A/N: Sue, Jack & Andy together as a family. Nice picture, don't you think, 71cottes?

Zmądrzeje szybciej, niż się tego spodziewasz, Aisha, ale czy to wszystko będzie takie proste, to się dopiero okaże! lol

Zoja, Słonko- cieszy mnie, że Ty się cieszysz!

Do wszystkich, którzy czytają i nie komentują: Nie bójcie się wyrażać swoich opinii, ale jeśli nie macie na to ochoty, nie naciskam. Czytajcie sobie po cichu. Mam nadzieję, że ta historia sprawi Wam przyjemność. Po to powstała!

Podsumowując: ENJOY! ;-)


21.

Był to praktycznie ostatni dzień „gościny" Jacka w domu Sue i Andy'ego, zważywszy na fakt, że oboje czuli się już całkiem dobrze i nie było potrzeby, by brunet wciąż im pomagał. Andy był gotów znów wyjść do kolegów, chociaż Hudsona uwielbiał i kochał spędzać z nim czas. Malucha smucił fakt, że jego dorosły idol wracał do swojego domu, ale tę gorzką pigułkę rozczarowania osładzało mu przyrzeczenie, że Jack będzie go często odwiedzał oraz to, że wkrótce chłopczyk będzie znów mógł bawić się z Zoe, swoją najlepszą przyjaciółką, a także zobaczyć „wujka Koalę", którego uważał za najzabawniejszego na całym świecie.

Jack również nie chciał odchodzić, lecz nie było już powodu, żeby zostawać, dlatego postanowił w pełni wykorzystać ten dzień, by wspomnienia, jakie mu on po sobie pozostawi, wystarczyły brunetowi na bardzo długi czas. Przyzwyczaił się już do nich, do tego, że kiedy wraca do domu ktoś na niego czeka. Mieszkając z tą dwójką szybko ponownie nauczył się organizować sobie czas między pracą, a domem. To prawda, że pracował ostatnio głównie z tego miejsca, ale nie przebywał tam dwadzieścia cztery godziny na dobę, skoro musiał stawiać się w sądzie. Kiedy jednak nie potykał się na sali sądowej z oponentami, przygotowywał się do tych pojedynków w domowym zaciszu, najczęściej, kiedy Andy poszedł już spać. Wtedy Jack zazwyczaj siadywał w kuchni, z kubkiem dobrej kawy w ręku, a nierzadko iw towarzystwie Sue, z którą omawiał aspekty obrony klienta.

Dziewczyna mogła się od niego wiele nauczyć przy tej okazji, jednak bywało też tak, że to ona, spojrzawszy świeżym okiem, wpadała na jakiś błyskotliwy pomysł, który mógł potem wykorzystać podczas rozprawy. Miała instynkt, rzadki talent, którego niejeden prawnik mógłby jej zazdrościć i Hudson podziwiał ją za to jeszcze bardziej, zwłaszcza, że panna Thomas dopiero zaczynała swoją przygodę w świecie paragrafów.

Tak czy inaczej, ów ostatni poranek zapowiadał się dżdżyście i Jack postanowił zrobić coś, by nieco rozjaśnić te ciemne chmury nad ich głowami. Jakkolwiek gotować zbytnio nie umiał (był mistrzem w zamawianiu posiłków z restauracji, na co Sue patrzyła nieco karcącym wzrokiem i co usprawiedliwiał, mówiąc krótko: „Po to mam pieniądze, żeby z nich korzystać!"), to ze śniadaniami radził sobie nieźle, a jego naleśniki, to po prostu było niebo w gębie.

- Co robisz, że są takie puszyste i lekkie?- pytała nieraz Sue, a on tylko psotnie się uśmiechał i odpowiadał:

- To rodzinny sekret Hudsonów i tylko Hudsonom jest znany. Musiałabyś zostać jedną z nas, bym mógł cię dopuścić do tajemnicy!- dorzucił, mrugnąwszy.

Na te słowa blondynka oblała się rumieńcem, a on sam, zrozumiawszy, jak mogła to odebrać, dorobił się niezgorszego szkarłatu na policzkach. Kiedy jednak pomyślał o tym dłużej, mógł sobie wyobrazić ją jako swoją żonę. Sue z pewnością zostawiłaby w pyle kurzu jego byłą, ponieważ hołdowała zupełnie innym ideałom, ideałom o których na pewien czas zapomniał dzięki namowom Allie. Sue wiedziała, co w życiu jest najważniejsze i mimo, że kariera była dla niej ważna, nigdy nie była szczytowym punktem na jej liście osiągnięć. Ten zaszczyt należał się jej rodzinie, jej synkowi, jej bliskim i Hudson uważał, że tak właśnie powinno być. Sukces, to nie wszystko. Trzeba jeszcze mieć z kim go dzielić i choć może nie powinien, prawnik chętnie dzieliłby swój właśnie z nią- z Sue Thomas… gdyby naturalnie nie był takim cykorem.

Zastanawiał się właśnie, co dziś przyrządzi dla swojej ulubionej dwójeczki, kiedy połowa tego duetu, jeszcze lekko zaspana i roztrzepana, przydreptała do kuchni i od tyłu objęła go za nogi, mrucząc:

- Cześć, tatusiu.

Jackson wyszczerzył się od ucha do ucha, ostrożnie obrócił się i klęknął, by uściskać ulubionego maluszka na dzień dobry.

- Cześć, smyku!- mrugnął wesoło i poczochrał złote włoski Andy'ego.- Dobrze spałeś?- spytał.

- Uhuh…- potwierdził zwięźle młody Thomas.

- Jesteś głodny?- dopytywał się dalej mężczyzna i chłopczyk znów potwierdził tak samo, potrząsając przy okazji głową.

- Uhuh…

- Nie jesteś gdzieś zbytnio wygadany, co Andy?- roześmiał się ubawiony Hudson.

- Głodny.- wymamrotał znów cherubinek.

- Głodny, powiadasz?- odparł Jack.- A co byś zjadł?- zapytał.

- Leśniki.- prawnik usłyszał w odpowiedzi i pokręcił głową.

- Naleśniki były wczoraj, mistrzu. Może coś innego?- zaproponował w zamian.- Jajecznica, a może tost?

- Nie lubie jajecznicy.- wykrzywił się Andrew.

- Mówimy „nie lubię", Andy.- skorygował go łagodnie brunet, po czym dodał:- W takim razie pozostaje tost z galaretką i masłem orzechowym, albo płatki. Co wolisz?

- Tost.- odpowiedział Andy.- Twoje tosty są dobre, tatusiu.- pochwalił, a kiedy Jack się wyszczerzył, dorzucił:- Nie tak dobre jak mamusi, ale lepsze od tostów babci.

Hudson jęknął teatralnie.

- Ubodłeś mnie do żywego, młody człowieku!- rzekł żartobliwie.- Dobrze chociaż, że nie wylądowałem na szarym końcu tostowej listy, bo nie wiem, co bym zrobił!

Mały zachichotał.

- Kocham cię, tatusiu.- powiedział z dziecięcą szczerością i zasadził na policzku Jacka soczystego całusa, który rozmiękczył kolana mecenasa.

- A ja ciebie, smyku.- odparł, a potem go przytulił, ucałował w czółko i połaskotał, wywołując nową falę chichotu u dziecka.

Kiedy już Andy przestał się śmiać, Jack pomógł mu zasiąść do stołu i prędko przygotował trzy porcje tostów, dwie kawy i sok, wiedząc, że Sue za chwilę powinna pojawić się w kuchni.

Właściwie zastanawiającym było, że jeszcze tego nie zrobiła, bo miała w zwyczaju wcześnie wstawać, nawet, gdy była chora. Początkowo pomyślał, że może na odmianę zaspała nieco, ale kiedy śniadanie zaczęło stygnąć, a jej wciąż nie było widać ani słychać, nadszedł niepokój. Na dodatek Levi zaczął desperacko drapać w drzwi jej sypialni, próbując z niej wyjść, i Hudson zdecydował, że czas na działanie. Musiał sprawdzić, co się dzieje z blondynką, a to oznaczało wejście do jej pokoju, i to bez zaproszenia.

Gdy zbliżywszy się do drzwi usłyszał niepokojący dźwięk już nawet nie pofatygował się, by zapukać. Nakazał tylko szybko, by Andy został w salonie i czekał, a sam wpadł do sypialni i zdębiał na moment.

Sue leżała na łóżku i zwijała się z bólu, ewidentnie próbując nie krzyczeć w swoim cierpieniu. Była spocona, blada i zajęło mu dosłownie sekundę, by przypaść do leżącej dziewczyny, gdy już otrząsnął się z pierwszego szoku.

- Sue, kochanie? Co się dzieje?- zapytał zaniepokojony, nie myśląc o tym, że użył tak czułego zwrotu. Na szczęście ona również zdała się tego nie zauważyć, a może zwyczajnie nie miała siły tego skomentować? W odpowiedzi wyszeptała tylko słabym głosem:

- Boli…

- Gdzie boli?- pytał dalej, by choć spróbować poznać objawy, zanim wezwie karetkę.

- Tutaj…- rzuciła cicho, ściskając desperacko okolice prawego biodra.

- Do licha!- mruknął:- To może być wszystko, od zatrucia, po wyrostek. Wymiotowałaś? Masz nudności?- sondował szybko.

- Trochę, w nocy.- przyznała i zaklął pod nosem, w duszy sztorcując się za to, że jej nie usłyszał.- Skarbie, dlaczego mnie nie obudziłaś?- rzucił miękko.- No nic..- dodał, widząc jej pełne smutku oczy.- Wzywam lekarza.- powiedział, lecz po minucie stwierdził:- Albo nie. Sam cię zawiozę do szpitala, bo Bóg wie, kiedy przyślą karetkę!- mówił.- Dasz radę się ubrać, Sue?- zapytał.

- Chyba tak.- odparła niepewnie.- Jack…. Andy…- dodała.

- Ubiorę go szybko i pojedzie z nami.- stwierdził Hudson.- Podać ci coś?

- Dres, bieliznę…- wymruczała z bólem, czerwieniąc się na myśl, że Sparky ujrzy jej „niewymowne".

Nawet, jeśli zawartość jej szuflady z bielizną zrobiła na nim wrażenie (a zrobiła i to nie małe, bo jak na tak konserwatywną dziewczynę, posiadała kilka naprawdę seksownych fatałaszków!), to mądrze nie dał nic po sobie poznać, tylko prędko podał jej, co trzeba i popędził, by przygotować Andrew do wyjścia, a co zajęło mu nie więcej, niż dwie minuty, skoro malec i tak już zaczął się ubierać, przeczuwając instynktownie, że powinien. Kłopot miał tylko ze spodenkami i bucikami, ale to załatwił Jack, który usadowił chłopczyka na kanapie w salonie, a sam wrócił do Sue.

Dziewczyna walczyła właśnie z własnymi spodniami, gdy wszedł, i choć może nie powinien, to z uwagi na jej ból raz jeszcze wziął sprawy w swoje ręce i delikatnie jej dopomógł.

Pal licho skromność, gdy w grę wchodzi cierpienie!

Gdy już była z grubsza gotowa, chwycił jej torebkę i ostrożnie wziął dziewczynę na ręce (znów protestowała, ale puścił to mimo uszu). Jako że po drodze zabrał własny portfel, telefon i kluczyki, pozostało już tylko zejść do samochodu. Zajęło im to jakieś dwie minuty, bo akurat uprzejmy sąsiad zaoferował się znieść małego, gdy Jack niósł Sue. Tylko Levi został w domu, mimo że chciał jechać z nimi. Jack nie miał jednak czasu zajmować się jeszcze nim i pomyślał, że potem poprosi Crasha, żeby go wyprowadził, czy coś. Teraz zdrowie Sue było najważniejsze.

Droga do szpitala zajęła im ze dwadzieścia minut i zapewne mandat za szybką jazdę, skoro mijali po drodze parę foto-radarów, ale tym Hudson się nie przejmował. Bobby załatwi dyskretnie tę sprawę, gdy dowie się o przyczynie. Tego brunet był pewien.

Szczęściem dla całej trójki było, że izba przyjęć nie była mocno zatłoczona i lekarz przyjął ich w miarę szybko. Gorzej było, gdy okazało się, iż to rzeczywiście wyrostek, i że Sue natychmiast musiała trafić na stół operacyjny.

- Proszę się jednak nie martwić!- zapewniał chirurg.- Panna Thomas jej w dobrych rękach i jak dobrze pójdzie, obejdzie się bez operacji klasycznej. Zamiast tego zrobimy appedectomię laparoskopową, dzięki czemu nie tylko blizny będą mniejsze, ale też pacjentka szybciej wróci do domu.- mówił.- Dobrze, że przywiózł ją pan zanim doszło do perforacji, bo byłoby źle. Uratował pan życie narzeczonej, panie Hudson.- stwierdził lekarz, a Jack go nie poprawił wiedząc, że jeśli chce potem czegokolwiek się dowiedzieć o jej stanie zdrowia, musi kontynuować tę szaradę. Poza tym, ta sytuacja dała mu do myślenia…

Operacja trwała około dwóch godzin. W tym czasie brunet siedział w poczekalni ze zmartwionym Andy'm u boku. Wykonał tylko szybko dwa telefony- jeden do Manningów z wieściami , a drugi, żeby wziąć urlop w pracy. Nie było mowy, by wrócił do biura przez następne półtora, do dwóch tygodni, skoro musiał zająć się Sue. Jej wolne też załatwił, rozmawiając z Johnem Kendall'em i informując go o przyczynach przedłużającej się nieobecności obojga.

Jego szef nie skomentował zaangażowania Hudsona w sprawy jego sekretarki. Od dawna czuł, że oboje są bliżej, niż przeciętny tandem zawodowy i, szczerze mówiąc, wcale mu to nie przeszkadzało. Jego protegowany potrzebował kogoś pokroju Sue, a i ta dziewczyna zasługiwała na odrobinę szczęścia za dobre serce, pracowitość i ogólnie za całokształt.

Tak więc z urlopami nie było kłopotów i teraz należało tylko czekać na wynik operacji. Hudson robił to, próbując uspokoić Andrew, który był w stresie, no i samego siebie oczywiście. Postanowił myśleć pozytywnie. W ogóle dużo myślał…

Kiedy klika godzin później Sue otworzyła oczy po operacji, siedział przy jej łóżku, trzymając jej dłoń w swojej, a Andrew spał na jego kolanach.

- Hej, Sue.- uśmiechnął się z ulgą, napotykając jej nieco zamglone, ale już świadome spojrzenie.

- Jack…- blondynka oddała uśmiech, choć był jeszcze słaby.

- Jak się czujesz?- spytał zaraz.- Zawołać lekarza?

- Już lepiej, ale spać mi się chce przez te leki.- odparła.

- Więc śpij, kochanie.- zachęcił, a potem dodał jeszcze:- Sue…

- Tak, Jack?- odpowiedziała sennie.

- Myślę, że obecny stan rzecz powinien być permanentny.- powiedział cicho.- Ty, ja, Andy… razem.

- Ok.- wymruczała tylko i chwilę potem znów spała.

TBC