Szit gołs daun bardziej niż ostatnio ( ͡° ͜ʖ ͡° )
|ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY|
•Ciąg Porwaniowo-Skutkowy•
~Część Druga: Gra skradankowo-strzelankowa~
W budynku było cicho. Bardzo cicho, szczerze mówiąc – cisza ta, jednak, bardzo szybko ginęła w akompaniamencie ryku silników, wrzasku i odgłosu wystrzałów, które to dźwięki towarzyszyły kotłującej się na zewnątrz masakrze. Ze środka brzmiało to dość głucho i całkiem klimatycznie. Gdyby jeszcze było ciemno i mokro, Natalie pokusiłaby się o przyrównanie ich położenia do tego, w jakim często znajdował się główny bohater w Stalkerze, kiedy to musiał 'zwiedzać' okolice Zony i Czarnobyla. Ale tutaj raczej nie powinny na nich wyskoczyć zmutowane szczury, wyglądające jak mierna i nieudana próba połączenia psa ze świnią. Raczej.
Ale mógł na nich wyskoczyć oszalały kultysta w sumie. Jeśli Natalie miała by być szczera, to ta opcja była nawet mniej przyjemna. Poza tym, w przerwach między odkodowywaniem współrzędnych i udawaniem, że poza komputerem ma jakieś życie, grała sobie w Silent Hill – przez to miała wszelkich sekt i kultów po dziurki w nosie.
Yusuf przylgnął do ściany plecami, mrugając zawzięcie, żeby przyzwyczaić oczy do panującego półmroku. Oczywiście, nie był to przyjemny półmrok, jaki panował w pokoju Natalie – ten tutaj raczej można było przyrównać do wieczornej szarówki, kiedy już nie jest widno, ale jeszcze nie jest ciemno. Niby nic nie widać, ale słońce jakimś cudem jeszcze razi, jak tutaj. Przy ziemi było ciemno, ale lampy sufitowe świeciły jasno, choć słabo. Natalie syknęła cicho, masując oczy jedną ręką, próbując pozbyć się wirującego pod powiekami kalejdoskopu świateł, którego sama się nabawiła, idiotycznie patrząc w górę.
- To co robimy? – szepnął Yusuf. Głos mu się trząsł, ale widać było, że z całych sił próbuje się opanować, co mu nawet wychodziło.
- Idziemy zwiedzać – odszepnęła Natalie. – Musimy się dowiedzieć, gdzie trzymają Aidena i go wyciągnąć. Babcia i chłopaki zostają na zewnątrz, gdyby te karaluchy wezwały posiłki albo coś. W każdym razie na wypadek niechcianych gości.
- Okej – westchnął Yusuf, i ruszył za dziewczyną, kiedy ta, pochylona i na ugiętych nogach, byle jak najciszej, w czym trampki na gumowej podeszwie - na które dziś zamieniła glany -szczerze pomagały. Szli dość szybko, tak szybko, na ile tylko mogli, zachowując ciszę. Korytarz, którym się poruszali naprawdę wyglądał jak jakiś z miernego horroru, co w żaden sposób nie podnosiło nikogo na duchu.
- Gdybyśmy tylko znaleźli plan budynku – syknęła cicho Natalie. – Wcale bym się nie obraziła.
- Ja też nie – zgodził się Yusuf. – Czuję się jak w jakimś labiryncie. Wiemy w ogóle czy są jakieś piwnice? Ta baza jest mała.
- Muszą być – odparła Natalie. – W każdym razie tak mi się wydaje.
Chłopak pokiwał głową, po czym zmrużył oczy, wyminął Natalie i ruszył korytarzem jako pierwszy. Coraz bardziej wczuwał się w atmosferę, jak widać. Natalie parę razy już była świadkiem chłopaka grającego w jakąś skradanko-strzelankę, której nazwy nie pamiętała. Nowy poziom wtajemniczenia, normalnie – reagował na bodźce zewnętrzne jeszcze mniej, niż ona. Ciekawa była tylko, jak chłopak miał zamiar zareagować na starcie z fizycznym przeciwnikiem – bo była pewna, że takie nastąpi. Jeśli ścigali Aidena od kij wie kiedy, to raczej nie mieli zamiaru go teraz zostawiać samego.
Yusuf zatrzymał się nagle. Tak nagle, że gdyby Natalie nie była uważna i gotowa na tyle, na ile tylko sytuacji potrafiła sobie wyobrazić, na pewno by na niego wpadła. Chłopak odwrócił się w jej stronę i kiwnął głową w stronę zakrętu, do którego się zbliżali.
- Słyszysz? – zapytał tak cicho, że Natalie ledwo co usłyszała przekaz i musiała posiłkować się tym, co wyczytała z ruchu jego warg. Chłopak miał szeroko otwarte oczy i rozszerzone źrenice, i dziewczyna nie umiała w tej chwili określić, jakie emocje nim szargały. Strach, zdenerwowanie, ekscytacja, oczekiwanie, zaskoczenie? A może coś zupełnie innego?
Ale miał rację. Zza zakrętu faktycznie dobiegały głosy. Nie jeden, ale dwa, najpewniej rozmawiające ze sobą. Natalie wciągnęła powietrze do płuc nieco roztrzęsionym gestem, wyprostowała się trochę i powoli, niemalże pełznąc po ścianie, przemieściła się do samego końca ściany. Za zakrętem znajdował się krótki korytarz, a na jego końcu – słabo oświetlone pomieszczenie. A osób przed nimi nie było dwie, jak mogłyby sugerować głosy, ale trzy – dwóch mężczyzn ubranych w czarne szaty dyskutowało między sobą, ale kobieta wydała się być zajęta czytaniem książki w skórzanej oprawie. Dodatkowo, jej czarne szaty były obszyte fioletowym materiałem. Natalie szła o zakład, że była kimś ważniejszym.
Za nimi, na ścianie, rozciągała się mapa budynku.
Natalie przygryzła dolną wargę, niemalże – całkiem odruchowo – sięgając do pasa z bronią, ale się zatrzymała w połowie ruchu. Nie miała tłumika, Yusuf miał, a nawet jeśli, to musiałaby trafić każdej z tych osób w głowę, i to tak, żeby uszkodzić mózg – za pierwszym podejściem i w ciągu kilku sekund. I choć Natalie lubiła się uważać za osobę utalentowaną i dobrą w tym co robi, wiedziała doskonale, że do czegoś takiego nie był zdolna. Nie do takiej precyzji. Poza tym, broń miała swój odrzut, co dodatkowo spowalniało akcję.
- …ale muszę przyznać, nie spodziewałem się aż takiego oporu – przyznał jeden z kultystów do drugiego. – Kiedy Aaron wrócił z chłopakiem, był taki roztrzęsiony!
- Tamta kobieta… Mara-cośam, mówił, że z niej demon wcielony, prawda?
- Tak – zgodził się pierwszy kultysta. – Jestem zdania, że byłaby niej o wiele lepsza ofiara, gdyby tylko miała w sobie krew Carterów.
- Byłaby – odezwała się kobieta znad książki, - ale my potrzebujemy naturalnie magicznej krwi do przyzwania Pana. I tylko ten chłopak ma w sobie na tyle magii, żeby być ofiarą.
- Ale musimy go trzymać żywego? – jęknął jeden z kultystów. – Nie możemy mu po prostu spuścić krwi i czekać, aż wszystko będzie gotowe? On się tak drze i wierzga!
- Prawie rozszarpał Marcusowi rękę zębami, zanim ten go ogłuszył! – zgodził się drugi kultysta, kiwając głową.
- Niestety – westchnęła kobieta. – Przyzwanie Pana wymaga żywej ofiary. W każdym razie do rozpoczęcia rytuału. Nie martwcie się, kiedy wzejdzie księżyc, osobiście poderżnę mu gardło.
Yusuf wciągnął powietrze do ust, spoglądając na Natalie. Tym razem dziewczyna nie miała złudzeń, że szargająca chłopakiem emocja to była wściekłość. Ona sama nie była zadowolona – jak oni w ogóle śmiali myśleć o zakończeniu żywota tej beznadziejnej wymówki, jaką był Aiden? Tylko ona mogła bezkarnie grozić swojej rodzinie śmiercią. Tylko ona, i nikt inny.
- Co robimy? – syknął Yusuf, cicho, ale prosto do jej ucha. Natalie zacisnęła wargi tak, że zamiast ust została jej na twarzy tylko cienka linia, i wypuściła powietrze nosem.
- Ogłuszamy ich, sposób dowolny, byle szybko. Łapiemy mapę i szukamy Aidena… Albo nie, czekaj – złapała go za rękę, spoglądając w stalowoszare, pełne złości oczy. – Ogłuszamy facetów. Ten babsztyl wygląda na kogoś choć trochę ważnego. Powinna wiedzieć, gdzie jest Aiden.
- I myślisz, że ci po prostu powie? – zapytał Yusuf, unosząc brew, na co Natalie tylko się uśmiechnęła. Brzydko. Tak brzydko, że chłopak prawie zrobił krok do tyłu; prawie, bo był zbyt wściekły, żeby bać się dziewczyny, kiedy jej zdecydowanie złe intencje nie były skierowane bezpośrednio na niego. – Idziemy?
Natalie tylko kiwnęła głową i zerwała się do biegu, wypadając zza zakrętu. Jako pierwszy zauważył ich kultysta. Zerwał się z krzesła, na którym siedział, i już miał zacząć krzyczeć, ale zanim zdążył, Natalie wyprowadziła mu mocny prawy sierpowy w szczękę, aż gruchnęło, po czym złapała z jego krótkie włosy i trzasnęła go bokiem głowy w ścianę. Mężczyzna osunął się po niej bez czucia. Yusuf dopadł drugiego z cichą, ale niepowstrzymaną furią. Powalił go, natychmiast opadając mężczyźnie na pierś – przyszpilił mu ręce kolanami z taką siłą, że kultysta aż wytrzeszczył oczy, otwierając usta; ale nie krzyknął. Yusuf zacisnął palce na jego karku i przycisnął, mocno. Kultysta wierzgnął nogami, ale niewiele mu to dało. Chłopak puścił dopiero, kiedy przestał wierzgać, ale przy okazji upewnił się, że mężczyzna nadal – choć słabo – oddycha.
W międzyczasie Natalie dopadła do kobiety, kiedy ta zerwała się ze swojego krzesła i rzuciła w stronę drzwi. Nastolatka bez problemu dopadła do niej nim ta zdążyła w ogóle sięgnąć po klamkę, złapała ją za ramiona i cisnęła plecami o ścianę obok drzwi tak, że tamta jęknęła boleśnie. Natalie mogła nią bez problemu rzucać – kobieta była od niej o głowę niższa i, co raczej nie mogło być zdrowe, trochę lżejsza. Kultystka, otrząsając się z otępienia, już otwierała usta, żeby wrzasnąć, ale Natalie be namysłu wpakowała jej własne przedramię między zęby, skutecznie dusząc krzyk. Jakimś cudem udało jej się jedną ręką złapać oba nadgarstki kultystki i przyszpilić je nad jej głową, a nogą przycisnęła resztę ciała swojej ofiary do drzwi w nadziei uniknięcia jakiegoś zabłąkanego kopniaka.
- Nie rzucaj się tak, moja droga – uśmiechnęła się dziewczyna, błyskając zębami. – Zaraz sobie pójdziemy. Tylko, oczywiście, jest taka sprawa… Zgubił mi się kuzyn. Raczej niski, blond, ogólnie ciota straszna, i do tego bardzo wkurzający. Jeśli mogłabyś my pomóc go znaleźć, byłabym ci bardzo wdzięczna – Natalie zacisnęła wargi, ale pozwoliła, by nadal tańczył na nich wredny uśmieszek. W tym samym czasie Yusuf w końcu podniósł się znad nieprzytomnego kultysty.
- Tak, tylko go weźmiemy i już nas nie będzie – pokiwał głową z całkiem poważną miną, po czym podszedł do mapy na ścianie. Dość delikatnie odkleił taśmę mocującą papier do powierzchni, po czym zdjął i złożył pożądany obiekt w kostkę. Mapa, jak zauważył, nie obejmowała poziomu zero, tylko minus jeden i minus dwa. Nawet idiota zrozumiałby z tego, że baza miała dwa podziemne piętra – a Yusuf lubił myśleć, że nie jest idiotą, wbrew temu, co Natalie ciągle mówiła.
- Wyciągnę ci teraz moją rękę z ust, dobra? Wątpię, żeby moja skórzana kurtka dobrze smakowała, była niedawno pastowana. Ale! Jeśli tylko zaczniesz krzyczeć, skręcę ci kark, dobrze? – poinformowała Natalie w całkiem niewinny sposób. – Będziemy bardzo wdzięczni, jeśli nam pomożesz, zaoszczędzi nam to trochę czasu. Bo Aidena znajdziemy i tak.
Natalie odsunęła rękę od twarzy kobiety, a ta natychmiastowo splunęła jej w twarz. Natalie odruchowo zamknęła oczy, nim ślina wpadła jej do oka, po czym niemal natychmiast wytarła twarz rękawem. Spojrzała na uśmiechniętą kultystkę spod byka, po czym również się uśmiechnęła. I, zupełnie bez ostrzeżenia, odchyliła głowę do tyłu i uderzyła kultystkę z główki, czołem w nos. Towarzyszyło temu mało przyjemne, mokre chrupnięcie. Natalie jednak nie poprzestała na tym. Złapała kobietę za włosy, puszczając jej ręce, i szarpnęła, niemal rzucając filigranową postacią przez nieduże pomieszczenie.
- Jaka szkoda, że nie chcesz nam pomóc – mruknęła z pewną dozą żałości w głosie, zmuszając kobietę do uklęknięcia, jednocześnie trzymając obie jej ręce boleśnie wykrzywione za plecami. Dzięki temu kultystka klęczała przodem do ściany, nie mogła ani drapać, ani kopać, ani pluć.
- Ale my nie jesteśmy bez serca – podjął Yusuf, rozumiejąc zabawę Natalie i decydując się z nią zagrać. – Więc damy ci jeszcze jedną szansę. Gdzie jest Aiden?
- Już jest martwy – syknęła kultystka. – Nikt nie powstrzyma przyjścia naszego Pana! Dziś w nocy, gdy wzejdzie krwawy księżyc, moi bracia złożą tę parszywą, zmiennokształtną wywłokę w ofierze, i nasz Pan powróci!
- Czuję się jak w tanim horrorze – burknął Yusuf, wywracając oczami. – Ale ta pizda mnie wkurza. Mogę ją walnąć?
Natalie tylko wywróciła oczami i szarpnęła kobietę, szurając nią po podłodze tak, żeby skierować ją twarzą do Yusufa. Chłopak, nie czekając nawet na pozwolenie, wyprowadził podręcznikowy prawy sierpowy prosto w lewą stronę szczęki kobiety, aż gruchnęło. Chłopak natychmiastowo syknął, wachlując ręką w powietrzu.
- Debil – parsknął Natalie. – Ostatnia szansa, paniusiu. Gdzie jest Aiden?
- W Sali Rytualnej. I tak tam nie dotrzecie – zaśmiała się kultystka, choć głos miała zniekształcony przez zapewne złamaną szczękę. Natalie nie mogła się zmusić do tego, żeby się tym przejąć. – Moi bracia i siostry was zatrzymają.
- Tak, zupełnie jak ci dwaj tutaj – dodał Yusuf z uśmiechem, kiwając głową w stronę dwóch całkiem nieprzytomnych mężczyzn. Natalie tylko wzruszyła ramionami, zacisnęła palce we włosach kobiety i, zupełnie jak pierwszym kultystą, cisnęła nią o ścianę. Kobieta zsunęła się po powierzchni z jękiem, opadając bezwładnie na podłogę. Bynajmniej jeszcze oddychała.
- Cóż, to było interesujące – odparła Natalie, wstając i otrzepując kolana jak gdyby nigdy nic. – To co teraz?
- Jeśli dobrze myślę, to za tymi drzwiami, za które chciała zwiać – chłopak kiwną głową w stronę przejścia, - są schody na dół. Musimy względnie dokładnie zwiedzić wszystkie poziomy, czy gdzieś tam go nie trzymają.
- Ale, jako że my lubimy grać w fajne rzeczy i oglądać fajne rzeczy, to spodziewamy się przejścia na jeszcze niższy, niemapowany poziom – kiwnęła głową Natalie.
- Dokładnie – zgodził się Yusuf, chowając złożoną mapę w wewnętrznej kieszeni swojej kurtki. Zasunął ją niemal po szyję, po czym jeszcze przyklepał miejsce. – Ja bym stawiał na szyb górniczy, jak już coś.
- Cliché – zachichotała Natalie, łapiąc za klamkę i delikatnie uchylając drzwi na tyle, żeby móc wyjrzeć przez szparę, po czym otworzyła je szerzej, przeciskając się na drugą stronę. Za drzwiami, faktycznie, były schody. – Cliché bardzo.
Yusuf w odpowiedzi tylko wywrócił oczami i również wszedł na schody, zamykając za sobą drzwi, po czym cicho, ale względnie szybko, ruszył za dziewczyną w dół po stopniach.
- Jest prawie druga po południu – powiedział, patrząc na swój zegarek, po czym spojrzał na Natalie. – Jeśli dobrze pamiętam, to słońce zachodzi koło ósmej na wieczór. To mamy tak z sześć godzin, chyba.
- To wyróbmy się w góra dwie i miejmy spokój – wzruszyła ramionami, a Yusuf pokiwał głową. Duży zapas czasowy to dobra rzecz, ale on i tak wolał jak najszybciej wrócić do domu i zapomnieć o sprawie. Nawet jeśli przy Natalie czuł się całkiem pewnie, całe to miejsce było jedną, wielką, pseudo-horrorową pomyłką.
(Nawet, jeśli gdzieś tam w głębi zdawał sobie sprawę z tego, że największe niebezpieczeństwo, jakie może tu spotkać, skrada się parę kroków przed nim, uważne stawiając stopy i wyglądając zza rogu by upewnić się, że nic na nich nie wyskoczy, zawsze z jedną ręką w pobliżu rękojeści noża myśliwskiego z wygrawerowanym Aviana na ostrzu.)
~•(x)•~
Marabeth westchnęła z rozmarzeniem w głosie, opierając się o jedno z drewnianych pudeł i przymykając oczy, z twarzą skierowaną ku słońcu, delektując się chwilą. W powietrzu unosił się mokry, metaliczny zapach wymieszany ze spalinami, a piasek miejscami przypominał raczej pokruszoną, mokrą cegłę od tego, ile krwi w niego wsiąknęło.
- Prawdziwy z ciebie potwór, nie? – zapytał KnockOut, siadając ciężko na piasku, niedaleko kobiety. Marabeth uśmiechnęła się, otworzyła oczy i odwróciła głową w jego stronę. Dużą część prawej strony twarzy miała pokrytą szybko schnącą, jasnoczerwoną posoką, która bryzgnęła na nią, gdy wbiła nóż myśliwski w gardło jednego z żołnierzy aż po rękojeść, a potem wyjęła – tylko po to, żeby z ziejącej rany siknęła czerwona fontanna.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuła, że naprawdę żyje. O ile opieka nad Natalie – córką, której zawsze chciała, a której nigdy tak naprawdę nią miała – skutecznie odciągała jej myśli od tego, do czego była stworzona, teraz… Teraz Natalie była prawie dorosła. A już w każdym razie na tyle mentalnie i fizycznie dorosła, żeby Marabeth mogła ją nauczyć, co to znaczy należeć do klanu Kirrelów. I choć oryginalnych, Irlandzkich Kirrelów, którzy jako pierwsi pojawili się w dziesiątym wieku, już dawno nie było, to ich krew nadal trwała, wiecznie ciepła i żywa w żyłach ich potomków – wiecznie dążąca do perfekcji, której poszukiwanie w niej praktycznie zaprogramowano. Potrzeba ciągłego udoskonalania kolejnych pokoleń.
Amerykańscy O'Correl, którzy wyłamali się w szesnastym wieku, kiedy część rodziny ruszyła do Nowego Świata w poszukiwaniu lepszego życia. Polscy Korrelowie, którzy odłamali się już w jedenastym wieku, zwabieni do kraju Słowian jego potęgą tamtych czasów. Włoscy Corello, część Polskiej rodziny, która jakimś cudem wyemigrowała do Włoch mniej-więcej w tym samym czasie, co Kirellowie do Ameryki, i tam została już na zawsze.
I choć Kirellów od czterystu lat już nie ma, nie można powiedzieć, że nie ma ich wcale. Marabeth z Klanu Kirrel wie to najlepiej. Wie, że każda kociooka kobieta ma w sobie na tyle czystej, Kirrelowskiej krwi, żeby poczuć jej zew.
- Bycie potworem mam we krwi – odparła w końcu, mrużąc oliwkowe oczy. – Każda kobieta z mojego rodu, od ponad tysiąca lat, ma to we krwi. Nie u każdej, jednak, się to budzi.
Marabeth pamięta, osiem lat temu, kiedy urodziła się najmłodsza wnuczka jej dalekiej kuzynki z Polski, Józefiny Korrel (piąta woda po kisielu, naprawdę, ale rodzina i tak) – mała Kornelia miała niebieskie oczy, jak czyste, bezchmurne niebo, jak jej ojciec i dwoje starszych braci. Józefina jednak naprawdę nie powinna się była przejmować. Oprócz Kornelii bowiem, Józefina miała jeszcze trzy potomkinie – córkę, Joannę, i dwie wnuczki, dwudziestoletnią Angelikę, córkę Joanny i trzynastoletnią Emilię, córkę swojego najmłodszego syna. Wszystkie trzy charakteryzowały się Kirrelowymi, oliwkowo-kocimi oczami.
Marabeth zaś miała tylko Natalie, choć słyszała, że jej syn mruczał cos o drugim dziecku.
- Och? – zainteresował się KnockOut, mrużąc oczy. – Genetyczna teoria spiskowa. Lubię takie.
- A co to do lubienia – zaśmiała się Marabeth. – Ktoś kiedyś, Ciara Kirrel tak właściwie, tysiąc lat temu w Irlandii pomyślała sobie, że dobrze by było zapoczątkować ród idealnych ludzi. Niepokonanych rycerzy. Na nasze przekładając; postanowiła naturalnie stworzyć idealnego żołnierza.
- Udało się jej? – zapytał robot.
- Spójrz na mnie, spójrz na Natalie i odpowiedz sobie sam – zaśmiała się Marabeth, odbijając nogą od drewnianego pudła i łapiąc karabin. – Ale to później. Mamy gości.
KnockOut przez chwilę patrzył na kobietę ogłupiały, po czym usłyszał przybliżający się ryk silników. Uśmiechnął się szeroko i natychmiast zmienił formę na samochód, jak reszta dronów. Wszyscy, bo nie było ich znowu tak wielu, wślizgnęli się do garażu. Wszyscy, oprócz pancernego Breakdowna, w którym wygodnie usadowiła się Marabeth.
Przecież im więcej żołnierzy wysiadło z pojazdów, tym łatwiej było się ich pozbyć.
Marabeth nie była fanką wyciągania ludzi z samochodów przez okna. Zdecydowanie bardziej wolała, kiedy ofiary same do niej podeszły.
~•(x)•~
Prawie godzinę, cały poziom minus jeden i około dwudziestu ogłuszonych kultystów później, Natalie miała serdecznie dość całej tej eskapady. Ale przynajmniej życie ją dziś czegoś nauczyło. Bardzo ważnej lekcji, tak naprawdę – jeśli gdzieś idziesz i wiesz, albo chociaż podejrzewasz, że czeka cię walka, koniecznie weź rękawiczki. Skórzane. Z wzmocnieniami na knykciach. I kastetem. Najlepiej to w ogóle nosić kastet po kieszeniach, niezależnie od dnia i godziny.
Natalie bowiem mogła się poszczycić bardzo wrednym i bardzo mocnym prawym sierpowym, niemalże dorównującym Yusufowi w odrzucie (tutaj należy przypomnieć, że w odróżnieniu od Natalie, Yusuf nie wyglądał jak suchy patyk). Ale co z tego, skoro jej knykcie cierpiały prawie tak samo, jak twarz nieszczęsnego idioty, który akurat się nawinął?
Już teraz znajdowała się w bardzo niekomfortowej sytuacji, a jej knykcie pulsowały zdradzieckim, pełnym zemsty za jej głupotę bólem. Była pewna, że miała kastet gdzieś w rzeczach, ale czy pomyślała, żeby go wziąć? Ha, oczywiście, że nie! Skórę na knykciach miała zaczerwienioną i podrażnioną. Żeby było ciekawiej, skórę na najdłuższym knykciu, tym od środkowego palca, miała już trochę zdartą. Jej mina pewnie mówiła wiele o jej samopoczuciu, bo Natalie nigdy nie bawiła się w ukrywanie tego, co czuje. Szczególnie, jeśli coś się jej nie podobało.
- Poczekaj chwilę – syknął Yusuf, kiedy już otwierała drzwi do klatki schodowej do poziomu minus dwa, przy czym złapał ją za ramię, tuż nad łokciem. Natalie spojrzała na niego pytająco, ciągle bardzo poirytowana.
- Czego? – syknęła, mrużąc oczy.
- Będziemy improwizować – chłopak wyszczerzył zęby. – Chodź, widziałem apteczkę w ostatnim pokoju, był tam też skórzany fotel.
Natalie mentalnie strzeliła sobie w łeb za swoją głupotę. Przez ból w dłoni nie myślała jak normalny człowiek, chciała tylko jak najszybciej się ich wszystkich pozbyć i wrócić do domu. Na szczęście Yusuf jeszcze był trzeźwo myślący, i teraz dziewczyna rozumiała jego pomysł. Odkazi sobie knykcie, owinie gazą, a na to dołoży jeszcze wycięty strzęp skóry z fotela i voilà domowej roboty rękawice pseudo-bokserskie.
- Genialny z ciebie debil – uśmiechnęła się dziewczyna i klepnęła go w ramię, powodując u chłopaka natychmiastowy wyszczerz. Nieczęsto przecież dostawało się pochwały od kogoś takiego, jak ona. Nie bez powodu twierdził, że duchowym zwierzęciem dziewczyny był Grumpy Cat, a przynajmniej wygląd tego futrzaka.
Albo Snape. Ale nie, Snape nie miał poczucia humoru. Ale był wredny, i był geniuszem w swoim fachu, więc może?
- Co ty tam tak kminisz, że ci uszami para leci? – zapytała Natalie, nie żałując sobie wody utlenionej, którą nie tylko odkażała podrażnioną skórę, ale też zmywała krew, która pojawiała się na jej ręce, kiedy uderzenie było trochę zbyt wredne. Czyli całkiem często. Yusuf nie miał tego problemu, bo on raczej celował w nerki albo dusił. To Natalie celowała w te twardsze części, typu nos czy szczęka, albo rzucała ludźmi o ściany. Ale Natalie była wredna, więc ta cecha miała swoje odbicie w jej metodach.
- Czy twoim duchowym zwierzęciem powinien być Grupmy Cat, czy może raczej Severus Snape. Jak uważasz? – zapytał.
- Moim duchowym zwierzęciem jest Skaza z Króla Lwa, dziękuję ci bardzo – burknęła.
- Serio, Skazeusz? – zaśmiał się chłopak, wycinając nożem Natalie grube i długie paski z oparcia fotela. – Czemu nie, dajmy na to, Gargamel?
- Żebyś był moim Klakierem? Nie, dzięki, spasuję, możesz być Edem, tą umysłowo chorą hieną – wyszczerzyła się, wiążąc gazę dookoła dłoni. Yusuf tylko parsknął, kręcąc głową, i podał jej skórę, którą ta szybko owinęła na gazie. Natalie wydrążyła odzyskanym nożem dziury przy obu końcach paska, przewlekła przez nie resztkę opatrunku i w ten sposób zawiązała przy nadgarstku.
- Dobra, Ed, idziemy? – zapytała w końcu, na co Yusuf schował twarz w dłoniach.
- Nienawidzę cię – powiedział zupełnie niepasującym do ich sytuacji, rozbawionym głosem. – Tak bardzo cię nienawidzę.
Natalie w odpowiedzi tylko się zaśmiała, tłumiąc odgłos swoją nową pseudo-bokserską jeszcze-bardziej-pseudo-rękawicą.
- Idziemy – powiedziała, wsuwając nóż z wygrawerowanym pseudonimem babci z powrotem do pokrowca. – A jak znajdziemy Aidena, to ma wpierdol.
- Za co, oprócz bycia idiotą? – zapytał Yusuf.
- Za tajemnicę, za bycie idiotą – Natalie rozwinęła jeden palec, potem drugi, wyliczając. – Za sektę, za to, że nie powiedział, że mogą po niego przyjść, przez co go złapali, za bycie idiotą, za oczojebne ubrania, za to, że nie mogę spędzić całego dnia na graniu. Wspominałam już za to, że jest idiotą?
- To będzie trzeci raz, i ja jeszcze jeden raz wcześniej. Tak więc cztery razy za idiotyzm.
- Aha! Za to, że sobie knykcie obiłam ratując go. Niby to moja wina, ale jak by się nie dał złapać, to by nas tu nie było, więc jego wina bardziej.
- Ty i twoja logika – zaśmiał się Yusuf.
- Jestem egocentryczną, narcystyczną egoistką – Natalie wzruszyła ramionami. – Jestem ja i to o ważne dla mnie. Reszta świata… Hm, kto by się przejmował czymś tak nic nie znaczącym? – zapytała z uśmiechem, a Yusuf musiał przygryźć palec, żeby się nie zaśmiać głośniej.
- Dobra, otwieraj, idziemy na dół.
Natalie pokiwała głową i uchyliła drzwi, wyglądając przez szparę. Stwierdzając, że jest czysto, uchyliła je bardziej i, tak jak wcześniej, wślizgnęła się na schody.
~•(x)•~
Tak, jak się tego spodziewali, i poziom minus dwa był pusty. Pod koniec, jednak, znaleźli klapę, która prowadziła w dół, w miejsce, które wyglądało, jak szyb kopalniany. Punkt dla Yusufa za przewidywanie przyszłości poprzez znajomość występujących w tanich grach i filmach frazesów.
