20. Rozdział w którym Voldemorta boli głowa.

Severus posadził dzieciaka na krześle podtrzymując jedną ręką, by nie spadł. Drugą ręką zaś transformował drugie krzesło w coś co wyglądałoby jak łóżko, choćby prowizoryczne. W pierwszym odruchu chciał najpierw ocucić chłopaka, ale ostatecznie uznał, że najpierw zajmie się jego nogą. Nieprzytomny nie poczuje bólu.

Przygotował wszelkie eliksiry, maści i materiały pomocnicze, potrzebne do oczyszczenia rany. Poppy zapewne machnęłaby raz różdżką i byłoby po kłopocie. Sev rozciął pęcherze pozwalając śmierdzącemu, żółtemu płynowi wyciec na zewnątrz. Obejrzał dokładnie bąble od poparzenia, w które wdała się infekcja, i to w takim tempie... zadziwiające, pomyślał Severus, ale po chwili zajął się zakażoną skórą.

Oczyścił ranę, po czym zaaplikował na nią maść przeciwzapalną. Skórę wokół posmarował miksturą chłodzącą i znieczulającą. W ranie znalazł jeszcze resztki jakiegoś zielska, które okazało się czarcim zielem , po bliższych oględzinach. To ono musiało się zaplątać wokół kostki dzieciaka. Naprawdę paskudna roślina. Gdyby Snape wielokrotnie o niej nie czytał, i nie sprawdzał, że jest to tylko roślina mógłby pomyśleć, że jest to jakaś myśląca istota. Atakowała i broniła się swoimi trującymi wiciami. Nie mając nic więcej do roboty na dole, zapakował potrzebne składniki do kieszeni i wziął znów chłopca na ręce, po czym ruszył z nim na górę.

Ułożył go na łóżku i dopiero teraz przywrócił mu przytomność. Wiedział, że nie musiał tego robić wcześniej, bo Harry oddychał miarowo. Teraz jednak obserwował uważnie reakcje dzieciaka.

- Otwórz oczy, Harry. – powiedział.

Dzieciak z trudem otworzył powieki, po czym zmrużył je natychmiast. światło wciąż go raziło.

- Otwórz usta. - polecił Severus. Harry skrzywił się odruchowo, domyślając co go czeka, ale posłusznie wykonał polecenie. Sev wlał mu do ust eliksir przeciwgorączkowy. - Połknij. - polecił. Potter przełknął.

Sev był gotowy na wymioty, ale dzieciak utrzymał w sobie miksturę.

- Jeszcze jeden. – powiedział, przystawiając mu do ust mieszankę przeciwbólową. Źrenice chłopca prawie natychmiast rozszerzyły się znacznie. Eliksir działał. - Wypijesz jeszcze jeden.

- Y-y - jęknął dzieciak i zacisnął usta w geście obrony.

- No dalej, wiem że są paskudne, tylko mały łyczek... no już... – „za tatusia", chciał powiedzieć Snape w pierwszym odruchu, ale ugryzł się w język. - Muszę ci podać odtrutkę na czarcie ziele. Potem możesz iść spać.

- J-jeśśść - szczeknął zębami Potter.

- Dostaniesz, ale najpierw to wypij. - Kolejna fiolka z czarną, oleistą substancją powędrowała do ust chłopca. Harry przełknął antidotum na trucizny. Wytrzeszczył oczy, łapiąc oddech łapczywie. – Popij to, to woda... może trochę piec...

- Tru... truci…

- Nie truję cię, próbuję cię leczyć z trucizny i poparzeń. Czemu mi nie powiedziałeś, że boli cię noga?

- Zizimnommmmi. - Severus cisnął w dzieciaka czarem ogrzewającym.

- Zaraz poczujesz się lepiej.

- Przeppraszammmm. - wyjąkał Potter.

- będziesz rzygał?

- Y-y. - potrzasnął słabo głową.

- Zamknij oczy – polecił dziecku. Chciał żeby Harry poszedł już spać, żeby mógł zacząć odzyskiwać siły.

- Nie idź. - dzieciak słabą ręką chwycił go za przegub nadgarstka gdy Sev próbował się podnieść.

- Chciałem ci zrobić coś do jedzenia. Jesteś głodny.

- Nie. – odpowiedział chłopak i Severus zgłupiał. Przecież przed chwilą domagał się jedzenia…

- Coś lekkiego. Powinieneś zjeść, chociaż rosół.

- P-późźźniej. Nie jestem głodny – wymamrotał nieskładnie Potter.

- W porządku. Posiedzę tu dopóki nie zaśniesz. - Snape usadowił się na skraju łóżka. Dzieciak wciąż trzymał jego rękę. - Jak zaśniesz zrobię ci coś ciepłego... musisz jeść. Wiem, że teraz masz brzuch pełen eliksirów… - urwał, bo chłopak zaczął znów coś mamrotać.

- N-nie chc-ce do kom-mórki...

- Co? – Snape nagle przypomniał sobie wspomnienia dzieciaka.

- N-nie zamykajjj m-mnie… proszę…

- Nigdzie cię... - Snape przerwał i podniósł delikatnie palcami powieki Harry'ego, by zobaczyć, że oczy dzieciaka odpływają nieprzytomnie w głąb czaszki. Snape sięgnął po eliksir przeciwgorączkowy o większej mocy, bo ten ostatni, zwyczajnie nie działał. – Harry, wiem że powiedziałem, że to był ostatni eliksir, ale musisz... połknij. - rozkazał i wlał mu do ust dawkę fioletowego płynu. Rozmasował jego gardło i dzieciak odruchowo przełknął eliksir.

- To tylko jedna bulka... i tak jest sucha... - wymamrotał dzieciak i zatrząsł się od płaczu. Severus zacisnął szczęki. Zdawał sobie sprawę, że przy pierwszym możliwym ataku śmierciożerców na domostwa mugoli, naśle tych psychopatów na dom Dursleyów. Może nie od razu kolegów z wewnętrznego kręgu, ale jakiś szczeniaków, którzy chcą się dostać do szeregów pana? Czemu nie...

Harry zasnął po chwili. Oddech wciąż spokojny, równy, puls nieco się uspokajał. Severus zdjął czar rozgrzewający i zmienił go na chłodzący, tym sposobem gorączka zniknie szybciej. spojrzał jeszcze raz na nogę dziecka, nic z niej nie wyciekało. wytarł pot z czoła i upewniwszy się, że Potter śpi, powoli wyczepił jego palce ze swojego nadgarstka. Harry skrzywił się tylko, i zaplótł ręce wokół swoich ramion. Severus przykrył go kołdrą i ruszył do kuchni wstawić rosół.

Po kilku minutach wrócił sprawdzić stan Pottera, ale ten nadal spał. Wrócił więc do kuchni jeszcze raz, by zdjąć zupę z gazu i przelać gorącą do miseczki. Przy okazji zrobił też kawę dla siebie. Będzie musiał dziś zaaplikować sobie coś więcej niż czarny napój, by przetrwać noc. Ostatnie kilka dni w zwierzęcej formie, idiotyczna wyprawa do baru, cala noc seksu. A teraz czekało go pilnowanie dzieciaka, by wieczorem bawić na przyjęciu u Voldemorta. Severus zamierzał się wyspać jak to wszystko się w końcu skończy, co mogło oznaczać, że najprędzej w przyszłej pięciolatce.

Harry obudził się po godzinie. Severus wmusił w niego kilka łyżek rosołu co zakończyło się wymiotami. podał mu po tym eliksir na ból brzucha i kolejną porcję przeciwgorączkowego. Gdy dzieciak zaczął pleść jakieś bzdury o możliwości modyfikacji cięcia ogonów testrala na siekanie zamiast tego, Severus nie wytrwał i podał mu eliksir nasenny. Usiadł sobie obok dzieciaka i czytał książkę, obserwując przy okazji jego stan.

##

Harry otworzył oczy i dostrzegł przed sobą burzę czarnych włosów. Otworzył je szerzej, próbując umiejscowić skąd się wzięły te włosy. Podniósł lekko głowę, ale w tym momencie czarna czupryna się poruszyła i jego oczom ukazała się z bliska twarz mistrza eliksirów. Mężczyzna dotknął jego czoła i zaklął szpetnie. Harry nie bardzo rozumiał co się wydarzyło.

- Będziesz rzygał? - padło dziwaczne pytanie.

- Czemu miałbym? Nie miałem nic w ustach od wczoraj. - spytał w odpowiedzi. Severus podniósł się nieco i podciągnął Harry'ego wyżej na poduszki. Po czym wetknął mu coś do ust. Harry skrzywił się odruchowo, ale tajemnicza mikstura okazała się rosołem.

- Połknij. To zupa. Musisz coś zjeść.

- Yhm - zgodził się Harry i otworzył usta, widząc kolejną łyżkę zmierzającą w jego stronę. - Mogę sam. – odpowiedział po chwili, gdy zorientował się, że Snape zamierza go karmić. To było uwłaczające.

- Nie masz nawet sił pyskować, na pewno nie dam ci łyżki do ręki.

- Obudziłem cię?

- Nie spałem. – Harry uśmiechnął się tylko krzywo w odpowiedzi, na to oczywiste kłamstwo, ale nie miał sił się kłócić. Severus milczał cały czas, gdy go karmił. Był blady, pod jego powiekami były niemal fioletowe sińce. Biedak musiał być wykończony. Harry nie miał jednak siły myśleć o tym dłużej. Zanim zjadł całą miseczkę rosołu był tak zmęczony, że ledwo siedział. Severus podał mu jeszcze fiolkę z jakimś specyfikiem, twierdząc, że jeszcze mu się nie poprawiło. Harry nie bardzo wiedział co miało mu się poprawić. Chciał tylko zamknąć oczy. Chciał się ocknąć znów z Severusem obok.

- Dobranoc - szepnął i odpłynął zmęczony.

##

- Severusie? – dotarł do niego syk, tak cichy, że ledwo słyszalny, gdy tylko wszedł do obszernego, ciemnego salonu wypełnionego po brzegi zapachem śmierci, strachu i rozkładu. Pojedyncze sylwetki w czarnych szatach stały w różnej odległości od czarnego tronu, na którym siedziała odrażająca łysa postać.

- Panie mój – wypowiedział cicho słowa powitania.

- Dobrze, że jesteś. - Jaszczur uśmiechnął się promiennie, jego zwykle niebieskie oczy, zabłysły czerwienią. Snape zdążył tylko przygotować się na cios. – Crucio! - Czuł jak ból w jego ciele rozchodził się w każdą stronę, zaczynał się w kręgosłupie i promieniował do każdego nerwu w jego ciele. Jakby ktoś podłączył go do prądu. Jakby ktoś przypalał go. To nie było uczucie, którego wyczekiwał z utęsknieniem. Ból minął, zanim zdążył krzyknąć.

- Wyjaśnisz mi mój drogi, co robiłeś z naszym znakiem? - Riddle z wściekłą miną wskazał na lewe przedramię Snape'a.

- Panie mój. Nieudany eksperyment magiczny. Wybacz panie. - Severus zaczął rozpinać rękaw szaty, by pokazać idiocie, że poparzone ma obie dłonie. - Panie mój, po co miałbym cię okłamywać? Skoro ty wiesz wszystko i nie da się ciebie oszukać. Dumbledore wysłał listy do Francji, do Madame Maxime. - Riddle spojrzał na niego z ciekawością, a jego ślepia znów stały się niebieskie. Gestem rozkazał Severusowi powstać.

- Maxime?

- Dyrektora Beauxbatons, mój panie. Albus podejrzewa, że Harry udał się właśnie tam.

- Panie mój. Snape mówi prawdę. – wyskoczył nagle do przodu Malfoy. - Na balu, Potter był z niejaką Fleur Delacour. Dziewczyna wydawała się być zainteresowana jego sławą.

- Pan Potter rozmawiał z tą pół - Wilą, mój panie, często w ciągu ostatniego roku. Być może nawiązali znajomość na tyle głęboką, że chłopak zwrócił się do niej uciekając. - Voldemort ukazał swój piekielny zgryz uśmiechając się z zadowoleniem.

- Dobrze się spisałeś, mój drogi, ale nie poślę cię w ślad za nim. Śledź dalej dyrektora. Jeśli ta... Maxime prześle chłopca do zamku - natychmiast mnie o tym poinformuj. Natychmiast.

- Tak, mój panie.

- Dziewczyna jest pół - Wilą? – spytał nagle Riddle, wpatrując się z ciekawością w Malfoya.

- Tak, mój panie. Wile to ekstremalnie groźne i kłamliwe stworzenia. Kobieta mogłaby sobie z łatwością poradzić z dziewczynką… w razie potrzeby też z urokiem innych samic. – wyjaśnił Snape.

- Z całą rodziną? Nie sądzę, Severusie. Ale my przecież mamy Wilę w naszych szeregach. Czyż nie, Lucjuszu? – Niebieskie oczy Voldemorta spoczęły na blondynie. Malfoy pokłonił się nisko, posyłając w tym czasie Snape'owi zabijające spojrzenie. Sev posłał mu tylko przepraszający błysk oka w odpowiedzi, nie dając żadnego innego znaku. - Proszę zatem Severusie byś przekazał informacje jakie posiada szkoła o tej pannie Lucjuszowi. By mógł udać się przygotowany odpowiednio na zwiad.

- Tak, panie. – Snape pokłonił się nisko. Malfoy podszedł do Severusa, gdy ten stanął z tyłu olbrzymiego salonu.

- Wyślę ci jutro sowę. Dostaniesz wszystkie potrzebne informacje. - powiedział Snape, gdy zostali w miarę sami, a żaden Nott czy Yaxley nie podsłuchiwał za filarem.

Voldemort kazał sobie złożyć raporty postępów w poszukiwaniach chłopca. W ciągu tego tygodnia zginęło 15 mugolaków. W tym sześcioro dzieci. Niektóre z nich nie miały nawet trzech lat. Avery porwał jakiegoś zdrajcę krwi spod Liverpoolu. Facet zginął zanim Martin się rozkręcił w zadawaniu bólu. Voldemort był zły. Avery tłumaczył się, że najwyraźniej jego odwaga w zakresie zdradzania czystości krwi, nie szła w parze z sercem ze stali. Facet najwyraźniej dostał zawału, zanim zdążył coś powiedzieć. Severus nie wątpił, że to możliwe. Zabawki w stajni tego wariata zawsze były raczej... cóż, jak kowalskie szczypce do wypalania i wykuwania broni... nagrzewały się do sporych temperatur... i potrafiły równie skutecznie coś urwać, nie tylko poparzyć.

Sev wiele razy zastanawiał się do kogo chciałby trafić w razie wpadki. Oczywiście nie liczył na takie szczęście, że trafi mu się Malfoy. Rozejrzał się po sali. Nott... zaruchałby go na śmierć. Severus najprędzej udławiłby się jego kutasem... albo wykrwawił gdzieś po drodze. Prawdopodobnie wewnętrznie. Avery... tak... kleszcze... szczypce. Ciekawe co urwałby mu najpierw? Jaja czy język? Jeszcze w szkole byli blisko, o ile można być z kimś blisko w gnieździe węży. A potem... potem zrozumiał… z niewielką pomocą Lily, że oni są źli, że wcale jej się nie wydawało... byli po prostu przegniłym robactwem, które należałoby wyplenić z tego świata.

Nie myśl teraz o niej. Upomniał siebie.

Carrowowie? Alecto zawsze chciała położyć swe łapy na Nott'cie. Macnair może by go po prostu zabił. Nie Avadą. Nie miał na to co liczyć. Pewnie przedtem rozciąłby go na pół. Zacząłby zapewne od brzucha. Pokazałby mu jego własne flaki i pozwolił się wykrwawić, upewniając się, że to właśnie zobaczy jako ostatnie. Carrow? Amycus zatrułby mu życie Cruciatusem. Robiłby to tak długo, aż Severus nie poprosiłby go o śmierć. Alecto najpierw by go zgwałciła, przy pomocy jakiś wynajętych dziwek, albo ostrych i kanciastych narzędzi. Pobiła. Ewentualnie cisnęła w niego Imperiusem i kazałaby skoczyć z jakiegoś mostu. Nie, ona nie miała wyobraźni.

Ci kretyni: Crabbe i Goyle? Oni by go skopali. Pobili dotkliwie, własnoręcznie. Połamali żebra i zostawili gdzieś, żeby skonał... kto wie, może nawet miałby szansę to przeżyć, jeśli by Riddle nie rozkazał literalnie, odczekać im, aż się upewnią, że umarł.

Wiedział co potrafił Mulciber, Dołohow czy nie daj boże Bella, ale ich tu na szczęście nie było. Jeszcze... upomniał się w myślach. Nie miał jednak pojęcia, co mogliby zaprezentować nowi bywalcy wewnętrznego kręgu. Ale z jakiejś przyczyny się ich nie obawiał. Jeśli tylko zdąży... zawsze ma przy sobie truciznę, na takie okoliczności. A jednak teraz nie mógł sobie pozwolić na śmierć. Nie kiedy musiał zająć się tym dzieciakiem. Błędy takie jak dziś - poparzenia na przedramieniu - nie mogą się więcej powtórzyć.

Severus musi wrócić cały do domu. Dziś i każdego innego dnia, tak długo, jak to będzie możliwe. Zwłaszcza dziś. Chłopak wydawał się kontaktować, gdy wychodził... ale Severus wiedział, że czarcie ziele jest paskudne. Że jest zdradliwe i potrafi dawać objawy nawrotu zatrucia, nawet po kilku dniach. Skąd się jednak wzięło w wodzie? Czarcie ziele nie rosło pod wodą, a w tym miejscu nie było trytonów ani syren, by mogły je tam przynieść. Severus wiedział to na pewno. Nie przyprowadziłby dziecka w teren, gdzie mogliby się na nich natknąć. Potter musiał mieć kontakt z rośliną jeszcze na lądzie. Jak długo miał z nią kontakt?

Severus wcale nie czuł się komfortowo, zostawiając to chore dziecko samo w domu. Musiał wracać i sprawdzić jego stan. Jednak nie wyobrażał sobie, że uszła by mu płazem ucieczka z wieczorku pełnego „gier i zabaw" zaplanowanych przez ich pana.

- Taki błąd Severusie? Kociołek? Z twoim statusem? Dzieci byłyby rozbawione wiedząc, że Mistrz Eliksirów wysadził coś, jak nie przymierzając, ofiara z Hufflepuffu. – przerwał mu rozmyślania złośliwy ton Notta przy uchu.

- Nigdy nie powiedziałem, że to kociołek Alexandrze. – Snape odparł krótko, mierząc go groźnym spojrzeniem.

- Cóż więc się stało? - udawana troska i sarkazm w glosie były aż nazbyt słyszalne.

- Czasem nie da się upiec bagietek, nie rozpalając w piecu.

- Myślisz, że jesteś tak przewrotny? Czemu sam nie sprawdziłeś tropu we Francji?

- I miałbym pozwolić nudzić się Lucjuszowi? - Snape wzruszył ramionami. - Poza tym jak ci doskonale wiadomo mój francuski jest żaden, Mon Cher[1]. Moja odporność na Wile zaś jest bardzo upośledzona. Jak zapewne zdążyłeś już zauważyć.

- O tak, widzę jak patrzysz na Lucjusza. – wyraz absolutnej pogardy odmalował się na twarzy arystokraty.

- Chciałbyś bym patrzył tak na ciebie? – spytał niemal szeptem Snape, pochylając się w kierunku bruneta.

- Moja chęć nie ma tu nic do rzeczy – odburknął Aleksander i odsunął się krok w tył, poluzowując jednocześnie zapięcie koszuli przy grdyce.

- W istocie. - uśmiechnął się złośliwie Severus i posłał w stronę Malfoya tęskne spojrzenie. Na tyle wymowne, by Nott zrozumiał je doskonale, a jednocześnie tak ulotne, by Lucjusz nie zdążył go zarejestrować. Alex mruknął coś niezadowolony pod nosem, o tym że mógłby ubrać perukę, na co Severus się tylko zaśmiał szyderczo i odszedł w stronę Selwyna. Najwyższy czas zebrać o nim jakieś informacje. Pomyślał.

##

Wszystko było jakieś dziwne. Noga go piekła, ale nie tak bardzo jak się spodziewał. Właściwie to chyba chłodziła, jak się nad tym zastanowił. Powoli otworzył oczy i zorientował się, że nie jest u siebie. Podciągnął się powoli do siedzącej pozycji, by obejrzeć poparzoną nogę. Kostka i okolice były zabandażowane i Harry bał się odwinąć opatrunek by obejrzeć ranę. Bo musiała wciąż jakaś być, skoro wciąż nieprzyjemne uczucie rozchodziło się prawie do kolana. Zerknął w prawo i zobaczył na nocnej szafce kilka fiolek i kartkę zapisaną drobnym, czarnym pismem. Wyciągnął drżącą dłoń, by ją chwycić, ale wtedy kartka wypadła z jego palców i pofrunęła prosto na podłogę.

Harry sapnął zdenerwowany i wychylił się, by podnieść ją z podłogi. Oparł się łokciem o nocną szafkę i zanurkował pod łóżko. Kartka leżała kilka centymetrów od jego palców. Gdyby tylko wychylił się bardziej... dosięgnąłby jej bez wychodzenia z łóżka. Jęknął przesuwając się kolejne parę centymetrów na łóżku i znów zanurkował po kartkę.

Gdy już trzymał ją w dłoni zadowolony, zapomniał, że wisi na jednym łokciu. Nocna szafka zadygotała lekko, gdy ręka omsknęła się z mebla, o on poleciał na twarz.

- Okej. To nie takie tragiczne. - pomyślał. Choć rozcięta warga piekła go diabelnie. Musiał przygryźć ją spadając. Spróbował chwycić się z powrotem szafki, by podciągnąć się w górę i w tej właśnie chwili poczuł, jak cała konstrukcja leci na niego, łącznie z butelkami, które stały na blacie, miską rosołu i miętową herbatą. Oczywiście wszystko magicznie zaczarowane, by utrzymywać odpowiednią temperaturę.

Harry syknął. Zupa parzyła, a głowa najwyraźniej dorobiła się kolejnej blizny na czole. A przynajmniej powiększyła się ta co już na niej była. Próbował zrzucić z siebie zalaną gorącą zupą piżamę i tylko walnął się głową o ramę łóżka. To wtedy wydawało mu się, że robi mu się chłodno, mimo gorącej zupy na ciele. Widział nawet fragmenty makaronu, które stawały się coraz bardziej białe na jego piżamie. Próbował złapać oddech, ale nie był w stanie. Blizna zaczęła go straszliwie piec, jakby ktoś przyłożył mu do czoła rozżarzony węgiel.

Harry nie pamięta kiedy krzyknął i ile czasu krzyczał. Ból sprawiał, że było mu niedobrze. Słabo. Zimno. Poczuł jak osuwa się w zimną toń wody. Jakby coś go ściągało na dno tak jak dzisiaj. Ale tym razem nie panikował, po prostu zasypiał. Tam przecież będzie całkiem wygodnie. Piasek na dnie będzie ciepły i miękki...

##

Severus nie wiedział co ma zrobić. Chciał już być w domu. Harry powinien się już obudzić, bo eliksir nasenny przestał działać 15 minut temu. Musiał podać dzieciakowi kolejne porcje eliksirów, bo czar monitorujący nie poinformował go, żeby chłopak sam się obsłużył... przez chwilę się łudził, że Harry znajdzie kartkę i sam je wypije. Ale tak się jednak nie stało.

Rozmawiał właśnie z Alecto o nowym przepisie na krem przeciwzmarszczkowy, gdy świat zaczął wariować. W jego głowie rozdzwonił się alarm. Alarm informujący, że coś zostało zniszczone w jego domu. W tym samym czasie odezwał się kolejny, który Snape nałożył, by monitorować funkcje życiowe Pottera i otrzymał informacje, że stan chłopaka się nagle pogorszył.

Panika narastała w nim z każdą chwilą, podczas gdy wciąż nie było wymówki, by wyjść z przyjęcia. Żadnej. Impreza trwała w najlepsze. Wino, rozmowy w kuluarach, jedzenie – tym razem lepszej jakości niż poprzednio.

I tedy Voldemort zaczął krzyczeć. Chwycił się za czoło. Zaczął miotać się po sali drapiąc twarz, jakby oblazło go stado mrówek. Próbował zedrzeć z siebie niewidzialnego wroga, jakby coś się do niego przylepiło.

- Wody! - wrzasnął w pewnym momencie i natychmiast pojawił się Glizdogon z kryształowym kielichem pełnym przezroczystego płynu. Riddle wyrwał mu go z ręki i oblał własną twarz. Wszyscy stali w milczeniu, przypatrując się z przerażeniem tej scenie. Voldemort wrzasnął ponownie.

- Potter! Znajdźcie mi Pottera! Natychmiast! - Nikt się nie ruszył - Nie gapić się wy leniwe śmieci! Wynocha. No już! - ryknął i chwycił się znów za czoło, wciąż wrzeszcząc jak oszalały.

Severusowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, usłyszał huk aportacji Notta, Lucjusza i Macnaira i po chwili sam zniknął z tego obskurnego salonu. Aportował się we własnym salonie i od razu z różdżką w dłoni ruszył do sypialni. W pokoju, na podłodze pod łóżkiem leżał nieprzytomny Potter z krwawiącym rozcięciem biegnącym wzdłuż jego blizny. Jego szyja i klatka piersiowa były całe w rosole. Z głowy spływała resztka mikstury przeciw-zapalnej, którą Severus zostawił na szafce. Szafka leżała przewrócona, przygniatając dłoń chłopaka. Wszystko było uwalane makaronem i fusami z herbaty.

- Coś ty znów zmalował, głupie dziecko? - sapnął tylko Snape, cucąc nieprzytomnego chłopaka i sprzątając ten bajzel wokół niego.

- Seev? - spytał ten nieprzytomnie. Po czym znów odpłynął.

Czy ten bezczelny bachor właśnie nazwał mnie Sev?

Ocucił go ponownie, czyszcząc ze wszystkiego. Głowa była rozpalona. Rana na nodze musiała się uszkodzić, bo krew przesiąkła przez bandaż. Tym razem jednak była tam i krew i ropa, co nie było dobrym sygnałem. Goiło się stanowczo za wolno. Snape zmusił Pottera do wypicia kolejnej dawki eliksirów: przeciwbólowego, leczącego, przeciwzapalnego i uspokajającego. Musi stworzyć coś co będzie trzema w jednym. Potter jeszcze nie raz będzie potrzebował czegoś takiego. Dzieciak przyciągał kłopoty jak miód pszczoły.

Harry posłusznie wypił. Choć miał problem z kontaktowaniem z rzeczywistością. Snape nałożył kolejny opatrunek na oczyszczoną jeszcze raz ranę, nałożywszy uprzednio odpowiednie maści. Potem posmarował balsamem kojącym miejsca na których wylądowała zupa. Eliksir leczący powinien zalatać szramę na czole od środka. Severus patrząc na rozcięcie idące w poprzek blizny, stężał nieco zmrożony. Czy ta drobna rana mogła spowodować taki ból u Riddle'a? Możliwość takiego łatwego dostępu do sprawiania bólu temu potworowi przeraziła go... Jeśli tych dwóch naprawdę jest tak blisko związanych przez tą cholerną bliznę... nic dziwnego, że Albus tak desperacko pragnie chłopca po swojej stronie.

##

- Nie bij... proszę... Nie bij. Ja już nie będę... To było niechcący... mamo, pomóż... przepraszam... nie chciałem czarować... nie chciałem skrzywdzić... nie… jeść, chcę jeść. Sev... proszę... nigdy więcej nie będę pływał, tylko... mamo... powiedz Draco, że jest najważ... czarne... są idealnie czarne... ciemno... boję się. Mamooo! Nie chciałem go skrzywdzić... nie odsyłaj mnie do Dursleyów... zrobię wszystko...

Severus nie miał siły. Zaczynał się poważnie zastanawiać nad odstawieniem dzieciaka do szpitala. Gorączka nie mijała mu trzeci dzień. Po chwilowej poprawie, wypadek z wypadnięciem z łóżka wpłynął wyraźnie negatywnie na stan Pottera. Gorączka wróciła, i nie chciała dać się zbić eliksirami, ani nawet mugolskimi tabletkami. Z rany na czole sączył się paskudny płyn, kolorem przypominający błoto. Nie dało się wcisnąć w niego choćby odrobiny jedzenia, bez uzyskania w bonusie wymiotów. Sam Harry bredził miotany wspomnieniami o swoich krewnych, matce, Malfoyu, i samym Severusie. Miał dreszcze, pocił się i wymiotował wszystkim co tylko Severus próbował mu podać.

Snape zdążył już zamówić przynajmniej trzy różne podręczniki z których uczyli się magomedycy. Książki okazały się jednak niczym, jeśli nie gównem dla idiotów, którzy nie mają pojęcia o ziołach i eliksirach. Mówiły, że gorączka wywołana czarcim zielem zakończy się ozdrowieniem albo śmiercią. Severusowi robiło się niedobrze z nerwów, gdy to czytał. Wydawało się, że to nie możliwe, żeby dzieciak zmarł, przecież... był przy nim... robił co mógł…

Czy to możliwe, że po wcześniejszej krótkiej poprawie, ten mały upadek z łóżka się do tego przyczynił? A jeśli tak? Czy miało to związek z Czarnym Panem? Miał poczucie, że musi jakoś przerwać więź z tym pokręconym czarodziejem. Nawet jeśli w tym samym momencie Riddle cierpiał podobne męki... ból Harry'ego nie był tego wart. Nie mógł pozwolić, by chłopiec umarł mu na rękach. Lily by go za to zabiła.

W pewnym momencie, jego mózg zaczął sie zastanawiać dlaczego wciąż zależy mu na zdaniu martwej kobiety.

- Kocham ją. - odpowiedział sam sobie.

- Kochałeś. – poprawiła logiczna część jego umysłu.

- To trwa. – upierał się.

- Czy masz miejsce tylko dla niej w swoim sercu?

- Tylko ona się liczyła kiedykolwiek.

- To bardzo romantyczne z twojej strony. A teraz zejdź na ziemię. Lily już nie ma. On jest wszystkim co ci po niej zostało. Jeśli to dziecko umrze...

- Zamknij się.

- Kazałeś zamknąć się samemu sobie. Masz tego świadomość? – złośliwy, zimny ton zaśmiał się cicho w jego głowie.

- Harry nie umrze.

- Mówisz jak niedorzeczny rodzic, który nie przyjmuje do siebie rzeczywistości.

- On nie może umrzeć. – upierał się Severus zaciskając szczęki.

- Och. Więc nie może? Bo mówisz to ty? Severus Snape, zabójca jego matki?

- Harry nie umrze. Słyszysz mnie niedorzeczne dziecko?! Nie umrzesz. Nie pozwalam ci! Rozumiesz? To jest rozkaz. – mruknął, wycierając kolejny raz tego dnia głowę Harry'ego z potu. Dzieciak zwrócił głowę w kierunku jego ręki, jakby chciał się przytulić.

- Zimnnnno – mruknął, szczękając zębami. – Ppprzytttul mmmmnie - zadrżał jego głos.

Severus nie wiedział co zrobić. A przecież wykonanie prośby umierającego dziecka go nie zabije.

Znajdę cię Misssstrzu Elikssssirów" – zabrzmiał znów szept w jego głowie. Zaczynał nabierać pewności, że jeszcze chwila i zupełnie zwariuje.

- Zabij mnie. Zrób co chcesz, suko... - szepnął tylko nieprzytomnie. Nie chcąc ruszać dzieciaka z łóżka, po prostu położył się obok i otoczył chłopca ramieniem.

- Dz… dziękkkuję ... smoku... - mruknął Harry i wtulił mokrą głowę w ramię Severusa.

- Ciiicho. To nic. - odparł cicho.

- On kocha Malfoya... - przebiegło przez jego głowę.

- Masz piękne włosy. Takie czarne. Zupełnie czarne. - kolejny szept chłopca. - Pachną... tak świeżo...

Severus poczuł, że się rumieni. Co ten dzieciak wygadywał? Co siedziało w tej potarganej głowie? Czy kiedykolwiek zdoła się tego dowiedzieć? Severus bardzo w to wątpił. Poprawił uścisk swoich ramion wokół Pottera i próbował go uspokoić.

- Śpij Harry. Śpij. – szepnął do jego ucha, lekko gładząc jego ramię.

- Ppprzepraszzm...

- Ciiicho…

- Sev... mamo… poparzyłem go… nie chciałem…

- Nic się nie stało - szepnął Severus.

- Ja... mamo... on... nie chce mnie widzieć... potwór… dziwadło... tym jestem... wujek miał rację... - oczy Harry'ego pływały nieprzytomnie pod powiekami.

- Jesteś bardzo zdolnym, młodym czarodziejem. Jesteś bardzo dobrym chłopcem. Nie zrobiłeś nic złego.

- Sev jest zły... - łzy płynęły po twarzy Harry'ego. – Snape zacisnął tylko szczęki, czuł że boli go każdy kawałek jego ciała. Nie miał ochoty, żeby to była ostatnia myśl Harry'ego o nim. Miał ochotę rozdrapać sobie twarz pazurami.

- Nie jest zły. Jest przerażony - szepnął Severus.

- Kłamiesz. Sev się niczego nie boi.

- Boi się, że cię straci.

- Powiedz mu... powiedz... że go nie opuszczę... - Severus uśmiechnął się smutno pod nosem.

- Nawet się nie waż próbować. Bo przysięgam, że znajdę cię po drugiej stronie i zabiję jeszcze raz, jak mnie teraz zostawisz. – mruknął.

- Mamo... dbaj o niego. On jest całkiem sam. - szepnął Harry i zwiotczał zupełnie w ramionach Severusa.

- Nie. Nie. Nie... obudź się, cholerne dziecko. Słyszysz? - potrzasnął chłopakiem. - Obudzisz się natychmiast... słyszysz? Nie możesz mi tu umrzeć. Nie ty. Słyszysz? Rennervate. Obudź się gówniarzu. obudź... proszę… Harry... błagam... nie umieraj... nie zostawiaj mnie samego. - Severus położył głowę na piersi dziecka... do jego uszu dobiegło pojedyncze uderzenie serca... - Błagam cię, Merlinie… ocal to dziecko. Proszę... ono jest wszystkim... ja... - Severus umilkł.

Żadne słowo nie chciało wylecieć z jego gardła, które paliło go teraz jakby utknęła w nim ognista whisky. Nie rozgrzewało. Parzyło, sprawiało ból. Opadł tylko z powrotem na klatkę piersiową Harry'ego i słuchał bardzo powolnego bicia jego serca. Łzy ściekały po jego policzkach prosto na przepoconą piżamę chłopaka. Wiedział, że nie pomoże mu żaden medyk. Żaden szpital. Nawet El Grinni nie byłby w stanie. Czując nieopisany ból... osunął się w rozpacz, wciąż otulając dziecko swoimi ramionami. Czuł odrętwienie całego ciała. Jakby nie był sobą. Ostatnio tak się czuł... te kilkanaście lat temu.

Nie widział jak zginęła Lily. Nigdy nie dostał jej ciała w swoje ręce, nie mógł spojrzeć ostatni raz w te szmaragdowe oczy. Oczy, które teraz nieprzytomnie znikały pod opuchniętymi od łez i gorączki powiekami...

Jego życie skończy się razem z ostatnim oddechem tego dziecka. Wszystko co robił, było tylko po to, by utrzymać go przy życiu... a teraz zawiódł w swojej misji... mimo, że miał go pod swoim dachem... nie zamierzał tłumaczyć się komukolwiek... z niczego. To już nie miało znaczenia. Zamierzał zgnić tu... razem z tym chłopcem... Czy Harry musiał umrzeć ,żeby Sev zrozumiał, że kocha to dziecko? Jak bardzo był zniszczony wewnątrz, by tylko coś takiego sprawiło, że myśl o kochaniu kogoś przeszła mu przez głowę?

Przecież kochał tego irracjonalnego chłopca. Nie przez oczy. Chociaż je kochał najbardziej. Kochał jego złośliwy język. Kochał odwagę. Kochał jego uśmiech, gdy dzieciak mówił dzień dobry. I kochał jego ciche „dobranoc" wieczorem. Kochał jego umysł. Sposób jak oblizywał łyżeczkę po lodach. I jak unosił brew, gdy udawał zdziwienie. Nawet to jak wrzeszczał wściekły na Severusa. Severus przycisnął mocniej chłopca do siebie.

- Dlaczego mi się to przytrafia? Czemu umierają ci, którzy cokolwiek znaczą? Czemu wszyscy mnie zostawiają? Powinni...

- Nic nie powinni... Nie zasłużyłeś na miłość. Jesteś niczym. - głos ojca odezwał się w jego głowie. - To twoja wina. Znów stłukłeś butelkę.

- Zamknij się. Nic nie wiesz. - szepnął tylko pod nosem.

Nagle jego oczy spoczęły na flakonie przeciwzapalnej mikstury, takim jak ta, która wylądowała na czole dziecka. Oczy Severusa zabłysnęły zupełnym szaleństwem i nadzieją…

- Znów stłukłeś butelkę... – zaczął mamrotać do samego siebie, drżącą dłonią sięgnął po przejrzysty płyn, który był odtrutką podawaną, po przedawkowaniu mikstur leczących... Harry miał wyraźną alergię na eliksir, który zetknął się z blizną na jego czole... jego wzrok spoczął na bliźnie chłopaka, wciąż czerwonej i ociekającej krwią i ropą. Spiął się w sobie i odkorkował buteleczkę. Ostrożnie wylał jej zawartość na bliznę Harry'ego. Substancja zasyczała lekko na ranie. Spieniła się na różowo. Severus starł mokrą szmatką to co wypłynęło z rany i zrezygnowany odstawił fiolkę na szafkę. Nic więcej się nie wydarzyło. Harry nie poruszył się nawet o milimetr. Nie wziął głębokiego oddechu. Nie otworzył oczu.

Severus zsunął się bezwładnie z łóżka na podłogę i otoczył się ramionami.

- Przepraszam... - szepnął i czuł jak łzy znów ciekną mu po policzkach... nie był w stanie przywrócić przytomności temu dziecku. Nie potrafił go uratować. Był zupełnie bezsilny. Zaczął się trząść ze strachu, rozpaczy i bólu, nie mogąc złapać powietrza. Zanurzył dłonie w swoich włosach, by przejechać paznokciami po karku, chciał poczuć cokolwiek, poza tym potwornym bólem rozsadzającym jego klatkę piersiową. Jego dłonie jednak nie były w stanie wykonać żadnego ruchu. Niemoc zupełnie go sparaliżowała. Słyszał w uszach bicie własnego serca. Czuł zapach własnych łez płynących po jego twarzy.

...i wtedy Harry zaczął krzyczeć.


[1] Mój drogi


Notka autora: Dziękuję za komentarze, oczywiście motywuja do pisania kolejnych rozdziałów, więc zapraszam do pozostawiania sowich opinii.

Ciąg dalszy oczywiście nastąpi.

Mam nadzieję, że odrobina napięcia urozmaici nieco kroczącą powoli akcję.

Nie planowałam jednak od początku zarzucać czytelnika wybuchającym w koło światem i nagłymi zwrotami akcji. Zapewniam jednak, że ta opowieść to nie tylko siedzenie nad książkami i bieganie po lesie.