„- Gdybym nalegała… prawdopodobnie byś mnie zabił, tak?
- Tak."
Severus westchnął cicho i zagapił się na kotary wiszące wokół łóżka. Powinien przewidzieć, że jej logiczne myślenie w końcu doprowadzi ją do takiego wniosku… Do prawidłowego wniosku. Razem z Albusem przeanalizowali każdy możliwy rezultat, każdy scenariusz jej sytuacji. Był niewielki wybór - albo zawrócić ją z tej ścieżki, albo usunąć.
Zrobiliby to, co musieliby zrobić.
Co najbardziej zaskoczyło go z wyznania, jakie na nim wymusiła, była emocja, którą poczuł przez więź. Ulga. Jej uczucia były zbyt nieobliczalne dla niego, by mógł wyczuć jakikolwiek konkret, aż do momentu, gdy wyszeptała „Dziękuję". Zalała ją wszechogarniająca ulga… Jednakże teraz się zastanawiał, czy było to jego, czy jej uczucie.
W zasadzie, wciąż był zdezorientowany tymi słowami. Dziękuję. Za co mu dziękowała? Za powiedzenie prawdy, czy…
…za bycie zdolnym do zrobienia tego, co musiałby zrobić?
Na szczęście, wydawało się, iż rozumiała ich sytuację. Nie można było pozwolić, by pogrążyła się w Mroku. Jednak pomimo wszystkich ich starań… zanurzała się w nim. Zew już się zalągł, a on nigdy nie był zadowolony z rozpadu nawet najcieńszego połączenia. Będzie ją zniewalał, doprowadzał do emocjonalnego wyczerpania, kusił, by uczyła się więcej… kusił, by rzuciła Avadę Kedavrę.
Lub przeprowadziła Rytuał Krwi.
Marszcząc brwi, odwrócił się, żeby móc na nią spojrzeć. Spała, a jej równy oddech go uspokajał. Wiedział, co planowała. Wszystko to było zbyt oczywiste od ich rozmowy o jego przysiędze Wierności Krwi. Ale nie pozwoli jej poświęcić się w taki sposób – zdecydowanie i świadomie przeprowadzić ostateczny akt, który otworzy szeroko bramy jej umysłu, jej duszy – jej esencji – i pozwoli Zewowi ją posiąść. Walka może ją zbyt wiele kosztować… była silna, ale nie wiedział, czy wystarczająco, by odwrócić się od w pełni urzeczywistnionego Zewu.
Ollivander i Moody przyznali się, że nie byliby zdolni, by to zrobić, bo nie zakończyli swych połączeń używając Rytuałów Krwi. Czuli to sporadycznie, ale nawet tyle wystarczyło, by sprawdzić ich siłę i determinację. Severus, z drugiej strony, czuł to przez cały czas. Czasami mniej, czasami bardziej – ale zawsze tam było. Wyczekując stosownej chwili. Często zastanawiał się, czy to właśnie siła i determinacja trzymała Zew na dystans… czy zwykła, czysta upartość.
Ale… może była wystarczająco uparta.
Może.
- Myślałem, że pomysł zatrzymania jej tutaj miał na celu zapobiegnięcie czemuś takiemu. Ustrzeżeniu jej przed kuszeniem Zewu – wychrypiał Moody, patrząc na Severusa ze źle zamaskowanym podejrzeniem w oczach. Snape zacisnął wargi w irytacji, powstrzymując się przed ripostą pod srogim wzrokiem Dumbledore'a.
- Severus zrobił, co mógł, Alastorze. Widziała Księgę Krwi, zanim zdaliśmy sobie sprawę o zaangażowaniu pana Kruma.
Moody pokręcił głową. – Krew przyjaciela… przeklęte bydlaki. To właśnie rodzaj szumowin, do jakich należałeś, Snape? Och, zapomniałem… teraz jesteś zreformowany. Zreformowany Śmiercio…
- Alastorze! – Od dawna Severus nie słyszał takiej złości w głosie dyrektora. Przeszedł przez niego dreszcz euforii, gdy zobaczył furię w oczach Albusa. Moody dziwnie zacisnął usta, zanim skinął szorstko Severusowi w ramach przeprosin. Snape zwrócił skinienie tak samo chłodno, zastanawiając się – nie pierwszy raz – jak mógł się nabrać na Wielosokową sztuczkę Barty'ego Croucha juniora. Powinien wiedzieć, że facet był zbyt miły, by być prawdziwym Szalonookim.
Severus chrząknął i zepchnął te myśli na bok. Im szybciej wyjdzie z tego gabinetu, tym lepiej. – Zew nią jeszcze nie zawładnął, Moody. To dopiero początek.
Moody przytaknął powoli. – Ale jeżeli rzuci Avadę Kadavrę…
- Tak. Lub przeprowadzi Rytuał Krwi – warknął Severus. – Zna zagrożenie.
Twarz Moody'ego złagodniała, gdy zaczął się niepokoić. Tak się martwił o swoje Gryfiątka. – Może i zna zagrożenie… ale pokusa będzie ogromna. Oprze się - łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Jest wystarczająco silna?
Dumbledore zerknął na Severusa, po czym rzekł. – Wierzę w to, Alastorze.
Severus drgnął i z roztargnieniem potarł kciukiem obrączkę. – Tak, jest wystarczająco silna. Jednakże, wkrótce nadejdą dla niej bardzo… ciężkie chwile. – Uchwycił wzrok dyrektora, w którym świtało zrozumienie. – Stawiła czoło śmierci rodziców i przyjaciela, pana Weasley'a… Nie wspominając o ich mordercy – lub przynajmniej o człowieku, który te morderstwa zaaranżował…
Brwi Moody'ego zbiegły się prawie w jedną linię. – O czym on mówi, Albusie?
Dumbledore westchnął ciężko. – Nie można tego uniknąć. Tom Riddle zażądał ją ujrzeć.
- Na spotkaniu Śmierciożerców? – zapytał surowo Moody, a jego magiczne oko odwróciło się i patrzyło na Severusa w niepokojący sposób. Snape odchrząknął.
- Nie. Udało mi się… odradzić Czarnemu Panu ten zamiar. W piątek Macnair organizuje swoje doroczne spotkanie.
Moody zwrócił na Albusa oboje swoich oczu. – Śmierciożercze Przyjęcie. Powinniśmy tam po prostu wpaść i wymordować wszystkie szumowiny na raz. – Słysząc to, Severus prychnął.
- Wiesz, że to nie możliwe, Alastorze. – Dumbledore wydawał się zmęczony. – Musimy poczekać, aż sami rozpoczną bitwę. Na naszym terenie. Harry musi być gotowy. Przepowiednie – obie – muszą się wypełnić i tym razem Tom Riddle zginie. Na zawsze.
Z szyderstwem na ustach, Severus wtrącił. – A poza tym, Moody, Macnair zastawił tyle pułapek i zaklęć wokół swej posiadłości, że zaatakowanie go będzie niemożliwe. Każda strefa jest obwarowana innymi zestawami klątw, więc by się przez nie wszystkie przedrzeć, potrzebowałbyś więcej łamaczy uroków, niż w ogóle znasz. No i straciłbyś element zaskoczenia.
Moody odchylił się do tyłu i wydał cichy pomruk frustracji. – Dobrze, więc, Albusie. Co teraz?
- Wydaje mi się, że musimy inaczej spojrzeć na przepowiednię, mój przyjacielu. Zobaczyć, jakie mogą być inne interpretacje.
Moody parsknął. Przynajmniej raz Severus się z nim zgadzał. Stary Auror pokręcił głową. – Rytuały Krwi zwyciężą cień. Chciałbym wiedzieć, czy jest jakakolwiek inna interpretacja tego zdania. Znasz moją opinię na ten temat, Dumbledore – warknął cicho. – Teraz opieram się Zewowi. Ale jeżeli przeprowadzę Rytuał Krwi… Kto wie, jakie mogą być skutki.
- Więź nie może być zmieniona, Moody – powiedział ostro Snape, odwracając się, by na niego spojrzeć. Szalonooki nic nie zrobił sobie z jego spojrzenia.
- To tylko teoria. Jestem pewien, że rozumiesz, iż nie chcę pokładać całego swojego zaufania w kilku teoretycznych książkach napisanych przez adeptów czarnej magii.
- To nie tylko teoria, Moody. Dowiedziono tego także w praktyce. Spójrz na Lastrange'ów. Rudolfus sfinalizował swe połączenie przez Avadę Kadavrę. Gdyby zrobił to poprzez Rytuały Krwi, jak Bellatrix, byłby tak samo szalony, jak jego żona po latach spędzonych w Azkabanie.
- Och, wybacz mi, że nie zaryzykuję duszy zawierzając słowu twojego Śmiercioż-
- Wystarczy, panowie. – Zapadła ciężka cisza, którą przerwał Albus. – Co z Ollivanderem?
Severus pokręcił głową. – Nie zgodzi się. Chce zachować neutralność, tak jak w przypadku wojny z Grindelwaldem. Już i tak zrobił dla nas więcej, niż zamierzał, dając nam tę listę z nazwiskami.
Dumbledore przytaknął w ogóle niezaskoczony. – Co z Herm- Zamilkł, dostrzegając zimny błysk w oczach Snape'a. Ponownie zaległa cisza, przerwana jedynie chichotem Moody'ego. Zaskoczony Severus przeniósł swe zimne spojrzenie na starego Aurora.
- Przywiązałeś się do niej bardziej, niż się tego spodziewałeś, co, Snape? – zapytał z nieprzyjemnym uśmiechem. Severus nie raczył mu odpowiedzieć.
Dumbledore odchrząknął głośno. – Dobrze. Wrócimy do tego, kiedy będzie nadchodził czas bitwy. A w międzyczasie… miałeś trochę czasu, by przejrzeć Księgę, Severusie?
- W poszukiwaniu tego ulotnego klucza z przepowiedni? Albus, jest wiele zaklęć i rytuałów w Księdze Krwi. Nie ma dwóch Ksiąg, które byłyby jednakowe. – Severus pokręcił głową i ponownie wyjrzał przez okno.
Wtedy odezwał się Moody. – Musimy zaangażować w to więcej umysłów. Proponuję Lupina i Shacklebolta. – Severus zwrócił wzrok na starych czarodziei i spojrzał Dumbledore'owi w oczy. Lupin. Trzeba przyznać, że facet jest Mistrzem w Obronie przed Ciemnymi Sztukami. Z niewielkim opóźnieniem, Severus kiwnął głową.
- Chcecie im też powiedzieć o Hermionie?
- Są dyskretni, Severusie.
- Shacklebolt to Auror.
- I członek Zakonu. Nam jest wierny, przede wszystkim – zaznaczył Moody. Severus przytaknął z nieobecną miną. Shacklebolt i Lupin lubili Hermionę, może więc będzie wystarczająco bezpiecznie, by im powiedzieć. I będzie potrzebowała tyle wsparcia, ile tylko możliwe, by mogła nadal opierać się Zewowi, jeżeli on polegnie w bitwie. Jeżeli będzie zmuszony przeprowadzić Rytuał Krwi.
Albus przemówił, jak gdyby czytając jego myśli. – Żaden z nich nie pozwoli skrzywdzić Hermiony, Severusie. Powinieneś to wiedzieć. – Snape przytaknął, lekko się krzywiąc.
- Wydajesz się całkiem zmartwiony o tę dziewczynę o której mówiłeś, że będzie dla ciebie tylko ciężarem, Snape. Zalazła ci za skórę, co? – zarechotał nieprzyjemnie Auror.
Severus pokręcił głową z protekcjonalnym, złośliwym uśmiechem na twarzy. - Wierz w co chcesz, Moody.
- Dobrze, Alastorze. Zostawiam tobie zawiadomienie Kingsley'a i Remusa o całej sytuacji. Najlepiej zrób to jakoś w tym tygodniu. Powinniśmy się przygotować i spotkać w następną niedzielę.
Moody przytaknął i wstał z krzesła. Severus obserwował go, jak kuśtyka w jego stronę i unosi brew. Czego znowu ten stary chce? – To dobra dziewczyna, Severusie. Dbaj o nią. Jeżeli ktokolwiek pomoże się jej oprzeć, to właśnie ty. – Nie czekając na odpowiedź, Moody wyszedł z gabinetu, a Severus nie mógł odwrócić wzroku od pleców Aurora, jego brązowych szat, które poruszały się w takt każdego, nierównego kroku… od drzwi, które z cichym trzaskiem się za nim zamknęły.
Szalonooki zaczynał mu w końcu ufać?
Zaskoczyło go chrząknięcie Albusa. – Severusie… Tak sobie myślałem… - Snape skulił się w myślach i starał uspokoić. Zazwyczaj nie słyszał nic dobrego po takim początku. – Hermiona powinna ci pomagać w poszukiwaniach. – Krew Severusa się zmroziła.
Odczekał chwilę, aż zdołał opanować gniew, i powiedział. – Absolutnie się nie zgadzam. Nie słyszałeś, o czym z Moodym ci mówiliśmy?
- Jako jedyna dokonała przełomowego odkrycia odnośnie przepowiedni. A właściwie dwa przełomowe odkrycia. Chyba zmienię zdanie, co do jej wróżbiarskich zdolności…
- Nie.
- Severus-
- Nie.
- To powinien być jej wybór. Przedstawię jej ten pomysł.
- Niech to szlag, Albusie! – syknął Snape, zrywając się z miejsca i dopadając biurka dyrektora.
- Severusie, to może być nasza jedyna szansa na zwycięstwo. Wykazała się zdolnością do patrzenia ponad oczywistością i rozszyfrowała przepowiednię… Ona jedna ma największą szansę na spojrzenie ponad oczywiste rozwiązania i znalezienie klucza, który jest w tej Księdze!
Severus wykrzywił usta i podszedł do okna, opadając ciężko na parapet i patrząc niewidzącym wzrokiem przez szkło. - Zew łatwo jej nie odpuści… Jeżeli zacznie czytać Księgę Krwi, szczególnie tę Księgę… most, który w ten sposób powstanie, będzie ogromny i gdyby sfinalizowała połączenie…
Głos Albusa był zimny i stanowczy, kiedy ponownie się odezwał. – To jest wojna, Severusie.
Mężczyzna odwrócił się nagle w jego stronę.
- Och, naprawdę? Myślisz, że o tym nie wiem? Całe moje życie kręci się wokół tej piekielnej wojny, jedna, cholerna sprawa po drugiej, znoszę nieopisany ból i cierpienie dla sprawy tej wojny. Ale to widocznie jest za mało. Teraz chcesz zaryzykować jedyną, dobrą rzecz… - Severus zamilkł, zdając sobie sprawę, jak dużo powiedział. Odwrócił się od dyrektora i ponownie wsparł się ciężko na parapecie, krzywiąc się i tak mocno zaciskając na nim dłonie, że zbielały mu knykcie.
- Ty… zależy ci na niej.
Severus cały czas zaciskał pięści na parapecie. Uniósł na chwilę głowę i zerknął na Albusa, zanim odwrócił się, by patrzeć na hogwarckie błonia z zaciśniętą szczęką. Nie odpowiadał.
Głos dyrektora złagodniał. – To jej wybór, Severusie.
Odepchnął się od okna. – A ty zmanipulujesz ją tak, by twój wybór był jej wyborem. Robisz to ze mną wystarczająco często. Opiekun Slytherinu przechytrzony przez zramolałego, starego Gryfona. Żałosne. – Dumbledore otwarł usta, ale zamknął je, gdy Severus machnął ręką. – Oszczędź mi.
Nie mówiąc nic więcej wyszedł z gabinetu pozwalając, by drzwi zatrzasnęły się za nim głośno.
Hermiona rozejrzała się niepewnie, czując wirowanie w żołądku po podróży Świstoklikiem. Znajdowali się na środku pola, a tuż przed nimi stał rząd powozów. – Co-?
Severus uśmiechnął się szyderczo. – Będziemy nimi podróżować aż do dworu. Wielu czysto-krwistych stosuje taką taktykę. To ich sposób na pozbawienie nas oddechu, chyba tak mogę powiedzieć.
- I zapobiegnięcie atakom – przyznała cicho Hermiona. Severus posłał jej badawcze spojrzenie.
- Tak. Można powiedzieć, że Macnair nie jest… ufnym typem.
Hermiona wyszczerzyła się. – Chodźmy więc poudawać wyższe sfery.
Kiedy jechali powozem do Macnair Manor, Hermiona bezwiednie przypominała sobie wskazówki Severusa. Czarny Pan pojawi się po posiłku, co nie nastąpi szybciej, niż dwie godziny po ich przybyciu, by mieli czas na „podtrzymywanie stosunków towarzyskich" (szyderczy uśmiech, który towarzyszył wypowiadaniu tego zdania był jednym z najpiękniejszych, jakie Hermiona widziała). Utrzymuj kontakt wzrokowy, lecz niezbyt śmiało, ale także go nie unikaj, bo to byłoby zbyt podejrzane. Pamiętaj o zaufaniu do mnie. I postaraj się nie zakląć Malfoy'a.
Ostatni warunek był bez wątpienia najtrudniejszy.
- Strzeż się Lucjusza, Hermiono. Najprawdopodobniej będzie się starał wytrącić cię z równowagi, zanim przybędzie Czarny Pan. Nic nie będzie bliższe jego celowi, niż poniżenie mnie w oczach Lorda.
Hermiona przytaknęła. Tak. Ostatni warunek będzie z pewnością najtrudniejszy.
Pani Snape była pod wrażeniem widząc masywne, marmurowe schody, lecz reszta posiadłości była żałośnie przedobrzona, jak dla niej.
- Macnairowie zawsze byli… wystawni – wyszeptał jej do ucha Snape. Powstrzymała złośliwy uśmiech patrząc na okropny żyrandol… Ciężki kryształ, złoto i srebro z wygrawerowanymi wężami wijącymi się wokół każdej świeczki. Pokręciła głową.
- Chyba trochę przesadzają z tymi wężami, nieprawdaż? – zapytała cicho. Klamki, świeczniki, balustrady – wszystkie w wężach. Niektóre z nich mogły się nawet poruszać.
Severus parsknął. – Powinnaś zobaczyć Malfoy Manor.
- Wolę nie.
W końcu dotarli do sali wskazanej przez Skrzata Domowego. Hermiona zwróciła się do Severusa, który patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem w oczach. – Jesteś gotowa?
Przełknęła ciężko i przytaknęła.
Hermiona właściwie miło spędziła czas. Chociaż inni goście nie byli zbyt przyjaźni, to jednak wykazywali wystarczająco duże zainteresowanie rozmową z nią. Oczywiście wszyscy sprowadzali konwersację na temat Harry'ego i tego jak dobrze go znała, nie dalej niż po pięciu minutach krótkiej rozmowy, ale i tak było lepiej, niż się spodziewała.
Rozmawiała właśnie z pulchną kobietą w purpurowej, aksamitnej szacie, gdy ta nagle przerwała w połowie zdania i spojrzała ponad ramieniem Hermiony, po czym szybko uciekła. Hermiona patrzyła za nią z zakłopotaniem.
Nagle, usłyszała za sobą miękki głos. Głos, który znała aż za dobrze. Słyszała go w snach… w koszmarach…
- Nie miałem jeszcze okazji złożyć moich kondolencji po stracie twoich rodziców i przyjaciela.
Ostrożnie zacisnęła szczękę i odwróciła się do Lucjusza Malfoy'a. Przytaknęła krótko, nie zawierzając własnemu głosowi. Wydawał się wyczuwać wysiłek, jaki wkładała w zachowanie kontroli i uśmiechnął się do niej, a paskudny wyraz twarzy zburzył obraz zimnej elegancji, który tak bardzo starał się zachować. Po prostu odejdź… proszę, odejdź…
- Byłem bardzo zasmucony słysząc o tym – to taka tragedia… - Załamał głos, a jego uśmieszek zmienił się w ohydny grymas. – Taki tragiczny koniec… tak niepotrzebne poświęcenie.
Taki tragiczny koniec… tak niepotrzebne poświęcenie.
Słowa prosto z listu dołączonego do pierścionka… Pierścionka z krwią Rona… Czuła, jak jej twarz blednie… Potem uderzyła w nią fala gorąca… Jej krew zaczęła płonąć… Jej dłonie, schowane w kieszeniach szaty, zacisnęły się na różdżce…
Nie może… nie teraz…
Mgiełka formowała się na brzegu wzroku…
Zrób to… odpowiedz… zasługuje na to…
Czerwona mgiełka… teraz znajoma… prawie mile widziana…
Każdy krok wydaje się mały. Nie!
Walczyła z tym, zamknęła oczy i odwróciła głowę. Lucjusz mówił coś jeszcze, coś, czego nie mogła dokładnie usłyszeć… Uszy wypełnione były odgłosem bicia jej serca… Słyszała szum krwi płynącej przez żyły…
Podskoczyła, czując rękę na łokciu. Czerwona mgiełka powróciła, jej powieki rozwarły się z furią, palce zacisnęły się mocniej na zimnym, znajomym drewnie różdżki. Kiedy zobaczyła, kto przed nią stoi, wydała westchnienie ulgi…
…nawet, jeżeli coś głęboko w niej krzyczało z frustracji…
Severus nie chciał się rozłączać, ale by utrzymać pozory, oboje musieli się wmieszać w tłum – przynajmniej na jakiś czas. Jeżeli przyłapano by go na trzymaniu jej blisko siebie, wszyscy doszliby do wniosku, że jego władza nad nią jest słaba. Lub jej zaufanie do niego jest słabe. W obu przypadkach, nie mogli ryzykować.
Miał ją na oku, nawet, gdy rozmawiała z innymi Śmierciożercami lub ich gośćmi. Na szczęście było to małe grono – ekskluzywne, tak można by je nazwać – więc mógł mieć ją w zasięgu wzroku, nawet wtedy, gdy rozmawiał z innymi. I, co również im sprzyjało, stał właśnie z Rudolfusem, gdy zobaczył zbliżającego się do Hermiony Lucjusza. Choć niezaprzeczalnie Rudolfus Lestrange był złym człowiekiem, razem z Severusem zawsze utrzymywali pełne szacunku koleżeństwo – pewnego rodzaju przymierze. Można by to chyba uznać nawet za przyjaźń.
Był świadomy, że dzieląc się tą wiedzą z kimś obcym, mogłoby się to wydać niedorzeczne, lecz taka była prosta prawda.
Kiedy Lucjusz mówił, brwi Severusa złączyły się nad jego nosem. Rudolfus zerknął w tamtą stronę i lekko pokręcił głową. – Strzeż się go, Severusie. Chciałby widzieć twój upadek. I według mnie, za mocno tego pragnie.
Severus nie spuszczał wzroku z Lucjusza, kiedy przytakiwał. – Zgadzam się, bracie. I obawiam się, że powinienem opuścić cię na chwilę, by sprawdzić… - Nagle jego znak zapłonął. Wyczuwał rosnący w niej Zew, czuł go przez więź… Obrzydzenie, gniew… Nie czekając na odpowiedź Rudolfusa, szybko podszedł do swojej żony. Miała zamknięte oczy i odwróconą głowę, i prawie podskoczyła, kiedy dotknął jej łokcia, by zwrócić na siebie jej uwagę. Nie przegapił także sztywności jej ręki i instynktownie wiedział, że trzymała różdżkę w żelaznym uścisku.
- Chodź, Hermiono – powiedział gładko, zerkając, na Malfoy'a. – Źle się czuła, gdy wychodziliśmy.
- Oczywiście. Może powinieneś zabrać ją do jednego z prywatnych pokoi, zanim przybędzie Czarny Pan – odparł blondyn głosem pełnym fałszywej troski.
Severus przytaknął chłodno i wyprowadził ją z sali na korytarz. Nadal się trzęsła, wszystkie mięśnie miała napięte i mógł wyczuć w niej Zew… sporadycznie, ponieważ był zbyt słaby, by niewolić ją przez cały czas, lecz wzmocni się, im dłużej jej emocje będą wrzały…
…im dłużej Zew będzie niezaspokojony.
Ale co robić? Nie może puścić jej przed Czarnego Pana w takim stanie… Wypełniał ją Zew, prowadził każdy jej ruch… To byłaby katastrofa. Nie będzie zdolna zachować emocjonalnej kontroli potrzebnej do Oklumencji z owładniającym ją Zewem.
Zew musi zostać zaspokojony, zanim wrócą na salę. Mają wciąż trochę czasu… Około godziny, zanim pojawi się Czarny Pan. Szybko podejmując decyzję, objął ją ramieniem i ponaglił. - Chodź. – Prowadził ją do małego pokoju – jednego z prywatnych pomieszczeń – i zamknął za nimi drzwi, rzucając na nie mnóstwo uroków, w tym czar uciszający.
Odwrócił ją ku sobie i wysyczał. – Opanuj to, Hermiono! Nie możesz popełnić dziś żadnego błędu. – Ostatnia szansa, by zobaczyć, czy zdoła sobie poradzić z tym sama.
Przytaknęła, ale widział, jak cała się trzęsie, czuł kotłujący się w niej gniew – pobudzany przez wpływ Zewu. Po kilku chwilach zamknęła oczy i potrząsnęła głową. – Nie mogę… Nie wiem jak…
Posłał jej uśmieszek, przyciągnął gwałtownie do siebie i zawładnął jej ustami. Zacisnęła palce na jego włosach i skrzywił się lekko, czując, jak je ciągnie. Odsunął się, przerywając pocałunek, by zobaczyć jej ciemniejące oczy, czającą się w nich potrzebę… widział to i czuł przez więź…
- Tak… wyzwól to… zaspokój… Jeżeli tego nie zrobisz, nie uwolnisz się od jego żądań…
- Jak?
- Wzbudzając strach, ból… dewastując niewinność… choć z tym może być problem. Wydaje mi się, że będziesz musiała zadowolić się sprawianiem bólu, moja droga – powiedział, uśmiechając się wrednie. O tak... Oczekiwał tego. Czuł, jak jego własny Zew budzi się i czeka w zniecierpliwieniu.
- Nie chcę cię skrzywdzić – wyszeptała ochryple, pracując już przy zapinkach jego szaty.
- Ale ja chcę, byś mnie skrzywdziła – warknął w jej usta. – Upuść moją krew, Hermiono. – Spojrzała na niego przyćmionymi oczyma i ściągnęła z niego szatę, pozwalając ciężkiej tkaninie ześliznąć się z jego ramion i opaść na ziemię. Kiedy męczył się z jej suknią, pochyliła się i polizała znak na jego ramieniu… Dreszcz podniecenia przeszedł przez całe jego ciało.
Powstrzymał się, kiedy oboje byli już nadzy i oddychali ciężko. Musi pozwolić jej agresji przejąć kontrolę… musi pozostać bierny – tak bierny, jak to możliwe, by pomóc jej pozbyć się strasznego napięcia, jakie wywołuje w niej Zew. Miał nadzieję, że nie będzie się powstrzymywać…
…i jego nadzieje spełniły się, kiedy rzuciła się na niego, krzycząc ze złości i pragnienia…
Usta, język, zęby… pchnęła go na ścianę i chwyciła nadgarstki w stalowym uścisku, klękając przed nim. Zaskoczyła go jej siła… ale potem nie mógł już więcej myśleć.
Nabrała naprawdę dużo wprawy od ich pierwszego razu, więc oparł głowę o ścianę i nie kłopotał się nawet z powstrzymywaniem jęków, gdy dotykała go ustami i językiem. Wzmocniła uchwyt na jego nadgarstkach, zsuwając je po obu stronach jego bioder i liżąc mokrą od potu skórę. – Hermiono… - wydusił, gdy już się odsunęła i przygryzała uda i brzuch. Jęknął znowu, gdy uwolniła jego nadgarstek i zaczęła brutalnie go pieścić.
Nagle syknął, czując mieszaninę przyjemności i bólu, kiedy ugryzła miękką skórę jego uda… wciąż pieściła go powolnymi, długimi ruchami, ssąc krew wypływającą z rany na udzie… Wydawało się, że jego obawy o jej wstrzemięźliwość były bezpodstawne. Wyczuwał przez więź, jak jej wściekłość się zmniejsza i zostaje zastąpiona czymś innym… Wstała, wijąc się i umyślnie przyciskając swoje ciało do niego. Przez te piekielnie zmysłowe ruchy jego podniecenie tylko wzrosło.
Dla Severusa bycie biernym nigdy nie było czymś normalnym, więc bez zastanowienia złapał ją i obrócił, przyciskając do ściany i całując ją zaborczo. Odpowiedziała dziko na jego ruch, a brutalność, jaką przy tym okazała, przypomniała mu o ich położeniu, więc odsunął się nieco, puszczając jej ramiona.
- Hmm. To nic nie da. W ogóle – wymamrotała Hermiona odsuwając się od niego i grzebiąc w swojej szacie. – Tu jest… powinna to wszystko nieco… ułatwić. – Gdy się odwróciła, dojrzał w jej oczach szelmowski błysk. – Mówiłam ci, że pracowałam nad Transmutacją gazów… zobaczmy, czy przyda nam się to dzisiejszego wieczoru.
Przysunęła się i zaczęła ponownie go całować, popychając go na kolorowy dywan leżący na środku pokoju. Napierając na niego, pochyliła się i zaczęła gryźć i ssać jego uda, wywołując u niego jęki. Spojrzała dziko na jego twarz, usiadła na nim okrakiem i nie pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. Kiedy starał się przejąć kontrolę nad jej ruchami, pokręciła głową. Złapała go za nadgarstki i choć próbował się opierać, założyła mu je za głowę. – Zostań – rozkazała. Nie posłuchał.
Jednak za późno zauważył różdżkę w jej dłoni. Szybko nią machnęła, wymamrotawszy pod nosem zaklęcie i nim się obejrzał, poczuł coś mocnego przy swoich nadgarstkach. Szarpnął się, marszcząc lekko brwi, kiedy nie ustąpiło. Substancja ta była mocniejsza niż stal, jednak nie mógł zidentyfikować, jaki to metal… Jego twarz musnęły włosy Hermiony, kiedy pochyliła się i wyszeptała mu wprost do ucha. – To tylko kajdanki, mój drogi mężu… Czuję w tej chwili przemożną potrzebę sprawowania nad tobą kontroli. – Przygryzła mocno płatek jego ucha, zanim dodała. – To coś, co odkryłam… z gazu w ciało stałe… z powietrza w kajdany…
Został skrępowany powietrzem?
Nie mógł się dłużej nad tym zastanowić, kiedy zawładnęła jego wargami… i to było najwłaściwsze określenie… zawładnęła nim. Wbijała paznokcie w jego skórę, sprawiając, iż jęczał w jej usta czując niespodziewany – aczkolwiek mile widziany – ból. Torturowała go kilka chwil, przygryzając skórę zębami i zaraz łagodząc to językiem i ustami… W końcu uklęknęła i pozwoliła mu wejść w jej gorące ciało.
Po wszystkim przyciągnął ją do siebie, oplatając ramionami i wdychał zapach jej włosów, czekając, aż bicie ich serc się unormuje.
W końcu poruszyła się obok niego. – Zgaduję, że musimy tam wrócić.
- Hmm. Tak. – Severus zerknął na zegar wiszący na ścianie. – Czarny Pan najprawdopodobniej niedługo się pojawi. – Po chwili wstali, a Hermiona zaczęła się śmiać.
- To wariactwo, mam stanąć przed Czarnym Panem, a jedyne, o czym mogę myśleć, to jak bardzo jestem odprężona.
- Lepiej, byś myślała o tym, niż była kuszona przez Zew, kiedy zapragnie cię ujrzeć – Severus wymamrotał ponuro. – Pamiętaj o lekcjach, Hermiono. Żadnych błędów.
Przytaknęła, przybierając poważny wyraz twarzy. Podniosła swoją różdżkę i rzuciła kilka czyszczących zaklęć, zanim się szybko ubrali. – Jak wyglądam? – zapytała, dotykając niepewnie włosów.
- Jakbyś właśnie skończyła molestować swojego męża w bocznym pokoju podczas przyjęcia – skomentował, chwytając pojedynczy lok, który wyswobodził się z więzów.
- Mmm. To nie przejdzie, prawda? – wymruczała Hermiona i podeszła do małego lustra wiszącego na ścianie obok drzwi. Kilkoma ruchami różdżki poprawiła włosy. – Dobrze? Jesteśmy już gotowi?
Skinął krótko, podał jej ramię i poprowadził z powrotem na przyjęcie.
Czerwone oczy. Harry mówił jej o tym… Severus wspominał mimochodem… ale nie zdawała sobie z tego sprawy, dopóki sama ich nie ujrzała.
Czarny Pan miał czerwone oczy.
Powstrzymała lekkie drżenie, kiedy jego wzrok ją minął. Zasiadł na głównym miejscu przy stole, nie jadł, tylko siedział. I obserwował. A jego wzrok zbyt często zatrzymywał się na niej, by mogła czuć się swobodnie.
Obok niej Severus miał na twarzy maskę pozbawioną jakichkolwiek emocji. Miała jedynie nadzieję, że jej wychodzi to chociaż w połowie tak dobrze. Choć mówił jej, by blokowała umysł tylko wtedy, gdy Lord patrzył wprost na nią, stosowała Oklumencję przez cały posiłek. Nie mogła ryzykować, że jakiś potencjalnie szkodliwy obraz wypłynie w momencie, gdy akurat minie ją wzrokiem.
Po kolacji miała zostać oficjalnie przedstawiona Czarnemu Panu. Bogowie… prawie podskoczyła, kiedy poczuła na nodze czyjąś dłoń. Severus. Ciepłymi, uspokajającymi ruchami gładził jej udo, starając się ją rozluźnić… przekazując jej siłę. Wziąwszy głęboki oddech, skupiła się na dokończeniu posiłku.
Po kolacji była jeszcze jedna krótka chwila na rozmowę, po której Czarny Pan zażądał jej obecności. – Podejdź, moja nowa córko.
Córko? W co on sobie pogrywa? Jestem brudną szlamą!
Jakby słysząc jej myśli, syknął. – Jako żona jednego z moich synów, jesteś teraz moją córką. – Hermiona pochyliła z szacunkiem głowę i stanęła przed nim, koncentrując się na opanowaniu dreszczy, gdy spojrzał jej w oczy.
Ostrożnie zablokowała szkodliwe obrazy i pozwoliła umysłowi dryfować pośród reszty wspomnień… Severus uśmiechający się do niej łagodnie… ona sama, radząca Harry'emu, by się rozluźnił, zaufał Severusowi i poddająca w wątpliwość motywy Dumbledore'a… ona, mówiąca Severusowi, że mu ufa… i znowu ona, rozmawiająca z Ginny o jej miłości do męża… Harry, mówiący jej o swoim przerażeniu, że może mieć rację, co do tego, by nie ufać w pełni Dumbledore'owi… Lucjusz, mający swój szydzący wyraz twarzy i niechęć, jaką wtedy poczuła… a potem, całkowicie nieproszona, pojawiła się inna wizja – ona, otwierająca kopertę z pierścionkiem Rona, zalewający ją ból i strach powodujący odruchy wymiotne… nie mogła dłużej wytrzymać jego wzroku. Z ogromną siłą woli spuściła oczy i uklęknęła.
- Mój panie.
- Wstań. – Wstała, lecz nadal miała spuszczony wzrok. – Spójrz na mnie, córko.
Uniosła wzrok. Na widok jego twarzy pełnej zimnej furii przeszła ją fala strachu. – Wśród nas jest ktoś, kto przysporzył ci sporo cierpienia. – Czarny Pan zamilkł na chwilę. – Nieprawdaż?
- T-tak… - wymamrotała. Jej strach powoli zamieniał się w niepewność.
- Lucjusz – rzekł Lord i spojrzał na blondyna stojącego obok Severusa. Malfoy szybko podszedł i uklęknął. – Wstań, Lucjuszu. – Kiedy tylko blondyn wstał, zamarł, gdy jego błękitne oczy napotkały zagorzałe czerwone źrenice. – Postępowałeś na własną rękę wystarczająco długo, synu. Wydaje mi się, że rozkazałem ci zostawić panią Snape w spokoju.
Hermiona nie mogła powstrzymać się przed zerknięciem na Severusa, którego lekko zmarszczone brwi były jedyną oznaką szoku. Rzucił jej szybkie spojrzenie, więc z powrotem skupiła swą uwagę na scenie rozgrywającej się tuż przed nią.
- Mój panie… chciałem tylko-
- Miałeś dobry powód, by być nieposłusznym, Lucjuszu? – Czerwone oczy błysnęły złowieszczo, a mężczyzna potrząsnął głową. – Nie jestem z ciebie zadowolony. Chcemy zdobyć zaufanie naszej nowej córki, a nie udaremniać to głupimi zagrywkami.
- Mój panie… chcieliśmy jedynie zwrócić jej rzecz, która do niej należała…
- Crucio.
Hermiona cofnęła się mimowolnie od wijącego się na podłodze człowieka. Obserwowała go z pogardą w oczach, krzywiąc usta, gdy krzyczał w agonii. Poczuła, że uśmiecha się lekko, kiedy trząsł się jeszcze po zdjęciu z niego zaklęcia.
W pokoju panowała śmiertelna cisza. Wyczuwała niepewność reszty członków Wewnętrznego Kręgu… była niemal namacalna.
- Może to będzie lekcją dla wszystkich. Podążacie, kierując się swoimi pobudkami, na własne ryzyko. Moje słowo jest prawem. – Czarny Pan spojrzał na blondyna wciąż klęczącego na podłodze i oddychającego ciężko. Pochylając się, czarnoksiężnik uniósł rękaw szaty Lucjusza i odsłonił lewe przedramię, po czym dotknął jego Znaku.
Malfoy krzyknął.
Mężczyzna, który kiedyś był Tomem Riddle'em, powstał powoli. – Wciąż jesteś członkiem mojego Wewnętrznego Kręgu, Lucjuszu. Ledwo. Jednak nie zawiedź mnie więcej.
- T-tak, panie. – Lucjusz wpatrywał się w podłogę, dopóki Czarny Pan się nie odsunął. Kiedy uniósł głowę, patrzył wprost na Severusa.
Hermiona aż cofnęła się, widząc w tych jasnych, niebieskich oczach czystą nienawiść.
