Pani Nin przyglądała mu się uważnie, oceniająco. Haer'dalis wytrzymał to spojrzenie.

- Pójdziesz z nimi... - powiedziała. - Zaprowadzisz ich do „Spłonionej Syreny". - zmarszczyła drobne, ciemne brwi, wyraziste na tle jej bladej twarzy.

- Chcę wiedzieć... - mówiła dalej przełożona. - Kto zabił tego chłopaka, jak te trzy kobiety znalazły się tutaj. Nikt nie będzie nachodził mojego domu, rozumiesz?

Haer'dalis skłonił posłusznie głowę.

- Tak, pani.

- Dowiedz się, kto za tym stoi. Nie wierzę, że ten mięśniak znalazł się tu przypadkiem, nie wierzę, że elfka otworzyła drzwi przypadkiem. Wszystko mi jedno, czy zaprzyjaźnisz się z nimi, czy ich oszukasz. Chcę wiedzieć, kto robi z „Cynamonowej Dziewczyny" miejsce swoich porachunków.

Właścicielka burdelu, drobna dziewczynka odziana w dziwnie dorosłą suknię stała w ciasnym pokoju, oświetlonym jedynie pojedynczą pochodnią. Pomieszczenie zapełniono rachunkami, papierami, sprawozdaniami. Zestawieniami cyfr i liter dokumentującymi ile zapłacili klienci za chwile przyjemności. Dokumentującymi ile kosztuje kosztuje sprzątanie pokoi i opróżnianie wychodków w „Cynamonowej Dziewczynie". Zacisnęła usta, ale Haer'dalisowi wydała się nagle taka drobna, przytłoczona tym ciasnym pokojem. Tym budynkiem, o grubych kamiennych murach. Tym miastem, plątaniną kamieni i drewna, ciała i kości, pieniędzy i interesów.

- Dobrze pani. - znów potaknął. Podszedł do drzwi.

- Poczekaj.- zatrzymała go pani Nin. Z fałd ciemnej, skromnej sukni wyjęła mały, srebrny kluczyk. Otworzyła szufladę biurka. W jej dłoniach zalśniły monety. Przeliczyła sumę, włożyła do skórzanego mieszka i podała podwładnemu.

- To na wydatki. - dodała z przelotnym uśmiechem. Wyrazem, który niemal nigdy nie gościł na jej bladej, trójkątnej twarzy.

Steele i jej dwie towarzyszki siedziały na schodach, prowadzących do piwnic budynku. Dochodził do nich gwar, z górnego piętra. Mieszanina śmiechów, westchnień i rozmów. Elfkę chwilowo przepełniała radość, że żyją. „Cynamonowa Dziewczyna" otworzyła drzwi. Pani Nin wysłuchała ich podziękowań, historii o napadzie, że chcą skontaktować się z gildią złodziei. O tym, że szuka ich straż miejska już nie powiedziały. Kazała im czekać, aż zamachowcy znikną. Jon gdzieś przepadł, bez słowa „dziękuję".To przecież on był celem ataku. Viconia potarła ciemną, szczupłą dłoń. Nie błyszczał już na niej pierścień.

- Sukinsyn Aiden zapomniał dodać, że pierścień zniknie po którymś użyciu. - uśmiechnęła się złośliwie.- Miałyśmy cholernego pecha.

- Musimy znaleźć gildię złodziei. - powiedziała Steele. - Renlav i Kivan mogli uciec do gildii.

- Jeśli uciekli... - zaśmiała się mroczna elfka. - to darthilr modli się już pod pierwszą kępą drzew. Zapomnij o nich. Złodziej sprzeda nas za garść miedziaków, a darthilr myśli tylko o trupie żony.

- Renlav jest mi potrzebny, jest nam potrzebny... - elfka mówiła szeptem. Utkwiła wzrok w swoich dłoniach, splecionych na kolanach.- Potrzebujemy gildii... Potrzebujemy sprzymierzeńców... - ręce jej się trzęsły, głos drżał.

- Dlaczego ? - rudowłosa podniosła się. Spojrzała z góry na siedzącą na schodach siostrę. - Dlaczego potrzebujemy gildii, Steele?

- To... Żelazny Tron wynajmował zamachowców na mnie. Skoro to oni, to znaczy, że Gorion...

Padały słowa, pretensje, emocje, tłumaczenia. Imoen pytała, dlaczego Steele nic nie mówiła wcześniej. Elfka tłumaczyła, że Aiden, że gdyby się wydało od razu polałaby się krew. A ona chciała coś więcej wyciągnąć z porucznika, przycisnąć go do muru. Chciała dopaść morderców ojca, którzy kryli się gdzieś w Żelaznym Tronie. Czarodziejka najpierw wybuchnęła złością. Rude włosy odzwierciedlały jej porywczy temperament. Ale widząc, jak Steele zagryza wargi, prosi o zrozumienie, przeprasza - odpuściła. Wysłuchała, zrozumiała. Na koniec na jej twarzy pojawił się bolesny, smutny uśmiech. Wzięła siostrę za rękę.

- No to już wiemy.- powiedziała.

Pani Nin posłała po nie.

- Chcecie skontaktować się z kimś z cechu złodziei? - podsumowała dziewczynka. - Pójdziecie do „Spłonionej Syreny", mój człowiek was zaprowadzi. - wskazała na stojącego obok mężczyznę. Tego samego z którym Steele skrzyżowała miecze, gdy teleportowały się do burdelu. - To gospoda, przychodzą tam różni ludzie. Porozmawiajcie... rozsądnie, a dostaniecie kontakt do kogoś z gildii.

- Pani... - wtrącił mężczyzna. Pierwszy raz Steele i jej towarzyszki zatrzymały na nim dłużej wzrok. Na pierwszy rzut oka można by go wziąć za elfa. Regularne rysy, szpiczaste uszy, długie ciemne włosy w nieładzie. Ale jego skóra miała niespotykany odcień, mówił z akcentem. Jego oczy były dziwnego, złotego koloru, a białe zęby sprawiały wrażenie zbyt ostrych i szpiczastych jak na ludzkie. Otaczała go aura... obcości. Steele miała dziwne wrażenie, że nigdy kogoś takiego... czegoś takiego nie spotkała. - Wielu ludzi ze „Spłonionej Syreny", żywi do mnie... uprzedzenie. Mogą nie chcieć z nami rozmawiać.

- Nonsens. Poradzicie sobie.

Zmierzali do wyjścia. Pani Nin pożegnała ich. Na pewno miała nadzieję, że tym razem już na dobre. Podziękowały za wszystko. Nagle, tuż przed wyjściem z burdelu, drewnianymi okutymi drzwiami zjawił się Jon. Zagrodził im drogę, całą swoją imponująca postacią, Steele zadarła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Jego twarz była tak samo surowa, jakby wyciosana w kamieniu, jak poprzednio.

- Powiedziałaś, że potrzebujecie wojownika w drużynie. Będę wam towarzyszył. - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu, jakby to zostało już ustalone.

- Czemu? - wypaliła Imoen. - Przecież nie chciałeś o tym słyszeć.

Potężny mężczyzna utkwił wzrok w twarzy elfki.

- Uratowałaś mi życie. - powiedział, jakby te słowa wystarczyły za całe tłumaczenie.

- I co, zostaniesz z nami dopóki się nie odwdzięczysz? Dopóki nie uratujesz Steele życia, albo nie zrobisz jej lizanka? - brzmiał uszczypliwy komentarz Viconii. - Czy dlatego, że ktoś chce ci wbić nóż w plecy?

- Nie wiem, kim byli zamachowcy. Nie wiem kto ich na mnie nasłał. - zapewnił syn płatnerza. Steele starała się wyczytać z jego twarzy, czy można mu wierzyć. - Ale dowiem się i wyrwę im pieprzone flaki.-

„Uratuj go, tylko ty możesz. „

- Dobrze, zostań. - dodała elfka, chociaż nie była pewna, czy Jona w ogóle interesuje jej zdanie. Nic nie powiedział.

Wyszli wszyscy razem. One trzy, syn płatnerza i ten przydzielony przez młodziutką burdelmamę przewodnik – Haer'dalis. Dziwne, obce imię, dziwne jak cały on.

Otaczał ich hałas, gwar miasta. Mijali ich przechodnie, kupcy, żebracy, najemnicy. Każdy goniący za własnymi sprawami. Z lektyk, albo zza zasłony ramion zbrojnych spoglądali wyniośle możni, trzymający się z dala od pospólstwa. Wstyd przyznać, ale obie córki Goriona szły przez tłum z otwartymi ustami. Chłonęły ogrom murowanych budynków, liczbę kolorowych szyldów, dochodzące zewsząd, drażniące nozdrza egzotyczne zapachy. Oczywiście mijali też lepianki biedaków, sklecone ze słomy, drewna i błota. Ale nawet z tymi bolesnymi plamami ubóstwa Wrota Baldura jawiły się dziewczętom wychowanym w Candlekeep jako metropolia, centrum świata. Tylko drowka sarkała co chwilę, porównując miasto do Menzzoberanzan. Z metropolią mrocznych elfów nie mogło się oczywiście równać żadne inne miejsce na, czy pod powierzchnią ziemi. Wszędzie dało się wyczuć słony zapach morza, podróży, przygody. Wrota były zwrócone ku portowi, to z niego pochodziła większość wpływów i bogactw. To morskie fale przynosiły towary, skarby, zaszczyty. Kolejna dzielnica przyjęła ich w swoje objęcia. Otoczyły ich zaniedbane budynki, hałdy śmieci i domostwa najuboższych sklecone z odpadków. Przed marnymi lepiankami bawiły się brudne dzieci w łachmanach, z tępym wyrazem oczu, wyciśniętym przez biedę. Nie rosły tu rośliny, poza smętnymi, na wpół uschniętymi krzakami. Roiło się od żebraków i kurew, które chciały za usługę co najwyżej kilka miedziaków. Widząc Jona i Haer'dalisa, dobrze ubranych i umytych dopadły do nich jak dzieci, które bija się o cukierki. Haer'dalis grzecznie odmawiał na propozycje. Syn płatnerza odsuwał kurwy jak natrętne owady, nawet na nie nie spojrzał. W końcu ich oczom ukazał się szyld. Krzywo wymalowany na drewnianych deskach napis - „Spłoniona Syrena". Tablicę ozdabiał pokracznie wymalowany wizerunek półnagiej dziewczyny, jej tułów kończył się ogonem.

W środku panował półmrok, stoły zajmowali marynarze, najemnicy i rzezimieszki. Alkohol krążył z rąk do rąk, podawano kufle piwa i bimber. Czasem ktoś skusił się na jedzenie i dostawał kiełbasę, czy ziemniaki pływające w tłuszczu. Solidne, pożywne, mocno nieświeże dania. Za barem stał mężczyzna, o znudzonej, nie zapadającej w pamięć twarzy. Bez przekonania szorował kufle. Za nim na kontuarze dumnie prężyły się ustawione w rzędzie brudne szklanki. Steele zauważyła, że kliku klientów na widok Haer'dalisa dopiło pośpiesznie drinki i wyszło. Ktoś splunął, ktoś wykonał ręką dziwny gest, jakby odprawiał uroki. Ich towarzysz nie przejął się tym. Szedł wysoki, wyprostowany, z sejmitarem przy boku, roztaczając wszędzie aurę obcości.

Steele i Imoen podeszły do barmana. Reszta grupy rozsiadła się przy brudnej ławie z nieheblowanego drewna. Na widok nowych klientów tawerny, wyraz twarzy mężczyzny nie zmienił się ani o jotę. Poprosiły o piwo, dla całej szóstki. Viconia na początku się skrzywiła. Ostatecznie dała się przekonać i umoczyła usta w żółtawym napoju. Jej twarzy natychmiast przybrała wyraz obrzydzenia.

- Dzięki za piwo. - dodała na odchodnym Steele. - Moglibyśmy cię poprosić o jeszcze jedną przysługę?

- Czego chcecie? - burknął barman.

- Szukamy kogoś... kogoś kto należy z gildii złodziei. - elfka powiedziała to półgłosem, czekając jak zareaguje.

- Chcecie coś ukraść... gówniarze? - zaśmiał się ochryple. W uśmiechu odsłonił garnitur nadpsutych zębów.

- Może to pomoże... - wtrąciła czarodziejka, kładąc na blacie garść monet. Brudna dłoń, o nierównych paznokciach zgarnęła pieniądze, szybciej, niż zdążyły powiedzieć słowo. Barman przetarł ścierką blat, na drewnie pozostały plamy z tłuszczu.

- Leilym często tu przychodzi... - zaczął. - Wysoki, chudy, siwy bez dwóch palców u prawej ręki. I Rossie Szwaczka, gruba jak baleron. Oni coś znaczą w gildii. Reszta tych gnojków, którzy się tu pokazują to płotki. Nie warto z nimi gadać. Ale Leilym nie otworzy do was gęby, jeśli przyjdziecie z ... diablakiem.- wskazał na Haer'dalisa.

- Kim? - oczy rudowłosej zajaśniały. Utkwiła wzrok w nowym towarzyszu.

- Diablakiem, pieprzonym diabelskim pomiotem, no...

W myślach Imoen otwierały się strony przeczytanych książek. Ilustracje przedstawiające mężczyzn z rogami i kobiety z ogonami, czy skrzydłami nietoperza. Diabelstwa, sferotknięci, oczywiście...

- Słuchajcie! - salę w gospodzie wypełnił głos kobiety. Właśnie weszło czterech zbrojnych, wnosząc ze sobą podmuch powietrza, zza otwartych drzwi. Przewodziła im młoda, jasnowłosa dziewczyna w pełnym rynsztunku. Miała na sobie zbroję płytową, u pasa przytroczony topór. Jej pancerz była podniszczony, broń wyglądała na wyszczerbioną. Do towarzystwa znalazła sobie trzech zakapiorów, o zakazanych gębach. Stanęła na środku sali, starając się przykuć uwage klientów tawerny.

- Ktoś z was chce zarobić?- mówiła wojowniczka. Pieniądze, główny temat, którym można przykuć uwagę w takich miejscach jak „Spłoniona Syrena". Kilku bywalców pochyliło się nad szklankami, ale nikt nie podniósł rękawicy.

- Szukam ludzi do pracy. Najmuję do Żelaznego Tronu. Bierzemy takich co potrafią ciąć mieczem, czy strzelać z łuku. I nie boją się ubrudzić sobie rąk. Można dobrze zarobić. Kto jest chętny? - pytanie zawisło w powietrzu, pozostawione bez odpowiedzi. W głębi sali rozległy się pomruki.

Steele i Imoen skrzyżowały spojrzenia. Elfka mimowolnie zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu...

- Ile można zarobić?- pytanie zadała czarodziejka, zanim starsza siostra zdążyła otworzyć usta. Najemna Żelaznego Tronu zmierzyła całą drużynę wzrokiem.

- Dużo, można dużo zarobić... - odparła wymijająco. - Ale to nie miejsce, żeby o tym gadać. Kto jeszcze jest chętny?- najemniczka rzuciła pytanie w stronę pijących, spoconych mężczyzn okupujących stoliki.- Gnojki, nie potraficie podnieść pieniędzy, które leżą wam przed ryjem. - spuentowała. - Chodźmy...- zwróciła się do Imoen.

Rozległ się brzęk. Nagle na skroni wysłanniczki Tronu roztrzaskał się kufel z piwem. Krew pociekła jej po twarzy. Cofnęła się o krok, wsparła o drewniany blat. Towarzyszący jej zbrojni rzucili się w stronę stołów. To stamtąd poleciał kufel. Mężczyzna, który go rzucił, krzyczał.

- Spierdalać stąd! Żelazny Tron! To wy zapieprzacie żelazo! Przez was kurwy, nie można dostać nawet cholernej stalowej łyżki!

Miał broń i kilku kompanów. Zwarli się w walce z najemnikami Tronu. Wywiązała się walka. W takim miejscu wystarczyła iskra, żeby wywołać pożar. Żeby najemnicy, marynarze i złodzieje, wzięli się za łby. Nie walczyli tylko towarzysze jasnowłosej wojowniczki, przeciwko grupie, która zaatakowała. Bójka przerodziła się w starcie wszystkich ze wszystkimi. W powietrzu fruwały kufle i talerze, szły w ruch pięści. Zadawnione urazy i animozje znajdowały ujście. Kilka osób wyciągnęło broń. Barman przezornie gdzieś się schronił. Steele i Imoen odciągnęły ranną na bok, Jon i Haer'dalis poderwali się do walki. Viconia przedarła się przez klientów gospody, którzy usiłowali sobie nawzajem wydłubać oczy i rozpłatać brzuchy. Przyłożyła dłonie do twarzy jasnowłosej i wyrecytowała formułę inwokacji. Spod palców kapłanki trysnęło niebieskie światło. Rozcięta skóra na twarzy dziewczyny natychmiast się zrosła. Z jej czoła przestała sączyć się krew.

- Dzięki...- wychrypiała najemna Żelaznego Tronu.- Tam są, tam są moi ludzie...- zaczęła.

Walka trwała w najlepsze, w ślepym pędzie do agresji objęła już stoliki pod ścianami. Jeden z najemników Tronu leżał na podłodze i jęczał. Ostrze przebiło jego zbroję, na boku rozlewała się krwawa plama. Pozostali usiłowali go podnieść. Wokół Haer'dalisa przez chwilę kłębił się tłum wrogów, rozwścieczonych jego pochodzeniem, rzucających przekleństwa o „diabelskich ścierwach". Ale w ułamku sekundy lśnił błysk broni sferotkniętego, a przeciwnicy po kolei padali. Jon wypuścił ze swoich potężnych ramion nieprzytomnego mężczyznę. Pokonany wysunął się bezwładnie jak szmaciana lalka i uderzył zakrwawionym czołem o podłogę. Syn płatnerza usłyszał krzyk, odwrócił głowę.

- Idziemy!- wołała Steele.- Pomóżcie wyjść tym z Tronu!

Chciała zabrać stąd resztę drużyny. Napieprzanie się w pijackiej burdzie, nie miało sensu. Zyskać dojście do Żelaznego Tronu, tylko to się liczyło. Jon podniósł z podłogi rannego najemnika. Ciągnął go za sobą jak kukiełkę. Pozostali trzej siepacze Tronu też rzucili się do wyjścia. Steele złapała za rękę wysłanniczkę Żelaznego Tronu. Imoen i Viconia biegły obok. Haer'dalis osłaniał odwrót. Wypadli na zewnątrz gospody. Prosto na wieczorne powietrze, przesycone zapachem miasta. Zostawiając za sobą w „Spłonionej Syrenie" krzyki, dźwięk szkła tłuczonego o czaszki i litanie przekleństw.

Najemniczka Żelaznego Tronu miała na imię Jameli.

- Dzięki. - powiedziała, gdy schronili się wszyscy w przytulnym kącie, załamaniu miejskich murów. Nachyliła się nad swoim rannym towarzyszem.

- Zabierzcie go do świątyni, niech tam go uleczą. - Jameli zwróciła się do reszty podwładnych. - Spotkamy się w kwaterze.

Mężczyźni mruknęli i wykonali rozkaz, prowadząc ze sobą pojękującego mężczyznę. Steele domyślała się, że duma nie pozwoliła młodej wojowniczce poprosić Viconię o uleczenie ran podwładnego.

Jameli była niedoświadczona, albo zbyt arogancka. Przyszła werbować ludzi do slamsów, tylko z tępymi osiłkami przy boku. Bez kapłana, czy maga, którego zaklęcia mogły przechylić szalę walki na jej stronę. Może sądziła, że oferta zarobku nastawi do niej wszystkich przyjaźnie.

- Więc chcecie dla nas pracować... - mówiła obejmując grupę taksującym spojrzeniem.

- Potrzebujemy pieniędzy. - wypaliła rudowłosa.

Steele nie powstrzymała siostry, gdy ta odezwała się w gospodzie. Nie powstrzymała jej też teraz. Imoen świetnie grała najemną, zainteresowaną pracą dla Żelaznego Tronu. Elfka domyślała się co nią powoduje. Nienawiść, nienawiść do tych, którzy zabili Goriona i odebrali im dom. Sama ją czuła. Chęć zemsty, silniejszą niż wszystko inne. Mogą zacząć pracować dla Tronu, a potem dowiedzą się kto to zrobił i wtedy...

- U nas można dużo zarobić. - zapewniła Jameli.

- Co mielibyśmy robić? - zapytał Jon. Stał z założonymi ramionami, olbrzym o ponurym wyrazie twarzy.

- Czasem kogoś przekonać. Czasem coś ukraść. Czasem komuś wpierdolić.

- Ile płacicie?- w rozmowę wdarł się głos Viconii.

- Zależy za co. - odpowiedziała jasnowłosa. - Na początek, za każdą robotę 500 dukatów.

- Pamiętaj, to Wrota Baldura.- uśmiechnął się Haer'dalis mrużąc swoje oczy, dziwnego, złotego koloru. Nawet źrenice miał inne niż ludzkie. Czarne, pionowe szparki, przypominały spojrzenie drapieżnego kota.- Nawet kurwa bierze tu 500 dukatów.

- Czy wy jesteście kurwami? - zapytała złośliwie Jameli.

- Nie jesteśmy kurwami, bo bierzemy więcej. - pierwszy raz odezwała się Steele.

Najemna Tronu zaśmiała się.

- Zobaczymy, ile jesteście warci. Przyjdźcie o dziesiątej wieczorem pod tawernę Ostrze i Gwiazdy, w Dzielnicy Kupieckiej. - Odwróciła się na pięcie i zniknęła w tłumie.

- Myślałem, że chcecie skontaktować się z gildią złodziei. - sferotknięty wpatrywał się bacznie w trójkę dziewcząt.

- Nadal chcemy. - odparła elfka. - Ale teraz nie ma sensu iść do „Spłonionej Syreny" można tam tylko dostać w mordę.

- Czemu mamy pracować dla Żelaznego Tronu?- Jon utkwił spojrzenie w twarzy Steele.

- Podejrzewamy... że ktoś nasłany przez nich zabił ojca, mojego i Imoen. Chcemy zdobyć informacje.

Powiedziała to. Powiedziała to wyraźnie, chociaż ściszonym głosem, żeby nie usłyszał nikt niepowołany. Spojrzały po sobie z siostrą. Determinacja, wściekłość, ból odbiły się w oczach obu.

- I co?- zabrzmiało to jak wyzwanie. Pytanie Steele zawisło w powietrzu, skierowała je do Jona i Haer'dalisa. Do nich, którzy byli w drużynie od niedawna. Których nie spajał łańcuch wspólnych walk, zdobytych pieniędzy, poderżniętych wrogom gardeł.

Twarz Jona pozostała niewzruszona. Diabelstwo uśmiechnęło się, mignęły jego białe ostre zęby.

- Uratowałaś mi życie. - powtórzył Jon.

- Powiedziałem, że skontaktuję wasz kimś z gildii. - dodał Haer'dalis .

Viconia podeszła do Steele i położyła jej dłoń na ramieniu. Uśmiechnęła się.

- Dobrze trzymać się Żelaznego Tronu abbil...- zaczęła kapłanka.- Znasz to powiedzenie, miej blisko przyjaciół, ale wrogów jeszcze bliżej?