Chciałam jedynie oświadczyć, że wbrew temu co sobie myślicie, to jeszcze nie koniec problemów i przygód lady Cousland. Nathaniel nie jest typem, który wycofa się tak po prostu, bez walki o kobietę, którą kochał całe życie. A w niedalekiej przyszłości czeka nas Zjazd Możnych, zawiłe dworskie intrygi i tewinterscy skrytobójcy. Tak więc w przygotowaniu jest jeszcze parę rozdziałów. Miłej lektury.


~o~

– Nox, podnieś wyżej sztylet, chyba nie jest dla ciebie za ciężki?

– Tomy, nogi bardziej ugięte.

– Tara, na Stwórcę, nie powalisz Oghrena samym spojrzeniem, masz od niego dłuższe ręce i nogi, zrób z nich użytek.

Erendis przechadzała się pomiędzy sparingującymi parami. Nowi Strażnicy byli biegli w sztuce władania bronią, ale w porównaniu do starszych stażem braci wydawali się nieco onieśmieleni.

Następnego dnia po Dołączeniu przyjrzała się wszystkim, który przetrwali rytuał. To prawda, że byli świetnie wyszkoleni i zaprawieni. Oghren i Nathaniel dawali niezły wycisk gwardzistom. Brakowało im jednak doświadczenia w walce w zwarciu, w większej grupie.

Erendis pamiętała, że na początku, gdy Duncan wysłał ich do Głuszy, ciężko jej było się odnaleźć pośród trójki towarzyszy. Treningi, jakie odbywała z Rolandem, czy nawet Fergusem, ograniczały się wyłącznie do pojedynków jeden na jeden. W grupie nie potrafiła znaleźć swego miejsca.

Przygotujcie się – usłyszała cichy głos Alistaira, tuż nad swoim uchem. Płynnym, wyćwiczonym przez lata ruchem ściągnęła z pleców tarczę i dobyła miecza. Za nią Jory głośno sapał. Daveth miał już w dłoni swój łuk, delikatnie palcem sprawdzał cięciwę.

Wypadli zza drzew. Pierwszy raz widziała te paskudne, powykręcane twarze, puste oczy i usta, z których dobywał się gulgot i syk. Niemal zamarła w bezruchu pozwalając, by Jory i Alistair wysunęli się na przód. Daveth wypuścił pierwszą strzałę. Erendis dostrzegła, jak wbija się ona w miękkie ciało pomiota i z jego rany wypłynęła cuchnąca czerwona maź.

Wzięła głęboki oddech… i od razu pożałowała. Niemal się zakrztusiła czując odór gnijących ciał.

Alistair powalił pierwszego, sprawnie przeszywając pomioci tors ostrzem. Jory nieco za nim, bez przekonania, zamachnął się na barczystego pomiota w rogatym hełmie. Stwór zasłonił się swoim mieczem i odepchnął rycerza w bok.

Podbiegła do przodu, sytuując się pomiędzy Alistairem i Jorym. Pomioty napierały na nich, ich ruchy był niemrawe, cięcia nieudolne, mieli jednak wyjątkową odporność na ciosy, pomimo krwawiących ran nadal walczyły pełnią sił, jakby nie zważając na to, że z ich trzewi cieknie gęsta maź.

Jeden z pomiotów, pozbawiony przedramienia przez Alistira, rzucił się na nią, obryzgując posoką. Ledwie go odepchnęła, zawadzając przy tym łokciem o ramię Strażnika, pojawił się kolejny. Chciała zdzielić go ostrą krawędzią tarczy, ale okazało się, że nie może się nią zamachnąć, Jory stał za blisko niej.

Dała krok w bok, i w chwili, gdy usłyszała ostrzegawczy krzyk Davetha, strzała zgrzytnęła o jej naramiennik, wbijając się w hurloka stojącego tuż przed nią.

Warknęła poirytowana, tak nie dało się walczyć, nie miała, jak się poruszać. Gdy następny genlok uniósł nad nią miecz, rzuciła się w przód, pod jego ramię, cięła go mieczem w pachę i przetaczając się po ziemi, stanęła za plecami napastników. Teraz było jej o wiele łatwiej. Mogła ciąć i parować, osłaniając lewą stronę tarczą, gdy atakowała z prawej. Mogła powalać napastników z lewej, gdy mieczem zasłaniała się przed atakami. Mogła stosować wszystkie wymyślne triki, których uczył ją ojciec. Pomioty były łatwymi wrogami, przewidywalnymi i działającymi instynktownie wojownikami. Wszystkie finezyjne ataki i zasłony wychodziły jej z łatwością. To było tak, jakby była na dziedzińcu ćwicząc na kukłach, owszem, poruszających się kukłach, bardzo wolno poruszających się.

Gdy ostatni z hurloków padł, otarła swój miecz i schowała go do pochwy, to samo uczyniła z tarczą. Podeszła do towarzyszy z szerokim uśmiechem na ustach. Jory patrzał na nią z nieukrywanym podziwem, zawadzającym o zgrozę. Daveth gwizdnął cicho i puścił jej oczko.

Alistair… Alistair gapił się na nią, jego twarz była koloru popielato–białego.

To było piękne.

Ukłoniła się nonszalancko, dziękując Davethowi za komplement.

Czyś ty oszalała? – Alistair odzyskał wreszcie głos. Spojrzała na niego zdziwiona, nie takiej reakcji się spodziewała.

Wystarczy dziękuję – mruknęła.

Nie wolno ci wysuwać się z szeregu! – wrzasnął na nią. – Pakujesz się w sam środek grupy odsłaniając plecy…

Potrafię doskonale sama chronić swoje plecy – odpowiedziała, czując jak rośnie w niej irytacja.

Stwórco pomóż, to było głupie, Erendis, gdyby coś ci się stało, nikt nie mógłby cię wesprzeć.

Co mogło mi się stać?! – uniosła głos, nie mogąc dłużej kontrolować narastającego podenerwowania. – To bezmyślne istoty, to tak jakbym trenowała z kukłami!

Kukły cię nie atakują! To nie jest jakaś głupia zabawa!

Erendis zmarszczyła brwi. Podeszła do Strażnika łypiąc na niego groźnie.

Więc co niby miałam zrobić? Patrzeć, jak chłopczyki bawią się mieczykami i stać z tyłu, ładnie wyglądać?!

Alistair przeczesał dłonią włosy, z jego ust dobył się sfrustrowany pomruk.

Mamy walczyć razem, nie każde z osobna, podczas bitwy nie zawsze jest miejsce na finezję i popisywanie się.

Nie popisywałam się! Jesteś wściekły, bo jestem cholernie dobra, lepsza od ciebie… – Zagryzła wargę, nie chcąc powiedzieć więcej. W oczach towarzysza dostrzegła najpierw gniew powoli przeradzający się w niepewność i smutek.

To była ich pierwsza sprzeczka, pierwsza z tysiąca. To dziwne, jak za każdym razem Alistair ją prowokował, irytował, doprowadzał do wybuchu. A potem żałowała słów powiedzianych w gniewie, które, widziała to wyraźnie, raniły ekstemplariusza.

Po wielu wspólnych potyczkach nauczyli się współpracować, działać jak jeden organizm. Oboje zawsze czujni, świadomi ruchów partnera. Nigdy natomiast nie nauczyli się powstrzymywać gniewu, nim nieprzyjemnymi słowami zaczynali się ranić.

– Są całkiem nieźli – wyrwała ją z zamyślenia Sigrun.

Erendis uśmiechnęła się do krasnoludki stojącej obok niej.

– Nate dobrze ich wytrenował – potwierdziła, przenosząc wzrok na Howe'a, tłumaczącego teraz coś Emerycowi, najmłodszemu ze świeżo upieczonych Strażników. Mężczyzna poczuł na sobie jej spojrzenie, obrócił głowę patrząc na nią przez ramię. Erendis szybko uciekła wzrokiem. Trzymała go na dystans, ale to było za mało. Wiedziała, że musi z nim porozmawiać.

– A więc to przesądzone?

Komendantka spojrzała na Sigrun nieco zawstydzona. Wydawało się jej, że na twarzy przyjaciółki dostrzegła wyraz dezaprobaty.

– Niczego mu nie obiecywałam – wyszeptała.

– Nie próbowałaś go też zniechęcać – powiedziała sceptycznie Sigrun. Cousland obrzuciła ją badawczym spojrzeniem. Twarz krasnoludki była neutralna, ale to nawet bardziej irytowało komendantkę.

– Słuchaj… ja… wiem, że go lubisz… – zacięła się, widząc uniesioną brew Sigrun. – Martwisz się o niego, ale to duży chłopak, wiedział, na co się pisze…

– Naprawdę?

– Uhm… nie próbuj we mnie wzbudzić poczucia winy. – Erendis obróciła się na pięcie z zamiarem opuszczenia dziedzińca.

– Ja nie próbuję wzbudzać w tobie poczucia winy, ono już tam jest. Ciekawe dlaczego? – usłyszała za sobą głos Sigrun.

~o~

Lupus siedział w szałasie spoglądając na płomień palący się przed nim. Posiłek nie był jeszcze gotowy, robiło się ciemno, należało zagasić ognisko. Znów będą jeść niedopieczone mięso. Chmury nad jego głową oznaczały, że wkrótce zacznie padać. Pogoda była paskudna, jedzenie było paskudne, cały ten przeklęty kraj był paskudny i to cholerne zlecenie.

Zabójca wyciągnął przed siebie dłoń spoglądając na cienkie żyłki lyrium emanujące słabym, niebieskawym światłem. Nie łudził się już, że otrzyma więcej lyrium. To prawda, że był to niemiłosierny ból, który pozostawał w skórze przez długi czas. Lupus poruszył palcami. Nawet teraz, po dwunastu latach, pamiętał to uczucie, gdy lyrium zdawało się pełzać po jego dłoni, wypalać mięśnie. To była agonia, ale nagroda za to była wielka. Wciąż nie mógł wyjść z podziwu patrząc, jak jego mistrz w mgnieniu oka przemieszcza się z miejsca na miejsce. Widział nie raz, gdy jego postać zaczynała połyskiwać, jak wrogowie byli zmiatani z szybkością huraganu. Fascynował go sposób, w jaki jego palce z łatwością, bez oporu, mogły zagłębić się w ludzkim ciele. Jeśli chciał, mógł spowodować tylko ból i wyciągnąć dłoń nie pozostawiając żadnych ran. Jeśli zechciał, mógł zgnieść każdy wewnętrzny organ w swoich dłoniach. To była potęga, to była wolność. Być bronią samą w sobie, być czymś wyjątkowym, niesamowitym...

Mężczyzna schował dłoń pod fałdami płaszcza. Z głową pochyloną ku ziemi dumał. Wiedział już, że marzenie, jakie dzielił z bratem, nigdy się nie spełni. Feliks był coraz bardziej odległy. Widział to we wzroku mistrza. Był nim rozczarowany. Głupiec, zapatrzony w zakurzoną, skostniałą doktrynę, nie dostrzegał możliwości drzemiących w ewolucji.

Wszystko przez jedną kobietę. To zlecenie zabrało mu więcej niż kiedykolwiek mógł przypuszczać wsiadając na statek w Vyrantium. Zabrało mu brata, zabrało marzenia, równie dobrze może zabrać życie, jeśli tylko Feliks uzna, że jest bezużyteczny. Lupus zacisnął zęby. Lata, lata trenował, by być tym kim był, najlepszym zabójcą Thedas, cichym i bezwzględnym. Słuchał tych beznadziejnych wywodów filozoficznych mistrza. Ba, jakby kiedykolwiek interesowało go, co dawno zmarli myśleli o zabijaniu. Zabijanie nie było żadną filozofią, wyrafinowaną sztuką. Było władzą.

Volpinus rozprostował dłoń spoglądając na blednące znaki. Jego skóra nadal była czerwona i spuchnięta, ale krawędzie, gdzie stykała się z tatuażem, zaczęły się już goić. Jego brat siedział obok, jak zahipnotyzowany patrząc na połyskujące linie.

Bardzo boli? – zapytał.

Wcześniej było gorzej, ale teraz… za każdym razem, gdy o tym pomyślę, one same zaczynają pulsować… i wtedy… śpiewają.

Lupus spojrzał na brata ze szczerym uwielbieniem i podziwem. Nie mógł się doczekać, aż dostanie swoje znaki. Feliks mówił, że to już niedługo.

Będziesz mógł przenikać dłonią przez ścianę – zauważył.

Będę mógł robić, co zechcę.

Lupus spojrzał na starszego brata ze strachem i nieskrywanym podziwem jednocześnie.

Feliks mówi, że mamy jeden cel… mówi…

Volpinus spojrzał na chłopca siedzącego obok. Dłonią, na której ciągle pulsowało lyrium, odgarnął popielate włosy z jego czoła.

Gdy już zdobędziemy wszystko, gdy Feliks da nam całe lyrium… kto nas powstrzyma?

Ale…?

Starszy chłopiec pogłaskał go po głowie.

Nie pozwól, by ten stary cap omamił cię tym stekiem bzdur, Linusie.

Oczy chłopca zrobiły się wielkie jak spodki. Od chwili, gdy Feliks przygarnął ich prosto z ulicy, od chwili, gdy nadał im nowe nazwy, nie słyszał swojego prawdziwego imienia.

Pamiętaj. – Dłoń Volpinusa zsunęła się na jego policzek zmuszając, by patrzał mu w oczu.

Ty jesteś Linus, ja jestem Valeniusz. Weźmiemy od tego starca co się da, wiedzę, umiejętności, lyrium. A potem świat będzie stał przed nami otworem.

Lupus uśmiechnął się gorzko. Dwanaście lat czekali na spełnienie marzeń. Rok po roku ich ciała pokrywały się nowymi liniami. Brakowało tak niewiele. Jedno zlecenie, jedno przeklęte zlecenie. Gdyby Valeniusz się pośpieszył, gdyby wydarł jej serce, zamiast bawić się z nią...

Mistrz jednak dał wyraźny rozkaz, otrzymali zlecenie, którego ostatecznym rezultatem miała być śmierć ofiary, ale tak naprawdę chodziło o ból.

~o~

– Udacie się razem z nami do Amarantu, potem przedostaniecie się cichaczem do Wysokoża. Unikajcie traktu, ufam, że poradzicie sobie na leśnych ścieżkach? – Nie musiała pytać. Dalijscy bracia byli niemal nie do wykrycia, gdy chodziło o przemieszczanie się bocznymi drogami.

Hyrmiel wziął z jej rąk zalakowaną kopertę.

– Mamy czekać na odpowiedź therna?

– Zostaniecie tam, dopóki was nie odwołam.

Elf stał przez moment spoglądając niepewnie na komendantkę. Erendis pisała kolejny list, nie zwracając uwagi na dziwny wyraz twarzy Strażnika. Wreszcie, gdy chrząknął znacząco, uniosła głowę, patrząc na niego wyczekująco.

– Pomyślałem… że może dobrze by było wziąć któregoś z nowych rekrutów… – zaczął niepewnie.

Erendis przekrzywiła głowę. Zależało jej na dyskrecji, nikt nie powinien wiedzieć, gdzie udają się Strażnicy. I nie chodziło nawet o wagę listu, jaki ze sobą nieśli. Było więcej niż prawdopodobne, że nadal obserwowali ją tewinterscy zabójcy. Erendis pozostawała w obrębach zamku, nalegali na to i Zev, i Nathaniel. Uśmiechnęła się krzywo. To chyba pierwszy raz, gdy tych dwóch było tak jednomyślnych. Pozostawała więc w twierdzy, a wieści ze stolicy przychodziły coraz bardziej niepokojące. Anora zdymisjonowała Eamona z fotela przewodniczącego rady królewskiej. Von oczywiście szybko się zaaklimatyzował na tym stanowisku. Równowaga pomiędzy obozem Anory a resztą szlachty chwiała się. Stwórca raczył wiedzieć, co mogło się stać na Zjeździe. Erendis potrzebowała skonsultować się z Fergusem i nie chciała robić tego listownie, musiała widzieć się z nim osobiście i zrobić to tak, by zgubić zarówno zabójców, jak i szpiegów królowej.

– Komendantko?

– Tak, może lepiej żebyście pojechali we trzech. Może Emeryk albo Sara?

Hyrmiel nie wydawał się zbytnio entuzjastyczny.

– To musi być ktoś, kto porusza się po lesie tak jak wy, niezauważalnie – wyjaśniła.

– Tara.

Erendis odchyliła się na krześle.

– Tara?

– Jest świetnym łowcą. Widziałem ją w akcji, podeszła nas i nawet tego nie zauważyliśmy.

Cousland ukryła zdziwienie. Najwidoczniej nie wiedziała wszystkiego o swoich nowych Strażnikach. Cóż, będzie czas to naprawić. Jeśli naprawdę mieli ją zabrać ze sobą do Wysokoża…

– Tara… może być trochę uciążliwa – powiedziała w końcu. – Wiesz, to nie jest typ radosnej, rozszczebiotanej dziewczyny.

– Stwórcy uchowajcie, gdyby tak było, nie proponowałbym tego w obawie, że Adril urwie jej język… ummm… albo głowę…

~o~

– I to ma nam pomóc? Niby jak?

Finn przewrócił oczami. Wziął do ręki niewielki przedmiot przypominający zegarek.

– Rozmawiałem z Zevranem na temat tych wytatuowanych zabójców. Pogrzebałem trochę w bibliotece. Zrobiłem notatki i…

– I co to ma wspólnego z tym? – Komendantka wskazała palcem na przyrząd w dłoni maga.

–Tatuowanie lyrium to bardzo stara i nieco barbarzyńska sztuka, stosowana przez tewinterskich magów, jeszcze z czasów przed Andrastą. Są nawet przypuszczenia, że Wojownicy Lyrium odgrywali znaczną rolę w obaleniu Arlathanu... niestety niewiele o tym wiemy…

– Finn, do rzeczy – zniecierpliwiła się, spoglądając na zegar stojący w rogu gabinetu. Pora była najwyższa, żeby zacząć się pakować.

– Krasnoludy wydobywające lyrium używali urządzeń naprowadzających na żyły tego kruszcu… to niesamowite, jak ta rasa zupełnie odporna na magię potrafiła rozwinąć rzemiosło…

– Finn!

– W każdym razie, rozmawiałem z Dvorkinem, mieli coś takiego na stanie. – Wskazał na okrągły przedmiot. Otworzył niewielkie wieczko ukazując walcowatą fiolkę wypełnioną szarym pyłem.

– To jest sproszkowane lyrium wymieszane z jakimiś innymi pierwiastkami, krasnolud nie chciał mi zdradzić jakimi…

– Chcesz mi powiedzieć, że ten przyrząd „wyczuwa" lyrium? – Spojrzała na puzderko z niedowierzaniem.

– Dokładnie. – Finn przejawiał wszelkie oznaki podekscytowania. – Jeśli w pobliżu będą ci bandyci… cóż, pył w środku zacznie reagować wydzielając ciepło.

Erendis jeszcze raz przyjrzała się przedmiotowi.

– Myślisz, że to pomoże? Ci zabójcy nie są cali z lyrium…

Czarodziej pokręcił z dezaprobatą głową.

– Masz mnie za kretyna, komendantko? Wynalazek krasnoludzki jest dobry do wykrywania złóż lyrium, na nic by ci się nie przydał, gdy chodzi o niewielkie ilości tego pierwiastka…

Erendis mimo woli zajęczała. Nie miała czasu na naukowe wykłady i bezużyteczne…

– Nałożyłem na to cacko kilka zaklęć, które zwiększają niemal czterdziestokrotnie czułość urządzenia, teraz jest w stanie wykryć pył potrzebny do zrobienia mniejszego eliksiru many.

Cousland wzięła głęboki oddech nie chcąc się niepotrzebnie denerwować.

– To cholerstwo będzie reagować na każdego maga, noszącego przy sobie lyrium… – zaczęła.

Finn fuknął oburzony.

– Nałożyłem też czar wyciszający dla substancji zawierających elfi korzeń. – Spojrzał na nią, jakby oczekiwał jakiejś konkretnej reakcji.

– I?

Znów przewrócił oczami zastanawiając się, jak to możliwe, że Bohaterka Fereldenu w sprawach wiedzy jest taką ignorantką.

– Każda mikstura many zawiera oprócz lyrium domieszkę elfiego korzenia. Przyrząd nie będzie reagował na płynne lyrium.

Erendis zastanowiła się nad tym. Być może był to jakiś sposób na przygotowanie się na niespodziewane pojawienie się zabójców. Gdyby w dolinie mogli przewidzieć nadchodzący atak, z pewnością Cody…

Jej dłoń spoczęła na okrągłym przyrządzie położonym przed nią na biurku. Przyjrzała się mu uważniej. Obudowa wykonana była z srebrnorytu, wypolerowana i połyskująca. Urządzenie było wielkości podstawki kieliszka, z otworem na górze. Zastanowiła się nad tym. Gdyby dobrała srebrny łańcuszek, przedmiot mógłby imitować sporej wielkości talizman.

– Może to i dobry pomysł – wymruczała. Finn uniósł jedynie brwi.

– Oczywiście, że to dobry pomysł.

– Dziękuje Finn – obdarzyła maga szczerym uśmiechem. Chłopak skinął głową i odwrócił się do wyjścia.

– Powinnaś odpocząć komendantko, jesteś jakaś rozkojarzona ostatnio – rzucił na odchodnym.

Erendis wzięła głęboki oddech. Zapewne mag miał rację, ostatnie dni były dość męczące. Miała mnóstwo zaległej pracy, którą trzeba było wykonać zanim uda się do Wysokoża. Miała na głowie nowych Strażników. Miała dość nieprzyjemną rozmowę z Nathanielem, który nie chciał zostawać w Twierdzy, gdy ona udawała się do Amarantu. Dopiero gdy wyjaśniła mu, że stamtąd zamierza dostać się statkiem do Wysokoża, Howe przestał protestować. Pomimo że nie miał nic wspólnego ze śmiercią Couslandów, Fergus nie chciał go widzieć na swojej ziemi. Było jeszcze parę spraw, na których załatwienie nalegała pani Woosley, jakieś nowe fantastyczne pomysły Wayda, które musiała z nim przedyskutować… Wątpiła, czy będzie w stanie położyć się o przyzwoitej porze.

Z lekkim uśmiechem pomyślała o kolacji. Ostatnimi czasy stawało się tradycją, że jadła ją w zaciszu swoich komnat wraz z Zevranem. Musiała przyznać, że powoli stawał się to jej ulubiony punkt dnia.

~o~

W szarości majaczyły mury miasta. Mgła znad morza spowijała niższe partie Amarantu sprawiając, że wysokie wieże wyglądały niczym ponure olbrzymy pochylające się nad równiną. Zatrzymał konia na skrzyżowaniu dróg. Zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. W prawo brukowana ulica wiodła w głąb miasta, w lewo trakt prowadził pomiędzy drewnianymi magazynami, aż do samego portu. William miał przemożną ochotę znaleźć wolne miejsce na jakimś statku i uciec z tego miejsca. Coś jednak nie pozwalało mu tego zrobić.

Parsknął z irytacją kierując konia w prawo. Gdyby miał jeszcze w sobie wolę walki, zapewne przyczaiłby się i poczekał na kolejną okazję. Bez zainteresowania mijał zabudowania usadowione wzdłuż drogi wiodącej do głównej bramy.

Czuł się zmęczony ponad miarę, jechał cały dzień, na oślep, byle jak najdalej od Twierdzy. Przez kilka dni krążył po lasach na skraju Traktu Pielgrzyma wmawiając sobie, że unika pościgu. Z pewnością Cousland wysłała za nim pościg. Zaszył się w lesie, polował, spał, rozmyślał, czekał. W jego głowie nadal rozgrywała się ta scena.

Rzucił się na nią z zamiarem dokonania wreszcie upragnionej zemsty. Był już tym zmęczony, miał nadzieję, że się to wreszcie skończy. Komendantka nie była w formie, była obolała i zmęczona. Obserwował ją, gdy trenowała. Wydawała się być nieobecna. Jej ruchy były wolniejsze i mniej precyzyjne. Widocznie utykała na lewą nogę, oszczędzała lewe ramię. Wcześniej nigdy nie brał pod uwagę możliwości pojedynku, jeden na jeden. Znał swoje możliwości, wiedział, że nie będzie w stanie jej pokonać, ale być może teraz…

Kobieta odbiła kilka jego cięć nie pojmując jeszcze, że to nie jest zwykłe ćwiczenie, ale walka o życie. Dopiero gdy jego sztylet minął o centymetr jej szyję, dostrzegł, jak jej oczy rozwierają się szerzej ze zdziwienia. Nie czekał, aż pierwszy szok opadnie. Wymierzył kolejny cios, szybki wykrok, zamach, markowany cios z lewej, ostrze, które trzymał w prawej dłoni przeciągnął po jej udzie. Krew natychmiast zaczęła się sączyć z głębokiego cięcia. William powinien się z tego cieszyć, pierwsza krew, pierwszy krok do zemsty i do wolności. Nie zwalniał, wkładając w uderzenia całą siłę. Zdołał wybić z jej lewej dłoni miecz. Teraz powinno być łatwo.

Kolejny układ, przemyślny wykrok. Odbiła cios z prawej, blokując go swoim sztyletem, krótki miecz Williama spoczął o milimetr od jej szyi. To był koniec, wystarczyło przeciągnąć ostrze bo jej białej skórze i patrzeć, jak krew zalewa jej lnianą bluzkę. Spojrzał w jej twarz. Jej granatowe oczy patrzyły na niego bez strachu. Niespodziewanie na jej ustach zagościł smutny uśmiech.

Na co czekasz? – szepnęła.

Serce w jego klatce piersiowej waliło jak oszalałe, jeden ruch nadgarstka i będzie po wszystkim, będzie wolny, będzie mógł wreszcie wrócić do domu…. Dziwne, w tym momencie tryumfu nie czuł euforii, nie czuł… nic, był pusty…

Pogardzał sobą za to, że nie mógł zrobić tego, co należało. Miast wypełnić przysięgę, uciekł jak tchórz. Najgorsze było to, że nie rozumiał własnego postępowania.

Zupełnie nie zastanawiając się nad tym, gdzie jedzie, pozwolił swojemu wierzchowcowi wybierać drogę. Zmierzch zapadał szybko, szare opary mgły unosiły się nad miastem przesłaniając kulę księżyca wstającego ponad kamienicami. Will rozejrzał się dookoła odkrywając ze zdumieniem, że jest w jednej z wąskich uliczek, gdzieś w obrębie dawnej dzielnicy rzemieślników. Wkoło nie było widać żywego ducha, gdzieniegdzie osmolone fronty kamienic straszyły pustymi oknami.

W ciszy wieczornej dało się słyszeć jakieś głosy. Z ulicy, prostopadłej do tej, którą przemieszczał się Strażnik, wybiegł człowiek. Ręka Williama od razu spoczęła na broni. Mężczyzna biegł w jego stronę, krzycząc coś niewyraźnie i wymachując rękami. Gdy był od niego jakieś sto kroków, nagle padł twarzą w kałużę, spomiędzy jego łopatek wystawała pierzasta strzała. Will natychmiast zeskoczył z konia. Podbiegł do zabitego przyglądając się jego lekkiej zbroi. Dobrej jakości napierśnik nie uratował biedaka od śmierci. Zza rogu dało się słyszeć szczęk broni i pokrzykiwania. Strażnik miał ochotę zawrócić, ale ciekawość wzięła nad nim górę. Gdy wyjrzał zza rogu, dostrzegł w cieniu zawalonej kamieniczki czterech mężczyzn otoczonych przez zgraję wyglądającą na rzezimieszków. Broniący się cofali w przeciwległym kierunku, czterech w podobnych, co zabity przed chwilą nieszczęśnik, lekkich paskowych zbrojach, leżało na ziemi martwych.

Will szybko podjął decyzję. Wyskoczył zza rogu atakując błyskawicznie pierwszego z łotrzyków. W tym samym momencie dosłyszał głos jednego z broniących się, gruby i tubalny.

– Niedoczekanie wasze, psubraty – nie wiadomo czemu głos ten wydał się mu jakiś znajomy. Kątem oka dostrzegł barczystą postać ruszającą do natarcia.

~o~

Wjechali do miasta dobrze koło trzeciego dzwonu po południu. Nie śpieszyli się z podróżą i Erendis czuła się o wiele lepiej, mimo że większość poprzedniego dnia spędzili w siodle. Towarzystwo bardzo jej odpowiadało. Słowne potyczki między Zevranem a Tarą bawiły ją niezmiernie. Skrytobójca uraczył ich kilkoma anegdotami z czasów, gdy uciekł do dalijskiego klanu. Hyrmiel wydawał się zaskoczony faktem, że Zev w połowie był Dalijczykiem. Rozmowa na temat różnych zwyczajów „dzikich" elfów była fascynująca i cała podróż przebiegała w miłej atmosferze, do momentu kiedy Tara nie zaczęła drażnić Adrila. Gdy rozłożyli się obozem, elf był już do tego stopnia poirytowany, że cisnął w nią swoim nożem myśliwskim. Ostrze ugrzęzło w pniu drzewa, o które się opierała, milimetr od jej głowy. Kobieta przyjęła to z absolutnym spokojem, co jeszcze bardziej rozgniewało milczkowatego Adrila.

– Jeśli uważasz, że powinnam skrócić włosy, trzeba było mówić od razu – skwitowała z promiennym uśmiechem.

Kolacja w blasku ognia i spanie pod gwiazdami, mimo niewygody i jesiennego chłodu, było przyjemne. Nic ich nie goniło i Erendis delektowała się ciszą i spokojem. Za czasów Plagi zawsze gdzieś się śpieszyli, przed czymś uciekali, ciągle nasłuchiwali i czuwali. Owszem, były chwile spokoju, ale gdzieś w środku jej głowy pozostawał ciężar, jaki na nią nałożono.

Wieczorną ciszę przerwały pierwsze nuty melodii. Leliana stała przy ogniu patrząc na niebo ponad obozem, na usiany tysiącem gwiazd granatowy aksamit przestworzy. Jej słodki głos niósł się po polanie sprawiając, że wszyscy wykonujący zwykłe czynności przy stawianiu obozu, zamarli w bezruchu wsłuchując się w urzekającą pieśń.

Erendis przysiadła na pniu drzewa. Magnus ułożył się u jej stóp składając głowę na łapach, równie zasłuchany. Strażniczka przymknęła oczy pozwalając rozproszyć się cieniom zalegającym jej myśli. Ciągle pozostawało tyle do zrobienia. Nie wiedzieli, co zastaną w Denerim. Mieli poparcie arla Eamona, ale mało prawdopodobne, by to wystarczyło, aby pokonać Loghaina i dobrać się do Howe'a. W głębi jej umysłu czaiły się wspomnienia jej snów, olbrzymi purpurowy smok…

Ciepłe ramiona opasały ją, do jej nozdrzy doleciał znajomy zapach drzewa sandałowego i imbiru. Zevran usiadł za nią, przygarniając ją do siebie. Erendis wypędziła wszystkie zmartwienia z głowy. Pozwoliła oplątać się muzyce, jej złudnemu czarowi, spokojowi, jaki wibrował w głosie Leliany. Poczuła ciepłe usta na swoim karku i westchnęła z zadowolenia. Nawet w całym tym chaosie życie potrafiło być piękne, przynamniej czasami…

Oczywiście teraz też miała wiele na głowie, ale w porównaniu z arcydemonem, nawet płatni mordercy, zbuntowani bannowie i Zjazd Możnych nie wydawały się takie straszne. Do tej pory nigdy nie myślała, co będzie dalej. Nie wybiegała naprzód, nie robiła planów.

Zbyt dużo się działo. Ciągle jakieś nieprzewidziane sprawy wymagały jej całej uwagi i zaangażowania. Nowe niebezpieczeństwa sprawiały, że jutro było niepewne. Teraz jednak dostrzegała światełko w tunelu, jakby wszystko zaczynało się układać.

Cousland zwróciła głowę w bok, patrząc na profil elfa jadącego tuż obok. Zev pochwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się ciepło. Jego oczy koloru antivańskiej brandy lśniły iskrami radości. Przyszło jej na myśl, że może nadejdzie taki czas, że będzie mogła usiąść spokojnie i pomyśleć o przyszłości. Jeszcze nie teraz, ale może po Zjeździe…

Erendis nie zdążyła nawet rozpakować swojego plecaka, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Zarządca jej rezydencji w Amarancie stał w progu z listem w ręku.

– Czy to nie może poczekać? – zapytała z lekką irytacją w głosie.

– Obawiam się, że nie, komendantko. Dostaliśmy tę wiadomość dzisiaj z rana, posłałem gońca do Twierdzy, musieliście minąć się z nim w drodze.

Cousland przyjęła od niego list, ściągnęła brwi dostrzegając herb banna Denmara na kopercie.

– A ten czego znowu chce? – wymruczała.

– Zostaliśmy zawiadomieni, że… – Erendis uniosła dłoń uciszając zarządcę. Jej oczy szybko przebiegły po kartce.

– Zwołaj moich Strażników i przygotuj konie, musimy złożyć wizytę drogiemu Denmarowi – mruknęła, opuszczając swój pokój i kierując się w stronę, z której dobiegał ją głos Zevrana.

Zaledwie pół godziny później pięcioro jeźdźców zajechało przed miejską rezydencję banna. Erendis przesunęła wzrokiem po posępnej, trzykondygnacyjnej budowli otoczonej wysokim ogrodzeniem. Chłopiec stajenny, bardziej niż wystraszony, przyjął od nich wodze i Strażnicy udali się wprost do głównego wejścia.

Wysoko sklepiony hol nie robił przyjemnego wrażenia. Budowla była stara, utrzymana w tradycyjnych fereldeńskich kanonach mody, co oznaczało gołe ściany z gładko ciosanego kamienia, kilka obrazów przedstawiających nadętych jegomości z mabari u ich stóp, wielki kominek, z którego zapewne niemiłosiernie się dymiło, oraz wąskie okna dające niewiele światła.

– Urocze siedliszcze – skwitowała Erendis wchodząc głębiej.

Zaraz z bocznego wejścia wypadł jakiś chuderlawy jegomość przypominający skrybę.

– Bann Denmar nie oczekiwał cię, pani, tak wcześnie…

– Gdzie jest mój Strażnik? – Erendis przerwała służącemu.

– Zapewne zechcesz pani z nim porozmawiać, jestem pewny, że bann znajdzie chwilę czasu.

Komendantka mruknęła groźnie. Zevran podszedł do patykowatego mężczyzny, z jedną dłonią spoczywającą na rękojeści swojego sztyletu, drugą nonszalancko przewiesił przez ramię nieszczęśnika.

– Twoja arlessa zadała ci pytanie, człowieku, czyż nie?

Służący spojrzał najpierw na dłoń elfa, leżącą na jego ramieniu, potem na poirytowaną twarz komendantki.

– Bann Denmar dał mi wyraźnie instru…

– Gdzie jest mój Strażnik? – wysyczała Cousland zbliżając się do człowieka. Ten, jakby skurczył się w sobie, gdyby nie ramię elfa przytrzymujące go, zapewne dokonałby taktycznego odwrotu.

– Proszę za mną… – wyszeptał zrezygnowany.

Gdy doszli na koniec wąskiego korytarza, który oświetlała jedna świeca, skryba wskazał im niewielkie drzwi po prawej i natychmiast wycofał się. Bez wątpienia pobiegł po swojego pana. Erendis weszła do środka, za nią Zev i Hyrmiel. Adril i Tara pozostali przed drzwiami.

Wewnątrz niewielkiej izdebki mieściły się stół, szafa, wąskie łóżko, na którym spoczywał ranny. Obok na taborecie siedział siwy staruszek. Zapach ziół bijący od niego wskazywał, że był miejscowym zielarzem.

– Co z nim? – zapytała Erendis, przyglądając się nieprzytomnemu Williamowi.

Starzec podniósł się. Delikatnie odsunął koc okrywający rannego. Szeroka szrama przez pierś była zaogniona, krew ledwie zaschła w głębokim cięciu. Mężczyzna powoli odsunął okład spoczywający na twarzy Strażnika, odsłaniając poprzeczną ranę, biegnącą od czubka nosa poprzez prawy policzek, zawadzając o prawy kącik oka. Twarz Willa była zapuchnięta i posiniała.

– Nie jestem w stanie nic więcej zrobić, komendantko – stwierdził zielarz z cieniem smutku w głosie. – Jeśli jest wśród was jakiś mag… w przeciwnym razie… – Staruszek rozłożył ręce.

– Ściągnięcie tu Bethany zajmie dwa dni – mruknął Hyrmiel.

Erendis potarła ręką czoło.

– Nie mamy tyle czasu.

– Być może… – szepnął do jej ucha Zev – być może tak będzie lepiej…

Kobieta spojrzała na niego, chciała widocznie coś powiedzieć, ale tylko zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Hyrmiel – zwróciła się do elfa stojącego przy drzwiach. – Skontaktuj się z naszym informatorem w mieście, powiedz, że szukamy maga, uzdrowiciela, może być apostata. W zamian za uleczenie towarzysza oferuje mu nagrodę i bezpieczeństwo dopóki pozostanie w mojej gościnie.

Strażnik skinął głową i znikł za drzwiami. Po chwili dało się słyszeć głośną rozmowę na zewnątrz.

– Komendantka dała wyraźny rozkaz – usłyszała głos Adrila.

– Nikt nie będzie mi rozkazywał w moim domu, na pewno nie ty… szpicz…

– Licz się ze słowami człowieku, życie twojego jedynego syna wisi na włosku – dało się słyszeć zimny głos Tary.

Erendis i Zev spojrzeli po sobie. Ta dziewczyna była pełna niespodzianek.

– Wpuśćcie go do środka – zawołała komendantka, stojąc przy łóżku.

Denmar wmaszerował do środka z twarzą wykrzywioną gniewem.

– Możesz mi wytłumaczyć, panie, jak to się stało, że mój Strażnik znalazł się ranny w twoim domu?

Bann skrzywił się i podszedł do komendantki. Zev intuicyjnie przesunął się w przód stając między nią a barczystym mężczyzną.

– Sama powinnaś dojść do odpowiednich wniosków, skoro posłałaś go, by mnie szpiegował.

– Nie bądź głupcem, myślisz, że posłałabym za tobą kogoś odzianego w zbroję Strażnika z gryfem wyszytym na pelerynie płaszcza? – warknęła, wskazując palcem odzienie Wiliama leżące na stole. Bann chrząknął jedynie zwracając się ku choremu.

– Wypadła na nas zgraja rzezimieszków, byliśmy nieprzygotowani, ten głupi chłopak zjawił się w środku walki.

– Ten głupi chłopak – wysyczała Erendis – jest umierający, bo ruszył ci na ratunek, panie. – Zwrot grzecznościowy w jej ustach zabrzmiał jak obelga.

– Nie prosiłem go o to. – Denmar wydawał się nieco zawstydzony.

– Na razie musi tu zostać, sprowadzę uzdrowiciela, jeśli jest takowy w Amarancie.

Bann przytaknął cofając się do wyjścia.

– Jeszcze jedno pytanie – rzuciła, gdy stał już w progu. – Czy to byli zwykli rabusie, czy może…

– Piraci z wybrzeża – oświadczył bann.

~o~

Zevran wsunął się do budynku bocznym wejściem. Z pewnym sentymentem przemieszczał się poprzez pomieszczenia kuchenne Pawiej Przystani. Zatrzymał się tu w drodze do Denerim, cztery lata temu, gdy dostał zlecenie na Strażników. Cztery lata. Wydawało mu się, że od tej chwili upłynęła cała wieczność. Uśmiechnął się do siebie, rozpoznając te same płomienno–czerwone zasłony w oknach, fotele obite aksamitem i grono roznegliżowanych ślicznotek. Z pewnością, jaką posiada mężczyzna pewny swojego uroku, uśmiechnął się do dwóch mijanych panienek i stanął przy barze. Burdelmama była starszą, posiwiałą kobietą z mocnym makijażem tuszującym jej zmarszczki na twarzy i dekolcie.

– Witaj, kochaneczku – wymruczała, nachylając się nad kontuarem, eksponując przy tym swój przywiędły nieco biust. – Czym mogę ci służyć? – Obrzuciła go badawczym spojrzeniem, najwyraźniej stwierdzając, że może być dochodowym gościem, bo na jej wymalowanych ustach pojawił się uwodzicielski uśmieszek.

Zev przeciągnął leniwie wzrokiem po kobietach kręcących się wokół kilku klientów.

– Przyjaciel polecił mi jedną z waszych… pensjonarek – zaczął, kładąc na ladzie dłonie, odziane w doskonałej jakości rękawice, finezyjnie zdobione złotą nitką. – Chodzi mi o Bellę.

Dziwka uśmiechnęła się po raz kolejny, jej oczy tym razem spoczęły na doskonałej jakości puklerzu elfa.

– Masz szczęście, drogi panie – oświadczyła. – Bella jest jedyna w swoim rodzaju i… – zerknęła na rząd kluczy wiszących na wieszaku za nią –…i jest akurat wolna. – To powiedziawszy podała mu jeden z kluczy. – Drugie piętro, korytarz na lewo, ostatnie drzwi.

Uśmiechnęła się ponętnie zagarniając z lady trzy suwereny, które Zevran dyskretnie położył przed nią.

Zevran przekręcił kluczyk i wszedł do niewielkiego pokoju. Story wewnątrz, równie płomienno–czerwone co w sali na dole, były zaciągnięte. W środku stało szerokie łoże z baldachimem, przy ścianie stał mały stolik z ekskluzywnie wyglądającymi flakonikami i karafkami. Niedaleko kominka ustawiono duże lustro oraz kanapę obitą bordowym aksamitem. Na tejże kanapie siedziała kobieta. Zev zmierzył ją wzrokiem. Była wysoka i szczupła, pięknie zaokrąglona we wszystkich miejscach, gdzie kobieta zaokrąglona być powinna. Twarz miała delikatną, z dużymi ciemnymi oczami i ponętnymi usteczkami. Jej długie ciemne włosy, skręcone w sprężynki, opadały na nagie ramiona. Bella zmierzyła wzrokiem klienta i uśmiechnęła się do niego, stwierdzając najwidoczniej, że jest dostatecznie przystojny. Podeszła do stołu i napełniła dwa kieliszki winem, podała mu jeden, sama sięgając ustami drugiego.

Zevran odmówił. Jej drobne usteczka wydęły się. Teraz mógł zauważyć podobieństwo do jej brata.

– Muszę przyznać, że nie widziałam cię tu jeszcze – wymruczała, odstawiając kieliszek i podchodząc do niego uwodzicielskim krokiem. Obcisła spódnica, rozcięta do połowy uda, odsłaniała zgrabną nogę. Mocno opięty, karmazynowy gorset, podtrzymywał pokaźnych rozmiarów biust.

– Co ci chodzi po głowie, powiedz – sięgnęła po jego dłoń, kładąc ją na swoim biodrze.

– Co mi chodzi po głowie – powiedział zupełnie niezainteresowany jej zgrabnymi piersiami, wystającymi z ciasnego ubranka, no, może nie całkiem niezainteresowany. – Myślę, że twojemu bratu bardzo by się to nie podobało.

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, ale zaraz słodki uśmiech powrócił na jej twarz.

– Ja nie mam brata – wymruczała, cofając się o krok. Jeśli klient chciał się bawić w teatrzyk, nich i tak będzie. Pracując tu od prawie trzech lat widziała już różne dziwactwa.

– Ależ oczywiście, że masz – odparł Zevran, zatrzymując ją w pół kroku, jego dłoń opadła do boku. – William nie byłby zachwycony.

Dziewczyna nagle zbladła, cofnęła się do tyłu patrząc na elfa z grymasem na twarzy.

– Jesteś do niego podobna, gdy się tak krzywisz.

– Mój brat nie żyje – wycedziła przez zęby. – Myślisz, że tkwiłabym tutaj, gdyby żył?

Zev wzruszył ramionami.

– Myślisz, że tkwiłabyś tutaj, gdyby on wiedział, że ty żyjesz?

Kobieta stanęła pod oknem krzyżując ręce na piersi i spojrzała na elfa gniewnie.

– Twój brat cię potrzebuje.

– I niby mam ci uwierzyć?

Zev uśmiechnął się krzywo. Cokolwiek by nie powiedzieć, Bella wydawała się być rozsądną dziewczyną.

– Czarne, proste włosy, blada twarz, brązowe oczy podobne do twoich.

– Każdy mógłby to powiedzieć.

– Poprzeczna szrama na plecach, w okolicy drugiego żebra.

Bella parsknęła. Mały Will spadł z drzewa na ogrodzenie. Rana nie chciała się goić, a potem została paskudna blizna.

– Gdy jest zdenerwowany przeczesuje włosy ręką – dodał Zev, uśmiechając się, gdy ręka dziewczyny znieruchomiała, zaplątana w zakręconych puklach.

– Jak to możliwe… myślałam… dlaczego nie wrócił… co…?

– Myślał, że zginęliście wszyscy w pożarze. Dołączył do Strażników. Wczoraj został ranny, gdy się obudzi, będzie cię chciał zobaczyć. – Jeśli się obudzi, dodał w myślach Zev.

– Nic z tego nie rozumiem…

Elf westchnął.

– Możesz iść ze mną, jeśli się okaże, że ranny nie jest twoim bratem, wrócisz…

– Ale moja praca…?

– Zapłaciłem za cały dzień.

Gdy już raz podjęła decyzję, postanowiła działać szybko. Po tym wszystkim, co przeszła, nie chciała dać wiary słowom elfa. Wolała się przekonać na własne oczy.

– Nie mogę iść do niego w tym stroju – wymruczała, wyciągając z szafy inną, bardziej przyzwoitą sukienkę. Zsunęła spódnicę, zupełnie niezrażona obecnością elfa. Na tym etapie „kariery" bardzo niewiele pozostało w niej z pruderyjnej panienki.

Podeszła do Zevrana, odwracając się do niego plecami.

– Możesz mi z tym pomóc? – zapytała, wskazując na sznurowanie gorsetu. Skrytobójca zwinnymi palcami zaczął rozsupływać ciasne wdzianko.

I wtedy właśnie drzwi rozwarły się z hukiem. Bella pisnęła zaskoczona, chwytając na wpół rozpięty gorset i odwracając się twarzą do intruza, Zev chwycił za sztylet.

W drzwiach stała Erendis. Jej usta zaciśnięte w wąską kreskę. Oczy przenosiły się z Zevrana na półnagą kobietę, potem z powrotem na niego.

Elf zaklął w myślach. Powinien powiedzieć jej, gdzie idzie i po co. Teraz, cokolwiek powie, będzie to wyglądało na zmyślone usprawiedliwienie.

Erendis wzięła głęboki oddech. Widział, że stara się bardzo utrzymać maskę obojętności. Po krótkiej chwili wpatrywania się w oboje, sięgnęła dłonią do klamki i zamknęła za sobą drzwi. Bez słowa. To bardziej zaniepokoiło elfa, niż gdyby zaczęła w niego ciskać sztyletami.

Porywczymi ruchami szczotki przeczesywała włosy. Ciągnęła je niemiłosiernie i wmawiała sobie, że to dlatego w jej oczach pojawiają się łzy.

W myślach przeklinała własną głupotę. Po co w ogóle z nim tam szła? Mogła sobie darować spotkanie z tą zdzirowatą piratką. Z początku wszystko wydawało się być takie niewinne. Grali w karty, pili wino, śmiali się. Nim się spostrzegła, Isabela siedziała obok niej, dłonią przesuwając po jej ramieniu, drugą głaszcząc udo Zevrana.

Dzika furia przeszyła ją na wskroś. Jakim cudem zdołała zachować zimną krew? Maska obojętności i znudzenia pozostawała na twarzy cały czas. Zevranowi to oczywiście nie przeszkadzało. Pławił się w zainteresowaniu, podnieceniu, jakie wzbudzał w egzotycznej pani kapitan. Miała już tego dość. Wymówiła się jakimiś sprawami do załatwienia i czmychnęła, nim Zev zdołał ją zatrzymać. I oczywiście tam został.

Erendis pociągnęła za włosy sycząc, gdy trafiła na wyjątkowo poplątany kołtun.

Jak mogła być taka głupia? Nigdy nie obiecywał jej wierności, wyłączności. To prawda, dał jej kolczyk, mówiąc, że pragnie jakiejś przyszłości z nią… ale kolczyk to nie pierścionek, nie przysięgał, że będzie jej wierny. Ścisnęła w dłoni szczotkę, starając się oddychać głęboko, uspokoić się.

Nawet się jej to udawało, do czasu, gdy w lustrze dostrzegła jego odbicie. Stał w drzwiach, uśmiechając się zawadiacko, oparty o framugę.

Załatwiłaś wszystkie sprawy?

Łobuzerski uśmiech był dla Strażniczki jak czerwona płachta na byka.

A ty? – zapytała z nieukrywaną złością.

Oczywiście udał zdziwionego. Wszedł do pokoju i zaczął powoli się rozbierać.

Co ty wyprawiasz? – Ledwie powstrzymywała furię gotującą się wewnątrz.

Idę spać – oświadczył, zdejmując buty, nie spoglądając nawet na nią.

Co?! – Zerwała się z krzesła, w rękach zaciskając szczotkę.

Jestem zmęczony – mruknął, zdejmując koszulę.

Tego było już za wiele, szybki zamach i szczotka poleciała w jego stronę. Zaskoczyła go, drewniany przedmiot uderzył go w czoło i opadł na ziemię z głośnym stukotem. Elf stał jak wryty patrząc na nią ze zdziwieniem. To jeszcze bardziej ją rozjuszyło. Następna w kolejce była szklanka, która tym razem rozbiła się kilka centymetrów od jego głowy, potem karafka, która nie trafiła celu, bo Zev uskoczył w bok. Nim sięgnęła po mosiężną statuetkę stojącą na biurku, był już przy niej chwytając ją za rękę.

Zaczęła się szamotać. Jego bliskość rozpalała ją i irytowała jednocześnie.

Co ci jest?

Co mi jest?! – wrzasnęła zupełnie wytrącona z równowagi. – Pojawiasz się… po tym… po tym, jak wytarzałeś się z tą dziwką i śmiesz przychodzić teraz do mojego łóżka…

Znieruchomiał, zamykając ją w swoich ramionach.

Eris? – Głos Zevrana był teraz jakby zmartwiony. – Myślałem, że doszliśmy do porozumienia?

Zaśmiała się gorzko. Zawarli porozumienie. Trochę zabawy, ciepła, namiętności. Była głupia myśląc, że to jej wystarczy. Chciała więcej, ale nigdy nie będzie o to żebrać.

Dałem ci kolczyk, czyż nie? Zależy mi na tobie… nie mógłbym…

Prychnęła. Był głupcem, jeśli myślał…

Jego dłoń ujęła jej podbródek zmuszając kobietę, by spojrzała na niego.

Po tym, czego skosztowałem przy tobie, jak możesz sądzić, że szukałbym czegoś innego…

W jego słowach dźwięczała szczerość, ale nie to ją przekonało. To wyraz bólu tak wyraźnie malujący się na twarzy Zevrana sprawił, że w końcu mu uwierzyła.

Myślałam… nie mam prawa…

Przycisnął ją do siebie. Jego palce trąciły kolczyk zawieszony na jej uchu.

Liczysz się tylko ty, mi querida, tylko ty. – Przyciągnął ją do siebie, zamykając w objęciach. – Tu eres mi mujera – szepnął bezgłośnie.

15