- Sam? Gotowy się stąd zmyć? - zapytał Dean, choć sam nie wyglądał jakby był gotów się choćby poruszyć.
Sam nie odpowiedział, nawet nie uniósł głowy skąd zwieszała się ponad skrzydłem zabitego potwora. Kiedy Dean spróbował zrobić krok w jego stronę noga się pod nim ugięła i wylądował twardo na tyłku.
W jakiś sposób to wszystko mi ułatwiło. Było tak, jakbym znów był na swojej pełnej izbie przyjęć gdzie musiałem skupić się na pacjencie i ignorować wszystko inne. W tym przypadku wszystkim innym był martwy potwór w zbryzganej krwią i pełnej szczątków jaskini, ale miałem dwóch pacjentów, którymi musiałem się zająć.
Dean uparł się, żebym zbadał Sama jako pierwszego, a on z kolei próbował mnie zbyć twierdząc, że nic mu nie jest i powinienem najpierw zająć się Deanem.
- Bracia. - Przewróciłem oczami. - Sam, ty pierwszy. - Chciałem mieć go w pozycji poziomej jak najszybciej, najlepiej w szpitalu, ale koc na ziemi w lesie musiał mi wystarczyć.
Sam wyszedł na zewnątrz bez pomocy, co było dobrym znakiem, ale trzymałem się blisko, tak na wszelki wypadek. Zaprowadziłem go z powrotem do tego rozszczepionego przez błyskawicę drzewa, gdzie wciąż czekał na nas plecak Deana, i pośpieszyłem rozłożyć koc, który tam był.
- Idź po Deana – próbował mnie odgonić Sam kiedy już położył się na kocu.
- Może poczekać chwilę. - Odsunąłem jego ręce i przy świetle latarki przyjrzałem się jego zranionemu bokowi. Dwa szwy się zerwały, ale ogólnie rzecz biorąc nie wyglądało to najgorzej.
- Jak tam twoja głowa? - zapytałem świecąc mu po oczach, żeby zbadać reakcje źrenic. Reagowały normalnie, ale wolałbym zrobić mu tomografię głowy. - Jakieś problemy ze wzrokiem? Kręci ci się w głowie, jest ci nie dobrze, boli cię głowa?
Powieki Sama zaczęły opadać i modliłem się, żeby powodem było zmęczenie, a nie nowy krwiak.
- Nic mi nie jest. - Starał się utrzymać oczy otwarte. - Idź po Deana.
Nie chciałem go zostawiać samego, ale Deana w jaskini też nie mogłem porzucić.
Przeciskając się przez ciasne wejście do jaskini wpadłem na Deana. Drżał i cały był spocony i nie jestem pewny, czy w ogóle mnie rozpoznał, a to jak udało mu się dostać tak daleko z ranną nogą samo w sobie stanowiło tajemnicę.
- Jak tam Sam? - spytał podskakując, żeby postąpić naprzód. Skrzywił się z bólu i zrobił jeszcze jeden krok.
- Umęczony. - Cofnąłem się przy jego następnym kroku. Gdy tylko wyszliśmy z jaskini przerzuciłem sobie jego rękę przez ramiona i przytrzymałem go wokół pasa. Zaprotestował, ale bez ognia. Razem zdołaliśmy przejść ten nieduży dystans jaki dzielił nas od miejsca, w którym czekał na nas Sam. Spodziewałem się, że wtedy już będzie spał, ale jego oczy skupiły się na bracie.
- W porządku, stary? - zapytał Sam kiedy opuściłem Deana na ziemię obok niego. Starszy Winchester syknął rozprostowując nogę, więc zdjąłem mu but, żeby się jej przyjrzeć.
- Nie wydaje mi się złamana. Daj mi ją opatrzyć. - Wyciągnąłem bandaże i kilka torebek z lodem ze swojej apteczki i już po kilku minutach Dean położył się, wzdychając z ulgą.
- Nie ma opcji, żebyśmy nie załatwili sobie paru takich lodowych czychś, Sammy.
- Jasne. - Sam uśmiechnął się do niego, ale troskę miał wypisaną na twarzy. Kostka nie była w tamtym momencie najgorszym problemem Deana. Nie wiedziałem jak długo trucizna znajdowała się w jego organizmie i przekląłem go myślach za to, że nie wziął ze sobą antidotum.
Żaden z Winchesterów nie nadawał się do tego, żeby stamtąd wyjść, a ja nie miałem pojęcia jak wrócić do samochodów, więc nie mieliśmy innego wyboru jak zostać w lesie na noc.
Nie było zimno, ale przykryłem braci drugim kocem i poszedłem znaleźć jakieś drewno na ognisko. W życiu nie rozpalałem ognia, ale Sam zapewnił mnie, że da sobie radę. Jeśli tylko znajdę nam drewno na opał. Rozbijanie się po lesie w nocy mając przy sobie tylko latarkę było dokładnie tak fajne jak brzmi, a jeśli wrzasnąłem na sowę to nie chcę o tym gadać.
- Spokojnie, Luis. - Sam starał się nie śmiać. - Nie ma tu już nic niebezpiecznego.
Gdy tylko mieliśmy ogień poczułem się bezpieczniej, ale wytężałem uszy tak czy inaczej. Wiedziałem, że potwór nie żył, ale czy mieli pewność, że był tylko jeden? A co z niedźwiedziami i wilkami? Tygrysami? Morderczymi zabijakami?
W którymś momencie Sam uległ snowi, a obok niego Dean zapadł w niespokojną drzemkę, co pozostawiło mnie na warcie. Spróbowałem zignorować wszystko i skupić się na Deanie. Byłem raczej pewny, że nic mu na razie nie groziło, ale trucizna i antidotum zwalczały się w jego ciele i nie pozostawało nic innego jak dać temu czas.
Kilka godzin później jego szarpanina obudziła Sama, który przetoczył się na bok i zaczął szeptać uspokajająco do ucha brata. Wtedy właśnie Dean zaczął mamrotać we śnie.
- Benny... - słowo to było niemal nierozpoznawalne, ale sądząc po tym jak na twarzy Sama przez moment pojawił się ból, długa historia kryła się za imieniem.
- Ćśś, już dobrze, Dean.
- Nie zamykaj oczu, Benny. - Dean zdawał się nie słyszeć brata, albo pomylił go z tym Bennym. - Nie zamykaj oczu...
- Nie jesteś już tam – szeptał Sam i zastanowiłem się gdzie tam było.
- Nie pozwól im... - Dean zarzucił głową. - Wydostaniemy się stąd... z powrotem do Sammy'ego... wrócimy... muszę... Sammy...
Dean przetoczył się do Sama, na ślepo sięgając po niego, a Sam owinął ramię wokół drżących ramion brata. Wzdychając Dean zatonął głębiej w sen, wyglądając na uspokojonego, a ja udałem, że nie widzę łez na twarzy Sama.
/txtbreak/
No, przedostatni rozdział za nami.
Braterska miłość - rozczula i wnerwia jednocześnie :D
