysunek, który mogło wykonać jedynie małe dziecko. Pokazywało chłopca, który klęczał przed dziewczynką o tęczowych włosach i błagał o wybaczenie. W dymku nad jego głową widniały słowa:
Przepraszam, Emmy!
Kobieta kot mnie zmusiła!
Narcyzie prawie pękło serce. Musiała zakryć usta, żeby powstrzymać się od okrzyku. Powinien być wściekły za wszystko co mu zrobiono, ale on pragnął jedynie wybaczenia Emmy.
Będzie musiała poczekać aż urzędniczka wróci z aktami. Potem poszuka tej pani Lancaster. Była pewna, że od niej dowie się tożsamości rodziców Emmy. Zgredek będzie pilnował Adama. Jeśli ta kobieta kot lub jakakolwiek magiczna osoba pokaże tu swoje żałosne dupsko, jej skrzat natychmiast ją powiadomi. Zawiodłam Draco, ale przysięgam na swoją magię, że nie zawiodę cię, Adamie… nie zawiodę cię.
- Harry, gdzie my idziemy? – spytał Emma, gdy szli pustym korytarzem. – Nie chcę się spóźnić na lekcję.
- To potrwa tylko chwilę, Szczeniaczku – odparł Harry przez ramię. – Chcę, żebyś kogoś poznała.
Uwielbiała, jak ją tak nazywał. Wiedziała, że to coś związanego z animagią, ale nie obchodziło jej to. Kiedy to mówił, czuła się bezpieczna i kochana, nic więcej się dla niej nie liczyło. Emma zorientowała się, że na ścianach nie ma żadnych portretów i uznała, że to dziwne. W końcu Harry zatrzymał się przed drzwiami w połowie korytarza. Otworzył je i pokazał gestem, żeby wchodziła. Emma uniosła brew, ale przekroczyła próg. W środku znajdowała się pusta klasa wielkości mniej więcej połowy Wielkiej Sali. Jedynie przy ścianie naprzeciwko drzwi stało biurko. Siedziała na nim jedna osoba z pochyloną głową. Machała wiszącymi w powietrzu nogami. Z daleka wyglądała jak mama Harry'ego. Emma popatrzyła na młodego czarodzieja.
- Harry, znam już twoją mamę. Miałam z nią wczoraj lekcję.
- Jesteś pewna, że to moja mama? – spytał z uśmiechem.
Emma spojrzała, a kobieta uniosła głowę. Gdyby dziewczyna miała bliźniaczkę, mogłaby przysiąc, że to ona. A może miała bliźniaczkę? Nie no, chyba by coś takiego pamiętała. Miała brata, o którym z radością by zapomniała, ale siostrę? To by wywróciło jej świat do góry nogami. W końcu zadziałała jej naturalna ciekawość i Emma podeszła do dziewczyny siedzącej na biurku. Ta wciąż machała nogami i czekała, aż dziewczynka się zbliży.
- Czy… czy jesteś moją siostrą? – spytała nieśmiało Emma. Dziewczyna zeskoczyła z biurka i uśmiechnęła się do niej. Mrugnęła do Emmy, a kiedy otworzyła oko, tęczówka miała inny kolor niż w drugim oku.
- W pewnym sensie – zachichotała i mrugnęła drugim okiem, które przybrało jeszcze inny kolor. Potem jej włosy zmieniły się na jaskrawy róż i przybyło jej pół metra wzrostu. Kiedy transformacja się dokonała kobieta wyglądała, jakby miała trochę ponad dwadzieścia lat. Emma poczuła, jak opada jej szczęka. Nieznajoma wyciągnęła do niej dłoń. Dziewczynka ujęła ją i poczuła natychmiastową więź z tą kobietą.
- Jaaa! – westchnęła. Tylko tyle potrafiła z siebie wydobyć.
- Witaj wśród Sióstr*, Emmo Walker – powiedziała starsza metamorfomag, mrugając do dziewczynki. Emma uśmiechnęła się szeroko. Wezbrało w niej poczucie przynależności.
- Emmo, to moja ciotunia Nimfuś, ale jeśli życie ci miłe, mów do niej Tonks.
- He? – spytała Emma, widząc, że kobieta patrzy na Harry'ego z mordem w oczach, w odpowiedzi na co młody mężczyzna posłał jej całusa. Tonks wywróciła oczami i potrząsnęła głową, po czym zwróciła się do dziewczynki:
- To długa historia, skarbie, a ty masz zdaje się lekcje. Jeśli będziesz chciała, mogę ci pomóc w szkoleniu.
Emma z entuzjazmem pokiwała głową.
- Tak myślałam – kontynuowała Tonks. – Przyjdź tu dzisiaj o czwartej popołudniu i zobaczymy co już umiesz, a nad czym musimy popracować. A, jeszcze jedno. Jesteś teraz jedną z Sióstr, więc już nigdy nie będziesz musiała wracać do tego sierocińca. Jeśli się nie mylę, to ten tu pyskaty dupek już o to zadbał.
- Naprawdę? – spytała Emma, patrząc na Harry'ego. Uśmiechnął się do niej w sposób, który sprawił, że ogarnęło ją przyjemne ciepło. Jakby wszystko zaczęło się układać.
- Pewnie! A teraz zmykaj, bo się spóźnisz – powiedziała Tonks, sprowadzając Emmę na ziemię.
- W mordę! Mam tylko minutę, żeby się dostać na Eliksiry, a to po drugiej stronie zamku. Snape mnie zabije.
- Pomóc ci? – spytał Harry.
- Harry, o czym ty… AAAAA! Szlag! Ostrzegaj zanim zrobisz coś takiego – Emma skarciła panterę, która pojawiła się przed nią. Nieźle ją nastraszył, ale na widok majestatycznego zwierzęcia musiała się uśmiechnąć.
- Trzymaj się mocno, Emmo i przygotuj na przejażdżkę życia – powiedziała Tonks, zaciskając ręce Emmy wokół karku pantery.
Emma popatrzyła na Tonks, nie rozumiejąc jak ma to jej pomóc. Ciocia Harry'ego jedynie do niej pomachała, po czym zapadli się w cień. Emma znajdowała się w kompletnej ciemności i czuła mrowienie całego ciała. Potem złapała błysk innej części zamku, gdy przeskakiwali między cieniami. Powtórzyło się to kilka razy. Raz wyłonili się prosto przed panem Filchem. Była pewna, że ich przyłapie, bo zaczął się odwracać, gdy ich kot na nich syknął. Jednak zniknęli w cieniu marudnego, starego pierdziela. W końcu wyłonili się tuż przed klasą Sanpe'a. Włosy Emmy wyglądały, jakby porwało ją tornado. Nachyliła się, oparła ręce na kolanach i zaczęła ciężko oddychać. Powoli obróciła głowę, żeby popatrzeć na Harry'ego.
- Ha… Harry… było… - wydyszała, a potem podskoczyła, machając ręką w powietrzu i krzyknęła triumfalnie: - Zarąbiste!
Drzwi do klasy stanęły otworem i Snape wypadł na korytarz. Harry skoczył do niej i znów zapadli się w cienie nim Snape zdołał ich dojrzeć. Wyszła z cienia w kącie klasy. Szybko zajęła puste krzesło obok Marka.
- Dzięki, że zaklepałeś mi miejsce – wyszeptała do niego, całując go w policzek. Chłopak zaczerwienił się po czubki uszu, co Emmie szalenie się spodobało.
Snape zamknął drzwi i wszedł z powrotem do klasy wkurzony, że nie zdołał złapać osoby, która robiła całe to zamieszanie na korytarzu. Zatrzymał się przy Emmie. Spojrzał na nią, na drzwi i znowu na nią. Emma odpowiedziała miną niewiniątka. Przez chwilę chyba chciał coś powiedzieć, ale w końcu burknął pod nosem i ruszył do biurka. Pursa i Gaby popatrzyły na nią pytająco. Emma pokazała im, że powie później. Obie wzruszyły ramionami i odwróciły się. Emma zerknęła w ciemny kąt Sali, z którego wyszła. W ciemnościach dostrzegła zielone oko, które mrugnęło do niej i zniknęło. Uśmiechnęła się do siebie, myśląc o dzisiejszym poranku. Spotkała kogoś ze swojego rodzaju, obiecano jej, że będzie się szkolić w swoich talentach, dowiedziała się, że nigdy nie będzie musiała wrócić do tego okropnego sierocińca, została wzięta na zarąbistą przejażdżkę po zamku, prześliznęła się pod nosem potwornego woźnego, pocałowała chłopaka, który jej się podobał i wkurzyła swojego durnego nauczyciela Eliksirów. Czasami życie było piękne.
Daphne siedziała w bibliotece nad stosem otwartych książek. Wszystkie dotyczyły Starożytnych Runów. Miała tego dnia okienko i planowała je dobrze spożytkować. Męczyła ją ta dziwna runa na karku Emmy. Wydawała się jej znajoma i doprowadzało ją to do szału. Narysowała ją z pamięci, żeby mieć punkt odniesienia, ale była pewna, że tak naprawdę runa była bardziej złożona.
Tak ją pochłonęły badania, że nie zauważyła, że bibliotekarka zniknęła, a Crabbe i Goyle zakradli się za jej plecy. Pani Pince właśnie zamykała bibliotekę i rzucała zaklęcia ciszy spętana Klątwą Imperius rzuconą przez Crabbe'a. Potem miała uciąć sobie bardzo długą drzemkę.
Vincent w końcu odzyskał różdżkę i planował ją dobrze wykorzystać. Nadszedł czas, żeby Greengrass nauczyła się gdzie jej miejsce. Używał zaklęcia, które wygłuszało jego kroki, ale Daphne wyczuła jego zapach i sięgnęła po różdżkę. Złapał ją za potylicę i trzykrotnie z rozmachem uderzył jej twarzą w biurko. Dziewczyna wypuściła różdżka, a przed oczami zawirowały jej gwiazdy. Crabbe postawił ją na nogi i rzucił Goyle'owi, który wykręcił jej ręce za plecami i skrępował zaklęciem wiążącym. Potem złapał ją za włosy i szarpnięciem odchylił głowę, żeby spojrzała na Vincenta. Nawet na wpół ogłuszona patrzyła na niego z pogardą. Crabbe wziął zamach, zamierzając pięścią zmazać tą minę.
- Zrób to, ty niedorobiony impotencie! – wrzasnęła Daphne, licząc, że ktoś ją usłyszy.
- Ja ci dam impotenta, suko! – ryknął w odpowiedzi, pewny że nikt nie przyjdzie jej na ratunek. Zacisnął pięść i z całej siły wbił jej w brzuch. Daphne poczuła, jakby jej oczy miały wyskoczyć z orbit, a z jej płuc uciekło całe powietrze. Ponownie szarpnięciem odchylili jej głowę, podczas gdy ona desperacko łapała oddech. – Nie zamierzam pokiereszować tej twojej pięknej buźki. A jeśli jesteśmy przy pięknych rzeczach, to od dawna chciałem zerknąć na te urocze baloniki – powiedział i szarpnięciem rozerwał jej bluzkę. Tylko koronkowy stanik oddzielał go od tego, czego chciał.
- Przyjrzyj się, Vincencie. To ostatnie, które w życiu zobaczysz – zagroziła Daphne z udawaną brawurą. Była przerażona, ale nie zamierzała im pozwolić tego zobaczyć. Obaj ryknęli śmiechem. Próbowała się wyrwać, ale Goyle trzymał mocno.
- Ten stanik wyglądał na drogi… wyglądał – stwierdził, rozrywając go i szczerząc się na widok tego, co ujrzał pod spodem. Daphne zacisnęła zęby, gdy on gapił się na jej obnażony biust. – He? Zawsze myślałem, że będą ciemniejsze i jędrniejsze. Właściwie twoim sutkom przydałoby się trochę koloru. Co myślisz, Greg?
Drugi kretyn zaśmiał się z aprobatą. Daphne zacisnęła zęby, szykując się na nieuniknione. Crabbe złapał w palce jej prawy sutek. Wykręcił go i pociągnął z całej siły. Zrobiła co w jej mocy, by nie krzyknąć. Wiedziała, że o to mu chodzi. Zniesie ból, by odebrać mu tę satysfakcję. Próżny wysiłek, by mogła wierzyć, że ma jakąkolwiek kontrolę nad sytuacją.
- Szlag! Nie wiedziałem, że może się tak rozciągać – zakpił Crabbe, wykręcając go mocniej, gdy nie dała mu tego, co chciał usłyszeć. Ból nasilił się, aż nie potrafiła zebrać myśli. Puścił ją dopiero, gdy z jej oczu popłynęły łzy. Wolałby, żeby błagała o litość, ale zadowalało go i takie zwycięstwo. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek widział, jak ona płacze.
- Dziewczyna ma niezłą tolerancję na ból, Vincencie.
- Dopiero się rozkręcam, Gregory. Będzie wyśpiewywała błagania zanim się obejrzysz – zapewnił swojego towarzysza zbrodni, podziwiając jednocześnie efekty swoich działań. Prawy sutek Daphne spuchł i z każdą chwilą robił się coraz bardziej fioletowy. – Popatrz, zupełnie do siebie nie pasują. Nie możemy na to pozwolić – zaśmiał się i powtórzył swoje wcześniejsze działania, tym razem z lewym sutkiem. Daphne znowu powstrzymała się od krzyków, ale zaczęła się zastanawiać czy w ogóle warto. Po minucie, która zdawała się godziną, dała mu wreszcie to, czego chciał.
- No, chyba nie było to takie trudne? Patrz, znowu do siebie pasują. Gregory, może sobie pomacasz, a ja sprawdzę, czy jest naturalną blondynką – drwił z niej Vincent.
Brutalne dłonie przycisnęły jej plecy mocno do klatki piersiowej oprawcy, a potem zaczęły macać. Walczyła z Crabbem, który ściągał jej dolne elementy garderoby, ale na próżno. Po kilku chwilach była naga.
- Tak! Goyle, wisisz mi pięć galeonów… prawdziwa blondynka.
Goyle spojrzała w dół między jej piersi. Zobaczył jej złociste loki na łonie i jęknął zawiedziony. Daphne przestała się wyrywać. Miała plan.
Odkąd związali jej ręce, nie miało sensu zmienianie się w rysia. Wolałaby obronić się sama, ale wiedziała, że teraz już sobie nie poradzi bez pomocy. Czas wezwać pomoc. Jedną z cech animagów było to, że dzięki wzmocnionemu zmysłowi słuchu potrafili usłyszeć wezwanie innych animagów. Przenikało one nawet zaklęcia ciszy, które zaprojektowano dla ludzi. Wiedząc o tym, zaczęła grę.
- Dobra, wygraliście! Róbcie co macie zrobić, żebym nie marnowała czasu.
- W końcu zmądrzałaś, Greengrass. Chociaż trochę mnie zawiodłaś, liczyłem, że powalczysz dłużej.
- Twój kijaszek jest taki mały, że i tak pewnie niczego nie poczuję – burknęła, rozkładając nogi.
- Ja ci pokażę małego, dziwko – warknął Crabbe. Włożył różdżkę do tylnej kieszeni i ściągnął spodnie oraz bokserki.
- Wiesz, Vinny, naprawdę powinieneś mi ściągnąć buty.
Dzięki za zostawienie mi celu, fiucie.
- A to czemu, kurwo?
- Temu!
Daphne z całej siły przydepnęła piętą palce Goyle'a i huknęła potylicą w jego nos. Chłopak zatoczył się w tył, przykładając jedną rękę do krwawiącego nosa, a drugą do bolącej stopy i podskakiwał niezgrabnie po pomieszczeniu. Nigdy nie był najlepszy w utrzymywaniu równowagi, a grawitacja to okrutna pani. Skończyło się na tym, że wywalił się na jeden ze stołów. Daphne zrobiła krok w tył i z całej siły kopnęła Crabbe'a w klejnoty. Ten zgiął się w pół, trzymając za krocze. Poprawiła kopniakiem w gardło. Crabbe runął na ziemie. Daphne zaryczała wzywając pomocy. Modliła się, by któryś z jej pobratymców ją usłyszał. Jednocześnie panicznie szukała różdżki, póki obaj wrogowie leżeli na ziemi.
Stół, przy którym wcześniej pracowała, został wywrócony, a książki zostały rozrzucone po podłodze. Zaczęła kopniakami rozgarniać stos, mając nadzieję, że różdżka jest gdzieś pod spodem. Goyle zaczął wstawać, więc pobiegła między regałami.
- Nie masz gdzie iść, kurwo! Drzwi są zamknięte. Teraz będziesz miała dwa razy gorzej! – rozdarł się Goyle. Obrócił Crabbe'a na plecy i zorientował się, że jego twarz jest purpurowa. Kopniak Daphne zmiażdżył mu tchawicę. Gregory wyleczył jego gardło. Vincent wciągnął powietrze i zaczął kaszleć. Machnął na Goyle'a, żeby szukał Daphne, podczas gdy on ponownie uczył się oddychać.
Daphne przeskakiwała między rzędami, usiłując zawsze być krok przed nimi. Crabbe wkrótce dołączył do polowania. Przez kilka minut udawało jej się umykać tym, którzy chcieli ją zgwałcić, ale w końcu skończyły jej się kryjówki i zaczęła panikować. Zmusiła się do wolniejszego oddychania, by zachować spokój.
Była w połowie jednego rzędu, gdy przy końcu pojawił się Goyle. Odwróciła się, ale na drugim końcu ujrzała Crabbe'a. Nie poruszał się za szybko z powodu jej wcześniejszego kopniaka w klejnoty. Mając to w pamięci zaszarżowała na tego masywnego idiotę, drąc się jak dzikuska, z rękami wciąż związanymi za plecami. Tuż przed nim zanurkowała na ziemię i przetoczyła się. Używając swojego pędu, kopnęła go obiema stopami między nogi. Goyle'a aż poderwało z ziemi, a kiedy opadł, nie potrafił ustać. Daphne szykowała się do poprawki, kiedy zorientowała się, że chłopak się na nią przewraca. Celowała w jego pierś, ale trafiła w szczękę. Miała nadzieję, że ten trzask wydała jego szczęka, nie kark. Tak czy inaczej jego oczy uciekły w tył głowy, a jego nieprzytomne cielsko przygniotło młodą kobietę. Przerażona usiłowała się wydostać. Słyszała, jak nadciąga drugi z nich.
Crabbe wyciągnął ją za włosy. Uderzył jej twarzą w półkę i trzy razy z całej siły uderzył w nerki. Pod Daphne ugięły się nogi i runęła na podłogę. Potem zaciągnął ją za włosy na otwartą przestrzeń, choć ona cały czas wrzeszczała i kopała. Postawił z powrotem stół na nogach i z zadowoleniem rzucił ją na blat, tak że musiała wypiąć pośladki w jego stronę.
- Za te wszystkie problemy, które sprawiłaś, wpakuję ci go najpierw w dupę, ty suko. A potem wyczyścisz go ustami zanim wsadzę ci go jeszcze raz – zagroził.
- A mówią, że nie ma już romantyków – Daphne zakpiła w ostatniej rozpaczliwej próbie ratowania resztek swojej godności, których Crabbe za chwilę jej pozbawi. Nagle usłyszała złowieszczy warkot, który nie wydostał się z jej gardła. Uniosła głowę i ujrzała, jak na drugi koniec stołu wskakuje jaguar o futrze koloru rtęci. Jego pełne głębi, brązowe oczy pulsowały mocą. W jego gardle zaczął nabrzmiewać warkot, a po futrze przeskakiwały wyładowania elektryczne. Crabbe cofnął się przerażony i drżącą ręką uniósł różdżkę. Pulsowanie w oczach bestii nasiliło się, aż wreszcie jej ślepia całkowicie zbielały. Daphne nie potrafiła odwrócić wzroku od niezwykłego stworzenia.
- Avada Ked… - zaczął Crabbe, ale przerwała mu błyskawica, która wystrzeliła z pyska wielkiego kota i uderzyła go prosto w pierś. Przeleciał przez całe pomieszczenie i uderzył w regał z książkami. Przez dziurę wielkości kafla w jego piersi można było zobaczyć, jak kilka książek zajmuje się ogniem.
Jaguar transformował i rudowłosa dziewczyna opadła na stół. Dyszała ciężko i Daphne przypomniała sobie ile wysiłku kosztowała ją pierwsza transformacja. Po kilku minutach Ginny Weasley popatrzyła na Daphne.
- Cześć, co u ciebie? – zdołała wydusić.
- A wiesz, naga, związana, przechylona przez stół, nic nowego. A u ciebie?
- Opanowałam formę jaguara i wystrzeliłam błyskawicę z ust. Więc jak na hogwardzkie standardy całkiem normalny wtorek.
- Właściwie to mamy środę.
- Jak tam sobie chcesz. Jestem za bardzo zmęczona, żeby się o to kłócić.
- Mogłabyś mnie rozwiązać zanim się kimniesz? Trochę mi wieje w tyłek.
Nim Harry dotarł na miejsce, Daphne siedziała z pustką w oczach, rozwiązana i odziana w szatę Ginny. Gryfonka usiłowała naprawić ubrania, które zostały rozerwane na Ślizgonce.
- Przepraszam, Daphne, ale jestem w tym do bani – warknęła sfrustrowana.
- Szczerze mówiąc wolałabym je spalić niż ubrać ponownie.
Harry ocenił sytuację, obejrzał to, co zostało z Crabbe'a i spytał co się stało. Ginny niepewnie uniosła rękę i uśmiechnęła się słabo.
- Jak? – spytał z wyrazem całkowitego zdumienia na twarzy.
- Nie wie? – spytała Daphne.
- Chciałam powiedzieć, tylko za dużo się działo – wyjaśniła Ginny stłumionym głosem.
- To on nie wie, że ty…
- Mogłabyś… się zamknąć?
- Hej, ja tu jestem! Czy ktoś mógłby mi powiedzieć co tu się do cholery stało? – spytał Harry, przerywając im małą prywatną dyskusję. Obie dziewczyny spojrzały na niego z miną niewiniątek. Szlag, niedobrze.
- Skarbie… jestem jaguarem burzowym – głos Ginny ociekał słodyczą.
- Zalewasz.
- Co?
- To mugolskie powiedzonko… przywykniesz – wyjaśniła Ginny zdumionej Daphne.
- Mugolskie i jankeskie, ale nie w tym rzecz. Dobra, wyjaśnisz później, ale co z tym tam? – spytał Harry wskazując nogę wystającą z jednego z rzędów. Tym razem Daphne podniosła rękę, równie speszona co Ginny wcześniej. Harry przeciągnął palcami po włosach i zaczął chodzić po pomieszczeniu, rozważając możliwe scenariusze i konsekwencje. Pieprzyć to!
- Duncan! – przywołał swojego skrzata domowego.
- Tak, panie Harry? – odpowiedział z godnością skrzat. Daphne zaskoczyło jak godnie się odezwał, a także jakie ubrania nosił. Duncan spojrzał na obie dziewczyny i ukłonił się. – Dobrze znowu panią widzieć, pani Ginny.
To zaskoczyło Daphne jeszcze bardziej.
- Duncanie, weź je do mojego kufra, a potem zbierz wszystkie skrzaty z Dworu Potterów. Musimy tu posprzątać, jakby nic nie zaszło.
Duncan skinął głową i podszedł do obu dziewcząt. Obie zerwały się na nogi i zaczęły gwałtownie protestować.
- CISZA! – ryknął Harry. Obie zamilkły, bardziej ze zdziwienia niż czegokolwiek innego. Zanim zdążyły się ponownie odezwać, zniknęły razem z Duncanem.
Słownik:
Choroba afektywno-dwubiegunowa – zwana też chorobą maniakalno-depresyjną. Na przemian występują epizody maniakalne (pobudzenie werbalne i psychoruchowe, halucynacje, gonitwa myśli, agresja) i depresyjne.
Siostry – z ang. Sisterhood to żeński odpowiednik Braterstwa (Brotherhood). Niestety w języku polskim nie mamy „Siostrzeństwa", a „Zakon Żeński" brzmi kiepsko.
W następnym rozdziale:
- Ginny i Daphne dzielą chwilę szczerości
- Syriusz staje twarzą w twarz z Gabriellą
