Narcyza właśnie kończyła list do swojej przyjaciółki, gdy z małego zdjęcia stojącego na biurku wydobył się charakterystyczny dźwięk. A więc znowu Lucjusz ją zdradzał. Już nawet przestała liczyć, który to raz. Ostatnimi czasy zdarzało się to nawet kilka razy dziennie. Niespecjalnie jej to przeszkadzało, już nie. Jeszcze kilka lat temu, płakała za każdym razem, gdy dookoła papierowej postaci Lucjusza zalśniła otoczka, a samo zdjęcie zaczynało wibrować. Na fotografię, zaraz po ślubie, Andromeda rzuciła stare, potężne, rodowe zaklęcie, które sprawiało, że jeśli mężczyzna będący na zdjęciu kochał się z inną, niż ta na obrazku, to pojawiała się dookoła niego specyficzna „aureola". Ona sama zaś tak zmodyfikowała to zaklęcie, by poświata była w kolorze domu, z którego dana kobieta pochodziła. Ta widocznie była krukonką… Cóż, Lucjusz raczej nie preferował gryfonek, ani tym bardziej puchonek, ale nawet i one się zdarzały. W końcu co to za różnica, którą miał przelecieć. Jak by nie patrzeć, każda z nich miała to samo. Westchnęła lekko… a kiedyś było tak pięknie. Przez pierwsze trzy lata ich małżeństwo było takie idealne. Lucjusz dosłownie nosił ją na rękach. Adorował ją na każdym kroku, wciąż i wciąż zapewniając o swoim dozgonnym uczuciu. Wierzyła mu, wierzyła każdemu słowu, które do niej mówił. Ufała mu tak, jak nigdy wcześniej nie ufała nikomu. I wtedy na świat przyszedł Draco. Lucjusz był najczulszym ojcem jakiego widziała. Nosił swojego synka na rękach, z czułością i uśmiechem na ustach zmieniał mu pieluchy. Do snu czytał mu bajki, kupował podarunki. Ale pewnego dnia, w dniu drugich urodzin Dracona, zadała mu pytanie: „Dromeda mówiła, że widziała cię z Susan Nott, podobno się całowaliście. To prawda?" To jedno pytanie sprawiło, że idealny sen zniknął. Lucjusz nawrzeszczał na nią i odszedł. Z każdym dniem coraz bardziej zaczęli się od siebie oddalać. W momencie, kiedy Draco skończył siedem lat, mieli już osobne sypialnie, widywali się tylko na posiłkach. Oczywiście, przed wszystkimi wciąż byli idealną rodziną, gdy tylko ktoś – poza Bellą i jej mężem – był w domu, Lucjusz grał wspaniałego męża i ojca. Zarówno ona, jak i Draco, brali udział w jego grze. Chociaż chłopiec, gdy był młodszy, buntował się przeciw temu, chciał mieć takiego ojca zawsze, a nie tylko przed gośćmi. Ale w końcu i Dracon zrozumiał, dojrzał do tego, pamiętała to lato, gdy po raz pierwszy naprawdę szczerze rozmawiała z synem. Wtedy zbliżyli się do siebie bardzo, była największym powiernikiem syna i cieszyło ją to. Okazywała mu swoją miłość jak tylko mogła, wspierała go, gdy powinęła mu się noga. Starała się dać mu to, czego nie dawał mu ojciec. Jednak nie zawsze jej się to udawało, w końcu chłopiec potrzebował ojca. I wtedy mogła liczyć na Severusa, który zawsze w takich sytuacjach interweniował. Ponownie spojrzała na zdjęcie, jej mąż wciąż świecił. Mimowolnie poczuła, że coś w niej pęka, wyszeptała imię skrzata, który kilka sekund później zmaterializował się przed nią.
- Pani, wzywała Pokrzywka? – zapiszczał, kłaniając się głęboko.
- Sprowadź do mnie Dracona.
- Jak sobie pani życzy – jeszcze raz ukłonił się i zniknął.
Mniej więcej pięć minut później do jej gabinetu wszedł Dracon. Jego włosy były roztrzepane, uśmiechał się delikatnie. Był tak inny od tego chłopaka, którego niedawno odebrała z dworca. To był po prostu jej Draco.
- Coś się stało, mamo? – zapytał, podchodząc do niej. Gdy był młodszy, zawsze siadał jej na kolanach, a teraz po prostu położył dłonie na jej barkach.
- Zrobisz wszystko o co cię poproszę, kochanie?
- Dobrze wiesz, że tak – poczuła jak się uśmiecha, gdy przytulił swój policzek do jej policzka.
- Odejdziesz od nas. Staniesz po stronie Severusa – od dawna wiedzieli, że ojciec chrzestny chłopaka nie jest wierny Czarnemu Panu, nie zdradzili go jednak. Wszyscy grali w tę samą grę.
- Mamo, wiesz, że nie mogę! Lubię wuja Severusa, ale nie zgadzam się na to, powinienem…
- Draco, co powinieneś? O mały włos nie zginąłeś przez swoje zadanie, bo twój ojciec zawiódł Czarnego Pana. Chcesz do końca życia podążać ślepo za ojcem, który cię nie kocha? A jesteś mu tylko potrzebny jako dziedzic majątku? Tego chcesz? Być marionetką Czarnego Pana? – czuła, że podnosi głos, ale nie mogła inaczej. Musiała ochronić Dracona. Już czas, by chłopak przestał wierzyć, że Lucjusz się zmieni. On nigdy się nie zmieni.
- Matko… - zaczął, wyczuła w jego głosie napięcie.
- Jeśli mnie kochasz, to staniesz pod stronie Severusa. Twój ojciec i Czarny Pan doprowadzą cię do upadku. Tak samo jak doprowadzili Bellatrix i mnie.
Chłopak słuchał oszołomiony, owszem wiedział, że ciotka Bella ześwirowała przez Mistrza, ale jego matka? Jego ukochana matka? Co oni jej zrobili? Był gotów stanąć do pojedynku nawet z własnym ojcem, byleby tylko pomścić nawet najmniejszą wyrządzoną jej krzywdę. Jej, najdelikatniejszej ze wszystkich kobiet jaką znał! Jej, która zawsze tak dzielnie broniła go przed nawet najmniejszym złem. Spojrzał w jej fiołkowe oczy, które z tak wielką nadzieją wpatrywały się w niego. Czy mógł jej odmówić? Zawieść jedyną osobę, na której mógł polegać w każdej chwili? Nie wierzył w teorie Dumbledore'a, ale skoro jego matka była za Severusem… Jego matka była najmądrzejszą ze wszystkich osób. Czyż mógł jej nie wierzyć?
- Skoro tak ci na tym zależy – szepnął i poczuł jak delikatne ręce matki obejmują go.
- Kocham cię, Draco. Kocham cię, syneczku – wyszeptała w jego pierś.
- Ja też cię kocham, mamo – zawsze się dziwił, z jaką łatwością przychodziły mu te słowa w stosunku do matki. Nikomu innemu nie potrafił nawet powiedzieć, że go lubi, a co dopiero, że go kocha. Mimo to, doskonale zdawał sobie sprawę, że gdy tylko wyjdzie z tego pokoju, znów będzie cynicznym dziedzicem Malfoy'ów. Grał, tak samo jak matka. Jak wuj Severus, jak ojciec. Jak wszyscy.
- Jeszcze dziś napiszę do Severusa. Sprowadzisz się do niego tak szybko, jak to będzie możliwe. Ojcu powiesz, że wuj uczy cię oklumencji, dobrze?
- Tak, matko – oboje wiedzieli, że Lucjusz się na to zgodzi. On ufał Severusowi bezgranicznie, chociaż tak naprawdę nigdy nie wiedzieli, dlaczego. Może dlatego, że on jako jedyny pamiętał jeszcze o Annie?
- Możesz wrócić do swoich zajęć, synu – poczuł jej dłoń na policzku, uśmiechnął się do niej i wyszedł z jej gabinetu.
Narcyza jednym pewnym ruchem odsunęła list do przyjaciółki i wzięła czysty pergamin. Musiała napisać do Severusa. Swoim starannym pismem zaczęła kaligrafować:
Przyjacielu,
Potrzebuję Twojej pomocy. Dziś do czary wlała się o jedna kropla za dużo, nie mogę już dłużej czekać. Dracon musi się uwolnić z tego bagna, nie pozwolę by i jego zniszczyli. Zaopiekujesz się nim, prawda? Lucjusz ci ufa, oficjalnie będziesz go uczył oklumencji…
Napisz mi, proszę, kiedy Draco może przenieść się do Ciebie.
Jonguilla.
Przywołała swoją sowę, po czym przymocowała do jej nóżki list.
- Odnajdź Severusa, ptaszyno! – szepnęła wypuszczając patka przez okno. Patrzyła za swoją sową, dopóki ta nie zniknęła jej z oczu.
Przez chwilę stali w milczeniu wpatrując się w siebie.
- Może obejrzymy dom, profesorze? – zaproponowała. Pomimo tego, że oficjalnie byli małżeństwem, oprócz wspólnego nazwiska i oczywiście seksu, nie łączyło ich nic. Nie widziała więc potrzeby, czy też raczej nie czuła się kimś upoważnionym do tego, aby zwracać się do Mistrza Eliksirów po imieniu.
- I tak nie mamy nic lepszego do roboty – zgodził się.
Zaczęli zwiedzanie od parteru. Na dole, oprócz salonu, w którym byli, znajdowała się jeszcze kuchnia, łazienka i duża biblioteka, powalająca swoim ogromem na kolana, zarówno Severusa, jak i Hermionę. Na pierwszym piętrze znajdowała się ich sypialnia, toaleta, gabinet Hermiony i dwa pokoje. Pokoje dziecięce. Jeden w kolorze jasnoróżowym, a drugi błękitnym.
Pomimo lekkiego wahania, dziewczyna stanęła w progu różowego pokoiku. Łóżeczko, szafki, zabawki. Wszystko jakby czekało na dziecko, które nigdy miało się nie pojawić. Pchana jakimś dziwnym instynktem, weszła do środka. Otworzyła jedną z szufladek. Zamarła, gdy zobaczyła ciuszki, małe sukieneczki w pastelowych kolorach. Dla córeczki, której nigdy nie będzie dane jej mieć. Ciche, pełne rezygnacji westchnięcie wydarło się z jej piersi.
Severus patrzył na nią ze swoją zwyczajną maską obojętności. Przyglądał się, jak gładzi każdy mebel opuszkami palców, jak przytula do piersi małe lalki, jak z dziwnie szklistymi oczyma gładzi maleńką, jasnozieloną sukienczynę.
- Coś nie tak? – przerwał w końcu milczenie, gdy zobaczył, że na jej policzku pojawiła się jedna, mała, samotna łza. Nie oczekiwał odpowiedzi, zdziwił się więc gdy ją usłyszał.
- Miałam kiedyś marzenie… Wie profesor, że moi rodzice są katolikami? Moja mama brała ślub w pięknej, białej sukni, ojciec w czarnym garniturze. W barokowym kościele we Francji…
- Sentymentalne bzdury – sarkastycznie skomentował mężczyzna, który nie miał ochoty na wysłuchiwanie takich zwierzeń. Wiedział do czego one zmierzały, a to jeszcze bardziej by spotęgowało jego winę, którą już się obarczał. Zepsuł jej przyszłość i tyle, nie miał jeszcze ochoty słuchać, że przez niego jej marzenia się nie spełniły.
- To tylko marzenia. Dziecięce marzenia – odpowiedziała dopiero po chwili z przekąsem. Na jej twarzy pojawił się, tak dobrze mu znany, wszechwiedzący uśmieszek. Przyjął to z ulgą. – Idziemy na drugie piętro?
- Tylko mi się nie roztkliwiaj więcej.
- O ile profesor nie będzie, to ja też nie – zaśmiała się, puszczając mu oczko, na co mężczyzna prychnął urażony. Czy kobiety naprawdę muszą być, aż takie nienormalne? Z jednej skrajności w drugą. Skinęła mu głową, wciąż się uśmiechając. A on z krzywym uśmiechem podążył za nią. Na szczęście, na górze nie było nic co wywołałoby „ckliwe mrzonki Granger". Trzy pokoje gościnne i jedna łazienka. W milczeniu, zeszli na dół.
- To sowa Narcyzy, prawda? – spytała Hermiona, gdy tylko weszli do salonu. Na stole siedział ptak o charakterystycznych oczach.
- Tak. – podszedł do zwierzęcia i odwiązał list. Szybko przeczytał treść wiadomości, po czym bez słowa wyciągnął dłoń z pergaminem w stronę Hermiony.
- Przecież, to pańska korespondencja.
- Ale nie dotyczy tylko mnie, pann… - zaczął, ale urwał. Dziewczyna posłała mu rozbawione spojrzenie, po czym wzięła list i zaczęła czytać.
- Malfoy miałby z nami zamieszkać? – spytała, wciąż wpatrując się w kształtne pismo Narcyzy.
- To nasz dom, nie tylko ja muszę wyrazić zgodę – prychnął krzyżując ramiona na piersi.
- A co z Jamesem? Przed Draco, też mielibyśmy grać?
- Dobre pytanie, Granger. – widać było, że nie zwrócił uwagi na to co powiedział, bo jego spojrzenie było nieobecne. – Myślę, że z Jamesem możemy spotykać się poza domem, albo unieszkodliwić wtedy Dracona, ale najpierw musimy porozmawiać z Narcyzą. Jeśli chłopak miałby z nami zamieszkać, złożyłby przysięgę, on nie uwierzy w naszą grę.
- Skoro pan tego chce, Draco jest pańskim chrześniakiem, prawda?
- A ty moją żoną – parsknął. – Jeśli nie chcesz, by Dracon z nami zamieszkał, to tak się nie stanie.
- Nie mogę zabronić, panu przebywania z rodziną! – nie chciała by Dracon z nimi zamieszkał. Nigdy nie darzyła pyszałkowatego ślizgona sympatią, ale w końcu był chrześniakiem jej męża. Więc, jakby nie patrzeć, był i jej rodziną.
- Taką jak ty? – odciął się, dziewczyna spojrzała na niego ze złością i odwróciła się na pięcie. Pobiegła w stronę biblioteki, wiedziała, że w tej chwili tylko dzięki książkom zdoła się uspokoić. Zdoła zapomnieć.
Snape patrzył na nią ze złością. Głupia gryfonka! Nie miał najmniejszej ochoty teraz się z nią użerać, postanowił odpisać Narcyzie. Jednym ruchem odpiął szatę ślubną, o której wcześniej zupełnie zapomniał i rzucił ją na kanapę. Sam zaś usiadł obok. Przywołał pergamin i pióro. Niewerbalnym zaklęciem usztywnił pergamin, tak by mógł pisać na kolanie.
Jongiue!
Moja sytuacja również jest skomplikowana. Obaj ojcowie wymusili na mnie małżeństwo z Księżniczką Gryffindoru. Nie wiem, czy jest to najlepszy czas na odwiedziny małego Smoka. Zapraszam Cię jutrzejszego wieczora do nas na rozmowę, ustalimy co i jak.
Książę Półkrwi
PS. Załączam świstoklik, aktywuje się punktualnie o 19.00
Wiadomość przywiązał do nóżki Chanel, która zahukała cicho i wyleciała. Severus splótł palce na kolanach, jego wzrok błyskawicznie przeniósł się na obrączkę. Hermiona – jej imię pojawiło się w jego myślach niczym błyskawica. Dziś była ich noc poślubna! Z charakterystycznym uśmieszkiem skierował się do biblioteki.
Siedziała po turecku na dywanie, na kolanach miała opasłe tomisko. Szata ślubna okrywała niemalże całą jej sylwetkę. Pogrążona w lekturze nie usłyszała kroków męża. Dopiero, gdy położył swoje dłonie na jej ramionach, krzyknęła cicho. Spojrzała na niego ze złością, była akurat w takim momencie!
- Chodź – wyciągnął dłoń w jej kierunku. Uniosła brwi zdziwiona. – A noc poślubna?
- Mężczyźni – westchnęła teatralnie, ale pozwoliła się podnieść i poprowadzić do sypialni. Gdy tylko drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem, uśmiechnęła się pod nosem. Ta noc zapowiadała się ciekawie…
- To co będzie się działo w tej sypialni, nigdy jej nie opuści, rozumiemy się? – użył swojego najbardziej jedwabistego głosu, dziewczyna mimowolnie poczuła gęsią skórkę. Przytaknęła. Mężczyzna jednym zaklęciem pozbawił ich ubrań, po czym wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. W zasadzie nie preferował długiej gry wstępnej, ale tej jednej nocy postanowił zrobić wyjątek. W końcu po raz pierwszy i ostatni ożenił się… A przynajmniej taką miał nadzieję. Spojrzał na kobietę uśmiechając się wrednie, po czym, wciąż nie zrywając kontaktu wzrokowego, zaczął pieścić ustami jej brzuch. Na przemian ssał i całował jej skórę, mimowolnie rozkoszując się jej słodkim smakiem. Miał wrażenie, że ostatnio nie smakowała tak wyśmienicie. Uśmiechnął się słysząc jej jęk, gdy zaczął zataczać kręgi językiem dookoła jej nabrzmiałych sutków. Wplotła dłonie w jego włosy, a on uniósł lekko głowę by spojrzeć w jej oczy. Żar jaki w nich zobaczył, spowodował że i w nim ogień zaczął buzować. Hermiona mechanicznie rozchyliła usta i oblizała je. Severus nie mógł się powstrzymać, jej zaproszenie było zbyt zachęcające.
Chociaż kiedyś poprzysiągł sobie, że do końca życia nie pocałuje kobiety, przy niej tę zasadę złamał już po raz trzeci. Ale tak na zdrowy rozsądek - który normalny mężczyzna oprze się chętnym i ciepłym ustom, otwierającym się tylko dla niego? Pomimo, że ich małżeństwo było grą, to jednak wiedział, że ta dziewczyna go nie zdradzi. Była zbyt honorowa, by pozwolić sobie coś takiego. Zresztą, on ze swojej strony też nie wyobrażał sobie takiej sytuacji…
Każdy jej spragniony oddech, mieszał się z jego przepełnionym pragnieniem oddechem. Każdy jej pocałunek znaczył na jego ciele nowe szlaki i odkrywał czułe miejsca. Każdy jego dotyk poruszał w niej najczulsze struny. Krew wrzała, serca biły w jednym rytmie. Spocone ciało ocierało się o spocone ciało. Nie było granicy pomiędzy nimi, żadne z nich nie wiedziało się, gdzie kończy się ona, a zaczyna on. Byli jednością, połówkami jabłka, które dopiero scalone ze sobą tworzyły idealne boskie stworzenie…
Przeszłość
Dla Aleksandry był to cios nie do zniesienia. Wiedziała, że jest nosicielką tej choroby, podobnie zresztą jak jej matka. Ale nigdy nie dopuszczała do siebie świadomości, że Aleksiej też może być chory! Jednak los ich nie oszczędził, jej synek, mały cesarzewicz, był chory na hemofilię. Musiała szukać kogoś, kto mu pomoże. Musiała znaleźć lekarza, który nawet jeśli go nie wyleczy, uczyni jego życie lepszym. Wiedziała, że z chwilą, gdy się o tym dowiedzieli, wszystko będzie podporządkowane stanowi zdrowia małego Aleksieja.
Gdy pochyliła się nad kołyską pięciomiesięcznego synka, usłyszała, że drzwi do pokoju Aleksieja się otwierają. Nie obróciła się, była święcie przekonana, że to Mikołaj.
- Witaj, Alicjo – obróciła się gwałtownie, to nie był głos męża, czy któregoś ze służących. Tylko jeden głos miał taką barwę. Mężczyzna opuścił kaptur.
- Grigorij…
