Powrót.

Wewnętrzny zegar mówił Itsuruko, że zapadła już noc, gdy rozbili obóz. Jak zwykle, w Krainach Cienia nie miało to najmniejszego znaczenia. Ponury półmrok, wiecznie spowijający spaczone tereny, nie zmieniał się niezależnie od pory dnia czy nocy.
Choć wcale nie miała ochoty zarządzać postoju, było to konieczne. Musiała sprawdzić, w jakim stanie są poszkodowani. Martwiła się też o Yoshiro.
Była tak głęboko pogrążona w myślach, że nawet nie zorientowała się, gdy podszedł do niej Iwashi. Drużynowy wesołek był tym razem poważny jak nigdy dotąd.
- Jak to wygląda? – zapytał cicho.
- Nie najlepiej. – odparła. – Gaara dostał kolejnego ataku nietolerancji. Itsu wciąż nie odzyskał przytomności, Gamakichi, Kiba i Akamaru oberwali dość mocno. Ale najgorsze…
- Yoshiro.
Skinęła głową. Płomiennowłosy chłopak westchnął ciężko.
- Jak on się trzyma?
- Sam widzisz. – wskazała brodą pobliską skalną iglicę. Gdy tylko skończyli rozkładać obóz, Yoshiro wspiął się na nią i znieruchomiał.
- Myślisz, że możemy coś zrobić?
- Niby co? – potrząsnęła głową. – I tak jestem zdumiona, że dał się przekonać do odwrotu.
- Tak, ja też. – Iwashi westchnął. – Nigdy nie sądziłem, że do tego dojdzie.
- Ty też myślałeś, że zawsze nam się uda? – spytała domyślnie medyczka.
- Prawie. Na wszystkie demony, udało nam się przeżyć to piekło. Jesteśmy najlepszymi z najlepszych! Dokonywaliśmy niemożliwego! – ostatnie słowa niemal wykrzyczał.
- Rozumiem cię dobrze. – Itsuruko opuściła głowę. – Ta strata… Myślisz, że się podniesie? – zapytała, mając na myśli Yoshiro.
- Kto wie. – Iwashi pokręcił głową. – Był z nią bliżej, niż ja z tobą. A nie sądzę, żebym ja się podniósł po stracie ciebie.
Itsuruko nie była pewna jak powinna zareagować. Z jednej strony wyznanie uczuć Iwashiego znaczyło dla niej bardzo wiele. Z drugiej, to właśnie nieobliczalny mistrz genjutsu najlepiej rozumiał Yoshiro. Jeżeli jego ocena była trafna…
- Na razie nic na to nie poradzimy. Chodź, zobaczymy, jak trzymają się nowi.

Siedząca przy niewielkim ognisku grupa trzecioświatowców toczyła zażartą dyskusję.
- Tak czy siak, nie rozumiem czemu nie ruszamy na ratunek. – Kankuro perorował podniesionym głosem. – Ja wiem, że nasza misja jest ważna, ale nie porzuca się towarzyszy! Ten, kto to robi, jest gorszy od śmieci!
- Ma trochę racji. – mruknął przybity Naruto.
Hinata poruszyła się niespokojnie. Choć sama była skłonna spojrzeć na tę sprawę z nieco innej perspektywy, nie mogła nie poprzeć Naruto.
Całe szczęście, że ani Itachi, ani Lee czy Mina nie mieli takich oporów.
- Kankuro, nie myślisz. – odpowiedział spokojnie starszy Uchiha. – Jak niby chciałbyś ją ratować? Potrafisz wejść pomiędzy Cienie?
- Nie, ale coś by się…
- Nie. – powiedział Iwashi, wstępując w krąg światła rzucany przez płomienie. Zanim Naruto zdążył cokolwiek dodać, kontynuował. – I radziłbym ci przestać mówić w ten sposób… przynajmniej, jeżeli cenisz swoje życie.
- Co to znaczy, sensei? – Naruto zmrużył oczy. Czyżby musiał zweryfikować swoją opinię o wojownikach z Pierwszego Świata?
- Ano to, że jeżeli dalej będziecie tak się drzeć, to są dwie możliwości. Jeśli będziemy mieli szczęście, to ściągniecie nam na głowę jakieś Pomioty, a nie jesteśmy w zbyt dobrej formie. – warknął Iwashi, ledwo nad sobą panując. – Jeżeli będziemy mieli pecha, to Yoshiro, który na pewno to słyszy, przestanie się ograniczać i tu zejdzie. A jest w takim stanie, że może nas zatłuc. Bez dłuższego namysłu.
- On ma rację. – wtrąciła Mina. – Naruto, zastanów się jak ty byś się czuł, gdyby ktoś porwał Hinatę.
Blondyn zamilkł. Nie chciał nawet rozważać takiej możliwości. Kankuro nie zamierzał jednak odpuścić.
- Na pewno nie uciekłbym, nie próbując jej ratować.
- Po pierwsze, nikt z nas nie potrafi chodzić wśród Cieni. – odparła Itsuruko, powstrzymując gestem gniewną odpowiedź Iwashiego. – Po drugie, te informacje…
- Jakie informacje są ważniejsze od czyjegoś życia, ten teges? – Naruto nie wytrzymał.
- Takie, od których zależy życie tysięcy osób. – odparł cicho Yoshiro.
Wszyscy zgromadzeni wzdrygnęli się. Nawet nie zorientowali się, że Ryuugan podszedł tak blisko. Nikt nawet nie drgnął, gdy chłopak kontynuował swoją wypowiedź. Jego głos, postawa – wszystko to wydawało się martwe, równie pozbawione życia, co pokrywający okoliczne równiny pył.
- Wiadomości, po które nas wysłano, mają olbrzymie znaczenie. Jeżeli ich nie dostarczymy, bardzo możliwe, że zginiemy wszyscy. Więc, jeśli nadal pytasz, czy te informacje były warte życia mojej narzeczonej, to odpowiem ci, że zapewne tak, były. I choć w każdej chwili zamieniłbym się z nią miejscami, to muszę myśleć nie tylko o niej. Dopóki Itsu nie odzyska przytomności, ja dowodzę Szóstym Oddziałem Szturmowym. Ja odpowiadam za wasze życia. I nie mogę pozwolić, byście zginęli.

Po tych słowach zapadło milczenie. Naruto, podobnie jak reszta trzecioświatowców, powoli przetrawiał słowa Yoshiro.

W panującej ciszy Ryuugan odwrócił się i odszedł w kierunku skalnej iglicy, na której wcześniej siedział. Hinata podniosła się, chcąc spróbować mu pomóc, ale drogę zagrodziła jej łuskowata, smocza łapa.
- Lepiej nie, dziecko. – powiedział Take. – Poniósł ogromną stratę. Nic, co możesz powiedzieć, nie ulży jego cierpieniu. – Smoczy Kurier, choć wedle standardów własnej rasy wciąż był młody, wydawał się teraz być starym mędrcem. – Poza tym, jak sądzisz, czy cokolwiek dobrego mogłoby wyniknąć z tego, że akurat ty do niego pójdziesz?
Przez chwilę Hinata próbowała zrozumieć, co smok miał na myśli. Oczywiście! Ona wciąż miała Naruto. Patrząc smokowi w oczy, zrozumiała, że dobrze odgadła.

Panującą ciszę przerwał w końcu Lee.
- Sensei? Mówiłeś poważnie o tym, że Yoshiro-sensei mógłby…
- Zabić? Niestety tak. – Iwashi ponuro skinął głową. – Ponura prawda jest taka, że Yoshiro bardzo źle reaguje na wszelkie groźby skierowane w bliskie mu osoby. Zazwyczaj jest to dobra wiadomość, przynajmniej dla nas, ale w tym wypadku… – zawiesił głos. Po chwili kontynuował. – Widzicie, dawno temu nasz pierwszy dowódca chciał sprawdzić, jak dobrze znamy się nawzajem. Więc kazał nam opisać każde z nas jednym słowem. I tak się złożyło, że Yoshiro jako jedyny otrzymał cztery identyczne określenia – lojalny. Dzisiaj zapewne byłoby tak samo.
- Czyli jego najsłabszym punktem są jego przyjaciele. – Itachi pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Dokładnie. – Iwashi przytaknął ponuro. – Problem polega na tym, że jako zastępca Itsu, jest obecnie odpowiedzialny za nas wszystkich. Możecie mi wierzyć, gdyby było inaczej, nie byłoby go tutaj.
- Sensei, sugerujesz, że Yoshiro-sensei mógłby zignorować rozkaz? – Lee wyglądał na wstrząśniętego samym pomysłem.
- Zastanów się, Lee. Kachiko znaczy dla Yoshiro więcej, niż prawdopodobnie możemy sobie wyobrazić. Na demony, to jego narzeczona!
- Pomijając fakt, że nie ma Szturmowego, który nie zaryzykowałby własnego życia, by ochronić przyjaciół. – dodała ponuro Itsuruko. – Niestety, wszystko wskazuje na to, że taki los przypadł w udziale Kachiko.
- Ale ona jeszcze żyje, prawda? – zapytała cicho Mina.
- Nie wiemy. – odparła Itsuruko, zwieszając głowę. – I to chyba jest najgorsze.
Ponownie nad ogniskiem zapadło milczenie…

Yoshiro siedział i wpatrywał się w przestrzeń. Dobrze, że nikt nie podszedł. W obecnym stanie nie był pewien, czy potrafiłby się kontrolować. Słowa młodych shinobi utkwiły głęboko w jego duszy, drażniąc ranę, która sama z siebie była niezwykle bolesna.

Wciąż nie mógł uwierzyć, że ją zostawił.

Poczuł mentalne szarpnięcie, ale zignorował je. Nie był w nastroju do jakiejkolwiek rozmowy – a gdyby ta sprawa była naprawdę ważna, Togashi nie zawracałby sobie głowy takimi subtelnościami.
Nie miał pojęcia, jak długo siedział. Z ponurych rozmyślań wyrwał go odgłos kroków.
- Yoshiro, wybacz, muszę sprawdzić jak trzymają się twoje pieczęcie.
Nie odwracając się kiwnął głową. Co prawda nie robiło mu w tej chwili różnicy, co się z nim dzieje, ale na razie musiał żyć. Miał obowiązki do spełnienia.
Itsuruko podeszła ostrożnie do przyjaciela. Chciała jakoś mu pomóc, ale było to poza zasięgiem jej możliwości. Jedyne, co mogła teraz zrobić, to skupić się na swoich zadaniach. W tej chwili oznaczało to, że musiała sprawdzić, czy pieczęcie, utrzymujące Yoshiro przy życiu nadal trzymały.
Podczas gdy Ryuugan się rozbierał, Itsuruko gestem przywołała Minę. Dziewczyna udowodniła, że ma spory talent – chyba nawet większy, niż wcześniej sądzili. Do tego bardzo dobrze radziła sobie z presją.
Podeszła do przyjaciela i położyła dłonie na jego plecach. Pod wpływem jej chakry, na skórze Yoshiro zaczęły wić się błyszczące linie, powoli kształtujące skomplikowane wzory pieczęci.
Bystre oczy młodej Raizuki przebiegły po nich, wyszukując jakichkolwiek uszkodzeń.
- Nie widzę nic poważnego. Trochę nadwątlone, ale nic alarmującego. – stwierdziła wreszcie, skończywszy badanie. Yoshiro w milczeniu skinął głową.

Kiedy odeszły, Mina zadała pytanie, które nurtowało ją, odkąd Itsuruko powiedziała jej o pieczęciach.
- Sensei, o co chodzi z tymi pieczęciami?
- Pozwolisz, że odpowiem przy ognisku, dobrze? – odparła zmęczonym głosem.
- Oczywiście!
- Dziękuję.

Kiedy obie medyczki podeszły do ogniska, przywitały je zaciekawione spojrzenia. Itsuruko kiwnęła głową, dając znać Iwashiemu, że wszystko w porządku. Chłopak odetchnął z wyraźną ulgą.
Kiedy dziewczyny ponownie zajęły swoje miejsca, Mina postanowiła ponowić swoje pytanie. Jednak, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Itsuruko sama podniosła tę kwestię.
- Jest coś, o czym powinniście wiedzieć, a o czym w sumie zapomnieliśmy wam powiedzieć w tym całym natłoku spraw. – urwała na chwilę, porządkując myśli. – Jak wiecie, nasza piątka jest weteranami. Mamy za sobą lata walk. Jak sami widzieliście, daje nam to znaczną przewagę nad większością przeciwników, ale…
- Ale, jak to mawiała Kachiko, żadna moc nie przychodzi bez ceny. – wtrącił się Iwashi. – Mamy za sobą cztery lata walk z najbardziej wymagającymi przeciwnikami, jakich znają wszystkie trzy Światy. Większość ludzi nie wychodzi z tego żywa.
- Chyba domyślam się, co chcecie powiedzieć. – powiedział cicho Itachi. – To coś gorszego niż spustoszenia, jakie powoduje nadużywanie Kalejdoskopu, mam rację?
- Absolutną. – Iwashi ponuro pokiwał głową. – Większość ludzi nigdy nie wkracza do Krain Cienia. Oddziały Specjalne zazwyczaj kończą służbę mając na koncie dwa, może trzy wejścia. Szturmowi… Cóż, większość naszych nie dożywa emerytury. Ci, którym uda się ta sztuka, najczęściej mają na koncie coś koło dziesięciu wypraw.
- Już samo to wystarczy, aby organizm był na skraju wycieńczenia. – dodała Itsuruko. – Ale to nie jest najgorsze. Ten rodzaj walk, do jakich się nas posyła, pozostawia… ślady. – zawahała się na chwilę. – Widzieliście, jak wygląda mój brat. Jego blizny są najbardziej widoczne. Ale wcale nie najpoważniejsze.
- Większość moich… blizn, to chyba dobre słowo… Moje blizny są mentalne, nie fizyczne. Przynajmniej w większości. – Iwashi uśmiechnął się krzywo. – Ale też mam kilka uszkodzeń, które trzymają się cało tylko i wyłącznie dzięki specjalnym pieczęciom. – podciągnął rękaw płaszcza. – Na przykład w prawą rękę ukąsił mnie kiedyś demon-pająk. Jadu nie udało się do końca usunąć, więc to, co zostało, zapieczętowano, aby nie rozprzestrzeniło się po całym ciele.
- I tu właśnie jest problem. – westchnęła Itsuruko. – Najwięcej takich pieczęci ma Yoshiro. Najpoważniejsze jest uszkodzenie płuc. Chronią je trzy różne pieczęcie. Niestety, pod wpływem ostatniej techniki, którą Yoshiro uwolnił, jedna z nich jest w dość kiepskim stanie. Na razie wytrzyma, ale trzeba się tym zająć jak tylko będziemy mieli na to czas.
- Sensei? – Lee wyglądał na zaniepokojonego. – A nie mogłabyś się tym zająć?
- Nie teraz. – dziewczyna potrząsnęła głową. – Wzmacnianie pieczęci to cały, skomplikowany rytuał. Sama nie dam rady go przeprowadzić. Poza tym, o ile nie ma to być prowizorka, która wytrzyma raptem kilka dni, to konieczne jest kilka specjalistycznych zwojów z formułami, oraz odpowiednio przygotowana komnata.
Przez dłuższą chwilę wszyscy trawili nowe wiadomości. W końcu panującą ciszę przerwał Lee.
- Ale… Sensei, a co, jeżeli ktoś postanowi uderzyć w te… blizny?
- To nie takie proste. – Iwashi uśmiechnął się, szerzej niż wcześniej. Powoli zaczynał przypominać dawnego siebie - wiecznie wesołego, obracającego wszystko w żart lekkoducha. – Po pierwsze, najpierw trzeba wiedzieć, w jakie konkretnie uszkodzenie się celuje. Inaczej zaatakuje się zszargane płuca, a inaczej uszkodzony kręgosłup. Po drugie, trzeba wiedzieć jaka pieczęć je chroni, gdzie jest umiejscowiona i jak uniknąć zawartych w niej pułapek.
- A dostęp do takiej wiedzy mają jedynie ludzie, którzy nakładali te pieczęcie, medycy opiekujący się takimi pacjentami oraz ludzie z działu kadr. No, może jeszcze daimyo Klanu i jego najbliższa rodzina.
- A co, gdyby ktoś próbował siłowo przełamać takie bariery, nie atakować blizn? – zapytał Itachi.
- To już większy problem. – przyznała Itsuruko. – Na szczęście przez setki lat powstały metody zapobiegania takim przypadkom. Pieczęcie są na tyle dobrze chronione, że w walce zlokalizowanie ich jest koszmarnie wręcz trudne, a zaatakowanie jej jest jeszcze trudniejsze. Wątpię, żeby nawet mój brat był w stanie wykonać precyzyjny atak na pieczęć w ogniu walki. To coś więcej niż uderzenie w meridiany. Pieczęć wytrzyma dużo więcej, a do tego Byakugan nie jest tutaj żadną pomocą.
- Więc, reasumując, akurat to jest naszym najmniejszym zmartwieniem, dobrze rozumiem? – upewnił się Itachi.
- Doskonale. – Iwashi entuzjastycznie pokiwał głową, szczerząc się jak opętany. – Dobrze, że tu jesteś. Podnosisz poziom kumactwa co najmniej dziesięciokrotnie. Albo wręcz nadrabiasz obecność Naruto.
- Słyszałem to, ten teges!
- Iwashi, zaczynasz się zachowywać zupełnie, jak mój brat! – zawołała Itsuruko. Nie zdołała jednak powstrzymać lekkiego uśmiechu. Zaraz jednak spoważniała. Podobnie jak Iwashi.
- Cóż, myślę, że to na tyle. Za jakieś trzy godziny ruszamy dalej. Postarajcie się choć trochę zdrzemnąć.
Gdy wszyscy wstali i ruszyli w stronę namiotów, Hinata zawahała się. Odwróciła się i spojrzała w stronę skalnej iglicy, gdzie siedział człowiek, który zwrócił jej życie. Zastanawiała się, czy naprawdę nic nie może zrobić, aby mu pomóc.
Zauważyła badawcze spojrzenie Take. Smok też się martwił. Powoli do niego podeszła, ale zanim zdążyła się odezwać, potrząsnął łbem.
- To bardzo głupi pomysł, wiesz o tym? – zapytał.
- I co, wolisz tak to zostawić? – odpowiedziała pytaniem.
Smok przekrzywił głowę i spojrzał na nią badawczo.
- Obawiam się, że masz rację. – odparł w końcu, podnosząc się. – Chodź, zobaczymy, czy uda nam się coś wskórać.
- Idziesz ze mną?
- Na wszelki wypadek. – odparł ponuro Take.

Yoshiro zareagował, zanim podeszli na dziesięć kroków.
- Take, fruwaj stąd. Hinata, nie powinnaś spać? – choć było to pytanie, w głosie Ryuumaru nie było ani śladu zainteresowania.
- Ja… myślałam, że może…
- Jeśli nie robi ci to różnicy, wolałbym zostać sam. – Yoshiro wreszcie odwrócił się do niej. Zadrżała, widząc kolosalną zmianę, jak w nim zaszła. Wcześniej, przy ognisku, jego twarz była skryta w cieniu rzucanym przez kaptur. Teraz, w bladym półmroku, widać było wyraźnie piętno, jakie ta strata na nim odcisnęła.
Oczy, wcześniej radosne i patrzące wesoło na świat, były puste, martwe. W pokrywającym twarz pyle wyraźnie widać było jaśniejsze ścieżki, wyżłobione przez łzy. Podobnie jak jego postawa, twarz Yoshiro wydawała się pustą skorupą, maską, którą przywdział, aby ukryć swój ból.
Hinata podeszła. Nie wiedziała jeszcze jak, ale czuła, że musi coś zrobić.
- Sensei… – zaczęła. Yoshiro potrząsnął głową.
- Daj już spokój. Itsu nie mówił wam, jak się dzieli Szturmowych? – Gdy potrząsnęła głową, westchnął. – Nie mam siły na tłumaczenie tego teraz, ale jesteście już takimi samymi wojownikami Oddziałów Szturmowych jak my. Jeżeli chcesz koniecznie stosować jakąś formę grzecznościową, senpai wystarczy w zupełności. A teraz, o co chodzi?
- Nie zejdziesz do nas? Wszyscy się martwią. – zapytała. Yoshiro pokręcił przecząco głową.
- Obawiam się, że nie jestem na to gotów. Ale dziękuję ci za troskę. – spróbował się uśmiechnąć, ale nie wyszło mu. Zanim dziewczyna zdążyła cokolwiek powiedzieć, uniósł dłoń. – Wiem, że się martwicie, ale wytrzymam. Przynajmniej, dopóki nie wrócimy do twierdzy Krabów. Co będzie później… Nie wiem.
Hinata została jeszcze przez chwilę, mając nadzieję że Yoshiro zmieni zdanie, po czym wstała. Odchodząc, rzuciła jeszcze prze ramię.
- Jeszcze jest dla niej nadzieja.
Gdy zniknęła w namiocie, Yoshiro wyszeptał, tak cicho, jakby samemu bał się przyznać.
- Wiem.

Podróż powrotna do Shiro Yakamo, zdawała się trwać znacznie dłużej, niż pamiętali. Wrażenie to było spowodowane wyłącznie ciężką atmosferą – faktycznie bowiem przemieszczali się znacznie szybciej. O ile wcześniej musieli wędrować na piechotę, w dodatku kilkukrotnie zmieniając kierunek, to teraz przemieszczali się na grzbietach zwierząt.
W końcu potężny masyw, widoczny na horyzoncie, przekształcił się w monumentalne fortyfikacje Klanu Kraba.

Kiedy poprzednio wkraczali do twierdzy, widzieli ją z zupełnie innej perspektywy. Wcześniej patrzyli na nią z góry. Teraz podchodzili od strony Krain Cienia i wrażenie było… monumentalne. Potężny Kaiu Kabe wznosił się na ponad sto dwadzieścia metrów, przypominając bardziej potężny łańcuch górski, niż fortyfikacje. Shiro Yakamo, przerastający nawet niebosiężny mur, zdawał się przytłaczać swoją potęgą całą okolicę. Wydawał się odbierać jakąkolwiek nadzieję każdemu, kto byłby na tyle głupi, aby zaatakować majestatyczny mur chroniący resztę Pierwszego Świata.

- Mam tylko nadzieję, że nie wezmą nas za żadnych Renegatów. – mruknął Gamakichi, patrząc na ruch na murach.
- Nie ma obaw. – Itsu potrząsnął głową. Choć odzyskał przytomność, wciąż odczuwał skutki uderzenia. – Zwiadowcy Klanu mają nas na oku już od jakiegoś czasu. Nie ma możliwości, aby o nas nie wiedzieli.
Faktycznie, wkrótce potem znikąd wynurzyła się grupa Oni. Przez krótką chwilę rozmawiali przyciszonymi głosami z Itsu i Yoshiro, po czym skłonili się i na powrót rozpłynęli w ciemnościach.

Wkrótce potem wkroczyli do twierdzy.

Gdy tylko zatrzymali się na placu, Yoshiro odwrócił się do reszty.
- Take, Gamakichi, jeśli chodzi o was, to tyle. Powinniście wracać do siebie, nabrać sił. – kiedy obydwa chowańce zniknęły w obłokach dymu, odwrócił się do jasnowłosej medyczki. – Itsuruko, zaprowadź ich do szpitala. Itsu i ja pójdziemy złożyć raport. – z tymi słowami odwrócił się i razem z przyjacielem zniknęli w mrocznym przejściu, wiodącym w głąb zamku.
- Miałem nadzieję, że uda się uniknąć szpitala. – Naruto zrobił niewyraźną minę. Jak to się działo, że po większości swoich misji lądował w łóżku na obserwacji?
- Cóż, to normalne. Zawsze po wizycie w Krainach Cienia trafia się na dwa czy trzy dni pod lupę lekarzy. – Itsuruko wzruszyła ramionami.
- To ma sens. – Mina pokiwała głową. – Jeżeli każda taka misja jest równie obciążająca dla organizmu, to musi minąć trochę czasu, zanim wróci się do formy.
- Dokładnie. Poza tym, przez następny miesiąc taka osoba nie może wrócić do Krain Cienia.
- Dość długo. – mruknął w zadumie Itachi.
- To absolutne minimum. – westchnęła Itsuruko. – W normalnych warunkach nikt nie wkracza w Krainy częściej niż raz na pół roku, ale w obecnej sytuacji będziemy potrzebować tak dokładnych danych, jak tylko to możliwe. Co oznacza zwiększoną rotację. – w miarę, jak coraz bardziej zagłębiali się w labirynt korytarzy pod Shiro Yakamo, wreszcie opuszczało ich poczucie klęski, ciążące nad nimi od czasu walki w osadzie.

Tymczasem, w jednej z wież, Itsu i Yoshiro składali raport. Obok Kisady siedział człowiek, który został wyznaczony na dowódcę oddziałów Klanu Smoka w Pierwszym Świecie. Aramoro Shoju.
Daimyo Mrocznego Rodu z kamienną twarzą wysłuchał ich relacji. Gdy raport dobiegł końca, w milczeniu wstał i opuścił pomieszczenie. Któż mógł zgadnąć, co działo się za kamienną maską, którą Shoju dawno temu uczynił swoją twarzą? Choć od dnia, w którym jego córka zdecydowała się dołączyć do Oddziałów Szturmowych nie zamienił z nią ani jednego słowa na gruncie prywatnym, wciąż znaczyła dla niego więcej, niż byłby skłonny przyznać. I choć odczuwał dumę z faktu, że jego córka potrafiła wcielić w życie najważniejszą naukę Rodu i postawić dobro misji i Klanu ponad własne życie, to nie byłby człowiekiem, gdyby w sercu ni zakuł go żal. Kachiko była jego jedynym dzieckiem. I, choć od lat unikała go jak mogła, choć oficjalnie zerwała wszystkie więzy pomiędzy nimi – to jednak nie byłby prawdziwym ojcem, gdyby zdołał zignorować ból, który narastał mu w sercu.
Usłyszał cichy odgłos przesuwanych drzwi. Odwrócił się, aby spojrzeć w twarz Yoshiro - człowieka, który odebrał mu córkę. I to dwukrotnie. Pierwszy raz miał miejsce pięć lat temu. Drugi właśnie nastąpił. Shoju spojrzał na młodzieńca, na jego pustą, pozbawioną emocji twarz i zrozumiał, że nie jest jedynym, który cierpi z powodu straty Kachiko. Choć Yoshiro doskonale maskował swoje emocje, Shoju był w stanie odczytać znaczną ich część. Wyraźnie widział ból i stratę, które niemal złamały młodego shinobi. Widział żal, smutek i wyrzut. A pod tym wszystkim czaił się gniew. Straszliwy, gotowy do wybuchnięcia w każdej chwili, trzymany w szachu niezwykłą siłą woli. Gniew, a także stalowa determinacja.
Młody Ryuumaru skłonił się nisko. Bez słowa. Trwali tak przez dłuższą chwilę. W końcu Shoju odwzajemnił pokłon.
Yoshiro wyprostował się i wyszedł. Wiedział, że daimyo rodu Aramoro pragnie pozostać ze swym bólem sam.

Gdy opuścili salę, w której złożyli raport, Itsu spojrzał na przyjaciela.
- Co teraz? – zapytał.
- Idź do szpitala. – odparł Yoshiro. – Ja zaraz dołączę, muszę jeszcze spotkać się z Wilkami.
Stalowy shinobi kiwnął głową. Chciał jakoś pocieszyć przyjaciela, ale wątpił czy potrafiłby znaleźć odpowiednie słowa. I nie chodziło tu nawet o to, że nie był najbardziej elokwentnym Smokiem. Itsu poważnie wątpił, czy słowa, zdolne ukoić zranioną duszę Yoshiro w ogóle istniały.
Zamiast więc powiedzieć cokolwiek, powoli odwrócił się i ruszył w głąb twierdzy, w stronę skrzydła szpitalnego.

Wieczorem, kiedy wszyscy byli już w salach szpitalnych, Hinata weszła do pokoju Naruto. Młody Uzumaki siedział na łóżku, wpatrując się ponuro w przestrzeń.
- Naruto-kun? Wszystko w porządku? – zapytała, podchodząc i siadając obok.
- Nie, Hinata-chan. Nic nie jest w porządku. – odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. – Zawiedliśmy. Ja zawiodłem. Wielki bohater Konohy, tak? – zapytał gorzko, nadal wpatrując się w przestrzeń. – Jak mogłem zawieść? Jak?! – niemal krzyknął, wkładając w te słowa całą bezsilność, która go zatruwała. Z oczu zaczęły płynąć mu łzy. – Chcę zostać Hokage, a nie potrafię nawet zadbać o towarzyszy z drużyny! A co… – zająknął się - a co, jeśli to stałoby się tobie? – zapytał, w końcu odwracając się do niej. – Hinata-chan, już dwukrotnie myślałem, że cię stracę. Nie wiem, czy wytrzymałbym trzeci raz.
Hinata zadrżała, słysząc te słowa. Wiedziała dobrze, co chciał powiedzieć. Ona nie była w stanie wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby Naruto przepadł w ten sposób. Nie miała odwagi nawet pomyśleć o takiej możliwości.
Bez słowa objęła chłopaka. Naruto oparł głowę na jej ramieniu, pozwalając łzom popłynąć swobodnie.

Kawałek dalej, do pokoju Yoshiro wszedł Shoju.
Ryuugan uniósł wzrok. Obdarzył wchodzącego pustym, martwym spojrzeniem, po czym ponownie spuścił głowę.
- Rozmawiałem z Take. – zaczął daimyo Aramoro, siadając na krześle na przeciwko szpitalnego łóżka. – Przekazał mi to, co zapamiętał z waszego starcia. – jak wszystkie smoki, Take miał doskonałą pamięć. Dzięki odpowiednim technikom, był w stanie przekazywać dokładne obrazy tego, co widział, co znacznie ułatwiało analizowanie przebiegu walk, które obserwował. Shoju kontynuował. – Ci Renegaci… Rozpoznałem ich. Wiemy o nich od dość dawna. Ryuumaru-san, to, co ci powiem, jest ściśle tajne. – Yoshiro nie dał po sobie poznać, czy w ogóle zwrócił uwagę na to, co mówił Shoju. Ten, niezrażony, kontynuował. – Wygląda na to, że ktoś zastawił na was pułapkę. – tym razem Yoshiro zareagował. Powoli uniósł głowę i spojrzał na swojego rozmówcę. W jego oczach zamigotało coś, co nieprzyjemnie kojarzyło się z ogniem. I to bynajmniej nie wesołym, trzaskającym ogniskiem, a raczej potężną pożogą, unicestwiającą wszystko na swojej drodze.
- Aramoro-sama, co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał ochrypłym szeptem. Aramoro pochylił się do przodu.
- Ktoś spodziewał się, że to właśnie was wyślemy, aby zdobyć te informacje. Ktoś, kto wiedział, że zwrócicie się do Onigumo. Ktoś, kto wiedział, że przyciśnięci sięgniecie po techniki mojego rodu. Ci trzej byli ekspertami w walce z użytkownikami W Mroku Ukrycia. – przerwał na chwilę, aby zebrać myśli. – Wszystko wskazuje na to, że to Kachiko była ich celem.
- Dziękuję ci za te informacje, Aramoro-sama. – powiedział Yoshiro. Mówił z wyraźnym trudem, jakby wciąż nie do końca ufał swojemu głosowi. – Ale dlaczego mi to mówisz?
- Chcę, żebyś zrozumiał, że nie mogłeś temu zapobiec, Ryuumaru-san. – odparł daimyo rodu Aramoro. – Nie możesz pozwolić, aby przytłoczyło cię poczucie winy. Mamy wojnę i będziemy cię potrzebować. W pełni sprawnego. – z tymi słowami Shoju wstał i skierował się do drzwi.
Yoshiro posłał za nim długie, pełne namysłu spojrzenie. W jego głowie zaczął klarować się pewien pomysł.

Noc zapadła nad Kaiu Kabe. Iwashi, w pełnym rynsztunku, siedział na blankach i nucił, patrząc w gwiazdy, widoczne nad plugawymi oparami Krain Cienia.
- Lecz dotknij mych łez swymi wargami, dotknij mego świata swoimi palcami…
Za plecami usłyszał ciche szurnięcie.
- Gotów? – zapytał, nie odwracając głowy.
- Gotów. – usłyszał ponury głos. – Jesteś pewien, że chcesz się w to mieszać?
- No raczej. – Potępieniec wzruszył ramionami. – Nie myślałeś chyba, że cię zostawię, co?
- Wiesz, co grozi za dezercję.
- Byłem już w Piekle. I to z dużo bardziej egoistycznych pobudek. – wzrok Iwashiego stwardniał. – I, choć obiecywałem sobie, że nie dam się tam zamknąć ponownie, to nie zostawię cię samego.
Yoshiro wyszedł z cienia i skinął głową.
- Dziękuję.
- Od tego są przyjaciele, prawda?
- Prawda. Nie powiedziałeś Itsuruko?
- O moich podejrzeniach, że zamierzasz tam wrócić? – Iwashi pokręcił głową. – Nieeee. Jeszcze chciałaby z nami iść. A ktoś przecież musi się zaopiekować nowymi. Poza tym, nie chcę jej w to wciągać. Chcę, żeby była bezpieczna.
Yoshiro skinął głową. Doskonale rozumiał przyjaciela.
Skierowali się powoli w stronę jednej z furt, wiodących do tajnego przejścia, prowadzącego w Krainy. Oczywiście, przejście było strzeżone. Czterech Krabów i dwójka Wilków – nawet więcej, niż konieczne, biorąc pod uwagę, jak wieloma pułapkami było najeżone przejście.

Wieści o feralnej wyprawie Szóstego Szturmowego zdążyły się już roznieść po twierdzy. Plotka, jak zwykle, okazała się najszybszą drogą łączności w wojsku. Szóstka Oni spojrzała na dwójkę Smoków. W końcu przemówił jeden z Wilków.
- Słyszeliśmy, co wam się przydarzyło, Demonobójco. – powiedział, zwracając się do Yoshiro. – Niemniej, rozkazy, jakie otrzymaliśmy, są jasne – nie wolno nam przepuszczać żadnego człowieka bez zezwolenia ze strony waszego przywódcy. A Aramoro-sama stwierdził, że szczególnie wojownicy z czcigodnego Szóstego Oddziału Szturmowego mają pozostać w Shiro Yakamo. – zawiesił głos.
Yoshiro potrząsnął głową.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Ale nie mogę porzucić wojowniczki z mojego oddziału na pastwę Cienia.
- Hai, Ryuugan-sama. – przytaknął dowódca warty, Krab. – Rozumiem cię dobrze. Żaden z Krabów również nie mógłby spocząć, wiedząc, że ich towarzysz broni pozostał w tym przeklętym przez Kami miejscu.
Wilk popatrzył na Kraba uważnie, po czym ponownie zwrócił spojrzenie na Yoshiro.
- Rozkaz jest jedną z tych rzeczy, które my, Wilki, cenimy w olbrzymim stopniu. To dzięki hierarchii wataha działa sprawnie, niczym poruszana jedną myślą. Ale… – zwiesił głos. – Ale jest coś, co cenimy jeszcze bardziej. To coś, co nazywamy Traat'aliit – Wspólnota. To dzięki niej wataha jest silna. Demonobójco, przyniosłeś nam pamiątkę po naszym bracie i opowieść o jego honorowej śmierci. Żałuję, że jedyne, co możemy dla ciebie zrobić, to przepuścić cię teraz. – z tymi słowami, gwardziści rozstąpili się, formując szpaler, a następnie przyklęknęli.
Yoshiro i Iwashi skłonili się nisko.
- Znajdźcie drogę. – powiedział jeden z Wilków, gdy ich mijali.
Dwójka Smoków przekroczyła furtę. Byli świadomi tego, że łamią przysięgę, którą złożyli wstępując do Oddziałów Szturmowych, że zdradzają starożytny pakt, zawarty przed tysiącleciem pomiędzy Rikudo Senninem a Oni. Wkraczając wbrew zakazowi do Krain Cienia stawali się Renegatami, ludźmi, przed którymi przysięgali chronić Trzy Światy.