Zaczęła ściągać ubranie, wchodząc do łazienki. Pierwsza na podłodze wylądowała kwiecista bluzka - prezent od jej matki, która miała tę cudowną właściwość, że pasowała niemal do każdych dżinsów trzymanych w szafie. Potknęła się o wystający próg i zaklęła pod nosem jak marynarz. Podobno młodym damom to nie wypada, ale uważała się za w pełni rozgrzeszoną – jej tata przecież był najprawdziwszym wilkiem morskim i większą część roku przebywał poza domem.
Isabella nie odziedziczyła miłości do morza po ojcu. Uwielbiała życie w głębi lądu, najlepiej w jak największej odległości od rzek. Nie musiała się wtedy przejmować corocznymi powodziami. Ktoś powiedziałby, że to śmieszne. Może miałby rację, ale Isabella Swan straciła matkę podczas niekontrolowanej ulewy i od tamtej pory miała wielką awersję do zbiorników czy też kanałów przetrzymujących zbyt wielkie ilości tej śmiercionośnej cieczy.
Zrzuciła kapcie ze stóp jednym, nie – dwoma kopnięciami i stanęła boso na zimnych płytkach.
Ogrzewanie podłogowe – dodała w myślach do listy kolejny punkt remontu, który zamierzała przeprowadzić tej wiosny.
Do Forks przeprowadziła się w tym roku. Sprawił to właściwie przypadek. Jej koleżanka szukała domu w jakimś cichym, spokojnym miejscu. Z dala od szeroko zaawansowanej cywilizacji. Isabella przeglądała z nią kolejne ogłoszenia, aż sama natrafiła na dom swoich marzeń. Stał w środku lasu, na uboczu, ale dojazd nie był problemem, bo trakt prowadził dokładnie pod bramę. Zdjęcie przedstawiało skąpane w słonecznym świetle coś w rodzaju dworku, bardziej w europejskim stylu i chyba to właśnie sprawiło, że tak zapragnęła go kupić.
Już na miejscu okazało się, że prawda bywa bolesna. Dom był po prostu stary i wymagał gwałtownego, szybkiego, ogólnego remontu, a słońce pokazywało się w Forks tak rzadko, jak ona pływała w basenie.
Na samo wspomnienie kiedy weszła po raz pierwszy do środka – przemoknięta i zziębnięta, a jedna z desek pękła pod jej stopami, zazgrzytała zębami. Całe szczęście, że Charlie obiecał jej pomóc, gdy jego statek wróci do portu i dostanie zasłużony urlop. Sama nigdy nie dałaby sobie rady ze swoim pałacem, jak pieszczotliwie nazywała nowe lokum.
Faktycznie mogłaby go porównać do miejsca zamieszkania głów wielkich rodów. Miał dwa piętra i piwnicę, która pomieściłaby zapasy dla całego garnizonu. Ta ostatnia, podzielona na dwa pomieszczenia, przestronne i niemal całkowicie zakurzone, które w przyszłości miały zostać przerobione na spiżarkę i osobistą siłownię, obecnie przerażała ją. Na strychu natomiast jeszcze nie była, ale sądząc po rozmiarach parteru i pierwszego piętra – mogłaby tam spokojnie pomieścić swoją pracownię. Jeszcze nie zaczęła zwozić całego swojego sprzętu, ale niektóre z jej aparatów zdobiły już kilka półek. Udekorowała też zdjęciami część ścian w północnej stronie domu. Reszta musiała być ponownie przemalowana, po uprzednim zdarciu paskudnych zielonych tapet, które nieubłaganie przeważały.
Nie wiedziała dokładnie, co zrobi z siedmioma sypialniami, które porozrzucane były całkowicie nielogicznie, pomiędzy parterem i pierwszym piętrem. Architekt musiał być szaleńcem, planując tylko jedną łazienkę, do tego w najdalszym kącie - kilkanaście metrów od schodów prowadzących na górę.
Tu obecnie się znajdowała. Stojąc w samej bieliźnie na środku słabo odkurzonego pomieszczenia. Starała się ustawić w miarę ciepłą wodę, ale na razie na przemian leciała wrząca i lodowata woda. Odwróciła się przodem do ogromnego bojlera i wściekła uderzyła go dłonią, zdzierając boleśnie skórę w kilku miejscach. Rdza odpadła spod spodu, a wystraszony pająk wspiął się po ścianie. Maszyna, której wskazówka szalała do tej pory, postanowiła chyba jednak nie zadzierać ze Swan, bo przyjemnie ciepła ciecz wypłynęła z rur.
Isabella weszła do wanny, gdy ta wypełniła się do połowy i wsypała kilka kryształków soli do kąpieli. Przyjemny kwiatowy aromat rozniósł się po łazience i odprężał dziewczynę. Wsłuchiwała się w szelest lasu, który rósł wokół domu. Usypiało ją miarowe skrzypienie gałęzi, gdy wtem jeden dźwięk wybił ją ze słodkiego letargu.
Trzask rozniósł się głośnym echem i odbił od ściany lasu, potęgując jeszcze wrażenie.
Musiałam przegapić rozbłysk – pomyślała, otwierając oczy.
Przyglądała się pajęczynie rozłożonej w oknie drzwi łazienki. Omal nie wpadła pod wodę, gdy w szybie zamajaczyła jej czyjaś twarz. Szkło zniekształciło obraz i zobaczyła tylko dwa ciemne punkty oczu wlepione prosto w nią oraz bardzo bladą twarz, wykrzywioną w nieprzyjemnym grymasie. Krzyknęła głośno i chwyciła mocniej brzegi wanny. Wyskoczyła z wody i zaczęła nakładać na siebie ubranie. Odzież kleiła się do jej mokrego ciała. Ręce drżały ze zdenerwowania. Nie mogła też opanować szczękania zębami. Odważyła się znów spojrzeć w stronę drzwi, ale ku własnej uldze nie dostrzegła już nikogo. Kiedy zaczęła sięgać po komórkę, spadały właśnie pierwsze krople deszczu.
Palce wbijały się jej w klawisze telefonu, gdy przeglądała listę numerów. Nikogo jeszcze nie znała w Forks, a najbliżsi sąsiedzi mieszkali prawie cztery kilometry dalej. Zaklęła cicho i zaczęła nasłuchiwać. Przez parę minut nic się nie działo.
Mogę zadzwonić do Angeli – pomyślała i już miała wybierać numer, gdy naszła ją jeszcze jedna myśl. – I co jej powiesz? Przyjeżdżaj prędko, bo w oknie łazienki zobaczyłam rozmazaną twarz?
- Wyluzuj Swan. Pewnie ci się przewidziało – powiedziała na głos, próbując się uspokoić.
Jednak jej zbyt wybujała wyobraźnia przywołała natychmiast scenariusz z ostatnio czytanego horroru. Pusty dom na odludziu. Samotna kobieta, noc, burza i tajemniczy morderca.
- Za dużo książek – prychnęła.
Krople deszczu dudniły o metalowy dach. Wsłuchiwała się przez chwilę w powtarzające się dźwięki i odzyskiwała równowagę. Rytm zaburzyło skrzypnięcie podłogi.
Stare deski – pomyślała.
Skrzypnięcie powtórzyło się bliżej drzwi.
Stare deski – pomyślała, ale już mniej pewnie.
Serce znów zaczęło pompować szybciej krew do żył, a oddech – zbyt głośny – zdradzał jej położenie. Zaczęła panikować. Odgarnęła mokry kosmyk z twarzy i z lękiem spojrzała w szybę.
Twarz znów tam była i patrzyła na nią. Obserwowała.
Swan krzyknęła tak głośno, że aż rozbolało ją gardło. Twarz zniknęła tak szybko, jak się pojawiła, a w korytarzu zaskrzypiały deski. Isabella uspokoiła się na chwilę i sięgnęła po telefon.
- Policja? – zapytała. – Chciałabym zgłosić włamanie. – Głos się jej załamał przy ostatnim słowie.
Usłyszała kilka piknięć i ekran w telefonie zgasł.
- Nie, nie, nie. Tylko nie bateria – szepnęła.
Próbowała włączyć telefon, ale za każdym razem kończyło się to w ten sam sposób.
W łazience spędziła prawie pół godziny. Starej sztuczki z jednostajnym liczeniem nauczył ją ojciec, kiedy miała dziesięć lat i chciała zostać harcerzem. Wymawianie kolejnych cyfr pomagało też się skupić i uspokoić. Przez ten czas zdążyła sprawdzić zamek w drzwiach i obliczyć, ile mniej więcej powinno zająć patrolowi dotarcie do jej domu przy tej pogodzie.
A lało jak z cebra. Małe okienko, które w dzień nie dawało wystarczającej ilości światła, obecnie napęczniało i pojedyncze krople deszczu wślizgiwały się do łazienki.
Trzeba wymienić okna na plastikowe – pomyślała i zaczęła liczyć od nowa.
Jak na razie odgłosy się nie powtórzyły, a ciszę przerywały tylko kolejne krople deszczu uderzające o dach. Kilka błyskawic przecięło niebo i Isabella wzdrygnęła się. Burza miała potrwać jeszcze parę godzin, choć z broszurki o Forks, którą przeczytała tuż po przyjeździe, wynikało, że może to być równie dobrze kilka dni.
Swan popatrzyła na wyłączony telefon i miała ochotę rzucić nim o ścianę, po której spływało kilka strumyków deszczówki. Była na siebie wściekła, że zawsze zapominała o tej przeklętej baterii.
Objęła się w ramionach i potarła zmarznięte ramiona. Co prawda zdążyła już prawie wyschnąć, ale siedząc na zimnej podłodze, straciła zbyt wiele ciepła. Strach ściskał jej gardło kilkukrotnie, gdy skupiała się do granic możliwości, by wychwycić najmniejszy nawet dźwięk. Nic się jednak nie działo i nie bardzo wiedziała, co ma o tym myśleć.
Nagle mała żaróweczka, która do tej pory dawała jej tę odrobinę światła, zgasła i Swan pogrążyła się w ciemności. Przygryzła zaciśniętą pięść, by nie krzyknąć.
Myśl, Swan! Myśl! Nie panikuj! – zbeształa się mentalnie.
Przez chwilę przyzwyczajała oczy do ciemności. Kilka minut później rozróżniała już podstawowe przeszkody i przypominała sobie rozkład łazienki oraz własną pozycję.
Jeśli dobrał się do transformatora, to jest w piwnicy – pomyślała. – Mam kilka minut, by… No właśnie…
Zerwała się na równe nogi i prawie bez problemów dotarła do drzwi. Zamek wydał cichy zgrzyt, gdy przekręcała klucz. Gołe stopy bezgłośnie poruszały się po drewnianej powierzchni. Była zbyt lekka, by deski uginały się pod nią.
Przeszła powoli do schodów z wyciągniętymi do przodu rękami, nasłuchując i cały czas obracając głowę wokół w poszukiwaniu jakiegokolwiek ruchu. Błyskawice od czasu do czasu oświetlały piętro, ale to tylko utrudniało jej przejście, bo po każdym rozbłysku musiała na nowo przyzwyczajać oczy do ciemności.
Była w połowie schodów, gdy usłyszała pierwsze skrzypnięcie. Zaskoczona pisnęła cicho. Ktoś stał zaledwie parę metrów za nią, na samym szczycie, i skradał się. Rzuciła się do ucieczki, wbijając kilka drzazg w bose stopy. Jej ciche tupnięcia w porównaniu z głośnymi napastnika przerażały ją jeszcze bardziej. Z ostatnich stopni zeskoczyła i chwytając się barierki schodów, skręciła. Przebiegła przez salon, potrącając kolejne krzesła. Słyszała za sobą ciężkie, niespieszne kroki.
- Cholera – doszedł do niej szept mężczyzny, gdy ten kopnął w wywrócony mebel.
Choć bardzo sobie obiecywała, że tego nie zrobi – obejrzała się za siebie.
Był ogromny, wysoki i barczysty. Gdy kolejna błyskawica oświetliła jego twarz, Swan prawie wrzasnęła. Wpatrywał się wprost na w nią, a jego oczy nie wróżyły nic dobrego.
Nagle uderzyła w coś miękkiego. Poczuła, jak materiał obwija się wokół jej ramion. Wrzasnęła panicznie i z całej siły pchnęła do przodu. Drewniany wieszak z powieszonym na nim płaszczem przewrócił się, rozbijając szklane półki. Izabellę obsypał deszcz szkła. Straciła równowagę i upadła na przewrócony mebel. Odczołgała się w stronę ściany i jeden z kawałków ścisnęła w dłoni tak mocno, że pociekła jej krew. Nie puszczała jednak jedynego narzędzia obrony.
Ku jej przerażeniu mężczyzna znikł z miejsca, w którym był poprzednio. Krzesło stało już na nogach, ale w polu widzenia dziewczyny nic się nie poruszało.
Próbowała uspokoić oddech, by usłyszeć coś więcej, niż tylko własne sapanie. Czuła nieprzyjemne pieczenie w płucach. Bolały ją stopy i ręce. Z kilku miejsc na twarzy na pewno spływała krew. Mokre jeszcze włosy przylepiły się jej do twarzy, więc wolną ręką zgarnęła je na bok, by powiększyć sobie pole widzenia. Mężczyzna jednak znikł.
Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy, a policzki płoną. Ręka, w której trzymała kawałek szkła, drżała i nie chciała słuchać poleceń mózgu.
Swan, tylko spokojnie – znowu zaczęła się uspokajać.
Wtem rozległo się pukanie do drzwi. Podskoczyła zaskoczona i znieruchomiała.
- Panno Swan, czy wszystko w porządku? – nieznany głos zadał pytanie, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, dodał. – Policja.
Natychmiast wstała i cztery ostatnie metry przebyła biegiem, nie zważając na nic. Dopadła do drzwi i jednym szarpnięciem otworzyła je na oścież.
Jej oczom ukazał się niewysoki mężczyzna w szarym mundurze.
- Panna Swan? – zapytał ponownie.
- Proszę szybko mnie stąd zabrać! – krzyknęła. – Jest w środku! – dodała równie głośno i schowała się za policjantem.
- Spokojnie. Jestem tutaj, żeby panią chronić – zaczął ją uspokajać. – Proszę pokazać, gdzie go pani widziała ostatnio – powiedział i złapał ją za rękę.
Wyciągnął broń i odbezpieczył, gdy przechodził przez próg.
- W tamtym pokoju. – Wskazała palcem.
Objął ją mocno ramieniem, by przestała drżeć i wprowadził do środka. Drzwi trzasnęły tuż za jej plecami, a kolejna błyskawica rozświetliła pomieszczenie…
Isabella nie zauważyła kilku rzeczy. Na podjeździe jej domu nie było radiowozu. Mężczyzna, który podał się za policjanta, miał całkiem suchy mundur straży więziennej z kilkoma plamami zaschniętej krwi, a na wycieraczce jej domu leżała gazeta.
Dwa dni temu z więzienia stanowego uciekło dwóch więźniów. Edward Cullen i Emmett McCarthy obezwładnili i zamordowali dwóch strażników. Zabrali też ich mundury i broń. Kierują się w stronę Port Angeles. Prosimy o przekazywanie informacji najbliższemu posterunkowi policji...
