Dwa Słowa

autorstwa Anni


Sprostowanie:

Wszystkie postacie oraz wydarzenia, które poznajecie, należą do J.K. Rowling.


Jean Jacques podał Ricky'emu niewielką kopertę i stłumił ziewnięcie.

– To dla Hermiony. Daj jej to przy następnej okazji.

Ricky kiwnął głową, rzucił zaklęcie, które czyniło ją niewidzialną dla mugoli i schował do wewnętrznej kieszonki typowo mugolskiej marynarki. Potem wsunął obok różdżkę w kształcie długopisu.

– Żaden problem. I tak muszę się z nimi spotkać.

Jean Jacques spojrzał na niego uważnie.

– Wpadłeś na coś dziwnego?

– Nie, JJ. Nic takiego się nie dzieje. Obserwowałem zarówno Ministerstwo, jak i szkołę i wszystko wygląda w porządku. Może po prostu ten ich Smith i Norris postawili dużą sumę na jakąś drużynę Quidditcha, bo dostali cynk od kogoś i wygrali? – parsknął śmiechem Ricky.

– Co dostali?

– Cynk. Nie ważne, kiedyś ci wyjaśnię. To do następnego! Trzymaj się, JJ!

– Powodzenia, Ricky. Do zobaczenia.

Oboje uścisnęli sobie dłonie i Jean Jacques wrócił do biurka, zaś Ricky zbiegł po schodach na dół. Czas było aportować się do Calais i złapać pociąg do Dover.


Severus odszukał ręką fotel i ocierając łzy podszedł do niego i osunął się bezwładnie. Był zupełnie wycieńczony tym przedziwnym atakiem.

– Severusie... już ci przeszło?

Westchnął i nabrał mocno powietrza.

– Już w porządku. Nic mi nie jest.

Minerwa spojrzała przestraszona na Albusa, który pochylał się do przodu tak, że jeszcze chwila, a wypadłby z portretu.

– Merlinie... co to było?

Severus potrząsnął głową odzyskując wreszcie zmysły. I oddech. Przestał czuć wszechobecny wstręt, palący ból na całym ciele zanikł.

– Nie wiem... – westchnął. – To... pierwszy raz coś takiego ... mi się przytrafiło.

– Ale coś cię bolało? Serce?

Czarownica najwyraźniej nadal się o niego martwiła, więc postanowił ją uspokoić.

– Nie mnie... to znaczy nie tego mnie, co tu był... – sam nie rozumiał o czym mówi, więc spróbował to jakoś wyjaśnić. – Czułem się tak... nie wiem. Jakbym stał obok i patrzał na to, co się ze mną dzieje. Z moim ciałem. Minerwa wymieniła kolejne spojrzenie z Albusem.

– A co... co czułeś?

– Strach. Panikę – podniósł głowę i zerknął na nich oboje i aż się skrzywił na nowo przypomniawszy sobie to wrażenie. – Coś we mnie nie chciało czegoś tak bardzo, że ... że myślałem, że pęknę. I ból. Ale taki dziwny. Nie Cruciatus. Nie wiem... Jakbym się palił po wierzchu.

Minerwa wyglądała na spłoszoną.

– Może jednak powinieneś pójść do Poppy... może cię coś... opętało?

Severus fuknął z niecierpliwością. Nic mu nie było. Nic go nie opętało. Czy też nikt. Z całą pewnością wszystkie jego zmysły należały do niego. To znaczy prawie wszystkie, bo...

– Hermiona! – zerwał się na równe nogi. – Merlinie, HERMIONA!

Na nowo ogarnęła go fala paniki, ale tym razem dotyczyła jego, we własnej osobie. Teraz czuł to wyraźnie.

Przerażony spojrzał na Minerwę, która zrozumiała go w jednej chwili. W głowie kołatała mu się tylko jedna potworna myśl.

Zabili ją?! Zabili ją...! Merlinie...

Sparaliżowany strachem osunął się na nowo na fotel i ukrył twarz w dłoniach. Miał ochotę wyć. Krzyczeć. Miał ochotę umrzeć, tu, w tej chwili. Znów stracił kobietę, którą kochał. Ale… czy na pewno stracił?! Może jeszcze jest jakaś nadzieja...

Skupił się starając się poczuć od niej cokolwiek. Jakikolwiek ślad emocji. Cokolwiek. Merlinie, proszę. Błagam...

Prócz ciężko bijącego serca nie czuł, nie słyszał nic. Musi spróbować się z nią skontaktować. Może jest jeszcze jakaś szansa...

– Severusie – odezwała się miękko Minerwa, widząc, że na nowo znieruchomiał. – Czujesz coś? Co...

Potrząsnął głową przecząco i trzęsącą się ręką wyciągnął na wierzch medalion i sięgnął po różdżkę. Minerwa natychmiast odgadła, co chce zrobić. Podeszła do niego i przycisnęła jego różdżkę do biurka.

– Nie, nie możesz !

Wyrwał ją gwałtownym szarpnięciem i zaklęciem wydobył pergamin.

– Severusie, nie możesz! To w niczym nie pomoże...

– CO SIĘ STAŁO?! – już miał rzucić zaklęcie przenoszące myśli na pergamin, kiedy Minerwa potrząsnęła nim.

– Severusie, NIE! Nie rozumiesz? Możesz tym ją zabić!

– Muszę wiedzieć! – jego zdławiony głos niemal go przestraszył.

– Poczekaj trochę! Choć trochę!

– O co ci chodzi, Minerwo?! – wybuchnął, rzucając jej spojrzenie pełne bólu i zarazem jakiejś rozpaczliwej nadziei.

– Jeśli nie żyje, to już jej w ten sposób nie pomożesz! Ale może nic się jej nie stało! Może tylko z kimś od nich rozmawia? I jeśli wyczują ciepły pierścionek, to tylko ją pogrąży! Może nic się nie stało, może po prostu przestraszyła się czegoś, jakieś błahostki...

– Błahostki?! Byłem cały przerażony! A ty mi mówisz, że to miała być jakaś błahostka?! – krzyknął, nadal trzymając w ręku pergamin. – Nic się nie stało?!

– Możesz jej w ten sposób tylko zaszkodzić, nie rozumiesz?!

Severus odrzucił od siebie pergamin ze zdławionym jękiem, odepchnął fotel tak mocno, że przewrócił go na ziemię i odszedł pod okno. Zaczął chodzić nerwowym krokiem odwracając od Minerwy i portretów głowę, zaciskając do bólu pięści i starając się opanować i czekać. Jeszcze trochę. Jeszcze jeden oddech, jeszcze tylko kilka kroków. I jeszcze...

Na myśl, że gdzieś tam Hermiona może być jeszcze żywa, ale uwięziona, że być może właśnie w tej chwili ktoś ujmował różdżkę, żeby rzucić w nią Avadą... a on nic nie mógł zrobić! odchodził od zmysłów. Miał ochotę aportować się gdzieś, choć nie wiedział gdzie, rzucić się jej szukać, już teraz, i zabić wszystkich, którzy ośmielą się ją choćby dotknąć! Musiał czekać, choćby jeszcze chwilę...

W końcu niecierpliwość po prostu eksplodowała w nim. Wrócił do biurka, porwał pergamin i szepnął Scribere. W magiczny sposób litery pojawiły się, rozchwiane, trochę rozmazane i miejscami niezbyt czytelne. Nie ważne! Odpowiedz. Proszę, odpowiedz. Cokolwiek, nie ważne co. Hermiono... Błagam...

Zaczęło się czekanie. Minerwa zaklęciem podniosła fotel, na który osunął się ciężko, oparł się łokciami o kolana, schował twarz w dłoniach i bujał się miarowo do przodu i do tyłu, jak biedne, małe, przerażone dziecko. Patrzyła na jego niemy ból i chciała móc coś zrobić, żeby mu pomóc. Ale nie mogła zrobić nic, zupełnie nic, więc tylko patrzyła.

Żadne z nich się nie odzywało. Nawet Dumbledore na portrecie wpatrywał się w nich w milczeniu, bardzo zaskoczony, bo ta scena przypomniała mu żywo inną, sprzed dwudziestu laty. Milczenie stało się ciężkie, minuty wlokły się jedna za drugą. Minerwa kilka razy podniosła rękę, żeby go poklepać po ramieniu, dodać mu jakoś otuchy, ale w ostatniej chwili ją cofała. Sama zaczęła powoli tracić nadzieję.

Nagle zobaczyła kątem oka, jak na pergaminie coś się pojawiło. Zerwała się z cichym okrzykiem i Severus również poderwał głowę i wbił spojrzenie w pojawiające się litery.

– Nic się nie stało. Wszystko w porządku. A u ciebie?

Severus przeczytał zdanie i nie zrozumiał. Spojrzał na równie zdumioną Minerwę i przeczytał jeszcze raz. Niemożliwe!

– Gdzie jesteś?! Co się dzieje?!

– W pracy. Nic takiego się nie dzieje...

– Więc co to było przed chwilą?!

Nastąpiła chwila przerwy.

– Ach, nic takiego. Aurorzy mieli kilka pytań i troszkę się przestraszyłam, bo zabrali mnie na dół. Ale właśnie wróciłam. Skąd wiesz?

– Odpisała? – usłyszeli głos Dumbledora, więc Minerwa tylko kiwnęła uspokajająco głową, nawet na niego nie patrząc.

Severus nabrał głęboko powietrza.

– Bo poczułem to, co ty czułaś.

– Tak? Och, to musiałeś się trochę podenerwować! W zeszłym tygodniu ktoś napadł na mugola niedaleko mojego domu i mieli parę pytań. Czy go znam i tak dalej. Nic poważnego.

– TROCHĘ podenerwować? – powtórzył osłupiały.

– Może ona po prostu tak teraz reaguje – powiedziała równie zagubiona co on, Minerwa. – Zapytaj jej jeszcze raz.

– Jesteś zupełnie pewna, że wszystko w porządku?

– Absolutnie. Nie martw się. Ten Auror, z którym rozmawiałam, był bardzo fajny, już dawno się tak nie uśmiałam. A jak początek roku?

Severus nie był ani w nastroju, ani w stanie dyskutować o szkole. W tej chwili czuł się jak wypluty. Poza tym był zły, bo odsłonił się całkiem przed Dumbledorem. Do tego cały czas czaiła się w nim odrobina strachu.

Aurorzy zabrali ją do siebie. Udało się, ale równie dobrze mogło się nie udać. Równie dobrze mogli ją zabrać z JEJ powodu. Dziś wszystko dobrze się skończyło, ale czy "następnym razem" też się dobrze skończy? I najważniejsze – KIEDY będzie ten "następny raz"? Coraz bardziej czuł, że czas najwyższy, żeby Hermiona uciekała do Francji. Im bardziej to odwlekali, tym większe było ryzyko. I nie chciał przechodzić przez to po raz drugi. Odetchnie, jak ona już wreszcie ucieknie i będzie bezpieczna. Przypomniał sobie, jak kiedyś obiecał jej, że nigdy nie zostawi w sytuacji zagrożenia i serce na nowo zabiło gwałtownie na myśl o tym, że to, o czym kiedyś rozmawiali, co mu się kiedyś śniło, mogło się wydarzyć właśnie dzisiaj.

– Opowiem ci wszystko później. Spotkajmy się w jutro, musimy poważnie porozmawiać.

Minerwa odsunęła się sądząc, że zaczynają całkowicie prywatną dyskusję.

– Powiem jej, że ma stąd uciekać. Nie chcę jej tutaj. Robi się zdecydowanie zbyt niebezpiecznie – sprostował Severus, widząc jej minę i spojrzał na portret Dumbledora. – Albusie, możesz skontaktować się z Adalbergiem i spytać, co się tam działo? Skoro Aurorzy zabrali Hermionę na przesłuchanie, zapewne przechodzili koło niego.

Dumbledore poprawił swoje okulary połówki.

– Naturalnie, Severusie. Ale, gdybyście byli tak mili i wyjaśnili mi, co się właścicie dzieje...

No tak, przecież on nie śledził naszej rozmowy! Severus ukrył grymas i kiwnął głową.

– Aurorzy ściągnęli Hermionę na jakieś nieformalne przesłuchanie. Napisała nam, że z początku się przestraszyła, ale potem się uspokoiła widząc, że nic takiego się nie stało. A ja po prostu odebrałem to, co czuła. Jesteśmy związani Rytuałem już od dość dawna i z tego powodu mogę odczuwać jej różne silne emocje.

Zdawał sobie sprawę, że Dumbledore może się domyślać prawdziwego powodu, dlaczego on czuł, co ona czuła, Minerwa zaś nie. Do tego trzeba było być sobie bardzo bliskim. A oni byli tak sobie bliscy, jak tylko to było możliwe.

– Powiedziałbym, że tym razem musiały być wyjątkowo silne – stwierdził Albus. – Wyglądałeś... nigdy cię w takim stanie nie widziałem i, skoro już o tym mówimy, nie chciałbym już zobaczyć. Dobrze, już idę spytać czy Adalberg ją widział. I będziemy musieli porozmawiać, jak wrócę. Obawiam się, że za tym wszystkim kryje się coś, czego nie dostrzegamy.

Dumbledore znikł z obrazu. Minerwa popatrzyła na swojego kolegę.

– Myślisz, że to może mieć związek z tym, co robią Smith i Norris?

– Być może... – wreszcie udało mu się zachować spokojny wyraz twarzy. Cóż za wyczyn! – Dlatego jutro każę jej uciekać.

– Jak najszybciej, Severusie. Niech ucieka jak najszybciej.


Norris rozsiadł się z westchnieniem ulgi na fotelu.

– Dobrze, bardzo dobrze. A jak Granger?

– Wróciła prosto do swojego biura. Teraz Aylin i Tyler mają ją na oku. Alain już odłączył jej kominek z sieci Fiuu, ma tylko połączenie z Ministerstwem. I zablokował możliwość używania świstoklików. Zaraz pójdę i rzucę na jej mieszkanie zaklęcie anty–deportacyjne i odetnę jej tyle-fon.

– Jak tylko wejdzie do domu, zablokuj też jej drzwi. Żeby nie mogła w żaden sposób się wydostać.

Smith skrzywił się, co sprawiło, że wyglądał po prostu strasznie.

– Pamiętaj, że może znać zaklęcie znoszące blokadę. Na kominek czy aportacje nic nie poradzi, ale odblokowanie drzwi jest jak najbardziej w jej zasięgu.

– Więc będziemy ją pilnować. Cały wieczór, całą noc i poranek – zdecydował Norris. – Najlepiej jak kilku z nas stanie pod jej drzwiami, a kilku na zewnątrz, na wypadek, gdyby chciała uciec oknem.

– Dlaczego nie zgarnąć jej jeszcze dziś? Tak byłoby najprościej. Wejść do niej do domu...

– Bo chcę, żebyście to zrobili jak najbardziej oficjalnie. Dopadniecie jej, jak tylko wyjdzie jutro z kominka. W Atrium. Im więcej ludzi, tym lepiej!

– Ryzykujemy. Nie podoba mi się to, Peter – zaoponował Smith.

Norris się zdenerwował.

– Wiem, czemu ci się nie podoba! Ty najchętniej dopadłbyś ją już teraz i doskonale wiem dlaczego! Powiedziałem ci NIE. Poza tym nie ryzykujemy. Już jest nasza. Obserwujemy ją tu cały czas. Stąd może już tylko wrócić do domu, a tam zostanie zamknięta całkowicie. Będzie już mogła tylko wrócić jutro rano tutaj, a rano będziecie już czekać na nią z gromadą Aurorów! Teraz tylko trzeba pozwolić jej wejść do naszej pułapki.

Smith podniósł się krzywiąc się nadal i wyszedł niezadowolony.

Norris miał rację. O wiele bardziej wolał zająć się Granger osobiście. Właśnie miał cudowną próbkę tego, co mógłby z nią zrobić, gdyby ją dostał tak, jak Norris mu obiecał.

Pomysł wzięcia kobiety wbrew jej woli był szalenie podniecający, ale to nie było wszystko. Największą przyjemność sprawiało mu zmuszanie kobiet do uległości i posłuszeństwa. Im bardziej były dumne, odważne i niezależne, tym większą miał zabawę z powolnego doprowadzania ich do stanu, w którym poddawały mu się zupełnie, ale z niemym protestem w oczach.

Dlatego gwałcenie kobiet w Azkabanie było średnią przyjemnością. Praktycznie od razu pozwalały mu na wszystko. Na samą myśl o tym, jak mógłby się zabawiać z Granger, był podniecony do szaleństwa.

No i Granger miała jedną, bardzo ważną zaletę. Nie zaszłaby w ciążę, jak inne jego zabawki, więc mógłby ją zatrzymać do chwili, aż by mu się znudziła...

Tymczasem Peter miał inny, olśniewający jego zdaniem, pomysł. Postanowił wrobić ją w morderstwo.


Tuż przed dwunastą drzwi do sekretariatu otworzyły się gwałtownie i Auror nie tyle wszedł, co wpadł do środka. Był wyraźnie poruszony.

– Proszę wszystkich o nieopuszczanie biur aż do odwołania – powiedział rozkazującym tonem. – Zakaz wychodzenia na Pokątną, do mugoli czy do domów.

Hermiona i Aylin spojrzały po sobie zdumione.

– Przecież za chwilę jest lunch? – stwierdziła Aylin, zerkając na zegarek.

– Jak powiedziałem, nie wolno państwu opuszczać gmachu Ministerstwa. Możecie iść do kantyny. Czy tak, czy inaczej wyjścia z Atrium są już zamknięte.

Do sekretariatu zajrzał Rockman stając w uchylonych drzwiach.

– Aulus – zagadnął Aurora. – Co się dzieje?

Odpowiedź była krótka i szokująca.

– Minister nie żyje. Został zamordowany.

Aylin krzyknęła głośno, a Hermiona aż wstała i zasłoniła usta dłonią. Rockman oparł o ścianę.

– CO?! Kiedy? Gdzie?!

– Przykro mi, ale nie wolno mi w tej chwili udzielać dalszych informacji. Zostańcie na miejscach i nie kręćcie się nigdzie – poprosił Aulus już mniej oficjalnym tonem. – Naprawdę mamy teraz poważniejsze sprawy na głowie niż bieganie za wami wszystkimi.

– Jasne, Aulus. Nie ruszymy się stąd dotąd, aż nam nie pozwolicie – powiedział Rockman. – Hermiono, Aylin, słyszałyście?


Ricky spojrzał na zegarek podchodząc do niewielkiej furtki. Dochodziła szósta, więc miał nadzieję, że Hermiona jest już w domu. Zadzwonił domofonem, ale nikt nie odpowiadał.

Merde! Ricky nacisnął jeszcze raz przycisk. Jeśli jej nie będzie to trudno, wrzucę jej kopertę wiadomość przez drzwi wejściowe, a pogadać pogadamy kiedy indziej.

Nadal nikt nie odpowiadał, więc chłopak wsunął rękę do kieszonki marynarki, ujął różdżkę i wyszeptał Alohomora. Zamek szczęknął i furtka się otworzyła. Wszedł na klatkę schodową i ruszył powoli na górę.

Kiedy dotarł na drugie piętro i zakręcił, żeby podejść do drzwi Hermiony, które znajdowały się przeciwnej stronie niż kraniec schodów, zobaczył pod jej drzwiami dwóch facetów. Jednego z nich, ze szramami na twarzy, poznał natychmiast. Drugi, młody, w porozciąganym, niechlujnym ubraniu musiał być tym zwariowanym naukowcem z Kliniki.

Mais qu–est ce qu'ils foutent ici? (Co oni tu do cholery robią?!) Nie zwalniając kroku i odwróciwszy od nich wzrok przeszedł cały podest, aż do schodów na trzecie piętro i poszedł na górę tym samym miarowym krokiem.

Równocześnie zastanawiał się gorączkowo co zrobić. Jeśli Smith i Watkins stali pod drzwiami mieszkania Hermiony, z pewnością nie oznaczało to nic dobrego! Może to było właśnie to, co kazał mu szukać Severus Snape?

Musiał się przekonać. Podszedł do okna, z którego miał widok na zewnątrz i udając, że rozmawia przez telefon zaczął patrzeć, co się dzieje na zewnątrz.

Tam, w bramie na przeciwko! Ten przystojniak to musiał być Stone, a ten drugi... Benson! Merde, merde, merde!

Ricky rozejrzał się dookoła szukając jakiegoś pomysłu. Jego wzrok padł na jakąś ulotkę leżącą pod drzwiami mieszkania niedaleko. I nagle przyszło mu coś do głowy.

Używając Geminio stworzył ze dwadzieścia kopii ulotki i zaczął podchodzić do każdego mieszkania i wkładać ją w drzwi. Potem, przybierając cierpiętniczą minę, zszedł na drugie piętro, wsunął ulotki w drzwi dwóch mieszkań tuż przy zejściu ze schodów i ruszył w kierunku mieszkania Hermiony.

– Panowie tu mieszkają? – spytał, podchodząc do Smitha i Watkinsa. – Mam uloteczkę. Mamy właśnie promocję na nowe okna...

Zbliżył rękę do drzwi i w tym momencie Smith chwycił go za nią i odepchnął do tyłu.

– Znikaj stąd, ale już! – warknął cicho.

Ricky złapał równowagę i odskoczył do tyłu.

– Przecież tylko chcę wam dać ulotkę! – zawołał.

– I zamknij się! – warkot był jeszcze cichszy, co wcale nie oznaczało, że zabrzmiał łagodniej.

Ricky wytrzeszczył oczy i machnął ręką.

– Dobra, już dobra! Spadam stąd! Wariaci, jak Boga kocham... odwaliło wam zupełnie... Znikaj stąd, też mi coś... ja tu pracuję, bando nierobów! Cholera... – oddalił się od nich mrucząc pod nosem. Miał nadzieję wyglądać jak typowy mugolski roznosiciel ulotek.

Zbiegł po schodach na sam dół i wyszedł na ulicę. Pilnując się, żeby nie spojrzeć w kierunku bramy otworzył furtkę i poszedł dalej.

Było źle, bardzo źle. Coś się stało, skoro ich czterech pilnowało jej domu! I nie pozwolili się zbliżyć do jej drzwi! Może nawet było ich więcej, ale ich nie zauważył?

Gdy zniknął za rogiem, puścił się biegiem aż wpadł na tyły następnego budynku. Oparł się o ścianę i spróbował zadzwonić do Hermiony. Rozległ się jakiś dziwny, pulsujący sygnał. Merde! Rozłączył się i spróbował jeszcze raz. To samo! I jeszcze raz. Ciągle to samo. Ten pieprzony telefon nie działał! Merde, putain, merde! Chwilę gorączkowo się zastanawiał.

Sęk w tym, że Jean Jacques powiedział mu wyraźnie, że nie wolno mu używać żadnych czarodziejskich sposobów na komunikację i podróżowanie. Powinien wrócić na dworzec metrem, złapać z powrotem pociąg do Dover i stamtąd wahadło między Dover i Calais. I dopiero stamtąd mógł aportować się do Paryża.

Ale to by trwało zdecydowanie za długo! Musi go dopaść natychmiast! Może Jean Jacques coś wymyśli!

Rozejrzał się bacznie dookoła, sięgnął po świstoklik do Ministerstwa Magii w Paryżu, popatrzył jeszcze raz, czy nikogo nie ma i aktywował go. Szarpnęło go za pępek i znikł.

W następnej sekundzie zwalił się na ziemię na znajomym, wysadzanym kostką dziedzińcu. Podniósł się i pognał do wielkich drzwi wejściowych, po raz drugi dzisiejszego dnia.

W Paryżu, z uwagi na różnicę w czasie była godzina później. Jego zegarek sam się przestawił i wskazywał teraz prawie dwadzieścia po siódmej, nic więc dziwnego, że na Acceuil nikogo nie było. Ricky wbiegł po schodach na drugie piętro i załomotał w drzwi biura Jean Jacquesa. Nikt nie odpowiedział, więc pchnął drzew i wpadł do środka. Pusto. Wykrzywił się mocno. Merde! Pewnie już wyszedł! Podbiegł szybko do portretu młodej czarownicy wiszącego na ścianie.

– Eugenio, Jean Jacques wyszedł już dawno temu? – spytał jej. Oparł się jedną ręką o biurko i zwiesił głowę i próbował złapać oddech.

– Jeszcze nie wyszedł, siedzi na naradzie z Ministrem – odparła dziewczyna spokojnie, przyglądając się mu krytycznie.

– Muszę z nim rozmawiać! Natychmiast! To bardzo ważne!

– Ich narada też jest ważna.

– Eugenio, lecę prosto z Anglii! Nie biegałbym, jak kretyn tylko dla rozrywki! Jeśli się nie pospieszymy, ktoś umrze, rozumiesz?! Proszę, znajdź go i przyprowadź! Albo powiedz mi, gdzie on jest!

Eugenia westchnęła i znikła z obrazu. Zanim wróciła, zaczął wreszcie oddychać normalnie.

– Jest w dużej sali konferencyjnej. Powiedział, że wyjdzie przed drzwi – powiedziała z powagą Eugenia, pojawiając się na obrazie.

– Jesteś cudowna, wiesz?! – zawołał i nie czekając na odpowiedź pobiegł na czwarte piętro, do sali konferencyjnej.

Jean Jacques czekał już na niego przytrzymując drzwi jedną ręką. Wyglądał na zmęczonego.

– Ricky? Co się dzieje?! Nie mam za dużo czasu...

– Nie pytaj co dokładnie, bo nie wiem, JJ! Pojechałem prosto do Hermiony, a tam cała banda stała pod jej domem i drzwiami! Nie pozwolili mi nawet ich dotknąć – wyrzucił z siebie Ricky. – Cholera, wygląda tak, jakby ją pilnowali.

– Putain, merde! – zawołał Jean Jacques, blednąc mocno. – Teraz ? Zaraz, jak ci się udało…

– Olałem twoje zakazy i świsnąłem spod jej domu bezpośrednio tutaj! Nie mamy czasu do stracenia!

Jean Jacques zgodził się z nim natychmiast. Zrobił jakiś dziwny pląs, bo chciał biec do swojego biura i równocześnie pomyślał, że przecież trzeba wrócić do sali, żeby powiadomić Ministra. Drzwi załomotały, bo cały czas trzymał rękę na klamce.

W końcu gestem kazał Ricky'emu czekać i wszedł do sali. Jeden z jego kolegów właśnie coś wyjaśniał, ale przerwał mu.

– Panie Ministrze, Xavier, najmocniej proszę o wybaczenie, ale muszę was opuścić. Mam szalenie ważną sprawę do załatwienia.

Charles Chevalier spojrzał na niego badawczo.

– Ważniejszą niż ta, o której dyskutujemy?

Jean Jacques kiwnął niecierpliwie głową.

– Nie mogę o niej w tej chwili rozmawiać. Ale jestem pewien, że pan zrozumie, jak będę mógł to wyjaśnić. A teraz naprawdę muszę już iść. To... nie może czekać...

– Dobrze, idź już. Przyjdę do ciebie za chwilę.

– Dziękuję!

Jean Jacques zatrzasnął za sobą drzwi i z Rickym ruszyli pędem na dół

– Powiedz dokładniej, co się stało – mówił Jean Jacques, zbiegając po dwa stopnie.

– Chciałem z nią porozmawiać i dać jej twoją kopertę... – Ricky zeskoczył z ostatnich stopni. – I pod jej drzwiami zobaczyłem Smitha i Watkinsa... – zeskoczył na kolejny podest. – Nie pozwolili mi nawet dotknąć jej drzwi, rozumiesz?! A przed domem stał Benson i Stone. Udawałem, że roznoszę ulotki i chciałem im dać jedną, ale kazali mi się zamknąć i spadać.

– Spadać? Gdzie? – nie zrozumiał Jean Jacques, wpadając do gabinetu.

– Och, to takie popularne określenie na „wynoś się stąd".

Jean Jacques wsunął ręce we włosy i zaczął chodzić po biurze. Po chwili widać podjął decyzję, bo zatrzymał się nagle.

– Lecę tam. Teraz. Powiesz Ministrowi, jak przyjdzie, że to dotyczy Hermiony i wyjaśnisz mu, o co chodzi!

– Gdzie lecisz, oszalałeś?! Przecież tam jest Benson!

W tym momencie drzwi otworzyły się i wszedł Minister. Ricky natychmiast go poznał i ukłonił mu się nisko.

– Witam – odpowiedział mu Minister i natychmiast zwrócił się do Jean Jaqcuesa. – Jean Jacques, co się dzieje?

– Tu chodzi o Hermionę Granger, panie Ministrze! Ricky – Jean Jacques wskazał rudzielca – właśnie wrócił z Londynu. Odkryli ją! Czwórka z tych, przeciw którym ona i Severus walczą, obstawiła jej dom i jej pilnują! To znaczy, że ją odkryli! Że wiedzą o niej! Więc w każdej chwili mogą ją zlikwidować!

Ze zdenerwowania mówił chaotycznie, ale Minister natychmiast wszystko zrozumiał.

– Bardzo dobrze zrobiłeś nie czekając. Trzeba ją stamtąd wyciągnąć. Natychmiast.

„Natychmiast" było powiedziane bardzo stanowczym tonem, co trochę otrzeźwiło Jean Jacquesa. Spróbował się skoncentrować i myśleć logicznie, choć nie było to łatwe. Wbił znów wzrok w podłogę, jakby to mu pomagało.

– Ricky, czy ona już wróciła do domu?

– Nie wiem. Kiedy do niej dzwoniłem, nikt nie odbierał, ale może już teraz jest.

– Może ich jeszcze nie wypuścili z Ministerstwa? – powiedział z nagłą nadzieją Jean Jacques i po sekundzie oklapł. – Ale w takim razie jeszcze tam jest, co na jedno wychodzi. Mogą ją dopaść w Ministerstwie.

– Jak to „wypuścić"? Zamknęli tam kogoś? – zdziwił się Ricky.

– Z pewnością nie – zaopiniował równocześnie Minister. – Nie sądzę, żeby zrobili to na oczach dziesiątek ludzi.

– Dziś w południe ktoś zamordował ich Ministra – wyjaśnił Jean Jacques Ricky'emu. – W jego własnym gabinecie.

Ricky zaklął paskudnie. Jean Jacques rzucił nerwowo okiem na zegarek i aż jęknął w duchu, bo czas płynął nieubłaganie. Pospieszmy się... Merlinie, pospieszmy się!

– Są dwie możliwości – rzekł Minister, opierając się o brzeg fotela. – Albo jeszcze nie wróciła, w takim razie trzeba ją ostrzec, albo wróciła i trzeba ją stamtąd wyciągnąć.

– Do Ministerstwa nie wejdę, bo dla nich jestem mugolem. JJ też nie może, bo Benson natychmiast go rozpozna, jeśli tam będzie – zaprotestował Ricky. – Ba, żaden z was nie wejdzie, bo was poznają.

– Świstoklik do niej do domu? Możnaby na nią czekać i jak tylko wróci, uciec razem z nią.

– Niestety nie, panie Ministrze. Nikt do niej wejdzie bez haseł do osłon na obu wymiarach...

Jean Jacques uderzył wściekle pięścią w otwartą dłoń.

– Że też nie spytaliśmy jej o hasła!

– Kominek? – próbował dalej Minister.

– To samo. Bez haseł nie da rady. Pewnie dlatego te zbiry siedzą przed jej domem, bo nie mogą się dostać do środka.

Minister potarł skronie. Dzisiejszy dzień był wyjątkowo ciężki. Westchnął i zaczął szukać innego wyjścia.

– Można ich jakoś powstrzymać?

– Musielibyśmy pójść całą grupą... Widziałem czterech, ale może było ich więcej?

Jean Jacques pokręcił głową coraz bardziej zrozpaczony.

– Poza tym doszłoby wtedy do pojedynku w świecie mugoli. Cholera! – jęknął, łapiąc się kolejny raz za włosy, niepomny na towarzystwo Ministra.

Charles Chevalier spojrzał na niego, ale nic nie powiedział. Sam zaczynał czuć to samo.

– Poza tym za długo by to trwało. Nie mamy czasu...

Jean Jacques dopowiedział sobie resztę. Dopadną ją, jak tylko wejdzie do domu.

Z nich wszystkich Ricky był chyba najmniej zdenerwowany, bo najmniej znał Hermionę. Była dla niego tylko jedną z wielu osób, które chronił czy ubezpieczał. Na całe szczęści, bo to pozwoliło mu myśleć trzeźwiej.

– Ktoś jeszcze zna jej hasła?

Jean Jacques kiwnął głową.

– Severus Snape – zmarszczył brwi. – Ale w Hogwarcie też nie możemy pojawić świstoklikiem ani się aportować. W żadnym wymiarze. Sowa odpada, a nasze teleportery nie... Pieniądze! – zawołał nagle i rzucił się do biurka. – Jak mogło mi to natychmiast nie przyjść do głowy! – rozrzucał na boki pergaminy, księgi, rozmaite notatki, zamaszystym gestem odgarnął na bok plik listów i złapał mały skórzany woreczek. Jednocześnie starał się im wyjaśnić, o co mu chodzi. – Hermiona dała mi i Severusowi monety, na które rzuciła zaklęcie Proteusza! To, co którekolwiek z nas napisze na swojej, pojawi się na innych! W ten sposób możemy skontaktować się z Severusem!

Minister wyprostował się z nagłą nadzieją.

– W ten sposób możemy ostrzec Mademoiselle Granger!

– Dokładnie! – poparł go Ricky. – Nie traćmy czasu na szukanie hasła, jeśli możemy ją ostrzec!

Oboje otoczyli Jean Jacquesa, który wydłubał monetę, starego mugolskiego franka. Nie było na nim wiele miejsca, więc niewiele się namyślając napisał do niej tylko jedno, jedyne słowo i dorzucił znaczek Legranda. Potem osunął się na fotel.

– Teraz pozostaje nam tylko czekać – powiedział pełnym napięcia tonem.

– Już? – spytał zdumiony Ricky. – Ja nie widzę tu nic szczególnego... Jak ona ma to dostrzec?

– Bo teraz jej moneta zrobi się ciężka i poczuje ją. Jeśli oczywiście zawsze nosi ją w kieszeni... – dodał z trwogą.

Trójka mężczyzn pochyliła się i wpatrzyła z błyszcząca monetę. Nie mogli zrobić już nic więcej. Minister westchnął ciężko, a Jean Jacques na nowo złapał się za włosy.


Hermiona wróciła do domu dopiero o szóstej. Była wściekle głodna i straszliwie zmęczona. Zapewne z głodu zaczęła ją boleć głowa, więc pierwszą rzeczą po wyjściu z kominka było wypicie całej fiolki eliksiru przeciwbólowego. Następnie poszła do kuchni, włączyła światło, bo z powodu grubych firanek zaczęło być już ciemnawo i wstawiła do mikrofalówki resztkę spaghetti bolognese, która znalazła w lodówce. Z trudem opanowała się i doczekała, aż makaron się podgrzeje. Szczerze mówiąc miała ochotę zjeść wszystko na zimno, z plastykowym pojemniczkiem włącznie.

Wypuścili ich dopiero po wpół do szóstej. W Atrium była cholerna kolejka do kominków i nawet przyszło jej do głowy, że mogłaby wyjść na górę przez toaletę i aportować się do domu, ale z daleka już widać było, że kolejka do toalet była taka sama. Normalne, wszyscy pracownicy Ministerstwa wychodzący o tej samej porze...

Dosłownie pożarła makaron i dopiero wtedy zrobiła sobie herbatę. Czekając aż się zaparzy pogłaskała łaszącego się do jej nóg Krzywołapa i nagle poczuła, jakby ktoś wrzucił jej coś ciężkiego do ukrytej kieszeni.

Sięgnęła do niej i na samym dnie znalazła ciężką monetę. Obróciła ją pod kątem do okna i odszukała wiadomość.

R U N ! ! L ̈ ̤ ˥

Wytrzeszczyła oczy, w pierwszej chwili nie rozumiejąc, co czyta. W następnej to do niej dotarło, ale nadal nie rozumiała do końca. Mam uciekać? Ale dlaczego... co się dzieje..?

Ogarnął ją strach, ale taki trochę bez przekonania. Raczej coś na kształt zaniepokojenia.

Musiała się upewnić. Stuknęła różdżką w monetę.

?

Na odpowiedź nie musiała długo czekać.

NOW!

Merlinie...Potoczyła bezradnym wzrokiem dookoła. Miała uciekać teraz? Zaraz? Przecież w domu była bezpieczna... Nagle przypomniała sobie dziwnego lumpa na klatce schodowej sprzed paru dni i coś zaczęło do niej docierać. Wiedziała, że Severus prosił Ricky'ego o sprawdzenie, co się dzieje dookoła nich, żeby upewnić się, że dziwne wizyty Smitha u Norrisa nie mają z nimi nic wspólnego. A może jednak miały? Przecież ten lump mógł być kimś innym, tylko wypił wielosokowy...?

Nagle poczuła się zdecydowanie mniej bezpiecznie u siebie w domu. Rozejrzała się niepewnie i po raz kolejny stuknęła różdżką w monetę.

OK. 2Sev.

Wyciągnęła magiczny pergamin i w tym momencie usłyszała jakiś hałas na klatce schodowej. Serce nagle podeszło jej do gardła i dźgnęła pergamin różdżką pisząc równocześnie do Severusa jak i do profesor McGonagall.

– Opuśćcie osłony!


Jean Jacques odetchnął głośno z ulgą i osunął się bezwładnie w fotelu.

– Udało się – powiedział, uśmiechając się. – Merlinie, udało się.

Kosmyk włosów opadł mu na twarz, ale chwilowo nie miał nawet siły unieść ręki, żeby go odgarnąć.

Ricky spojrzał jeszcze raz na monetę, na której widniało OK. 2Sev i również się uśmiechnął.

– JJ, ten pomysł z monetami był genialny! Będę musiał go wykorzystać!

Minister również odetchnął, choć nie okazał tego po sobie.

– Jean Jacques, bardzo się cieszę, że się udało, ale nie zapomnij, że na górze czekają na nas pewne sprawy do dokończenia. Idziemy. Weź ze sobą tą monetę, może Mademoiselle Granger będzie chciała jeszcze się z tobą skontaktować. Ricky – odwrócił się do rudzielca. – Bardzo panu dziękuję. Doskonale się pan spisał.

Ricky wyprotował się jak struna.

– To ja dziękuję, panie Ministrze. I cieszę się, że to się tak skończyło. – Czasami jego akcje kończyły się zdecydowanie mniej cudownie, ale nie był to najlepszy moment na rozmowę o tym.

Minister uścisnął mu rękę i kazał wracać do domu odpocząć. Jean Jacques z trudem wstał, mrugnął do chłopaka i poklepał go po ramieniu.

– Miałeś genialny pomysł, żeby... jak to mówiłeś? Olać? Moje instrukcje. Inaczej w tej chwili byłbyś jeszcze w mugolskim metrze! Dziękuję ci, naprawdę!

Otworzył drzwi przed Ministrem i wyszli na korytarz. Faktycznie, na górze czekali na nich koledzy z innych Departamentów i Sekcji, żeby zdecydować, co zrobić w obliczu zabójstwa brytyjskiego Ministra Magii.


Severus siedział w gabinecie Minerwy z Filiusem, Pomoną i Horacym i omawiali nowy system szlabanów. Miał już zdecydowanie dość obecnego, który nie tylko nie trzymał w ryzach młodzieży, ale i sprawiał, że mieli mniej czasu na naukę. W związku z tym na kolejne lekcje przychodzili nienauczeni, rozumieli coraz mniej, więc łapali kolejne kary i tak dalej... i odnosił wrażenie, że niektórzy właśnie w ten sposób staczali się do grupy tych mniej zdolnych, a bardziej rozrabiających. Błędny krąg. Jego propozycją było dawanie w ramach szlabanów dodatkowych zajęć, dodatkowych prac domowych z przedmiotów, w których byli słabi.

Minerwa i Severus drgnęli jednocześnie, kiedy medalion i bursztynowy wisior poparzyły ich. Minerwa skrzywiła się lekko z bólu, ale Severus zacisnął zęby i odsunął medalion ręką przez tkaninę szaty.

Coś się stało! Coś z Hermioną! Cholera...! Zdecydowanie, dzisiejszy dzień należał do ciężkich i zaczynał już marzyć o tym, żeby się skończył. Serce znów zaczęło walić mu w piersi. Sam już nie wiedział, które z nich właśnie się denerwuje. Być może oboje.

Porozumiał się z Minerwą wzrokiem i zrozumiał, że ona myśli o tym samym.

– Minerwo... muszę... – nie dokończył.

Oboje wstali i przeszli do jej komnat. Równocześnie wyjęli pergaminy i przeczytali wiadomość od Hermiony.

– Merlinie! Opuszczaj natychmiast! Ja idę do siebie! – syknął Severus do Minerwy i wypadł z jej komnat.

– Skończymy jutro – powiedział, nawet nie patrząc na trójkę, wpatrzoną w niego w zdumieniu, drżącą ręką sypnął trochę proszku Fiuu do kominka i wskakując w zielone płomienie warknął „Gabinet dyrektora!"

Minerwa w odruchu paniki zdjęła osłony z całego zamku.

– Już!

Po czym wyszła z komnat prosto do kominka i sypiąc proszek mruknęła jakieś przeprosiny i znikła.

Filius, jedyny, który domyślał się, co się dzieje, zeskoczył z krzesła.

– Wiem, że zabrzmi to dziwnie, ale sądzę, że musieli się czegoś dowiedzieć... może w sprawie Shaklebolta? W każdym razie do jutra...


Hermiona czekała w napięciu na odpowiedź. Na klatce coś się działo, ktoś tam chodził. Czasem to się zdarzało, ale dziś, teraz, odbierała to zupełnie inaczej. Kątek oka obserwowała drzwi, a szczególnie klamkę. Nic się nie ruszło... Ale nie chciała do niej podchodzić. Zaczęła się bać. Wolała zostać w oświetlonej kuchni niż iść do ciemnego przedpokoju, choć doskonale zdawała sobie sprawę, że to jest całkowicie irracjonale. Tak jakby z ciemności mogło się coś wynurzyć i ją powrać...

Przywołała świstoklik, który leżał na półeczce w korytarzu i zaprogramowała go na Hogwart. I co chwila zerkała na pergamin

Nagle pojawiły się na nim słowa Już! Równocześnie z klatki schodowej dobiegło jakieś wołanie, więc nie zastanawiając się zgarnęła pergamin, aktywowała świstoklik i zniknęła w wirze barw.


Severus wypadł z kominka i ruszył do swoich komnat. Słysząc hałas, Dumbledore na portrecie obudził się i poprawił okulary połówki. Severus już chciał otworzyć różdżką drzwi, kiedy te same się otwarły i wyszła z nich Hermiona. Wyszła i rzuciła się tak gwałtownie w jego kierunku, że potknęła się i zatoczyła prosto w jego ramiona. Świstoklik upadł na ziemię i potoczył się aż pod okno.

– Co się stało?! – zapytał zaskoczony, podtrzymując ją i pomógł stanąć. – Hermiono... co się dzieje?

Z kominka wypadła Minerwa i aż złapała się za serce na widok dziewczyny.

– Hermiono... – podparła się o biurko, zapominając natychmiast o osłonach. – Wszystko z porządku?

Dziewczyna skinęła głową, obejrzała się całkiem odruchowo za siebie i nabrała powietrza. Była bezpieczna. Wreszcie.

– Nie wiem... Jean Jacques wysłał mi wiadomość na funcie, że mam uciekać. Teraz – wyjaśniła, spoglądając na Severusa, Minerwę i Dumbledora jeszcze przestraszonym wzrokiem, ale z wolna się uspokajając.

Severus zacisnął mocniej ręce na jej ramionach.

– Kiedy ci to powiedział?! Teraz?!

– Dokładnie przed chwilą.

Severus zaklął cicho pod nosem. Coś było nie tak. Nie rozumiał tego, nie ogarniał, ale wyraźnie czuł. Nagle ostrzeżenie Jean Jacquesa tylko potwierdzało jego mgliste odczucia.

– Najwyższy czas, żebyś uciekła. Napisz natychmiast do Jean Jacquesa, że za chwilę zjawisz się u niego – powiedział kategorycznym tonem.

– Ale...

– Nie ma żadnego „ale", Hermiono. Już i tak czekaliśmy zbyt długo. Nie widzisz tego?

Dziewczyna przygryzła dolną wargę.

– Stanowczo popieram decyzję Severusa – powiedział Dumbledore. – Dwa razy dziś znalazłaś się w niebezpieczeństwie. Trzecim razem możesz nie mieć tyle szczęścia.

Hermiona odruchowo spojrzała na swoją byłą profesor, która potaknęła i usiadła w fotelu.

– Hermiono, ukryłaś swoich rodziców nie bez powodu. Zgadzam się z Severusem.

– Nie ma żadnej dyskusji! – uciął dyskusje wyraźnie zniecierpliwiony Severus. – Pisz do Jean Jacquesa!

Hermiona sięgnęła do kieszeni po monetę i nagle zamarła.

– Krzywołap! Tam został Krzywołap! Nie mogę go tam zostawić! – zawołała rozpaczliwie do Severusa i zakryła sobie usta dłonią.

– Cholera jasna! – zaklął znów.

I widząc, że dziewczyna zamierza przywołać świstoklik, przytrzymał jej różdżkę.

– Mowy nie ma!

– Ale Severus...

– Pójdę po niego.

– Och... – Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć.

Już chciał zrobić to samo – przywołać świstoklik, kiedy przyszło mu do głowy, że absolutnie nie powinien pojawiać się w mieszkaniu Hermiony w normalnym wymiarze. Jean Jacques kazał jej uciekać natychmiast, wyglądało to tak, jakby dowiedział się całkiem nagle, że zdecydowali się ją złapać... Może udało im się złamać hasło?

Jej noga już tam nie postanie, w żadnym wypadku!

– Minerwo, zdejmij osłony, muszę się tam aportować.

Czarownica wyprostowała się gwałtownie.

– Merlinie, zupełnie o nich zapomniałam!

– Zaraz powinieniem wrócić – machnął różdżką i znikł im z oczu, przenosząc się do drugiego wymiaru.

Aportował się w korytarzyku. Przez chwilę nasłuchiwał, żeby przekonać się, czy ktoś u niej jest. Wyglądało na to, że nikogo nie było.

Na kanapie w salonie kota nie było, więc poszedł do sypialni. Na szczęście drzwi były otwarte. Kot spał zagrzebany w puszysty koc, więc przeniósł się do normalnego wymiaru, wziął szybko zwierzę na ręce i błyskawicznie zmienił wymiar. Kiedy kot zamiauczał niezadowolony, byli już niewidoczni i niesłyszalni dla kogoś, kto mógłby być ukryty w jej mieszkaniu. Obrócił się dookoła i zniknął.

Gdy pojawił się na powrót w Hogwarcie, kot wyrwał mu się z rąk i zeskoczył na ziemię. Hermiona rzuciła się ku niemu i przytuliła mocno.

– Krzywołapku... Dziękuję, Severusie – podniosła głowę i uśmiechnęła się lekko.

– Napisz do Jean Jacquesa.

Sięgnęła posłusznie do ukrytej kieszeni, ale go nie znalazła. Prawda, został na stole w kuchni! Westchnęła ciężko i skrzywiła się.

– Masz gdzieś swój galeon? Zostawiłam funta w domu... Chyba, że...

Severus właśnie wznosił na nowo osłony na cały zamek, więc nie zareagował. Odczekała chwilę patrząc, jak jej kot nieufnie obwąchuje wszystko dookoła. Wyraźnie nie czuł się tu jak u siebie w domu.

– Wypuść go na zewnątrz. Powinien poznać zamek, przecież spędził tu prawie całe życie – poradziła jej profesor, patrząc jak kot nagle zjeżył się, kiedy Dumbledore poruszył się na portrecie.

Hermiona otworzyła usta chcąc zaprotestować, ale uświadomiła sobie, że nikt nie powinien zobaczyć jej kota w gabinecie dyrektora. Poza tym nie bardzo widziała Severusa niańczącego Krzywołapa.

Wyniosła więc kota aż na korytarz, wycałowała i wypuściła. Gdy wróciła do gabinetu, Severus już skończył rzucać osłony na zamek i znalazł monetę. Usiedła koło niego i napisała na niej HG go2U où? (où - gdzie) Żeby wiedzieć, kiedy dostanie odpowiedź, położyła ją sobie na ręku.

– Czekając aż odpisze, powiedz nam, co wydarzyło się dziś rano. Ze szczegółami – zażądał Severus.

– No więc... nie wiem nawet, która była godzina, kiedy do sekretariatu przyszedł jakiś Auror, kazał mi oddać różdżkę i pójść ze sobą na dół. Zaprowadził mnie do Sali Przesłuchań i powiedział, że zaraz ktoś do mnie przyjdzie i wyszedł.

– Zabrał ci różdżkę?

Dziewczyna potrząsnęła głową.

– Tak, ale na krótką chwilę. Po chwili... może po minucie, oddali mi ją. Wiem, że do tego mają prawo.

– Byłaś cały czas sama? – spytała Minerwa.

– Może przez minutę. Potem przyszedł inny Auror i oddał mi różdżkę. Przeprosił za zachowanie swojego kolegi, powiedział, że tamten dopiero co zdał egzaminy, a zachowuje się jak, nie przymierzając, Najwyższy Sędzia Wizengamotu – uśmiechnęła się na wspomnienie jego miny. Wyraźnie nie przepadali za sobą. – Powiedział mi, że po prostu potrzebują mojej pomocy. Wyjaśnił, że trzy domy dalej... niedaleko fryzjera – popatrzyła na Severusa – napadnięto na mugola i wygląda na to, że zrobił to jakiś czarodziej. Więc prosił o przypomnienie sobie, czy tydzień temu nie widziałam niczego podejrzanego, czy nie znam go i czy nie słyszałam, żeby coś dziwnego działo się wieczorami w mojej dzielnicy. Ale nie mogłam mu pomóc, więc po chwili zaczął opowiadać o paru śmiesznych przypadkach, które przytrafiły mu się w pracy...

– Musiałaś coś podpisywać? Jakieś zeznanie?

– Protokół z przesłuchania? – dorzuciła Minerwa.

– Nie... Ale to nie było oficjalne przesłuchanie.

Severus skrzywił się.

– Ktoś was widział?

– O tak! W czasie naszej rozmowy przyszedł jakiś stażysta z paroma pytaniami, a po chwili zajrzał do sali ktoś inny. Nie wiem kto. I spytał, czy jeszcze długo będziemy siedzieć, bo będzie potrzebował tej sali. Myślisz, że... – popatrzyła na niego wielkimi oczami.

– Nie wiem, co myśleć. Nie podoba mi się to. Co było dalej?

Dalej jeszcze chwilę żartowali na temat Harry'ego i potem Auror podziękował jej i wróciła do siebie.

– Nic specjalnego – podsumowała.

– Znasz tych dwóch Aurorów, z którymi rozmawiałaś? – usłyszała głos z portretu. – I tych, którzy weszli w trakcie waszej rozmowy?

Obróciła głowę w stronę Dumbledora i zaprzeczyła. Ale nie było w tym nic dziwnego, nie musiała za często chodzić na Poziom Drugi, więc znała tylko kilku z widzenia.

– Co było, jak wróciłaś do siebie? – zapytała Minerwa.

– Pomagałam Aylin. Rockman powiedział mi, że ponieważ mój projekt się skończył, tymczasowo wracam do sekretariatu.

– Jednym słowem byłaś tylko z Rockmanem i Aylin, tak? To tak jakbyś...

– Ale co jakiś czas przychodzli do nas różni ludzie. Przyszedł Jimm Blunt i Dirk z Urzędu Łączności z Goblinami, na chwilę wpadła sekretarka Collinsa... I jeszcze jeden czarodziej, którego nie znam.

Minerwa zacisnęła usta, Dumbledore pocierał złączonymi palcami nasadę nosa, a Severus patrzył zamyślonym wzrokiem gdzieś przed siebie.

– Masz rację, Severusie. Mi też się to nie podoba – zaopiniował w końcu Dumbledore. – Jest coś, czego nie dostrzegamy.

Nagle moneta zrobiła się ciężka i Hermiona drgnęła.

– Co napisał? – pochylił się ku niej Severus, gdy podniosła ją ku światłu.

– Za godzinę w ... Ministerstwie – odszyfrowała wiadomość.

– Chcą cię trzymać w Ministerstwie? – zdziwiła się Minerwa.

– Być może to po prostu miejsce spotkania.

Chwilę jeszcze rozmawiali o ostatnich wydarzeniach. Wiedzieli, że Norris i Smith coś robią na własną rękę, ale Ricky nie znalazł nic dziwnego, dziś rano Hermionę wezwali Aurorzy i choć wyglądało to na niewinną prośbę, w zestawieniu z zabójstwem Kingsleya i nagłym ostrzeżeniem Jean Jacquesa w jednym i tym samym dniu wydawało się zagadkowe. Ale nie potrafili wymyśleć nic, co by mogło połączyć te wszystkie wydarzenia.

W końcu Dumbledore zakończył dywagacje.

– Obawiam się, że nic więcej nie wymyślimy. Wracając do chwili obecnej, jak panna Granger ma udać się do Paryża, skoro wszystkie kanały aportacyjne są zablokowane?

– Merlinie! Świstoklik międzykontynentalny został u mnie w domu! – Hermiona spojrzała na Severusa i zakryła sobie usta dłonią.

– Weźmiesz mój – zdecydował natychmiast Severus. – Nie ma mowy o wracaniu do twojego mieszkania jeszcze raz. Do tej pory już pewnie zdążyli do niego wejść.

– Przecież bez zaklęcia się nie dostaną...

Severus podniósł się z fotela i owinął połami szaty.

– Może je złamali albo nakłonili Jinksa & Hayde do przekazania go? Nie wiem. Ale to może być zbyt niebezpieczne – zaoponował. – Minerwo, Albusie... dziękuję za waszą pomoc i porady. Teraz czas najwyższy, żeby Hermiona przyszykowała się do podróży.

– Ależ naturalnie – powiedział Dumbledore natychmiast. – Hermiono, daj znać, jak tylko będziesz bezpieczna po tamtej stronie.

– Dobrze, panie profesorze – dziewczyna kiwnęła mu głowę i obróciła się do Minerwy, która uściskała ją mocno. – Do widzenia, pani profesor...

– Wspaniale się spisałaś, Hermiono – powiedziała jej cicho Minerwa, zanim wypuściła ją z objęć. – Teraz czas odpocząć.

Hermiona odsunęła się i spojrzała na Severusa, który wyraźnie na nią czekał i przeszli do jego komnat.

– Odezwę się do ciebie, Minerwo – powiedział jeszcze Severus zanim zamknął drzwi.

Dumbledore odprowadził ich wzrokiem i spojrzał na Minerwę.

– Odnoszę wrażenie, że jest wiele różnych rzeczy, których, przyznaję, nie do końca rozumiem...

Czarownica odwróciła wzrok od zamkniętych drzwi i uśmiechnęła się łagodnie.

– To akurat jest bardzo proste, Albusie. To się nazywa miłość.

Miała ochotę wybuchnąć śmiechem na widok jego miny.

– Chcesz powiedzieć, że on.. on się w niej zakochał?!

Kiwnęła głową i również wstała.

– On w niej, ona w nim... Nie dziw się tak, takie rzeczy się zdarzają – parsknęła krótkim śmiechem. – Do widzenia, Albusie.


Severus ujął Hermionę za rękę i zaprowadził do swojej sypialni. Różdżką zapalił kilka świec i podszedł do łóżka.

– Chodź do mnie – pociągnął ją za sobą kładąc się na łóżku i przesunął się robiąc jej miejsce.

Kiedy Hermiona położyła się koło niego, objął ją przez plecy i przyciągnął do siebie. Odszukała jego drugą dłoń, ujęła ją w swoje i wtuliła się w jego ramiona, tak mocno, jak tylko potrafiła.

Nie było nic erotycznego w leżeniu tak blisko obok siebie. W tej chwili potrzebowali tej bliskości i starali się nią nacieszyć, bo nie wiedzieli, kiedy znów będą mogli być razem. Byli dwójką ludzi, którym nagle przyszło się rozstać i choć rozum już to zaakceptował, ich serca jeszcze nie potrafiły.

Do Hermiony nagle dotarło, że za chwilę ucieknie do Paryża, a on zostanie tu sam. I że nie wiadomo, kiedy się znów zobaczą. Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie chciała tego po sobie pokazać, więc chwilę przełykała je w ciszy i obróciła głowę twarzą do góry.

Severus po jej oddechu domyślił się, co się dzieje, więc otarł palcami jej mokry policzek.

– Nie płacz – szepnął i osuszył drugi ustami.

Hermiona obróciła na nowo twarz do niego i kolejne łzy spłynęły po nosie i policzku i skapnęły na poduszkę.

– Nie chcę... – chlipnęła. – Nie chcę cię zostawiać...

– Nie zostawiasz mnie – odgarnął jej włosy przyklejone do twarzy. – Zobaczymy się.

– Ale... jeśli ci się coś stanie...?

– Nic mi się nie stanie – powiedział cichym, uspokajającym tonem. – Nie bój się o mnie.

– Ale jeśli oni znaleźli mnie... to może ciebie też?

Zaczął głaskać ją po włosach.

– Gdyby tak było, już by tu byli. Ricky by coś zauważył. Możesz być spokojna, gdyby o mnie się dowiedzieli, dopadliby mnie jeszcze przed tobą.

To ją trochę uspokoiło, więc kontynuował.

– Nie wiem jak, ale musieli jakoś wpaść na twój ślad. Pojęcia nie mam, co to mogło być. Ale to było coś, co wskazywało tylko na ciebie. O mnie nic nie wiedzą. Jestem bezpieczny, maleńka.

Pocałował ją w czoło. Hermiona już niemal się rozluźniła, ale nagle pomyślała, że musi się z nim pożegnać i na nowo zapiekły ją oczy i gardło.

– Nie chcę być bez ciebie – mruknęła i wtuliła twarz w jego pierś.

Severus westchnął mocnej. On też nie chciał się z nią rozstawać, ale z drugiej strony świadomość, że w ten sposób Hermiona będzie bezpieczna i już nic nie będzie jej mogło się stać sprawiała, że to aż tak nie bolało.

Poza tym przecież nie rozstawali się na długo.

Trzeba ją jakoś uspokoić...

– Napisz do mnie, jak tylko będziesz już z Jean Jacquesem, dobrze? Zobaczymy się w weekend. Może nawet w sobotę. Dam ci znać kiedy i świśniesz tu do mnie. Tu albo gdzie indziej. Może do mnie. Dobrze? Hermiono?

– Powiedz mi tylko, co mam zrobić – kiwnęła głową.

– Przede wszystkim przestać moczyć mi szatę i poduszkę – odparł, starając się ją rozweselić.

Usłyszał jak parsknęła krótko. Tak jest zdecydowanie lepiej.

Do Hermiony dotarło, że nadal będą się mogli widywać. I do siebie pisać. Nadal jednak pozostawał fakt, że on będzie teraz sam przeciw temu wszystkiemu.

– Ale głupio mi... Ja będę bezpieczna i nie będę mogła już nic zrobić, żeby...

– Nie, nie, nie... Teraz to jesteś głupiutka – zaoponował gwałtownie. – Oczywiście, że będziesz mogła!

– Co na przykład?

– Na przykład spytaj jeszcze dziś Jean Jacquesa, czemu cię ostrzegł. Co się stało. Może to naprowadzi nas na jakiś ślad. Po drugie pomóż mu. Kontaktuj się z jego ludźmi tu, w Anglii. Jeśli będzie mi coś potrzebne, będziesz mogła to mi załatwić tam, na miejscu. Porozmawiaj z ich Ministrem, musimy jakoś otworzyć granice. Teraz będziesz miała czas, żeby skontaktować się z rządami innych krajów, żeby też interweniowały... Jest jeszcze pewnie pełno innych sposobów jak możesz pomóc.

Hermiona spojrzała na niego.

– Aż tyle tego?

– Przecież to ty jesteś Panną Wiem-To-Wszystko, więc chyba nie muszę ci tłumaczyć – zobaczył, że się uśmiechnęła i uniósł w górę kącik ust.

– Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważał, proszę...

– Oczywiście, że będę uważał. Niech twoja śliczna główka już o to się nie martwi.

– Naprawdę uważasz, że... jest śliczna? – spytała zakłopotana.

Chwilę przypatrywał się jej twarzy. Jej gęstym brwiom, rzęsom, teraz mokrym i sklejonym, cudownie ciepłym oczom... Przesunął palcem po jej lekko zadartym nosku, po policzku i ustach.

– Jesteś piękna. Cudowna.

Przechylił się i pocałował ją delikatnie.

– Ty też – szepnęła, głaszcząc lekko jego skronie, brwi i oczy. – Też jesteś piękny.

Uśmiechnął się znów, bo akurat dotykała jego nosa.

– Szczególnie on.

– Jest... taki arystokratyczny.

Parsknął śmiechem.

– Podtrzymuję, co powiedziałem.

– O czym?

– Że jesteś głupiutka – zaśmiał się, żeby nie zabrzmiało to obraźliwie.

– Severus! – zaprotestowała z uśmiechem. – Naprawdę tak uważam. Dla mnie jesteś najpiękniejszym i najcudowniejszym mężczyzną na ziemi. I najmądrzejszym.

Zabrzmiało to może strasznie dziecinnie, ale właśnie tak to czuła.

Przytulił koniuszki jej palców do ust.

– Dziękuję.

Przytulili się znów do siebie, nadal szukając bliskości, ale już spokojniej. To już nie było pożegnanie, tylko chwilowe rozstanie. Za dwa dni będą znów się widzieć.

Po chwili Severus odsunął się lekko od dziewczyny.

– Chyba już powinnaś iść. Jean Jacques będzie się o ciebie martwił.

Skinęła głową i podniosła się. I podała mu rękę pomagając wstać.

Podczas gdy Severus poszedł po świstoklik, Hermiona poszła do łazienki i przy okazji obmyła twarz chłodną wodą.

– Znam ten ból, złotko. On, jak chce, to potrafi być doprawdy bardzo złośliwy... – powiedziało ze współczuciem lustro.

– Idiota – odparła i wyszła.

Severus podał jej już zaprogramowany świstoklik.

– Jak już tam będziesz, napisz coś na galeonie. Najlepiej coś, co bywa na mugolskich monetach.

Ujął jej twarz w obie dłonie, uniósł ku swojej i pocałował. Odpowiedziała równie czule i chwilę całowali się delikatnie. Odsunął się zdecydowanie za szybko jak dla niej.

– Pamiętaj, już po wszystkim. Nie masz się czym martwić. Od teraz jesteś już bezpieczna – wyszeptał w jej włosy.

– A ty?

– Nie martw się o mnie. Nikt o mnie nie wie i nic mi się nie stanie. Wszystko będzie dobrze.

Odsunął się i zdjął osłony ze swojej komnaty, ale Hermiona złapała go jeszcze za rękę, przyciągnęła do siebie, pocałowała w czubek nosa i uśmiechnęła lekko smutnym uśmiechem. I aktywowała świstoklik.

Severus patrzył chwilę w puste miejsce, w którym jeszcze przed sekundą stała Hermiona i westchnął ciężko. Postawił na nowo osłony i wyszedł z sypialni. Przynajmniej na razie nie chciał być z pomieszczeniu, w którym przed chwilą byli razem, a teraz został sam. Nagle wydało mu się puste, zimne i obce.

Równocześnie spadł mu ciężar z piersi.

Najważniejsze, że od teraz już nic jej nie grozi. Chyba nie chcesz przechodzić drugi raz przez to, przez co przeszedłeś dziś rano? Ona z pewnością też nie.


Hermiona upadła na brukowany dziedziniec Ministerstwa i przez chwilę kręciło się jej i szumiało strasznie w głowie. Jak przez mgłę usłyszała czyjeś spieszne kroki i jej imię wypowiedziane ze śpiewnym akcentem.

– 'Ermione?! – Jean Jacques podbiegł do niej i pomógł jej wstać. – Oh Merlin!

Porwał ją w objęcia i przez chwilę nie puszczał.

– Wszystko w porządku? Jak się czujesz? Nic ci nie jest?

– Wszystko ok, Jean Jacques – poklepała go po plecach.

Ucałował ją w oba policzki i znów przytulił.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę! Napędziłaś mi strachu!

– No właśnie, powiedz mi, co się stało?!

– Już, tylko chodź stąd. Dziś zabiorę cię do siebie, jeśli ci to nie przeszkadza... mam tysiąc pytań!

Hermionie to nie przeszkadzało zupełnie, wręcz przeciwnie, mogła wreszcie z nim porządnie porozmawiać.

Jean Jacques ujął ją pod rękę i aportował do swojego domu.

– Mów cicho, Barbara już śpi – powiedział półgłosem, gdy pojawili się po środku jego salonu.

– Mów, co się stało! Albo nie, poczekaj! Daj mi swojego franka! – wyszeptała Hermiona.

Francuz zapalił świece i sięgnął do kieszeni.

– Chcesz wysłać wiadomość do Severusa? – podał jej niewielką monetę. – Przecież mogliście pisać...? Coś się popsuło?

Hermiona szybko napisała na monecie TWO POUND i stuknęła w nią różdżką.

– Możesz go wyrzucić – oddała mu franka. – Nie możemy już z niego korzystać.

Jean Jacques zaglądał jej przez ramię i uśmiechnął się na widok angielskiego napisu na francuskiej monecie.

– Czemu?

– Poczekaj, napiszę do Severusa.

– Już jestem na miejscu. Wszystko w porządku. Zmieniłam napis na monecie, teraz wygląda zwyczajnie.

Odpowiedź przyszła natychmiast.

– Wspaniała nowina. Odpocznij teraz. Odezwę się jutro. Całuję mocno.

– Ja ciebie też.

Schowała pergamin i spojrzała na Jean Jacquesa, który w tym czasie sięgnął po kieliszki i postawił przed nią miseczkę z różnymi orzechami.

– Dobrze, to teraz powiedz wpierw, co się stało. Czemu kazałeś mi uciekać natychmiast?

Hermiona usiadła na wygodnym aksamitnym fotelu po środku i sięgnęła po kieliszek ze słodkim, białym winem.

– Ricky chciał dziś się z tobą zobaczyć i pod twoimi drzwiami natknął się na Smitha i tego naukowca... A przed twoim domem zobaczył Stone'a i Bensona.

– Cholera jasna!

– Cicho... Nie pozwolili mu nawet dotknąć twoich drzwi. Więc świsnął natychmiast tutaj, do mnie.

– O cholera... – powtórzyła Hermiona.

– Wyglądało to tak, jakby pilnowali twojego domu. Wiem, że nie mogli do niego wejść przez kominek czy się aportować... czy też dostać świstoklikiem, więc może zdecydowali się wejść jak mugole?

Hermiona wypiła dwa porządne łyki i poczuła, jak alkohol rozgrzewa ją od środka. To dlatego kazali jej uciekać natychmiast! Bo bali się, że za chwilę tamci wejdą do niej do domu! ... Te hałasy na korytarzu... To był Norris i reszta, czy coś zupełnie innego?

– Wygląda na to, że jakoś mnie odkryli – powiedziała i wzięła kolejnego łyka. – Masz jakiś pomysł jak?

Jean Jacques nalał sobie Martini i usiadł w fotelu na przeciw.

– Pojęcia nie mam. A teraz ty powiedz, co się tam u was dziś działo? Ktoś zamordował Ministra?

Rozmawiali jeszcze parę godzin. W końcu Hermiona poczuła się strasznie zmęczona i bez mała zamknęły się jej oczy. Jean Jacques szybko przygotował dla niej mały pokój i bez kolacji, po zjedzeniu tylko garści orzeszków Hermiona padła spać.


Smith siedział na schodach czując, jak zaczyna drętwieć mu tyłek. Znudziło mu się już spacerowanie po podeście, czy siedzenie na parapecie dużego okna na klatce.

Usłyszał, jak na dole otworzyły się drzwi i ktoś zaczął wchodzić na górę. Upewnił się, że schowana dyskretnie różdżka jest pod ręką i ulżyło mu, jak zobaczył wyłaniającego się powoli Norrisa.

– I jak? – spytali obaj równocześnie.

– Cisza – powiedział natychmiast. – Stąd nie słychać, co się dzieje w mieszkaniu. A ona mieszka sama.

– Z wyjątkiem chwil, kiedy jest u niej Snape – dopowiedział Norris.

– Dziś już nie wejdzie. Specjalnie sprawdziłem, teraz Granger może już tylko przejść do Ministerstwa.

– Bardzo dobrze. Chłopcy na dole powiedzieli mi, że nadal świeci się u niej światło...

Watkins zerknął tylko na poobijany zegarek, ale Smith zamarł.

– O tej porze?

Dochodziła północ. Smith zmarszczył brwi. Nie podobało mu się to.

– Peter, to trochę dziwne, nie?

– Pewnie czyta – podpowiedział Watkins. – To maniaczka książek, nie słyszeliście o tym? Może nawet zasnęła przy czytaniu. Mi często się to zdarza.

– Może lepiej zgarnąć ją już teraz? – Smith zignorował zupełnie Watkinsa i spojrzał na Norrisa proszącym wzrokiem.

– Nie, Teddy. Przecież stąd nie ucieknie. Jeśli nie będzie próbowała wyjść przez drzwi, nie zgarniacie jej, zrozumiałeś? Czekajcie tu do rana. David czeka na wszelki wypadek w Atrium – zaoponował Norris. – Koło szóstej bądź koło wind z paroma Aurorami.

Smith skrzywił się, ale pokiwał głową.

– O której sobie przypomni?

– Horacjusz powiedział, że wspomnienie odblokuje się jutro w południe. Więc przesłuchanie możesz zacząć dopiero po obiedzie. Do tego czasu zamknij ją w areszcie.

– A Snape?

– Do niego dobierzemy się, jak tylko z nią skończysz.

Dla Smitha zabrzmiało to bardzo sugestywnie, ale po chwili skrzywił się z niezadowolenia. Nie dość, że nie mógł z Granger zrobić swojej zabawki, to jeszcze zanosiło się na parszywą noc. Obiecał sobie w duchu, że pofolguje sobie przy przesłuchaniu.

Piątek, 11.09

Tuż przed ósmą rano napięcie sięgnęło zenitu. Smith zebrał już grupę osłupiałych Aurorów i siedział z nimi w Atrium czekając na pojawienie się Granger. Norris z Watkinsem siedzieli pod drzwiami jej mieszkania. Cała reszta stawiła się do pracy, jak gdyby nigdy nic, choć wszyscy byli półprzytomni z niewyspania. Tylko nieobecność Watkinsa mogła przejść niezauważona, zaś Norrisa nikt nie ważyłby się pytać, czemu się spóźnił.

Smith siedział na krześle i wpatrywał się w kominki bębniąc nerwowo palcami po oparciu. O ósmej zacisnął zęby i rytm bębnienia trochę się zmienił. Dziesięć po ósmej był już pewien, że coś jest nie tak.

– Czekajcie tu i nie ruszajcie się – rozkazał swoim Aurorom. – Ja pójdę sprawdzić, co się u niej dzieje.

Aportował się w kąt klatki schodowej, którą po całej nocy znał już na pamięć.

– Co ty tu robisz? – warknął Norris na jego widok. – Przecież wyraźnie mówiłeś, żeby nie używać tu magii...!

Smith podszedł do niego zdecydowanym krokiem.

– Wiem, Peter. Ale będziemy mogli powiedzieć, że jestem tu urzędowo. Podejrzana nie stawiła się w pracy, więc...

– Nie ma jej jeszcze?! – zawołał Norris i rzucił okiem na zegarek. – O kurwa mać!

Watkins podszedł do nich również zaniepokojony.

– Z domu nie wyszła... więc cały czas tam siedzi.

– Ona nigdy się nie spóźnia! – zaprzeczył gwałtownie Smith.

Wszyscy troje popatrzyli na siebie zdenerwowani. Pierwszy zareagował Norris.

– Dobra, skoro jesteś tu oficjalnie to wchodź. Zgarniamy ją tak. Cholera, czekaj! – zawołał, przytrzymując Smitha, który już ruszył pod jej drzwi. – My musimy się schować!

Pociągnął Watkinsa za sobą w kierunku schodów.

Smith odczekał chwilę i postarał się wyczyścić myśli. Wiedział, że będzie musiał przekazać to wspomnienie do śledztwa. Z tego też samego powodu zdecydował, że żaden z nich nie miał prawa używać do tej pory choćby jednego zaklęcia. Jego Aurorzy mogli to wykryć.

Zastukał do drzwi starając się, żeby wyglądało to normalnie. Żadnej odpowiedzi. Zastukał drugi raz. Cisza.

Rozejrzał się odruchowo dookoła i wyjął wytrych. Zamek zazgrzytał, szczęknęła cichutko klamka i drzwi się uchyliły.

Pchnął je ściskając mocniej różdżkę. Ta suka najwyraźniej była niezła w pojedynkach. Wszedł wolno do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.

Cisza. W jakimś pomieszczeniu świeciło się światło, zupełnie o tej porze niepotrzebne. Okna były pozamykane. Podszedł do przymkniętych drzwi jakiegoś pokoju i uchylił je. Sypialnia. Ani śladu dziewczyny. Czując, jak serce zaczyna walić mu coraz mocniej, czym prędzej sprawdził wszystkie pozostałe pomieszczenia. Nikogo. Nie było jej! Sprawdził kominek, ale popiół był lodowaty, więc nie mogła się właśnie w tej chwili przenieść do Ministerstwa.

Zaklął strasznie, wypadł na korytarz i runął po schodach na dół.

– Nie ma jej! Uciekła!– wrzasnął do Norrisa stojącego na parterze.

– Co? Przecież... Niemożliwe! Nie miała jak!

– Nie wiem jak, Peter! Jedno co wiem, to to, że jej tam nie ma!

– Jesteś pewien? Nic nie przeoczyłeś?

– Pójdę sprawdzić – zaofiarował się zestresowany Watkins.

– Stój! – ryknął Smith i się opanował. – Niech żaden z was tam nie wchodzi! Tam nie może znaleźć się ani kawałek was! Aurorzy z pewnością by was wyłapali w czasie śledztwa!

Norris zacisnął pięści ze wściekłości. Nie mógł na nikogo zrzucić winy, nie mógł się na nikim wyżyć, bo to on kazał czekać aż do dzisiejszego ranka. Cholera, cholera, cholera!

– Może weszła do kominka akurat, jak do niej stukałeś?!

– Absolutnie nie! Po pierwsze, ani śladu ognia na kominku, po drugie, to byłyby doprawdy dziwny zbieg okoliczności! – Smith wkurzony walnął dłonią o ścianę.

Norris chwilkę się zastanawiał.

– Już wiem! – zdecydował nagle. – Mieliśmy dopaść Snape'a posługując się Granger, więc teraz zrobimy na odwrót! Leć łap Snape'a. Weź kilku chłopaków i oskarż oficjalnie o udział w zamordowaniu Ministra!

Smith zmarszczył brwi.

– To nie będzie trzymało się kupy! On miał wyjść nam w śledztwie przy przesłuchaniu Granger!

Norris zacisnął zęby i rozmyślał gorączkowo.

– Cholera... dobra, robimy tak. Łapiesz go i przyprowadzasz do aresztu. Weź jego włosy i zmieniacz czasu, jeśli trzeba i... gdzie ona miała odebrać ten eliksir?

Watkins zupełnie nie nadążał za ich rozmową, ale postanowił się nie wtrącać.

– W dziupli drzewa w Zakazanym Lesie.

– Więc przemień się w niego i idź go tam włóż! Potem wyślę kogoś, żeby go stamtąd wyrzucił! – Norris aż krzywił się, próbując znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie, które pasowałoby do tego, co uknuli już dla Granger.

– Dorzucę coś o niej – zaproponował Smith, starając się nadążać za Norrisem. – Coś o ukochanej Hermionie, czy coś w tym guście...

– Po cholerę?!

– To powiąże jego wspomnienie z nią. Powiemy, że zobaczyliśmy je i tak wpadliśmy na jej trop!

– Więc co, do cholery, teraz tu robimy?! ZANIM zobaczyliście to wspomnienie?!

Oboje wpatrywali się z siebie w napięciu. Nagle Smith kiwnął głową.

– Przecież ona wyszła nam już wczoraj przy analizie miejsce zbrodni!

Norris chwilę jeszcze wpatrywał się w Smitha i nagle szarpnął głową na znak zgody.

– Dobra, leć. I PO przesłuchaniu, jak już będziesz z nim sam na sam, powiedź mu, że znaleźliśmy jego pannę.

To przypomniało coś Smithowi.

– Jednej rzeczy nie pojmuję... JAK udało się jej uciec?!

– Nieważne! Leć po Snape'a!


Jean Jacques powiadomił Eugenię, że przyjdzie dziś później do pracy, więc to był bardzo leniwy poranek. Hermiona musiała ubrać się we wczorajsze ubranie, więc tylko wyczyściła je różdżką przypominając sobie rok polowania na horkruksy.

Barbara, czy jak mówiła o sobie córeczka Jean Jacquesa, Bibi, natychmiast zaadoptowała Hermionę jako nową ciocię i nie pozwoliła jej się ruszyć choć na krok. (Bibi – w bardzo potocznym francuskim, używanym w niektórych środowiskach zastępuje „ja". W tym wypadku równocześnie zdrobnienie od Barbara.) Bibi była prześliczną blondyneczką o długich, prostych włosach, brązowych oczkach, zadartym nosku i usta się jej nie zamykały. Ciągle właziła Hermionie na kolana, próbowała pleść jej warkocz, tuliła się do niej i szczebiotała jak najęta.

Hermiona zjadła więc z nią śniadanie i nawet nie miała czasu napisać do Severusa.

– Ona jest słodka – powiedziała do Jean Jacquesa, kiedy już pożegnali się z Bibi, zapłakaną, bo ciocia nie mogła z nią zostać. Hermiona nie wiedziała praktycznie nic o jego życiu prywatnym, ale przypuszczała, że dziewczynce bardzo brakuje matki. Starsza już niania najwyraźniej nie mogła jej zastąpić.

– Chodź, nie lubię się spóźniać – pogonił ją Jean Jacques.

Aportowali się prosto do Ministerstwa i pojawili się z jednym z punktów aportacyjnych, które Hermiona już widziała. Poszli prosto do jego biura i dziewczyna postanowiła wreszcie napisać do Severusa.

– U mnie wszystko w porządku. Daj znać, kiedy masz czas, to napiszę ci dokładnie, co odkrył Ricky.

Czekała chwilę na odpowiedź, ale ta nie nadchodziła. Zerknęła na zegarek – było już dobrze po dziewiątej. Z pewnością Severus miał do załatwienia jakąś pilną sprawę w szkole. Biorąc pod uwagę jego stanowisko, wcale się nie dziwiła. Schowała pergamin do pierścionka i poszła na krótką rozmowę z Ministrem.

Kwadrans później zaczęła się trochę niepokoić.


Po pierwszej lekcji Minerwa poszła do biblioteki sprawdzić ilość poszczególnych książek, o których wczoraj rozmawiali. Była to jedna z propozycji Severusa jako alternatywa do szlabanów. Coś w rodzaju lektury uzupełniającej, którą należało przeczytać i potem napisać z tego esej. Wracając do siebie po schodach nagle usłyszała kilka męskich głosów i odgłos kroków wielu osób. Byli piętro niżej i szli do góry, w jej stronę. Przystanęła zdumiona i zaczęła się przysłuchiwać.

– ... czy będzie miał dla was czas – to był Filch.

– Zdaję sobie sprawę, ale biorąc pod uwagę tak wyjątkową sytuację... mam nadzieję, że dyrektor okaże nam pomoc – głos wydawał się jej znajomy, ale nie umiała go powiązać z niczyją twarzą.

Do chwili, kiedy idący ku niej mężczyźni wyłonili się zza zakrętu. To był Smith z... gromadą Aurorów!

– Zapytam go i...

– Argusie, co się tu dzieje – przerwała zdecydowanym, władczym tonem, schodząc kilka stopni w dół i podchodząc do nich.

Mężczyźni zatrzymali się niechętnie stając w dużej grupie. Było ich przynajmniej dziesięciu.

– Profesor McGonagall! – ucieszył się Filch. – Pan Smith chciałby zobaczyć się z dyrektorem Snapem... Powiedziałem, że nie wiem, czy znajdzie czas, ale zapytam go.

Minerwa spojrzała jeszcze raz na Smitha i ukryła grymas na widok jego pokieraszowanej twarzy.

– W jakiej sprawie chce pan widzieć się z dyrektorem? W tak licznej asyście?

Odpowiedź bardzo ją zaniepokoiła.

– Mamy kilka pytań do dyrektora w związku z wczorajszym zabójstwem Ministra Shacklebolta. To nie potrwa długo.

Minerwa zasznurowała usta i spojrzała na woźnego.

– Argusie, zostań tu z panami. Ja pójdę się go zapytać.

Zawróciła na schody i usłyszała, jak stojący na dole mężczyźni ruszyli za nią, więc zatrzymała się i obróciła wolno.

– Panie Smith, proszę tu poczekać.

– Profesor McGonagall, muszę nalegać... – zaoponował Auror.

Postanowiła dać mu nauczkę przy jego ludziach.

– Panie Smith. Powiedziałam, że zapytam dyrektora, czy znajdzie dla was czas i wrócę, żeby przekazać jego odpowiedź. Nie mogę ZADAĆ mu pytania, czy chce was widzieć, jeśli wejdziecie za mną do jego gabinetu. Czy to wydaje się panu logiczne?

Smith skrzywił się nieznacznie.

– Oczywiście. Ale bardzo zależy nam na tym, żeby się z nim spotkać.

– Naturalnie.

Ruszyła już nie przypominając Smithowi, że ma zostać. Gdy znikła za rogiem, przyspieszyła kroku.

Nie podoba mi się to...

– Severusie, mamy problem – powiedziała, wchodząc do gabinetu.

Severus rozmawiał właśnie z Albusem. Obaj zamilkli i spojrzeli na nią.

– Na dole jest Smith z całą gromadą Aurorów. Chce się z tobą widzieć w sprawie zabójstwa Kingsleya.

Albus zamarł na chwilę, a Severus zaklął cicho.

– Chyba nie mam wyjścia i muszę się z nim spotkać – stwierdził.

Minerwa była tego samego zdania. Wyraźnie było widać, że Smith dziś nie odpuści.

– Są dwie możliwości, moi drodzy – odezwał się Albus. – Albo on faktycznie ma kilka pytań i to, że się tak wyrażę, niewinna wizyta...

– Na co nie wskazuje ta eskorta, którą zabrał – wtrąciła Minerwa.

– ... albo chce cię w ten sposób wyciągnąć z zamku.

– Dla Norrisa? To czemu wziął ze sobą aż tylu Aurorów? To musi być co innego.

Severus zgadzał się z Minerwą.

– Zaczynam się bać, że to jednak wiąże się z jakiś sposób z Hermioną. Wczoraj usiłowali dopaść ją, ale im się nie udało. Więc przyszli po mnie.

Minerwa zmarszczyła brwi i zaoponowała.

– Przecież oni nie wiedzą, że razem pracujecie. Poza tym Hermiony pilnowali tylko ludzie Norrisa, a tu są Aurorzy.

– Może to cały czas ludzie Norrisa, ale po wielosokowym? – zasugerował Albus.

– Ich jest przynajmniej dziesięciu... nie wydaje mi się...

Severus nagle wstał zza biurka.

– Nie mamy czasu na dłuższą rozmowę. Za chwilę i tak się dowiemy. Proponuję, żebyś próbowała tu ze mną zostać. Jeśli się nie zgodzą, to wyjdziesz...

– Może od razu przejdę do drugiego wymiaru?

Albus już chciał pochwalić pomysł, ale Severus zaprzeczył.

– Nie. Nie wiemy, co oni wiedzą. Czego się dowiedzieli. Po prostu wyjdź i idź do swojego gabinetu. Albusie, ty możesz zawsze być na portrecie...

– Nie ruszę się stąd – obiecał ten.

– Bardzo dobrze. Daj mi parę chwil, przygotuję sobie na wszelki wypadek świstoklik do Spinner's End. W razie czego ucieknę tam i odezwę się do ciebie.

Mówiąc to wyszedł do swoich komnat. Albus popatrzył na Minerwę.

– Moja droga, proponuję, żebyście zdjęli osłony choćby z gabinetu. Pamiętasz, jak kiedyś przyszedł Knott i chciał mnie aresztować? Ale wtedy ich było tylko czworo, z czego Kingsley nigdy by mnie nie skrzywdził. No i miałem Fawkesa. Miałem czas ich oszołomić, zdjąć osłony i zniknąć z moim feniksem. Jeśli dziś jest ich aż tylu... Ułamki sekund, które Severus może stracić na opuszczenie osłon mogą go drogo, drogo kosztować.

– To nie jest zbyt niebezpieczne? Przecież nie wiadomo, ile to potrwa... gabinet nie osłonięty przez tyle czasu...

– Sądzę, że ci, których powinniśmy się obawiać, są już W zamku.

W tym momencie wszedł Severus. W trzech słowach wyjaśnili mu pomysł opuszczenia osłon na czas rozmowy ze Smithem. Ponieważ się zgodził, wyszła po Smitha. Po krótkiej chwili wprowadziła ich wszystkich do środka.

Och... najwyraźniej nie odkryli, jakim zaklęciem go uraczyłem skoro tak pięknie wygląda...

– Profesor McGonagall, czy byłaby pani tak uprzejma i zostawiła nas samych z dyrektorem? – poprosił na wstępie Smith.

Minerwa wyszła spokojnie, nie okazując po sobie zawodu. Aurorzy stanęli trochę dalej, ale Smith podszedł do Severusa.

– Dyrektorze Snape – kiwnął mu arogancko głową. – Być może słyszał już pan o tym, że Minister Magii Shaklebolt został wczoraj zamordowany...

– Ma pan jeszcze jakieś inne idiotyczne pytania? – powiedział natychmiast Severus, nie pozwalając mu skończyć.

Smith zbladł, zbliżył się i wyciągnął do niego rękę, ale nie żeby się przywitać.

– Poproszę pańską różdżkę.

W tym momencie medalion zrobił się ciepły. Severus zachował kamienny wyraz twarzy, tylko uniósł do góry brew i skrzyżował ręce na piersi siedząc cały czas na fotelu.

– Słucham?

– Nie przesłyszał się pan. Poproszę pańską różdżkę.

– Pan chyba raczy żartować, Smith. Przychodzi pan do mnie z całą obstawą Aurorów i bez żadnego powodu, w MOIM zamku, każe mi oddać panu różdżkę?

Smith zrobił straszny grymas szczerząc zęby i na sekundę spojrzał gdzieś przez jego ramię, pewnie po to, żeby coś wymyśleć.

– Potrzebna mi będzie do śledztwa. Żeby dopasować ją do śladów znalezionych na miejscu zbrodni.

Severus wzruszył ramionami.

– Doskonale wiecie, jaką różdżką się posługuję, więc nie widzę takiej potrzeby. Idźcie, sprawdźcie w waszych rejestrach.

– Taka jest procedura, którą z pewnością pan zna. Poza tym nie wiem, KTÓRĄ różdżkę mamy w rejestrach...

– Insynuuje pan, że mam ich więcej niż jedną?

Smith sięgnął jakby od niechcenia do szram na twarzy.

– Powiedziałbym, że to całkiem możliwe. Choć z pewnością nielegalne.

Severus spojrzał na niego z politowaniem.

– I sądzi pan, że jeśli istotnie miałbym dwie, to oddałbym teraz panu obydwie? Jest pan idiotą, Smith.

Smith spojrzał na Severusa nienawistnym wzrokiem.

– Gdzie był pan wczoraj między dziewiątą rano i południem?

– W zamku oczywiście.

– To wcale nie jest takie oczywiste.

– A gdzie miałbym być pańskim zdaniem?

– To pan powinien mi to powiedzieć.

– I powiedziałem. Raz. Nie mam zwyczaju się powtarzać.

– Ma pan jakichś świadków?

Severus prychnął z pogardą.

– Całą szkołę. Mniemam, że pięćset osób panu wystarczy?

Smith nie miał zadowolonej miny.

– To nie wyklucza współudziału. Obawiam się, że będę zmuszony prosić pana o udanie się z nami do Ministerstwa.

– Jak na Aurora jest pan bardzo bojaźliwy. Niech lepiej przestanie się pan bać, to panu z całą pewnością pomoże. Bo nigdzie się nie wybieram. Mam pewne... poważne... sprawy do załatwienia – odparł jadowicie Severus.

– Ob... sądzę, że nie ma pan innego wyjścia.

Severus wstał zza biurka i spojrzał na Smitha z góry.

– Przed chwilą chciał mi pan zadać kilka pytań. Odpowiedziałem na nie. Nie widzę żadnego powodu, żeby panu towarzyszyć. Czy jestem o coś oskarżony?

Smith wyprostował się dumnie.

– Zgodnie z prawem możemy nakazać panu stawić się w celu złożenia zeznań.

– Więc proszę wysłać mi nakaz ministerialną sową. Podpisany, oczywiście zgodnie z prawem, przez Sędziego Wizengamotu.

– W Ministerstwie będziemy mogli zrobić oficjalne przesłuchanie i będzie pan mógł udowodnić swoją niewinność – Smith spróbował widać załatwić to polubownie.

– Przykro mi to mówić, Smith, ale najwyraźniej nie tylko w Hogwarcie nic pan się nie nauczył. To wy macie udowodnić mi winę, a nie ja niewinność.

– Z wielką chęcią to zrobię.

Severus zaczął powoli spacerować za biurkiem, a Smith znów zerknął gdzieś w przestrzeń.

– Chyba nie muszę panu przypominać, że jest pan Aurorem, który odpowiada za przestrzeganie prawa i zapewnianie bezpieczeństwa, a nie Oskarżycielem, Smith. Pomylił pan role. Tak stronniczo nastawionego Aurora jeszcze nie widziałem.

– W takim razie niewiele pan widział, Snape.

– Profesorze Snape – warknął do niego natychmiast Severus. – Jeszcze raz, Smith i wyrzucę was stąd wszystkich.

Smith zacisnął pięści, aż pobielały mu knykcie.

– Mam dość pańskich wymówek. Skoro nie chce pan iść z nami z własnej woli... oskarżam pana o udział w morderstwie Ministra Magii!

Severus zachował spokój.

– Smith, niech się pan jeszcze bardziej nie ośmiesza. Ledwo zaczął pan śledztwo. Przy świadkach – wskazał Aurorów i portrety – powiedział pan, że przyszedł pan odebrać ode mnie zeznania. Odpowiedziałem na pańskie pytania wykazując, że jestem niewinny i nagle oskarża mnie pan o morderstwo? Byłoby to śmieszne, gdyby nie było żałosne.

– Nie obchodzi mnie, czy dla pana to śmieszne, czy nie! – Smith wyraźnie tracił nad sobą panowanie. – Proszę oddać różdżkę i poddać się, Snape! Aulus, bierz go!

– Nie mam najmniejszego zamiaru – Severus gestem zatrzymał młodego Aurora. – Nie próbowałbym, McGregory.

Młody Auror zamarł w miejscu, ale Smith raptownie przesunął wzrok gdzieś na bok i kiwnął głową. I nagle Severus poczuł, jak coś musnęło jego rękę i jego różdżka uniosła się w powietrze i upadła na podłogę parę stóp dalej. I w tej samej chwili pojawił się koło niego jakiś mężczyzna zrzucając pelerynę niewidkę.

– To skandal! Hańba! Podłość! – dobiegły go okrzyki z portretów. – Zachowanie niegodne Aurorów!

Smith popatrzył na Severusa z uśmiechem na twarzy. Severus oddał mu spojrzenie pełne bezgranicznej pogardy.

– Już sądziłem, że osiągnął pan dno, Smith, ale jak widać się myliłem.

Smith podszedł do niego i stanął obok wbijając mu różdżkę w gardło. Severus nie odchylił się ani o cal. Rozmyślał gorączkowo. Cholera jasna! Dałeś się podejść jak uczniak!

– Radzę ci, nie ruszaj się – powiedział Smith, ściszając głos.

– Z tą bandą, która cię osłania, czujesz się o wiele pewniej, co?

Świstoklik jest już gotowy w kieszeni, ale bez różdżki na nic się nie zda... Na wyjęcie francuskiej nie ma czasu... jeśli jej nie odzyskasz, zostaje ci tylko aportacja...

– Ciebie niedawno też ktoś osłaniał... prawda, Snape? – Smith stanął tuż za nim i syknął mu do ucha. – I nawet wiem kto... Powiedz mi, łatwo było ci rzucać klątwy mając najdroższą Hermionę za plecami?

Severus zamarł. On wie! Ale JAK?!

– Ale nie bój się, już się nią zajęliśmy.

O czym on mówi?! Przecież im uciekła?!

– Jeśli chcesz jeszcze raz ujrzeć swoją ukochaną – wycedził cicho Smith – proponuję ci stulić pysk i być grzecznym. Inaczej mogę być o wiele mniej... miły przesłuchując ją.

Severus nie potrafił skupić myśli. W głowie szalało mu tylko to, co Smith mówił o Hermionie. Co to znaczy, że się nią zajęli?!

Smith stanął tuż za nim i przechylając się dodał jeszcze ciszej.

– Choć nie przeczę, że chętnie bym się przekonał, czy panna Granger jest równie wilgotna, co inne, które miałem...

Severus poczuł, jak coś w nim wybuchło i ogarnął go szał. Błyskawicznie odrzucił głowę do tyłu, poczuł, jak uderzył w coś twardego. Obrócił się na pięcie słysząc krzyk i deportował się.


Ból przeszył całe jego ciało, jakby zderzył się z czymś twardym, poczuł, jak spada i nagle wylądował w czymś... mokrym? W momencie, jak otwierał oczy, coś zimnego zalało mu twarz i zakrztusił się słoną wodą. Przez otwarte oczy zobaczył coś mętnego i nagle to coś odpłynęło i zobaczył wyraźnie wzburzone morze i niedaleko niewielką plażę. Odkaszlnął i nabrał gwałtownie powietrza i równocześnie przykryła go kolejna fala. Pociemniało mu w oczach i wszystko znów stało się mętne, więc dusząc się, w odruchu rozpaczy odepchnął się mocno od ziemi i wynurzył ponad wodę. Prawie udało mu się wstać łapiąc łapczywie powietrze i zatoczył się na bok padając na nowo do wody. Ale tym razem zacisnął mocno usta i odepchnął się jeszcze raz od dna i wynurzył ponad wodę, kiedy fala właśnie się cofała.

Chwilę kołysał się na falach, z każdą chwilą wyrównując oddech i przestając kaszleć. Kiedy już się uspokoił, spróbował wstać i udało się! Utrzymał się na nogach i pewniej ruszył do brzegu, z każdym krokiem będąc coraz bliżej... i czując się coraz cięższym.

Kiedy wyszedł na mokry piasek, osunął się nań na chwilę, by na nowo złapać oddech. Potem przetoczył się na plecy i spojrzał w niebo.

Pieprzone zamknięte granice! To tak wygląda zamknięty kanał aportacyjny... Próbowałeś aportować się do Francji i...

Podniósł się gwałtownie, wyciągnął francuską różdżkę i przeniósł się do drugiego wymiaru.

To tak na początek. Cholera, cholera jasna! Oni to zaraz wyłapią! Trzeba uprzedzić Hermionę i Jean Jacquesa!

Szybko wyciągnął pergamin i zobaczył pojawiające się litery. I przypomniał sobie, że przecież w Hogwarcie poczuł, jak medalion zrobił się ciepły!

Przeczytał wiadomość od Hermiony, westchnął i odpisał.

– Hermiono, musiałem uciekać. Gdzie jesteś? Muszę z tobą porozmawiać!

Odpowiedź przyszła natychmiast.

– Gdzie jesteś?!

– Jeszcze w Anglii. Muszę się do ciebie aportować.

– NIE aportuj się w drugim wymiarze! To nie działa! Gdzie jesteś, już po ciebie lecę!

Zaklął pod nosem. Nie powinna się tu pojawiać! I co to znaczy, że drugi wymiar nie działa? Ach...! Faktycznie coś mówiła o tym, że nie wolno ani aportować się w drugim wymiarze, ani używać normalnych świstoklików... tylko te międzynarodowe!

– Zaraz ci powiem. Pójdę sprawdzić, gdzie jestem i podam ci adres.

Wstał i rozejrzał się dookoła. Niedaleko zobaczył jakiś port. Widział nawet nabrzeże. Bardzo dobrze, lepiej, żebyś drugi raz nie wylądował w wodzie... Acha, odnośnie wody... Rzucił na siebie zaklęcie suszące i po chwili poczuł na sobie ciepłe, suche ubranie.

Aportował się przy łódkach kołyszących się na falach i rozejrzał na nowo. Jak, do cholery, miał się dowiedzieć, jak nazywa się ta cholerna miejscowość?

Na szczęście okazało się to prostsze niż sądził. Zaraz po wyjściu na ulicę zobaczył wielki panel z reklamą jakiejś restauracji. „The Saltdean Tavern". Poniżej zdjęcia z jakimś typowo mugolskim jedzeniem widniał dokładny adres. Saltdean Park Road, Saltdean, Brighton. Nieważne, gdzie to było. Miał jakiś adres.

Podał go Hermionie.

– Będę czekał na ciebie przed wejściem.

– Za chwilę będę!

Przeprogramował swój świstoklik i przeniósł się przed restaurację. Chwilę czekał, ale nie widział Hermiony. Nagle medalion zrobił się ciepły.

– Jestem przy drzwiach. W niewidce.

Miał absolutnie gdzieś przestrzeganie prawa czarodziejów i to, co można, a czego nie można w drugim wymiarze. Podszedł do drzwi i szukał jej po omacku. Po chwili jego ręce trafiły na coś twardego...

Zanurzył się pod pelerynę, przeniósł się do normalnego wymiaru i kiedy Hermiona poczuła jego ręce i złapała je, przeniósł ich oboje do drugiego.

– Severusie... – Hermiona rzuciła mu się w ramiona, więc przytulił ją mocno.

Dopiero po chwili odsunęli się od siebie.

– Mój Boże... co się stało? – spytała Hermiona. – Co...

– Powiem ci za chwilę. Teraz znikajmy stąd jak najszybciej. Do Jean Jacquesa.

Spodziewał się, że lada chwila pojawią sie tu Aurorzy. I, co gorsze, będą próbować się dostać i do francuskiego Ministerstwa Magii.

Hermiona szybko zaprogramowała świstoklik, złapała go za rękę i aktywowała.

Po chwili oboje wylądowali na wybrukowanym kamieniami dziedzińcu.


– Na całe szczęście nie przyszło ci do głowy aportować się w drugim wymiarze! – powiedziała Hermiona, kiedy już Severus opowiedział, co się działo w Hogwarcie.

Siedzieli z Jean Jacquesem w jakieś dużej sali narad. Severus, kiedy tylko zobaczył Francuza, kazał mu ostrzec wszystkich ludzi, którzy mogli chcieć się skontaktować w Anglii z nim bądź z Hermioną. Dopiero potem opowiedział resztę.

Teraz siedzieli przy stole i starali się rozgryźć kilka zagadek.

– Może ktoś zauważył mnie pod domem twoich rodziców – wysunął przypuszczenie Severus.

– Przecież właśnie po to się przebrałeś... i spotkaliśmy się na mieście, właśnie na wszelki wypadek!

– Co on mówił? Że już się zajęli Hermioną? – spytał Jean Jacques.

– To musiał być blef. Żeby sprowokować Severusa – pokręciła głową Hermiona. – Owszem, chcieli się mną zająć, ale dzięki tobie udało mi się uciec.

– I mnie sprowokował – Severus potarł lekko tył głowy, który pobolewał leciutko.

– Tylko dlatego, że powiedział, że się mną zajęli? – uśmiechnęła się dziewczyna.

– Nie. Powiedział... – Severus pokręcił głową. – Nieważne.

Jean Jacques nie drążył tematu.

– Wiecie co, lepiej chodźmy na obiad. Potem wyślę kogoś po jakieś ubrania dla was i przeniesiemy was do bezpiecznego domu. W tej chwili tu nic wam nie grozi, ale lepiej nie ryzykować...


Uzdrowiciel w Św. Mungu błyskawicznie sprawił, że kość nosowa Smitha się zrosła i wytarł krew z całej twarzy. Kiedy Smith ogarnięty furią wrócił do Ministerstwa, czekał już na niego jeden ze stażystów. Smith wyrwał mu z ręki kawałek pergaminu i spojrzał na notatkę.

– Natrafiliśmy na próbę nielegalnej aportacji. Z Hogwartu. Miejscem docelowym miał być Paryż. Ministerstwo Magii – powiedział chłopak. – Sprzed niecałej pół godziny.

– Gdzie?!

– Do Paryża...

Cholera jasna, już wiadomo, gdzie nawiała Granger! Peter, natychmiast!

– Nie przedostał się? – warknął.

– Nie, trafił na barierę na wysokości Brighton.

– Wyślij mi tam ludzi. Niech go znajdą. Szukajcie Severusa Snape'a.

– TEGO Severusa Snape'a? – chłopak rozdziawił usta ze zdumienia.

– A ile jest Severusów Snape'ów? Nie zadawaj durnych pytań, chłopcze. Nie lubię tego. Nadzorujcie aportacje stamtąd i nielegalne świstokliki. I równocześnie sprawdzajcie rejestry na okoliczność Snape'a. Musimy go złapać. Natychmiast – powiedział, czując jak znów zalewa go wściekłość.


Na obiad przyszedł również francuski Minister Magii. Severus na szczęście w porę przypomniał sobie historię z apperitifem i nie zareagował na widok stołu obficie zastawionego malutkimi słonymi ciasteczkami nadziewanymi mięsem, kawalątkami bagietki, którą nabierało się ser z avocado, ziołami i krewetkami, czy słonymi chrupkimi pałeczkami, które owijały się dookoła palców natychmiast, jak tylko się do nich dotknęło. Nie wiedział tylko, że biorąc pod uwagę, że to był obiad w godzinach pracy, jeden horror został mu oszczędzony. Apperitif nie trwał dwóch godzin.

Chcąc trochę zmienić nastrój, Jean Jacques zabawiał ich rozmaitymi opowiastkami z historii zarówno mugoli, jak i czarodziejów. W którymś momencie Hermiona pochyliła się do Severusa i wyszeptała mu do ucha „Och, gdyby profesor Binns potrafił tak opowiadać!".

– Jak wrócimy, przedstawię ci naszego nowego profesora, zobaczysz, że jest znakomity – odparł półgłosem.

Severus darował sobie sery. Część śmierdziała szatańsko, część była zapleśniała i wyglądała, jakby zaraz mogła sama odejść. Hermiona podśmiewała się trochę z niego, ale sama wzięła tylko jeden, wyglądający w miarę normalnie. Skończyła właśnie pierwszą kromeczkę bagietki, gdy do sali jadalnej weszła jakaś kobieta, podeszła do nich i wykonała elegancki ukłon, uśmiechając się do nich szeroko. Była dość krępa, ale wysoki kok na głowie i kilka kosmyków rudych włosów opadających po bokach wyszczuplały jej twarz. Brązowe oczy odcinały się mocno na tle mlecznobiałej karnacji ozdobionej kilkoma piegami na policzkach i nosie.

– Pozwólcie – zerwał się z krzesła Jean Jacques – przedstawię wam Jacqueline Declerque, naszą Szefową Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Jacqueline, poznaj Hermionę Granger z Brytyjskiego Ministerstwa Magii i Severusa Snape'a, dyrektora Hogwartu. Jacqueline była osobiście odpowiedzialna za przygotowanie dla was schronienia – dodał, kiedy wszyscy wymieniali uścisk ręki.

Ponieważ kobieta wiedziała o wszystkim, co się dzieje, rozmowa zeszła na ostatnie wydarzenia.

– Wiecie czy wasi Aurorzy zrobili jakieś postępy w śledztwie? – spytała Jacqueline, siadając koło Ministra.

– Nie jestem przekonany, że to śledztwo będzie poważnie prowadzone – odparł Severus. – Jestem raczej przekonany, że będzie bardzo stronnicze.

– Parę godzin temu próbowali aresztować Severusa – wyjaśnił Jean Jacques, nalewając Jacqueline czerwonego wina.

Kobieta odebrała kieliszek, podziękowała mu i popatrzyła na Severusa.

– Bez dowodów, bez niczego?

– Najwyraźniej dla naszego Szefa Biura Aurorów liczyło się tylko to, żeby zmusić mnie do pójścia z nimi.

– Widzę, co chce pan powiedzieć. Jednym słowem na prawdziwe śledztwo nie ma co liczyć. Wiecie chociaż, jak zginął?

Severus potrząsnął przecząco głową.

– Wykrwawił się z powodu obrażeń. Odcięte obie dłonie i pełno innych – odparła równocześnie Hermiona.

Severus spojrzał na nią zaskoczony. W Proroku nic o tym nie pisali, ani wczorajszym wieczornym, ani w dzisiejszym codziennym.

– Mówili o tym tutaj, a u nas nic?

Równocześnie zdziwił się, że szefowa DPPC o tym nie słyszała. Widok zdumionych min Ministra i Jean Jacquesa zdziwił go jeszcze bardziej.

Hermiona spojrzała na niego i zamarła. Przed oczami miała leżące na podłodze ciało Kingsleya; jasnofioletowa szata była tak nasiąknięta krwią, że stała się aż czarna. Kikuty obu rąk rozrzucone szeroko na boki, obie dłonie odrzucone pod ścianę również zbryzganą krwią. Zawsze brązowa twarz miała tym razem szary kolor i była strasznie wykrzywiona. W otwartych oczach widać było bezgraniczny ból.

Severus zobaczył, jak dziewczyna patrzy nagle pustym wzrokiem gdzieś na stół, otwiera z przerażenia oczy i łapie się gwałtownie za usta. W następnej chwili zerwała się i zaczęła strasznie krzyczeć.

Przy stole zapanowało zamieszanie.

– Hermiono, co ci się stało?! Hermiono...?! Hermiono! – Severus złapał ją mocno za ramiona.

– Mademoiselle Granger?!

– 'Ermione?

Hermiona wybuchnęła płaczem i zaczęła wyć. Szarpnęła się do tyłu popychając krzesło i wywracają się na ziemię. Jean Jacques wyskoczył zza stołu i razem z Severusem padli na kolana i próbowali ją przytrzymać i uspokoić.

– Nie! Nie! – krzyknęła Hermiona, nadal się szamocząc.

Severus pochylił się nad nią i unieruchomił ją w ramionach.

– Biegnij po jakiegoś Uzdrowiciela, szybko! – rzucił do Jean Jacquesa, nawet nie spojrzawszy na niego. – Hermiono, uspokój się! Hermiono... co ci jest...?!

Usłyszał łomot drzwi, gdy Jean Jacques wypadł z sali i spróbował choćby posadzić dziewczynę. Hermiona przestała się szarpać, ale za to zaczęła płakać jeszcze głośniej i bardziej rozpaczliwie. Pozwoliła się pociągnąć i usiadła, złapała się za włosy i szlochając zakryła sobie nimi twarz.

– Co ja... zro... biłam!... Boże... Co... ja... zrobi...łam – wyłkała głośno.

– Hermiono?! O czym ty mówisz?! Co się dzieje?! – Severus poczuł, jak ogarnia go strach. Merlinie, o czym ona mówi?!

– Nie... – wyłkała rozpaczliwie. – Severusie... Boże... To... to ja...

Czuł, jak mu się jeżą włosy na głowie. I bał się tego, co mógł usłyszeć.

– Hermiono, co się dzieje?! Co „ty"?

Dziewczyna zachłysnęła się i otworzyła oczy. Pełne bólu i szoku.

– To ja... To ja go zabiłam...

I rozpłakała się na nowo zaciskając oczy, jakby nie chciała widzieć przerażenia malującego się na jego twarzy.

Jacqueline usiadła ciężko i spojrzała na Ministra, który stał i trzymał się kurczowo oparcia krzesła.

Severus uklęknął na podłodze, objął mocno dziewczynę i zaczął ją głaskać po włosach. Nie wiedział, co powiedzieć, więc tylko szeptał coś uspokajającym tonem i bujał się lekko razem z nią. Dziewczyna momentami płakała, momentami wyła i próbowała się mu wyrwać, ale nie puszczał jej.

Merlinie... Merlinie... Pewnie przypomina sobie, co... zrobiła... To to miał na myśli ten sukinsyn mówiąc, że się nią zajęli... Smith, ty sukinsynu... zabiję cię za to... Co ona mówiła? Że miał ucięte ręce... Merlinie, Hermiona ucięła mu ręce...

Zatrząsł się i do oczu napłynęły mu łzy. Czuł ból i przerażenie, ale tym razem wiedział doskonale, że odbiera JEJ odczucia. Teraz musi cierpieć katusze przypominając sobie to wszystko... To musiał być koszmar... Musieli ją do tego zmusić Imperiusem, sama z własnej woli przecież by nikogo nie zamordowała... i to jeszcze w taki sposób...

Miał jakieś dziwne wrażenie, że powinien coś zrozumieć. Że zobaczył... usłyszał? właśnie coś, co powinno mu coś powiedzieć. Parę sekund próbował to uchwycić, ale dziewczyna zajęczała właśnie żałośnie, więc natychmiast wrócił do niej.

– Uspokój się, maleńka. No już. Uspokój się. Już po wszystkim. Hermiono.. proszę...

Drzwi stuknęły jeszcze raz i za jego plecami zapanowało jakieś zamieszanie. Po chwili ktoś podszedł do nich z jednej strony, a z drugiej uklęknął koło niego Jean Jacques.

Severus spojrzał na pochylającą się nad nimi kobietę w szaro-srebrnej szacie. Ta otworzyła jakąś fiolkę i powiedziała coś po francusku. Jean Jacques odsunął ręce Hermiony od twarzy.

– Przytrzymaj ją. Musi to wypić – wyjaśnił równocześnie.

Kobieta wlała dziewczynie do ust zawartość całej fiolki i po chwili Hermiona zaczęła się uspokajać i w końcu osunęła bezwładnie w ramionach Severusa. Ledwo ją utrzymał.

– Merlinie... co jej się...

– Co to było? – zapytał, kładąc ją na ziemi.

– ... stało... To był eliksir powodujący utratę przytomności. Chwilową – wyjaśnił Francuz. I widząc dziwną minę Severusa dodał. – Nie wiedziałem, co jej jest. Czy ją coś boli, czy co... wyglądało to tak, jakby ... miała jakiś atak... Więc kazałem dać jej coś, żeby nic nie czuła... Co jej jest? Mówiła coś?

Spojrzał na zszokowaną minę Severusa, zobaczył równie przerażone twarze Ministra i Jacqueline i zbladł zanim jeszcze usłyszał odpowiedź.

– To ona zabiła Kingsleya Shacklebolta...

– Oh Merlin...


Hermionę przeniesiono do baszty wschodniej, w której było coś na kształt Skrzydła Szpitalnego. Kiedy tylko zaczęła się rozbudzać, została napojona bardzo silnym eliksirem uspokajającym. Z początku personel szpitala, wszyscy w szaro-srebrnych szatach, kazali Severusowi opuścić jej pokój, ale zanim zdążył otworzyć usta, Jean Jacques, na widok wściekłości malującej się na jego twarzy, zaczął coś gwałtownie tłumaczyć i po chwili wszyscy spoglądali na niego ze współczuciem.

Severus niecierpiał współczucia. Dla siebie. Ale w tej chwili nawet przez sekundę nie pomyślał, żeby zaprotestować. Mógł myśleć tylko o powolutku budzącej się dziewczynie.

Hermiona otworzyła opuchnięte od płaczu oczy, więc usiadł koło niej, wziął za rękę i zaczął po niej głaskać uspokajająco. Ale nie zaczęła płakać. Patrzyła na niego na wpół przytomnym wzrokiem i nie zareagowała, gdy wymówił jej imię. Była blada i ciemne oczy i gęste, ciemne brwi i rzęsy odcinały się mocno na tle tej bladości.

– Coście jej dali? – spytał Francuza.

– Bardzo mocny eliksir – odparł ten, gdy wrócił po krótkiej konwersacji z Uzdrowicielką. – Powolutku będzie do siebie dochodzić. Chodziło im o to, żeby dać jej czas. I żeby sobie nic nie zrobiła...

Na chwilę zamilkli.

– Jedna rzecz mnie zastanawia... – powiedział w końcu Jean Jacques zamyślonym tonem. – Jak to jest możliwe, że ona przypomniała to sobie dopiero teraz? To znaczy... Wiesz, o co mi chodzi...

– Że wcześniej nie płakała?

– Tak. Jeśli to było... musiało być takie straszne, dlaczego do obiadu śmiała się i zachowywała, jak gdyby nigdy nic?

Severus wzruszył ramionami.

– Pewnie spróbowali wyczyścić jej pamięć i coś im nie wyszło. I właśnie sobie przypomniała.

– Biedaczka.

Jean Jacques miał smutny wyraz twarzy. Tak smutny, że Severusowi nagle przyszła do głowy przerażająca myśl.

– Nie wydawajcie jej... – poprosił. – Nie odsyłajcie jej do Anglii... Nie...

– Oczywiście, że nie! – wybuchnął Francuz, prostując się nagle. – Po pierwsze to nie jej wina... pewnie rzucili na nią Imperiusa... więc nie była sobą! No i poza tym biorąc pod uwagę, co się teraz u was dzieje, mowy nie ma! Zostanie tu. Przynajmniej będzie bezpieczna.

– Dziękuję.

Severus nienawidział również prosić, ale po raz kolejny odkrył, że teraz nie sprawiało mu to żadnej trudności. Może dlatego, że kiedyś prosiłby dla siebie, a teraz prosił dla niej.

Jean Jacques domyślił się, że od ich ostatniego spotkania relacje Severusa i Hermiony się zmieniły i postanowił im nie przeszkadzać.

– Masz – podał Severusowi niewielkie pudełeczko. – Remporter. Jak już będziesz gotowy, napisz do mnie.

– Gotowy do czego?

– Do pójścia do domu, który dla was przygotowaliśmy.

Severus nawet przez chwilę nie wyobrażał sobie, że może zostawić Hermionę tutaj samą.

– Zostanę tu z nią. Nie wiadomo, jak się będzie czuła... Może będzie chciała porozmawiać... Nie wiem. Po prostu nie zostawię jej tu.

Francuz westchnął, rozejrzał się dookoła i kiwnął głową.

– Dobrze. Uprzedzę ich, że tu zostaniesz. I żeby przynieśli ci coś do jedzenia. I pisz, gdybyś czegoś potrzebował.

Severus odwrócił się na powrót do Hermiony. Uśmiechnął się do niej łagodnie i odgarnął jej włosy za ucho. Na nowo ujął jej ręce i po chwili poczuł, jak uścisnęła je delikatnie. Jakiś czas później wymówiła jego imię. Powolnym, bezbarwnym, płaskim głosem, jak ktoś jeszcze nie do końca wybudzony ze snu. Od tego na nowo ścisnęło mu się serce.

– Jak się czujesz?

– Dziwnie – odpowiedziała po chwili. – Gdzie jestem?

– W Skrzydle Szpitalnym. Tu jesteś bezpieczna.

Hermiona rozglądała się powoli dookoła dłuższą chwilę. Koło otwartych drzwi przeszedł spiesznym krokiem jakiś Uzdrowiciel nie zwracając na nich żadnej uwagi. Niedaleko musiało stać parę osób, bo czasem docierała do nich cicha rozmowa. Severus nie słyszał słów, ale rozpoznawał doskonale francuską linię melodyjna, tak inną od angielskiej.

– To straszne... co zrobiłam...

Tego się właśnie obawiał. Że Hermiona tak to odbierze. Weźmie na siebie całą winę i za chwilę zacznie rozpaczać na nowo.

Wiedział, że zabicie kogoś to koszmarne doświadczenie, z którym zdecydowana większość ludzi nie potrafi dać sobie rady do końca życia. On sam przez to przeszedł i nie licząc pierwszego roku jako Śmierciożerca, za każdym razem miał potem ochotę wyszarpać sobie serce. Ale on był silnym, dorosłym mężczyzną, a ona młodziutką kobietą. Skoro on chciał po tym umrzeć, jak ona miała sobie z tym poradzić?!

Stanowczo pokręcił głową i uniósł jej rękę do ust.

– Nie byłaś sobą, Hermiono. Nie wolno ci mieć do siebie żadnych, absolutnie żadnych pretensji. Musieli rzucić na ciebie Imperiusa. Sama doskonale wiesz na czym polega to zaklęcie.

– Harry kiedyś ... się temu... oparł.

Pieprzony Potter. Crouch kiedyś rzucił na niego zaklęcie, zapewne w miarę lekkie i Potterowi udało się je pokonać. Jeśli teraz Hermiona będzie wyrzucać sobie, że nie była na tyle silna...

– Gdyby to było takie proste, z pewnością Kingsley dawno by już się mu oparł. Doskonale o tym wiesz. Właśnie dlatego to zaklęcie nazywa się Niewybaczalne.

Przeklął się, gdy zobaczył na nowo ból w jej oczach, gdy wymówił imię Shacklebolta. Postanowił odwrócić jej uwagę.

– Poza tym nie wiadomo ilu ich było, jak rzucali na ciebie zaklęcie. Mogło ich być kilku. Choćby ten Auror, który cię przesłuchiwał. Może to był któryś z bandy Norrisa?

Hermiona patrzyła na niego chwilę i ściągnęła brwi.

– Jaki Auror?

– Ten, który z tobą rozmawiał. Albo ten, co zabrał cię na przesłuchanie... Przecież właśnie wtedy zabrali ci różdżkę – coś w nim drgnęło na ta myśl. To z pewnością było wtedy!

Dziewczyna nadal wpatrywała się w niego, najwyraźniej nie rozumiejąc, o czym on mówi.

– Jakie przesłuchanie...? Severusie...

Biedactwo. Musi być cały czas w szoku, albo tak działa ten eliksir, że zapomniała. Severus doszedł do wniosku, że najlepiej będzie jej to przypomnieć. W ten sposób może wreszcie pogodzi się z tym, że padła ofiarą ich manipulacji, a nie jest zwykłą morderczynią.

– Pamiętasz, powiedziałaś mi wczoraj, że jakiś Auror przyszedł do twojego biura, zabrał ci różdżkę i kazał pójść ze sobą na Poziom Drugi... Oddał ci ją dopiero po jakimś czasie. I był jeszcze jeden, ten, który z tobą potem rozmawiał. Z którym się podobno tak śmiałaś... Widzisz, pewnie wtedy ugodził cię Imperiusem.

Hermiona powoli pokręciła głową.

– Severusie... kiedy to było?

– Wczoraj. Przed południem...

– Nikt nie zabierał mi żadnej różdżki... I nie byłam u Aurorów... O czym ty mówisz?

Dziewczyna poruszyła się w pościeli i spróbowała usiąść. Dochodziła coraz bardziej do siebie. Co prawda głos miała jeszcze ciągle monotonny i powolny, ale ożywiała się z każdą chwilą. O ile wcześniej mogła nie pamiętać co się działo, teraz powinna sobie przypomnieć... Severus zaczynał czuć się zagubiony. Wyprostował się, nadal trzymając jej rękę.

– Hermiono... spójrz na mnie. I skup się. Przecież mówiłaś mi wczoraj... i nawet dziś rano... Aurorzy zabrali cię na przesłuchanie. Dlatego tak się przestraszyłaś... Zabrali ci różdżkę... przypomnij sobie... Potem się okazało, że chodziło o jakiegoś mugola koło twojego domu...

Dziewczyna pokręciła powoli głową.

– Nic takiego nie pamiętam...

– A co pamiętasz?

Hermiona spojrzała lekko w prawo i wiedział, że właśnie przygląda się swoim myślom. Gdyby coś zmyślała, patrzyłaby na lewo.

– Że przyszłam do pracy i Rockman kazał mi pomagać Aylin... zaplanowałyśmy wszystkie jego wyjazdy... i zrobiłam mu rozliczenie finansowe... potem... – zająknęła się i nagle wiedział, o czym będzie mówić, więc ścisnął mocniej jej dłoń, jakby chciał w ten sposób pomóc jej przejść przez to, co najgorsze. – Potem poszłam do ... Kingsleya – zadrżał jej głos.

– Dalej...! Co było dalej?

– Potem wyszłam... poszłam do łazienki się umyć... i wróciłam do sekretariatu... Rockman śmiał się, że już się bał, że mnie wciągnęło... przepisałam mu umowę na dostawę proszku księżycowego do Św. Munga i potem przyszedł Auror... – Severus zamarł – i powiedział, że mamy nie wychodzić, bo zamordowano Ministra...

Spojrzała na niego, a on oddał jej równie zaskoczone spojrzenie. Przecież był pewien, że wczoraj i dziś mówiła o wezwaniu na przesłuchanie! Adalbert widział ich idących do sali przesłuchań! Merlinie, przecież nawet on sam to poczuł na własnej skórze! Był tak przerażony, że aż płakał!

To przecież nie mogło się wydarzyć, kiedy była pod Imperiusem! Kiedy było się pod tym zaklęciem, wręcz przeciwnie, było się wcieleniem spokoju i akceptowało się to, co się robiło! Poza tym nawet jeśli by przyjąć, że ona mogła reagować inaczej i być przerażoną i nie chcieć tego co robiła, przecież pozostawała jeszcze sprawa wezwania na przesłuchanie!

Coś tu się nie zgadzało. Zupełnie nie zgadzało. Z początku myślał, że po prostu próbowali zabrać jej część wspomnień, ale wyglądało na to, że było inaczej...

– Hermiono... – przez chwilę nie umiał znaleźć słów. – Muszę zajrzeć w twoje wspomnienia... Coś się tu nie zgadza i... Będę delikatny.

Dziewczyna skinęła głową na znak zgody.

– Nie próbuj mnie powstrzymywać. Po prostu... pozwól mi wejść do twojego umysłu. I bądź dzielna.

Ucałował czubki jej palców i ujął jej twarz w obie ręce. Dziewczyna utkwiła w nim spojrzenie i przykryła delikatnie jego dłonie swoimi.

– Legilmens – szepnął.

Przez chwilę widział jeszcze głęboki brąz jej oczu, duże czarne źrenice i światło świec odbijające się w nich. I nagle jakby ktoś odsunął przeźroczystą zasłonę, której nie widział, ale wiedział, że tam jest i zanurzył się w setki obrazów, dzwięków i... zapachów, odczuć...

Sięgnął do tych najświeższych.

Jean Jacques opowiadający o tym, że pierwszą ofiarą krwawej wojny z Goblinami był czarodziej, który przewrócił się o swoją szatę, wpadł do beczki z winem i się w niej utopił... Nie to! Wcześniej... Leżała wtulona w jego ramiona w jego sypialni... nie, też nie... jej kot łasił jej się do nóg, kiedy skręcając się z głodu jadła jakieś kluski w domu... Cofnął się jeszcze bardziej. Hermiona zakładała buty przed wyjściem do pracy...

Tak, stamtąd mógł zacząć!

Przeskakiwał teraz do przodu po parę chwil... Hermiona wyskakiwała z kominka... ściskająca rękę Rockmana i odchodząca do swojego biura... szukająca atramentu... Rockman mówiący coś o końcu projektu... Aż poczuł, jak zalała ją fala goryczy... Siadała koło wysokiej, szczupłej blondynki...

Opanował ochotę przeskoczenia o wiele dalej. To musiało być gdzieś niedaleko, teraz liczył się każdy szczegół.

Przeglądał uważniej jej wspomnienia. Aż w końcu trafił.

Hermiona przeciągnęła się mocno ziewając i po chwili otrząsnęła się, otworzyła oczy i zaśmiała na widok miny blondynki.

– Wyglądasz, jakbyś nie spała całą noc – powiedziała tamta krytycznie.

– Nie wiesz, że to dobre dla zdrowia?

– Takie ziewanie? Jeszcze wywichniesz sobie szczękę.

– Żaden problem. Moi rodzice są dentystami, w każdej chwili mogą mi ją nastawić. Wiesz co, skończ szybko pisać, jaki on chce hotel w tej Grecji, ja za chwilę wracam.

Blondynka przesunęła się i przepuściła Hermionę, która przeszła koło niej i wyszła na korytarz. Poszła do windy i wjechała na Poziom Pierwszy. Wysiadając rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie było widać. Ścisnęła mocniej różdżkę, wymamrotała „Temparalisys" i smagnęła nią w kierunku drzwi do sekretariatu Ministra. Powietrze jakby zafalowało i odbiło się od ścian, a drzwi aż zaklekotały. Nic poza tym się nie wydarzyło.

Hermiona podeszła zdecydowanym krokiem do wielkich, ozdobnych drzwi, błyszczących w świetle świec na ścianach. Nie zapukawszy weszła do środka i zatrzasnęła je za sobą.

Kingsley siedział za biurkiem i jadł jakieś ciastko. Gdy drzwi szczęknęły, gwałtownie opuścił rękę na biurko i przykrył ciastko dłonią. Dookoła leżało już pełno okruszków.

– Witam, panie ministrze – powiedziała Hermiona bez śladu uśmiechu na twarzy.

– Hermiono, jak miło cię widzieć! Co cię do mnie sprowadza? I od kiedy nie pukasz? – Kingsley poprawił sobie nakrycie głowy w identycznym, co szata, kolorze.

Hermiona obróciła się i zablokowała zaklęciem drzwi.

– Przyszłam się z panem policzyć, Shaklebolt. Za całą tą cholerną wojnę, za to, że pan się nami nie zaopiekował, nie pomógł nam, tylko dawał idiotyczne wywiady w radiu...

Kingsley wyraźnie osłupiał ze zdumienia.

– Hermiono... o czym ty mówisz...? Co ci się stało? – wstał i starał się uśmiechnąć. – Usiądź, to porozmawiamy, choć nie jest to najlepszy moment...

– Accio różdżka! – Hermiona złapała w lewą rękę różdżkę Kingsleya. – To, obawiam się, ostatni moment, w którym możemy porozmawiać...

– Hermiono, nie będę tolerował takiego zachowania nawet od ciebie! W tej chwili oddaj mi różdżkę i opanuj się, bo jak nie, to...

– To co? Co mi zrobisz?! Nic nie możesz mi zrobić, Shacklebolt!

Kingsley wpatrywał się w dziewczynę na poły ze strachem, na poły z osłupieniem.

– Posłuchaj, nie...

– Serpensortia! – machnęła różdżką i olbrzymi wąż pojawił się nagle na końcu i rzucił się na Kingsleya. Ten w ostatniej chwili złapał go i próbował odepchnąć i oboje runęli do tyłu, na ziemię, przy wtórze pękającego krzesła. Wąż syczał i owinął sprawnie swoje olbrzymie cielsko wokół nóg Kingsleya, ale ten nadal walczył wściekle, starając się utrzymać otwartą paszczę z dala od twarzy.

– Przestań! W tej... chwili... przestań! – krzyknął z wyraźnym wysiłkiem. – Co ty, do... cholery... wyprawiasz! Herm...

Hermiona rzuciła na niego Silencio i patrzyła, jak olbrzymi gad i Kingsley, krzycząc już teraz bezgłośnie, szamocą się po podłodze. W końcu Murzyn osłabł i wąż szarpnął łbem i wbił kły w jego prawy bark. Kingsley musiał wrzasnąć i próbował wierzgnąć splątanymi w ciasnych zwojach nogami.

Hermionia machnęła różdżką i gad nagle zniknął.

– Nieźle. Ale ja nie lubię, jak ktoś mnie nie słucha – podeszła bliżej mężczyzny, który starał się podnieść z ziemi.

Smagnęła kolejny raz różdżką rzucając zaklęcie tnące i Kingsley, który już uniósł się na kolana, nagle runął na nowo na podłogę, a na szacie w okolicach kolan pojawiła się krew.

– Przyszłam ci powiedzieć, że się na tobie zawiodłam – machnęła jeszcze raz różdżką i na szacie pojawiły się kolejne ciemne pręgi. – Nienawidzę cię. Ale to już nie ma znaczenia.

Nagle z ręki Kingsleya wyprysnął strumień jasnego światła i pomknął w jej stronę. Odskoczyła na bok, uchylając się przed nim w ostatniej chwili.

– Magia bezróżdżkowa, tak? – warknęła, unosząc do góry wargi we wściekłym grymasie, co odsłoniło zaciśnięte zęby. – Ale na to jest sposób, prawda?

Nagle mężczyzna znieruchomiał zupełnie i tylko wpatrywał się niemo w jej twarz pełnym przerażenia wzrokiem. Hermiona rozejrzała się dookoła i utkwiła spojrzenie w ozdobnej maczecie, którą Kingsley powiesił na ścianie dla dekoracji. Na jej twarzy rozlał się błogi uśmiech. Przywołała ją i podeszła do leżącego na dywanie mężczyzny. W tym momencie w jego oczach można było dostrzec zgrozę i panikę.

Hermiona przysunęła maczetę do jego prawej ręki, przymierzyła się, uniosła do góry... i nagle ostrze błysnęło i ze świstem spadło na odsłoniętą rękę, odrąbując ją tak mocno, że dłoń aż potoczyła się pod jej nogi. Z otwartej rany buchnęła krew opryskując wszystko dookoła.

Widać było, jak coś błysnęło w ciemnych oczach Kingsleya, który teraz nie tylko nie mógł krzyczeć, ani nawet drgnąć, choć z pewnością cierpiał męczarnie.

– Załatwimy ci drugą rączkę. Przynajmniej nie będziesz próbował się bronić...

Uniosła jeszcze raz maczetę, która teraz była cała czerwona, opuściła jeszcze gwałtowniej i ostrze odcięło drugą dłoń i wbiło się aż do połowy uda. Dłoń zaś upadła po drugiej stronie ciała.

Odkopnęła na bok obie i cofnęła się. I zdjęła z Kingsleya Drętwotę.

Chwilę wpatrywała się w drgające konwulsyjnie ciało. Drgawki słabły wraz z upływem krwi. Szata była już czarna, dywan unurzany we krwi, która ściekała po ścianach i meblach.

Kiedy Kingsley przestał już się poruszać i tylko od czasu do czasu przez jego ciało przebiegał wstrząs, pochyliła się nad nim i wyszeptała cicho.

– Teraz to ja mam władzę...

Oczy Kingsleya odszukały jej twarz. Wyraźnie chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Nie z powodu Silencio, ale z osłabienia. Jego ciało drgnęło po raz ostatni, ciemne oczy nagle znieruchomiały, głowa osunęła się trochę na bok i skonał.

Dziewczyna sięgnęła do kieszeni koszuli, sekundę czegoś szukała, ale wyciągnęła pustą rękę. I równocześnie niewielka fiolka wysunęła się i upadła bezgłośnie na dywan. Ale Hermiona już jej nie dostrzegła, bo odwróciła się, odblokowała drzwi i odeszła. Z korytarzu nadal nikogo nie było, więc poszła szybko do łazienki i zaklęciem oczyściła ubranie, obmyła ręce i twarz i poszła do windy.

Błyskawicznie zjechała na swój poziom i weszła do biura.

– Merlinie, już myślałem, że cię coś wciągnęło – zawołał wesoło Rockman, przyglądając się jej z dobrotliwym uśmiechem.

– Przepraszam bardzo, panie Rockman – odparła z szerokim uśmiechem. – Źle się poczułam... chyba po wczorajszej kolacji.

– Już się lepiej czujesz? – tym razem Rockman wydawał się być zatroskany.

– O wiele lepiej.

Severus ciężko dysząc przeskoczył trochę do przodu przeglądając kolejne wspomnienia. Ktoś wchodził do sekretariatu... Blondynka dopijała herbatę... Hermiona pisała jakieś sprawozdanie, bo pergamin zapełniony był już jej nienagannym, równym pismem... Hermiona czytała jakiś list na samolociku... Rockman wetknął głowę do sekretariatu i prosił o księgę z zaklęciami... i Auror wpadający do środka i zakazujący im wychodzenia z Ministerstwa. Zobaczył, jak Rockman zagląda do sekretariatu i mówi „Aulus, co się dzieje?" i Auror odpowiada „Minister nie żyje. Został zamordowany".

Severus niemal wyrwał się w jej umysłu, równocześnie odsuwając się od dziewczyny i uwalniając jej głowę, którą ściskał w dłoniach. Hermiona jeszcze przez parę sekund wpatrywała się w niego pustymi, szeroko otwartymi oczami, a potem nagle przechyliła się na bok i zwymiotowała na podłogę.

Severus przyglądał się jej nieprzytomnie, jakby nieświadomy tego, co się z nią dzieje. Myśli wirowały mu w głowie, mieszając się ze sobą, było ich zbyt dużo, żeby móc je dokładnie przeanalizować...

Te cholerne, wyszczerzone zęby... rodzice dentyści... Przecież tu nie ma śladu przesłuchania przez Aurorów i odebrania różdżki... jej STAREJ różdżki... ani jednej chwili, kiedy mogli rzucić na nią Imperiusa i kazać zabić... PANIE Ministrze?! Przecież oni byli ze sobą na "ty"!... Czyżby... tak! TAK! To musiało być to! To tylko fałszywe wspomnienie, takie samo jak to o mnie!

Ale kiedy oni to zrobili...? Wyraźnie w którymś momencie bawili się jej umysłem i coś im źle wyszło... Może pod tym wspomnieniem będzie można znaleźć to PRAWDZIWE...?

Hermiona nabrała gwałtownie powietrze, zwinęła się mocno i zwymiotowała jeszcze raz i to przywróciło go do rzeczywistości. Złapał ją za ramiona pomagając usiąść i otarł jej usta i brodę rogiem kołdry. I nie zważając na kręcący w nosie zapach wymiocin, przygarnął ją mocno do siebie.

– Hermiono...!

– O mój Boże...

– ... to nie byłaś ty!

– ... jak ja mogłam...

– ... to tylko fałszywe...

– ... go zabić...!

– ... wspomnienie! Takie, jak to o mnie!

Przez chwilę mówili równocześnie, ale ostatnie słowa niemal wykrzyczał i potrząsnął nią. Zamarła i tylko otworzyła usta.

– Rozumiesz?! To nie byłaś ty! To nie ty go zabiłaś, tylko Smith! – odczekał chwilę, dając jej czas na to, żeby jego słowa do niej dotarły. – To nie był Imperius... to był wielosokowy...

Najwyraźniej zaczęło to do niej docierać. Oczy zmieniły wyraz z przerażenia na niedowierzenie.

– Skąd... jesteś pewien?

– Nikogo nie zabiłaś, maleńka.

Hermiona przytuliła się do niego, więc zaczął ją głaskać na nowo po włosach i kołysać delikatnie w ramionach. Poczuł, jak zaczyna płakać, ale tym razem płakała z ulgi, więc jej na to pozwolił. Niech się wypłacze. Dobrze jej to zrobi. Niech to wszystko z siebie wyrzuci, bo już po wszystkim. Prawie. Teraz trzeba tylko wydobyć i zachować to wspomnienie...

Ich głośna rozmowa i jej płacz zwróciły uwagę jakiejś kobiety, która weszła do pokoju i na widok zachlapanej, brudnej podłogi i płaczącej dziewczyny podskoczyła do nich i zaczęła o coś pytać. Severus nic nie rozumiał, a dziewczyna nie reagowała, więc kobieta zawołała głośno kogoś do pomocy i postarała się odsunąć od niego dziewczynę. Hermiona spojrzała na Uzdrowicielkę i powiedziała coś do niej, na co tamta odetchnęła i w tym momencie do pokoju wbiegła druga. Chwilę rozmawiały, Hermiona wtrącała jakieś słowa, wśród których Severus wyłowił "ça va"!

– Powiedz im, żeby cię przebrały i pomogły ci się umyć. Ja idę wezwać Jean Jacquesa – powiedział, wstając.

Ponieważ jego szata też nadawała się do czyszczenia, więc zdjął ją i rzucił w kąt wychodząc na korytarz w spodniach i luźnej koszuli. Wiadomość do Jean Jacquesa była krótka. "Wracaj natychmiast".


Kiedy Jean Jacques wpadł do Skrzydła Szpitalnego, Hermiona była już wykąpana i siedziała w sali odwiedzin przebrana w czystą piżamę. Uśmiechnęła się do niego lekko, więc poczuł się zupełnie zagubiony.

Severus, również umyty i przebrany, w kilku słowach wyjaśnił Francuzowi, co zobaczył we wspomnieniu Hermiony.

– Jesteś pewien? – zapytał Jean Jacques, wstrząśnięty, ale i z nieopisaną ulgą.

– Całkowicie – odparł i zaczął dobitnie wyjaśniać wszystko, co rzuciło mu się w oczy. – Stworzyli fałszywe wspomnienie, ale o niektórych sprawach nie mają pojęcia, więc niektóre rzeczy... fakty... po prostu nie miałyby miejsca, gdyby to była naprawdę Hermiona. Na przykład Hermiona powiedziała w nim Aylin, że ma rodziców dentystów, więc w każdej chwili może do nich pójść... To nie do końca prawda. Pamiętasz? Niedawno zostali przeniesieni i nie wiemy gdzie. Gdyby to była ona, z pewnością by tego nie powiedziała. Po drugie Hermiona używa od dawna francuskiej różdżki, tej od was. Ma ją zawsze ze sobą. We wspomnieniu posługiwała się swoją starą. Po trzecie Kingsley jest jej dobrym... był, dobrym znajomym i mówili do siebie przez 'ty'. Tylko przy innych zwracali się do siebie formalnie. Hermiona, tym bardziej chcąc go zamordować, nie bawiłaby się w oficjalne uprzejmości... I Smith w którymś momencie musiał to zrozumieć, bo przeszedł na "ty". To zaklęcie, które rzuciła... to jedno z bardziej parszywych, czarnomagicznych zaklęć – pokręcił głową. – Ona nawet nie mogłaby go znać.

Jean Jacques wyglądał, jakby mu zdjęto właśnie z ramion całą Bastylię.

– Nie wiecie nawet, jak JA się cieszę! Już idę napisać do Ministra. W czasie obiadu był po prostu wstrząśnięty. Ale czekajcie, jednej rzeczy nie rozumiem... jak oni mogli zrobić to tak... Przecież tak łatwo to odkryłeś...

– Tak, ale nie zapominaj, że ja nie miałem tego widzieć. Miałem siedzieć w jednej celi, a Hermiona w drugiej. Nie mieliśmy się widzieć. A dla wszystkich innych dookoła w tym wspomnieniu nie było nic dziwnego! – zaprzeczył Severus i chwilę analizował ostatnie wydarzenia. – Sądzę, że to miało wyglądać tak. Mieli najpierw dopaść Hermionę, dlatego siedzieli pod jej domem. Wydłubać to wspomnienie i w ten sposób dojść do mnie.

– W jaki sposób? – spytała dziewczyna, słuchając uważnie.

– Pod koniec Smith sięgnął do kieszeni i wypadła mu fiolka z jakimś eliksirem. Jestem pewien, że to obciążało mnie. I po tym czarnomagicznym zaklęciu...

– I pewnie po tym wężu – dorzuciła.

– Pewnie też. A złapawszy mnie pewnie zamierzali zrobić jakieś inne wspomnienie, które by to jakoś połączyło, Jak uczę cię tego zaklęcia, albo jak wyczarować węża, czy jak warzę eliksir... cokolwiek. W ten sposób by nas mieli.

Jean Jacques pokręcił głową i wstał.

– Co za przeklęta banda... Idę napisać do Ministra.

Już chciał odejść, kiedy Severus złapał go za łokieć.

– Czekaj. Przede wszystkim przynieś mi tu jakąś myślodsiewnię. Musimy wydobyć to wspomnienie.

– Teraz? Daj jej ochłonąć... – zerknął na jeszcze bladą dziewczynę.

– Teraz, natychmiast. Ona straciła zupełnie swoje wspomnienie o przesłuchaniu przez Aurorów, kiedy pojawiło się to. Nie wiem, czemu... Nie możemy stracić TEGO, bo to ją całkowicie uniewinnia.

– W takim razie lepiej będzie je zdjąć zupełnie i odnaleźć to prawdziwe. Może jeszcze jest nienaruszone pod spodem – zaproponował.

Severus ożywił się wyraźnie.

– Znasz kogoś, kto mógłby to zrobić?

– Najlepszym specjalistą w tym zakresie jest Horacjusz Müller. Spróbuję się z nim skontaktować w poniedziałek.

– To za późno. Masz kogoś na miejscu?

– W Skrzydle Północnym mamy naszego Mistrza Umysłu, ale o tej porze już wyszedł – Jean Jacques spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma wieczorem.

– To go ściągnij – powiedziała z naciskiem Hermiona. – W razie czego poproś o pomoc Ministra... Nie wiemy, co ja tak naprawdę widziałam, to może być bardzo ważne.

– Ściągnę go na jutro. Teraz poszukam wam myślodsiewni.

Sobota, 12.09

Severus czekał przed salą, w której Emmanuel Chartier, Mistrz Umysłu, pracował nad wspomnieniami Hermiony. Przeglądał bezmyślnie notatki, które Jean Jacques zrobił na temat Norrisa, ale nie potrafił się skupić. Minęły już dwie godziny od kiedy Hermiona została uśpiona, żeby Chartier mógł bez narażania jej umysłu zdjąć dwie warstwy jej wspomnień, zachować je i dostać się do tego prawdziwego.

Noc spędzili w Skrzydle Szpitalnym, bo Hermiona, po oddaniu długiego i niesłychanie brutalnego wspomnienia, zasłabła i nie pomógł nawet francuski eliksir wzmacniający. Na szczęście rano poczuła się już znacznie lepiej.

Jean Jacques aportował się całkiem niedawno i teraz siedział na sąsiednim krześle i spoglądał w zamyśleniu za okno.

Kiedy drzwi skrzypnęły i otworzyły się, oba mężczyźni drgnęli i podnieśli się jak na komendę. Emmanuel Chartier wyszedł i przywołał ich ruchem ręki. Ponieważ nie mówił po angielsku, Jean Jacques znów stał się tłumaczem.

– Powiedział, że możemy już do niej wejść. Ale że mamy bardzo na nią uważać, bo jej umysł jest teraz bardzo wrażliwy. I mamy być cicho.

Severus doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Po wczorajszej legilimencji i oddawaniu wspomnień i dzisiejszemu grzebaniu w jej myślach Hermiona musiała być bardzo osłabiona. Poza tym z własnego doświadczenia wiedział, że po tak wyczerpującej dla umysłu sesji odczuwało się pulsujący, bez mała rozrywający czaszkę ból, zawroty głowy i nudności.

– Zapytaj się go, czy mu się udało – przytrzymał Jean Jacquesa za rękaw zanim weszli do sali.

Francuz zadał pytanie i w odpowiedzi Emmanuel odpowiedział krótkim „oui".

Weszli więc do małej, przytulnej salki, w której panował półmrok. Ściany wyłożone były kudłatą wykładziną, na podłodze leżał włochaty dywan w ciepłych kolorach. Pod ścianami stały szafy z księgami, zaś po środku zobaczyli łóżko, na którym leżała Hermiona.

Gdy dostrzegł jej zabiedzoną i... przestraszoną minę, miał wrażenie, że do żołądka wpadł mu jakiś kamień. Co znowu?!

Dziewczyna popatrzyła na nich i przytuliła ciaśniej mięciutki, puchaty koc, w który była owinięta. Nie uśmiechnęła się, nie wyciągnęła do niego ręki, ale objęła się mocniej, jakby chowając przed światem. Co, do jasnej cholery, się stało?! Na stoliku obok niej leżała pusta fiolka, więc domyślił się, że wypiła już eliksir przeciwbólowy.

Emmanuel podał Severusowi fiolkę z jej wspomnieniami i wskazał myślodsiewnię, mówiąc coś bardzo cicho.

– Mówi, że lepiej, żebyś je obejrzał. Niech ona odpocznie – przetłumaczył szeptem Jean Jacques.

Severus jeszcze raz rzucił okiem na Hermionę, która nieznacznie skinęła głową i natychmiast zacisnęła oczy i zęby z bólu i złapała kurczowo brzeg koca, więc wlał wspomnienie do misy i zanurzył w wirującą półpłynną mgiełkę twarz.

Po paru minutach zacisnął nagle mocno pięści na brzegu kamiennej misy, a po chwili wynurzył twarz i Jean Jacques aż się przestraszył. Severus był wściekły. Trzema krokami podszedł do Hermiony i zanim Jean Jacques zdążył zareagować i próbować go odciągnąć, usiadł obok niej i złapał za ręce. Szaloną wściekłość zastąpiła nagła czułość.

– Co tam było dalej? – szepnęła dziewczyna głosem pełnym strachu, nie otwierając oczu.

– Nic, Hermiono. Musiał cię oszołomić albo... uderzyć skoro cię zabolało... – odszepnął i pocałował we włosy.

– Severusie... czy on...

– Nie!

– Czy...

– Nie! Na pewno nie!

– Ale... skąd możesz wiedzieć, skoro nie pamiętam... nie wiem, co on dalej... ze mną robił?

– Jestem pewny – Severus poczuł, jak kurczowo zaciska ręce na jego koszuli.

– Ale jak?!

Wymyśl coś! Cokolwiek! Inaczej ona się nie uspokoi!

I nagle przypomniało mu się ostatnie zdanie Smitha, zanim go rąbnął głową w twarz.

– Bo zanim deportowałem się z Hogwartu, Smith powiedział... powiedział mi, że chciałby. Nie, że to zrobił.

Jej ręce zamarły na chwilę.

– Co on ci mówił?

Severus odsunął się trochę.

– Chciał mnie zranić. Myślał, że już mnie złapał i ma mnie w garści i chciał mnie zranić – powtórzył półgłosem. – I powiedział, że chciałby spróbować... – reszta nie przeszła mu przez usta. – Gdyby to zrobił, to by mi to powiedział.

Dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na niego z bezbrzeżną nadzieją w oczach, więc dodał, w nadziei, że uspokoi ją jeszcze bardziej.

– Pewnie oszołomił cię po to, żeby ci zabrać włos i pójść zabić Kingsleya... Musiał się spieszyć.

Hermiona westchnęła z ulgi. Uwierzyła mu.

Severus oparł głowę o jej pierś i głaskał najdelikatniej jak mógł jej włosy, mając nadzieję uspokoić tym samego siebie. O ile Hermiona w to uwierzyła, on nie był tego tak do końca pewny. Kontrolował się na tyle, żeby nie trząść się z hamowanej furii.

Ten sukinsyn śmiał ją dotknąć. JEGO Hermionę. Śmiał choćby o tym pomyśleć. Jest już martwy. Tylko jeszcze o tym nie wie.

– Odpocznij teraz – odsunął się po chwili i przykrył kocem. – Śpij.

Musnął ustami jej czoło i wstał. Hermiona osunęła się na poduszkę i natychmiast jęknęła, podkurczyła konwulsyjnie nogi i jej twarz stężała z bólu, ale po chwili powoli się rozluźniła. Na widok jej cierpienia miał wrażenie, że pęknie mu serce. O ile do tej pory sądził, że ją kocha, bardzo mocno, teraz po prostu szalał z miłości do niej.

Otarł jej łzy z policzka, wyczarował mokrą, chłodną chustkę i przykrył nią jej czoło, po czym pociągnął Jean Jacquesa za sobą na korytarz i zamknął delikatnie drzwi.

Na tym jego delikatność się skończyła.

– Daj mi świstoklik – warknął do Jean Jacquesa. – Do Anglii!

– Severus... co się dzieje... co się stało? – wykrztusił z siebie Francuz, cały roztrzęsiony, oglądając się przez ramię na zamknięte drzwi. – Co ona widziała?!

– Smith – wypluł z siebie ze wściekłością Severus. – Dotknął jej, rozumiesz?!

Oczy Jean Jacquesa rozszerzyły się z przerażenia.

– Zzz..gwałcił ją?! – zachłysnął się.

– Nie wiem! Oszołomił ją i nie wiem, co się dalej działo! Muszę się dowiedzieć! Muszę być pewien! MUSZĘ! Ona też!

– Merlinie...

– Potrzebuję świstoklik. Teraz!

– Co ty chcesz zrobić... Severus, ty chyba nie chcesz...?!

– Dopadnę go, zobaczę JEGO wspomnienie i go zabiję.

Francuz zbladł mocno, ale po chwili zebrał się w sobie.

– Chodź – ruszył szybkim krokiem do swojego biura.

Severus nie miał problemu, żeby dotrzymać mu kroku.

W biurze znalazł świstoklik Hermiony i dorzucił do tego na wszelki wypadek pelerynę niewidkę. Podał to Severusowi i przytrzymał go jeszcze chwilę.

– Posłuchaj... Dopadnij go. Weź od niego wspomnienie, jakie by nie było. Ale nie zabijaj. Nie! Posłuchaj! – zawołał, bo Severus już nabrał powietrza. – Ten sukinsyn przyda nam się niedługo, ma pełno innych wspomnień, dzięki którym będzie można ich wszystkich oskarżyć!

– Nie obchodzi mnie żaden proces! On nie zasługuje na to, żeby chodzić po ziemi!

– Przede wszystkim nie zasługuje na szybką śmierć, rozumiesz?! Więc zadbaj o to, żeby cierpiał! Długo! A nie przez jedną, krótką chwilę!

Severus zamarł na chwilę. Potem zwęził oczy i uśmiechnął się przerażająco.

– Och, już o to zadbam!

– Może powinienem iść z tobą...

– Idź i pilnuj Hermiony. Ja niedługo wrócę.

I odszedł jak wcielenie furii.


Wylądował pod znajomym drzewem. O ile pamiętał, zaklęcie Smitha ostrzegało w przypadku użycia zaklęć w obrębie dziesięciu stóp, więc zanim dał choć krok do przodu, przeniósł się do drugiego wymiaru. Potem złożył na płasko pelerynę niewidkę i schował ją pod koszulę, zaprogramował świstoklik do Ministerstwa Magii i ukrył w kieszeni i dopiero wtedy ruszył w kierunku domu Smitha.

Słońce świeciło mocno i jak na połowę września, było zdecydowanie gorąco. Być może z tego powodu Smith zostawił duże przesuwane drzwi szeroko otwarte. Severus wygiął usta w pogardliwym uśmiechu, wszedł do domku i zaczął się rozglądać dookoła. Przede wszystkim chciał sprawdzić, czy Smith nie ma towarzystwa.

Nie wyglądało na to. Auror siedział na fotelu bokiem, zwieszając nogi przez oparcie i czytał Proroka. Różdżka leżała na stole obok.

Och, to będzie prostsze niż sądziłem...

Po raz kolejny miał w głębokim poważaniu przestrzeganie prawa czarodziejów. Miał przed sobą kogoś, kogo nienawidził tak, jak jeszcze nikogo innego na świecie. Wolał już choćby cholernego Jamesa Pottera i jego bandę. Obiecał sobie tylko jedno. Nie będzie dziś używał żadnego z Niewybaczalnych. Nie da im żadnych podstaw do oskarżania go.

Nie będą mi potrzebne Niewybaczalne, żeby sprawić, że Smith zacznie przeklinać dzień, w którym się urodził.

Poza tym postanowił uważać, co mówi, żeby ujawnić jak najmniej ich wiedzy. Im mniej wie Norris, tym więcej błędów jeszcze popełni.

Podszedł do stolika za plecami Smitha i zabrał różdżkę. Potem zaś wyjął pelerynę, narzucił ją na siebie i przeniósł się do normalnego wymiaru. Różdżka Smitha zawibrowała mu w ręku, ale przytrzymał ją mocno. Auror nie zwrócił na to żadnej uwagi.

Cofnął się trochę i odkaszlnął cicho.

Smith poderwał raptownie głowę i sięgnął na pamięć po różdżkę, rozglądając się dookoła. Nie znalazł jej, więc rzucił szybko okiem na stolik i nie dostrzegając jej, zerwał się na równe nogi. Starał się patrzeć dookoła, ale jednocześnie rozglądał się po podłodze.

Severus nie zamierzał tym razem ryzykować. Rzucił na niego Drętwotę i jednym gestem zerwał z siebie pelerynę patrząc, jak Auror wali się na ziemię.

– Nie spodziewałeś się mnie zobaczyć, prawda, Smith?

Zaklęciem zamknął i zablokował drzwi na taras i zbliżył się do Smitha, który patrzył na niego w przerażeniu. Na wszelki wypadek wyczarował gruby sznur, który owinął się wokół Aurora i jednym smagnięciem szarpnął jednym końcem tak, że sznur zacisnął się mocno. Smith krzyknął głośno.

– Nie uważasz, że jest trochę podobny do węża? Ale tylko trochę, bo nie kąsa. W każdym razie – pokazał Smithowi jego różdżkę – zauważyłem, że bardzo lubisz bawić się cudzymi różdżkami, więc pewnie ta już ci nie jest potrzebna?

Złapał za oba końce, uderzył o udo i złamał ją na pół. Smith krzyknął na nowo coś, co przypominało „NIE".

– Zastanawiasz się pewnie, po co się u ciebie zjawiłem – ciągnął Severus niemal towarzyskim tonem. – Po pierwsze zaciekawi cię pewnie fakt, że panna Granger przypomniała sobie wczoraj pewne... krwawe wydarzenie... Muszę przyznać, że ciężko się napracowaliście, ale jak dla mnie nie było to zbyt przekonujące... więc postanowiłem przyjrzeć się TWOJEMU wspomnieniu...

Pochylił się gwałtownie nad leżącym Smithem i zajrzał mu prosto w oczy. Tym razem nie bawił się w delikatność. Wdarł mu się do umysłu, nie zwracając uwagi na jego jęki i zaczął szukać wspomnienia z czwartku rano. Z trudem opanowywał chęć przyglądania się wszystkim. Brał każde z nich i nie widząc Hermiony, odrzucał i sięgał po kolejne.

W końcu trafił na to, co szukał.

Zobaczył, jak Smith w ciele jakiegoś Aurora stuka do sekretariatu Rockmana, jak zabiera różdżkę Hermiony i każe jej iść z nim na dół... jak zamyka ją w Sali Przesłuchań, wypija eliksir ze swoim własnym włosem i po kilku chwilach wraca do sali, już we własnej postaci. Złość, która go ogarnęła, gdy słuchał jak Smith zaczyna z nią rozmawiać, szybko przeszła we wściekłość, kiedy zobaczył, jak Auror staje za nią i ją obmacuje, potem zaś uderza mocno i Hermiona pada na ziemię.

Zacisnął kurczowo pięści bojąc się tego, co za chwilę zobaczy.

Smith sprawdził, czy dziewczyna żyje, po czym podszedł do kominka przywołać Norrisa. Ten wyszedł w towarzystwie jakiegoś starszego, białowłosego mężczyzny, przenieśli nieprzytomną dziewczynę na stół w sąsiednim pomieszczeniu i Norris zostawił ich samych.

To się mogło stać w każdej chwili...

Gdy Severus zobaczył, jak Smith kilkoma machnięciami różdżki rozbiera Hermionę, przez chwilę pożera jej nagie ciało długim, głodnym spojrzeniem, mgła szaleństwa bez mała przesłoniła mu oczy i tylko z największym trudem pohamował się, żeby nie udusić tego sukinsyna tu i teraz.

Tłumiąc w sobie furię patrzył, jak Smith i starszy czarodziej rozmawiają jeszcze chwilę zerkając na zegarek, starzec wyrywa Hermionie kilka włosów i zabiera jej ubranie, po czym Smith zarzuca im obu na szyję zmieniacz czasu i robi ćwierć obrotu dokładnie w momencie, kiedy do środka wpada drugi Smith.

I po sekundzie stał już przed drzwiami do sali przesłuchań, tuż koło siebie samego, wracającego właśnie do własnej postaci. Obaj obrzucili się krótkim spojrzeniem, tamten Smith otworzył drzwi i wszedł do środka, więc wypił szybko kilka łyków wielosokowego, przemienił się w jeszcze innego Aurora i poszedł do sąsiedniej.

Wchodząc uśmiechnął się szeroko do siedzącej przy stole Hermiony.

Severus przeskakiwał wspomnienie co parę minut.

Po paru nieformalnych pytaniach o mugola w jej dzielnicy zaczęli żartować. Co jakiś czas ktoś do nich przychodził. Na koniec odprowadził roześmianą dziewczynę do windy i wrócił do pomieszczenia, gdzie na stole leżała Hermiona. Ale zanim zdążył ją dotknąć, przyszedł starszy czarodziej.

Smith wziął od starca ubranie Hermiony, zabrał jej różdżkę, cofnął się znów o kwadrans i przemienił się w dziewczynę. Severus zacisnął konwulsyjnie pięści widząc, jak Smith dotykał z rozbawieniem piersi poprawiając stanik.

Pod peleryną niewidką poszedł pospiesznie pod sekretariat Rockmana. Gdy Hermiona i on sam, jako jeden z jego Aurorów, wyszli i zniknęli w korytarzu, wpadł do sekretariatu. Rockman stał już w drzwiach, gotowy do pomocy. Usiał na krześle Hermiony, zamknął na chwilę oczy, po czym przeciągnął się mocno i uśmiechnął do siedzącej obok blondynki.

– Wyglądasz, jakbyś nie spała całą noc.

Severus nie chciał tego oglądać. Nie kolejny raz. Po prostu przeskoczył wspomnienie aż do powrotu Hermiony do sekretariatu.

Gdy tylko trafił na moment, gdy Smith wracał biegiem pod peleryną na Poziom Drugi, na nowo zaczął się przyglądać.

Starzec przeglądał właśnie wspomnienia Hermiony, kiedy Smith, już we własnej postaci, ale cały czas ubrany jak Hermiona, wszedł do środka i odrzucił na bok niewidkę. Na widok nagiej dziewczyny wykrzywił usta w obleśnym uśmiechu i sięgnął po zmieniacz czasu.

– Myślisz, że mógłbym cofnąć się odrobinę i ją przelecieć?

Tamten machnięciami różdżki zerwał ze Smitha ubranie dziewczyny i założył na nią, po czym rzucił mu ponure spojrzenie.

– Peter wyraźnie powiedział, że nie chce żadnych śladów. Ani na niej, ani w niej.

– Więc...

– Co możesz, to cofnąć się o pół godziny, żeby mi oddać wspomnienia. Przyjdź przez kominek do gabinetu Petera. I pospiesz się.

W sumie Smith cofał się jeszcze dwa razy. Raz, żeby oddać wspomnienia białowłosemu czarodziejowi, drugi, żeby wyrobić sobie alibi. Do Hermiony już nie wrócił. Za drugim razem białowłosy cofnął się razem z nim.

Z jednej strony Severusa zalała niesamowita ulga, że skończyło się tylko na tym. Że nie stało się najgorsze. Ale nie trwała ona długo. Gdy przypomniał sobie, że ten... sukinsyn, ten skurwiel ją obmacywał, gapił się na jej nagość i będąc nią, bawił się jej ciałem, szarpnęła nim dławiąca wściekłość. A gdy przypomniał sobie CO CHCIAŁ jej zrobić, aż pociemniało mu w oczach.

Wyszedł z umysłu Smitha na nowo ogarnięty szałem. Wyczarował fiolkę i wyciągnął do niej wspomnienie, po czym pochylił się nad Aurorem.

– Powinienem cię za to zabić, Smith – powiedział drżącym od furii głosem. – Powinienem, ale nie zabiję. Jeszcze nie.

Smith wyraźnie się rozluźnił słysząc to, więc postanowił pozbawić go złudzeń.

– Ale jeszcze z tobą nie skończyłem...

Kiedy Smith zrozumiał, co Severus zamierza zrobić, wytrzeszczył oczy w panice i zaczął się drzeć...


Jean Jacques siedział na tym samym krześle przed uchylonymi drzwiami do sali, w której leżała Hermiona. Na widok Severusa zerwał się na równe nogi i przyłożył palec do ust.

– No i co? Widziałeś, co on zrobił?

Severus usiadł na sąsiednim krześle i położył sobie na kolanach Proroka.

– Nie zgwałcił jej.

Jean Jacques odchylił głowę do tyłu i westchnął z ulgi.

– Merlinie! Będziesz musiał to jej powiedzieć, jak tylko się obudzi.

– Teraz śpi?

– Śpi, ale miała koszmary, więc musieliśmy... musieliśmy jej podać eliksir, po którym nie ma się żadnych snów.

I bardzo dobrze. Niech jej umysł odpocznie.

Przez chwilę oboje spoglądali na uchylone drzwi.

– Żyje? – zapytał Jean Jacques, odwracając głowę.

Severus domyślił się natychmiast o kim mowa.

– Żyje. Ale zapewne marzy, żeby umrzeć.

– Co mu zrobiłeś?!

– Zatroszczyłem się o to, że już nigdy nie mógł dotknąć żadnej kobiety. Nie ma czym.

– Obciąłeś mu ręce?! – zachłysnął się Francuz i zbladł lekko.

– Och nie. Ręce mu zostawiłem.

Jean Jacques zaklął pod nosem tak strasznie, że aż sam zatkał sobie usta dłonią. Severus uśmiechnął się paskudnie, usiadł wygodnie i zaczął czytać Proroka, którego zabrał Smithowi.

Główni podejrzani o zabójstwo Ministra Magii uciekają!

Pierwsze wyniki śledztwa Teddy'ego Smitha wskazują, że wśród podejrzanych o niesłychanie brutalne morderstwo Kingsleya Shacklebolta jest Hermiona Granger, obecna Szefowa PRZPEC, pracująca w Ministerstwie Magii oraz Severus Snape, dyrektor Hogwartu.

„Naturalnie nie mogę ujawniać zbyt wielu faktów zanim sprawca albo sprawcy nie zostaną złapani, ale mogę potwierdzić, że w tej chwili są to nasi główni podejrzani.

Intensywne przesłuchania całego personelu Ministerstwa wykazały, że panna Granger jako jedyna nie ma żadnego alibi na czas popełnienia zbrodni. Wyszła z biura sama w niewiadomej sprawie i wróciła dopiero po kwadransie.

Jest to naturalnie tylko poszlaka. Kolejną poszlaką jest różnica zdań, która doprowadziła do konfliktu panny Granger z Ministrem. Pozwólcie, że nie będę wdawać się w szczegóły.

Niestety nie jesteśmy w stanie jej przesłuchać, ponieważ w piątek nie stawiła się do pracy. Nie ma jej ani w jej domu, ani u jej rodziców.

Osobiście uczestniczyłem w przesłuchaniu drugiego podejrzanego, Severusa Snape'a w Hogwarcie. Odmówił on okazania do kontroli różdżki, by nie pozwolić nam nie tylko porównać jej ze śladami zostawionymi przez różdżkę mordercy na ciele Ministra, ale i użyć Priori Incantantem w celu sprawdzenia ostatnio używanych zaklęć. Pomyślna wiadomość jest taka, że obecnie mamy w posiadaniu jego różdżkę i przeprowadzamy drobiazgowe analizy.

Dyrektor Snape odrzucił również prośbę udania się do Ministerstwa i obrzucił mnie stekiem wyzwisk. Pod koniec zmuszeni zostaliśmy do obezwładnienia go, ale wówczas wyrwał się nam, niestety raniąc mnie poważnie i deportował się. Jak doskonale wiecie, z Hogwartu nie można się deportować, chyba że niesłychanie złożone osłony zostaną zniesione. Co tylko popiera naszą teorię o tym, że jest zamieszany w to morderstwo – musiał bowiem zrobić to ZANIM weszliśmy do jego gabinetu."

Prorok dotarł do anonimowego źródła, które potwierdziło nam, że Hermiona Granger i Severus Snape kontaktowali się wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy. Panna Granger wyraziła ponoć chęć zdawania w przyszłym roku OWUTEMÓW, więc pod koniec roku często bywała w Hogwarcie – oficjalnie w celach organizacyjnych.

Wiemy jednak, że oboje kontynuowali spotkania w czasie wakacji w Hogwarcie, jak również w jej prywatnym mieszkaniu w Londynie. Daje to wiele do myślenia. Zdaniem Teddy'ego Smitha pomysł zdawania egzaminów był tylko pretekstem i oboje musieli przygotowywać morderstwo już od dłuższego czasu.

Przypomnijmy, że ciało Ministra zostało znalezione wczoraj tuż przed południem. Rozliczne obrażenia, jak i zachowanie pracowników sekretariatu wskazują na użycie czarnej magii oraz pewnego eliksiru, którego nazwy Teddy nie chciał nam podać. Zapewnił tylko, że jest niesłychanie trudny do uwarzenia i „nie jest używany w celach leczniczych" – jak to ujął.

W tej chwili Hermiona Granger i Severus Snape pozostają nieuchwytni. Bez wątpienia znajdują się gdzieś na terenie kraju. Decyzją Sekretarza Ministra, ktory go w tej chwili oficjalnie zastępuje, Tiberiusa Fostera, za ich złapanie została wyznaczona kara tysiąca galeonów. Równocześnie Foster ustanowił karę do trzech lat pobytu w Azkabanie dla tych, którzy udzielą schronienia poszukiwanym przez prawo.

Wtorek, 15.09

Kolejny artykuł w Proroku był o wiele gorszy. Oskarżał ich o zabójstwo Kingsleya Shacklebolta. Nie pozostawiał również suchej nitki na Hermionie.

Mordercy Ministra Magii, Granger i Snape wciąż nieuchwytni!

Zastępca Szefa Biura Aurorów, Percival Carpenter, potwierdził wczoraj wieczorem, że śledztwo w sprawie zabicia Ministra Shacklebolta jest już skończone. Tylko dzięki geniuszowi Teddy'ego Smitha i jego zespołu możemy zawdzięczać tak błyskawiczne wykrycie sprawców.

„W tej chwili nie mamy już żadnych wątpliwości, że są nimi Hermiona Granger i Severus Snape. Mamy dziesiątki niezbitych dowodów, które na to wskazują" – powiedział nam wczoraj Carpenter.

Śledztwo wykazało, że Minister został ukąszony przez olbrzymiego węża podobnego do bazyliszka, którego wyczarować można tylko używając czarnej magii – co niewątpliwie jest domeną Snape'a. Inne czarnomagiczne zaklęcie zostało rzucone na personel przyległego do gabinetu Ministra sekretariatu. Na miejscu zbrodni znaleźliśmy również rozbitą fiolkę z eliksirem służącym do zadawania nieludzkiego bólu, porównywalnego z Cruciatusem"

Inne ślady wskazują na udział Hermiony Granger. Na podłodze jej biura znaleziono kilka włosów zlepionych krwią oraz drobiny szkła z cienkiej fiolki do przechowywania eliksirów.

„Fakt, że oboje uciekli, jest sam w sobie oskarżeniem i dowodem. Żaden niewinny człowiek nie ukrywałby się przed wymiarem sprawiedliwości!" – dodał Carpenter.

Severus Snape napadł w sobotę Teddy'ego Smitha. Okaleczył go tak straszliwie, że Teddy do dziś walczy o życie w Klinice Św. Munga. Udało się docucić go na tyle, że złożył zeznania, zgodnie z którymi Snape próbował zmusić go do zaprzestania śledztwa. Kiedy Teddy odmówił, Snape próbował go zabić, ale Teddy bronił się na tyle zajadle, że Snape zmuszony był ratować się ucieczką.

Bezpośredni szef Hermiony Granger, Tyler Rockman przyznał, że w ciągu całego roku pracy u niego dziewczyna wielokrotnie dawała do zrozumienia, że zależy jej na jak najszybszym awansie, nie licząc się z przeszkodami.

„Kiedy wreszcie dostała nowe stanowisko i miała przekazać mi wszystkie niezbędne informacje tak, abym mogła zastąpić ją w roli asystentki pana Rockmana, traktowała mnie z wyższością i pogardą" – mówi Aylin Black, młoda i inteligentna czarownica, starsza o prawie 5 lat od Granger. „Odniosłam wrażenie, że bawi ją niewyjaśnianie mi wszystkiego jak należy, co doprowadzało niejednokrotnie do poważnych konfliktów z ICW. Jak dla mnie jest to pełna ambicji i zawiści osoba, zdecydowana dążyć, jak to się mówi, po trupach do celu. Mogę sobie wyobrazić, że jedną z jej ambicji było zostanie Ministrem Magii!"

Prorok dotarł również do bardzo niepokojących faktów dotyczących współpracy Granger i Snape'a. Rozliczne rejestry aportacji i podróży Siecią Fiuu wskazują wyraźnie, że oboje mają romans, który trwa już od dłuższego czasu. W trakcie rewizji przeprowadzonej w opuszczonym mieszkaniu Granger, Aurorzy odkryli liczne brudnopisy listów miłosnych Granger do Snape'a oraz spory zapas eliksiru antykoncepcyjnego w fiolkach z Hogwartu.

Istnieje oczywiście możliwość, że Snape uraczył Granger amortensją, ale jej gorąca obrona podczas jego procesu rok temu wskazywałaby raczej na to, że jest z nim z własnej i nieprzymuszonej woli. Albo to prawdziwa miłość, albo rozmyślne działanie w celu zdania w przyszłym roku wszystkich OWUTEMÓW na Wybitny. W takie sytuacji nasuwa się pytanie, czy słynna ze swojej mądrości panna Granger nie była równie wyrachowana w ciągu swoich szkolnych lat.

Percival Carpenter jest absolutnie pewny, że tych dwoje morderców ukrywa się gdzieś na terenie kraju.

„Przy zablokowanych aportacjach i świstoklikach nie mogli wydostać się w czarodziejski sposób. Wszystkie mugolskie sposoby opuszczenia kraju są nadzorowane i nie ma absolutnie żadnej możliwości ominięcia ich. Są w pułapce i ich złapanie i skazanie jest tylko kwestią czasu."

Prorok przypomina wszystkim, że za schwytanie któregokolwiek z nich wyznaczona jest nagroda tysiąca galeonów, zaś karą za pomoc w ukrywaniu się są trzy lata w Azkabanie."

Severus, który dostał gazetę remporterem od Ricky'ego, który wrócił do Francji porannym pociągiem do Calais, schował ją skrzętnie. Hermiona miała się już o wiele lepiej, ale jej umysł nadal był bardzo wrażliwy. Wolał się nie domyślać, jak mogłaby zareagować. Na nim samym stek oszczerstw na jego temat nie zrobił większego wrażenia, już się przyzwyczaił być wiecznie oskarżanym, wyzywany, opluwanym i pogardzanym, ale ogarnęła go wściekłość za to, co zrobili Hermionie. Z jego powodu.

Zamknął gazetę w szafce na rozmaite narzędzia ogrodnicze i aportował się do Ministerstrwa, do Jean Jacquesa. Oboje mieli się zająć planowaniem, jak dopaść Horacjusza Müllera, którego Francuz rozpoznał we wspomnieniu zabranym Smithowi. Hermiona została w bezpiecznym domu.


Śniadanie w Wielkiej Sali przebiegało dziś w ciszy, przynajmniej do czasu. Sowy przyniosły Proroka wielu starszym uczniom, którzy teraz siedzieli otoczeni koleżankami i kolegami i czytali go po raz kolejny. Po jakimś czasie zaczęli dyskutować ze sobą półgłosem.

– Co to jest, to gówno! – warknął cicho Dennis Creevey, otoczony całą zgrają Gryfonów, rzucając gazetę na stół.

– Słuchajcie... to przecież niemożliwe – dodał drżącym głosem Nigel Wolpert.

– Same pierdoły! – syknął Albert Hill, bliski przyjaciel Dennisa i ugrzyzł się w język, rzucając krótkie spojrzenie w kierunku stołu nauczycieli.

– Nie przejmuj się, McGonagall nie ma najlepszej miny.

Istotnie, Opiekunka ich Domu czytała jeszcze gazetę marszcząc brwi i zasznurowała usta tak mocno, że aż praktycznie nie było ich widać.

– No jasne, że niemożliwe – ocknął się nagle Bill Hawk, siódmoroczny, który swego czasu zastanawiał się, czy nie dołączyć do GD. – Pomyślcie, ona chroniła nawet skrzaty domowe! Widzieliście choć raz Hermionę, która by kogoś uderzyła albo coś złego zrobiła?! To jest chore!

– Słyszałam, że rąbnęła kiedyś Dracona Malfoya – mruknęła Dana Fox, o rok młodsza od Billa.

– Kto wtedy nie chciał go rąbnąć... – odparła filozoficznie jej przyjaciółka Christine.

– Merline, przecież jest różnica między stuknięciem tego idioty i zamordowaniem Ministra!

– Oni się przecież znali jeszcze z Zakonu Feniksa!

– Niemożliwe. Zupełnie niemożliwe. Tak jak ta historia o Snapie!

Gryfoni, jak jeden mąż spojrzeli po sobie.

– Nie wierzę – powiedział w końcu Dennis. – Oni nie mogą być razem!

Wszyscy nagle zaczęli mówić jednocześnie.

– Mógł jej podać amortensję...

– Pieprzysz! Rok temu okazało się, że Snape jest w porządku! Wredny, ale w porządku!

– Wszyscy wiedzą, że Hermiona jest inteligenta i nie dostawała Wybitnych dlatego, że chodziła do łóżka z nauczycielami!

– Prorok od dawna zszedł na psy, tego nie ma co czytać!

Parę miejsc dalej siedzieli siódmoroczni Mick i Johnny Huston i Barbara Joe i dyskutowali półgłosem.

– Nie sądziłem... przez te wszystkie lata wyglądała na taką... porządną... i mądrą... a tu się okazuje, że dawała dupy na prawo i na lewo!

– I to jeszcze komu! Staremu nietoperzowi!

– Jak można w ogóle się do niego zbliżyć – zatrzęsła się Barbara z obrzydzeniem.

– Zobacz, gdzie ją to zaprowadziło. Zabiła kogoś, kto pewnie uważał ją za przyjaciółkę – prychnął Mick.

– On zawsze był podejrzany. Był Śmierciożercą i wywinął się psim swędem z całej tej historii. Mówię wam, pewnie czekał kto wygra, żeby stanąć po zwycięskiej stronie. To, co mówił na rozpoczęcie roku, to było zwykłe pierdolenie!

– Przecież zabił Dumbledora! Co mu tam Minister Magii!

– Z tego wynika, że Granger to po prostu zwykła szmata!

Ostatnie zdanie posłyszał Dennis. Zerwał się z obłędem w oczach i podskoczył do Johhny'ego, złapał go za kołnierz szaty i szarpnął tak mocno, że aż ją rozdarł.

– Powtórz! Powtórz, co powiedziałeś – warknął, pochylając się nad nim.

– Dobrze słyszałeś – syknął Johnny w odpowiedzi. – To zwykła dziwka!

– I morderczyni – Mick rzucił się na Dennisa, próbując oderwać jego ręce od brata.

Rozgorzała bójka. Dennis rąbnął go na odlew pięścią w twarz i przewrócił się na stół, rozlewając sok dyniowy, Mick poleciał z krzykiem do tyłu, kiedy Johnny rzucił się na Dennisa, przygwoździł go do stołu i rąbnął prosto w brzuch. Dziewczyny odskoczyły z krzykiem i w tym momencie wpadła w to reszta Gryfonów. Ktoś odciągał właśnie jęczącego i zgiętego w pół Dennisa, inni szamotali się z Mickiem i Johnnym, kiedy usłyszeli głośny krzyk profesor McGonagall.

– Natychmiast przestańcie! Co tu się dzieje!?

Wszyscy zamarli, obrócili się i spojrzeli na rozwścieczoną Opiekunkę Gryffindoru. Nigelowi krew ciekła z kącika ust, Dennis nadal był zgięty w pół, Billowi łzawiło podbite oko, Albert i Mick mieli jakieś dziwne wypustki na twarzy, Dana trzymała w ręku pęk włosów Johnny'ego, a Barbara miała sklejone nogi.

– Żądam wyjaśnień! – zawołała czarownica, przesuwając wzrokiem po swoich uczniach.

Chwilę jeszcze panowała cisza i profesor McGonagall zrobiła się purpurowa ze wściekłości, więc w końcu odezwał się Dennis.

– Pokłóciliśmy się o to, co pisali w Proroku...

– To nie była zwykła kłótnia, panie Creevey, ale prawdziwa bójka uczniów! Czy tego was uczymy w tej szkole?!

– Oni powiedzieli, że Hermiona Granger to szmata! – zawołała nagle Christine obronnym tonem, wskazując braci Huston i Barbarę.

Coś błysnęło w oku McGonagall, gdy spojrzała na Christine i przeniosła wzrok na trójkę Gryfonów.

– Bo to obciąża cały Hogwart – parsknął Mick.

Bill już otwierał usta chcąc odpowiedzieć, kiedy profesor McGonagall władczo uniosła rękę nakazując milczenie.

– Nie spodziewałam się tego po was – powiedziała głosem trzęsącym się z oburzenia. – Dziesięć punktów za każde z was i szlaban o szóstej wieczorem. Dla wszystkich – dodała, patrząc na resztę.

– Ale pani profesor... – zaprotestował osłupiały Albert.

– Wystarczy, panie Hill, albo będę zmuszona odjąć jeszcze więcej punków Gryffindorowi! – ucięła nauczycielka. – Teraz proszę skończyć śniadanie i iść na lekcje. I żebym nie słyszała już nic na temat różnicy zdań między wami!

Już chciała odejść, kiedy od stołu Puchonów podniósł się siódmoroczny Anthony Dicks.

– Pani profesor... gdzie jest teraz dyrektor Snape?

Tego już było widocznie za wiele.

– To nie twój interes, gdzie jest w tej chwili dyrektor, zrozumiałeś Dicks?! Jeszcze jedno słowo i poproszę profesor Sprout, żeby zajęła się tobą osobiście!

Anthony zbladł i już nie odważył się odezwać, więc McGonagall obróciła się na pięcie i odeszła szybkim krokiem. Wychodząc z sali zatrzasnęła za sobą drzwi z taką siła, że aż załomotały.

Dwóch Ślizgonów wstało od stołu i wychodząc z sali niby przez przypadek minęli Dicksa. Jeden z nich pochylił się nad nim przechodząc i syknął wściekłym tonem.

– Odwal się od Snape'a.


W Norze atmosfera przy obiedzie nie była lepsza. Arthur i Ginny wrócili właśnie z Ministerstwa coś zjeść, a Harry i Ron skończyli zajęcia na dzisiaj, bo nauczyciele postanowili odwiedzić Smitha w Św. Mungu. Molly, popłakując cicho, krzątała się w kuchni. Już trzy razy zbiła szklanki i dwa talerze i otarła nos w kuchenną ścierkę, którą wcześniej użyła do starcia soku z buraków.

Harry siedział blady przy stole, spoglądał pustym wzrokiem przez okno i cały się trząsł i ciężko oddychał. Arthur nalał wszystkim po szklance whisky i starał się odstawić butelkę na stół, ale cały czas celował w krawędź. W końcu Ginny wyjęła mu butelkę z ręki i wstawiła ją do koszyka na chleb. Usiadła z powrotem, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła się bujać do przodu i do tyłu. Ron patrzył na wszystko wytrzeszczonymi oczami, w zupełnym szoku i nie potrafił wykrztusić słowa.

Molly wylewitowała na stół duży kociołek z zupą, usiadła obok męża i rozpłakała się na nowo.

– To nie może być prawda – wyłkała urywanym głosem.

– Oczywiście, że nie! – zaoponował natychmiast Arthur, obejmując ją mocno.

Ginny poderwała raptownie głowę. Miała już dość.

– Co za... co za... kto mógł coś takiego napisać?! – zawołała z oburzeniem. – Ten... ten cały pieprzony Prorok powinno się spalić aż do... – zabrakło jej słów.

Nikt nie zareagował na przekleństwo. Tylko Harry spojrzał na siedzącą na wprost niego dziewczynę i pokręcił głową.

– To nie Prorok, Ginny. Nie tylko.

– No więc kto?!

Harry pokręcił rozpaczliwie głową. Tysiące myśli przelatywały mu przez głowę i wiedział, że o niektórych nie wolno mu mówić. Tak samo jak jego dziewczynie.

– Nie wiem.

Ginny spojrzała na niego przeciągle i odwróciła głowę krzywiąc się. Herezje wypisywane o Hermionie to była jedna sprawa. Drugą sprawą było oskarżenie o morderstwo.

– Gdzie oni mogą być?

– ONI? – odezwał się Ron z niedowierzeniem. – Interesuję cię Snape? Gdzie ONA jest!

Ginny prychnęła jak rozzłoszczona kotka i rzuciła mu wyzywające spojrzenie.

– Harry? Jak myślisz? – spytała swojego chłopaka.

– Nie sądzę, żeby mogli uciec z Anglii – Harry nawet nie popatrzył w kierunku swojego byłego przyjaciela. – Przy zastosowanych zabezpieczeniach... nie mogli się wydostać – pokręcił głową.

– Mam nadzieję, że uciekli daleko, jak najdalej stąd! I są bezpieczni!

Ron wybałuszył oczy jeszcze bardziej.

– Ginny, popatrz... Snape zadzierał ostatnio z rządem, z Ministrem i proszę... Minister jest martwy, a Snape ucieka. Już to samo w sobie świadczy przeciw niemu!

– Kretyn – wycedziła Ginny.

– Bardzo mi się to nie podoba – powiedział Arthur. – Bardzo. Nie sądzę, żeby Snape mógł go zabić. To znaczy... wszyscy wiemy, że potrafi, ale nie o to mi chodzi. Po procesie wiemy, CZEMU wtedy zrobił to, co robił. TO zabójstwo zupełnie nie ma sensu. Nie pasuje tutaj. Co mógłby osiągnąć zabijając Ministra?

– To – Harry wskazał na gazetę leżącą na podłodze pod oknem – jest stanowisko rządu. Nie mam zbyt dobrych doświadczeń, jeśli o to chodzi. Parę lat temu rząd twierdził, że jestem notorycznym kłamcą i chorym psychicznie. Zostałem Poszukiwanym numer Jeden. Insynuowano, że to ja zabiłem Dumbledora. Stek kłamstw. Taki sam jak te.

– Właśnie o to mi chodzi, Harry – kiwnął głową Arthur. – Właśnie o to mi chodzi...

– Ostatnie posunięcia rządu... to wygląda trochę tak, jak dwa lata temu – powiedział Harry powoli, patrząc na niego uważnie. – Wie pan... ta sprawa ze szkołą... Snape sprzeciwiał się temu, żeby odizolować mugolskie dzieci. Bo mówił, że stąd już krok do idei Voldemorta...

– Harry – wtrącił się Ron. – Przecież pisali, że nawet Teddy zeznał, że Snape próbował go zabić! I chciał, żeby ten odstąpił od śledztwa! Teddy! Rozumiesz? Szef Biura Aurorów!

Harry skrzywił się straszliwie i zaciśnął pięści. Właśnie implikacje tego były najstraszniejsze. Jeśli Snape i Hermiona nie zabili Kingsleya, a o tym był przekonany, to znaczy, że Teddy kłamie...

– Wierzę w Hermionę! – uderzył pięścią w stół, aż podskoczyły sztućce. – Wiem, że to zaprzecza temu, co mówił Teddy, ale to Hermionę znamy od lat! I wiemy doskonale, że nie mogła nikogo zabić!

– No to po co uciekła?

– A po co WY uciekliście na waszym siódmym roku?! Po co WY się chowaliście?! – zerwała się nagle Ginny. – Przecież Harry mógł wrócić do szkoły i twierdzić, że jest niewinny!

– Więc nie mówię, że to zrobiła Hermiona! Tylko Snape!

– To na jedno wychodzi! – wrzasnęła Ginny.

Harry rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie, które wyłowił Arthur, zanim spojrzał uważnie na córkę.

– Co masz na myśli, że to na jedno wychodzi... Wierzysz, że oni faktycznie uciekli razem?

Ginny zachłysnęła się, zaniemówiła i usiadła. Harry znów zaciśnął pięści.

– Oskarżyli ich razem, więc może faktycznie uciekli razem – powiedziała w końcu. To było jedyne, co jej przyszło do głowy.

– To musieliby się jakoś ze sobą kontaktować. Naprawdę sądzisz, że ... – Arthur zawahał się zanim dokończył – oni ... mają ze sobą coś wspólnego?

– Niemożliwe – powiedział z oburzeniem Ron. – Ona nie mogłaby być ze Snapem! Nie mogłaby!

– Bo co, bo ty jej nie pozwolisz?! – najeżyła się natychmiast Ginny. – Bo ci się to nie podoba? To nie twoja własność!

– Ginny! – uspokoił ją ojciec.

Molly również zgromiła córkę spojrzeniem i odwróciła się do męża.

– Co mówią w Ministerstwie?

– Nic ciekawego. Większość uwierzyła w te bzdury i cały ranek szkalowali Hermionę – westchnął na to. – Ciężko mi było powstrzymać się od komentarzy...

Ginny nagle przypomniała sobie dzisiejszy poranek. Odchodziła od zmysłów. Co poniektórych miała ochotę udusić na miejscu.

– Nie wracam do pracy! – znów zerwała się na równe nogi.

– Ginny! – zawołała Molly.

– Nie wrócę tam! Nie mam zamiaru spędzić całego popołudnia i wysłuchiwać tych bzdur! To tak, jakbym się z tym zgadzała!

Harry popatrzył na dziewczynę i kiwnął głową.

– A ja nie idę jutro do szkoły!

– Stracisz dobrą opinię – ostrzegł Ron. – I skopiesz sobie średnią!

– Idiota! – warknęła z pogardą Ginny.

– Mam gdzieś średnią! Zamierzam im pokazać, co o tym myślę! – wrzasnął Harry, również zrywając się z krzesła. – Ty też powinieneś tak zrobić! COŚ jej jesteś winien!

Arthur popatrzył na nich i kiwnął głową.

– Wiecie co, to jest dobry pomysł. Wyślę oficjalną sowę z wiadomością, że w ramach protestu nie stawimy się w pracy.

Harry uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy od tego ranka.

– Wspaniale, panie Wesley. Ja napiszę do Proroka i Żonglera. Coś z tym musimy zrobić.

Kiedy skończyli obiad, Harry i Ginny wrócili na Grimmauld Place. Ron schował się w swoim pokoju. Arthur usiadł w fotelu i napił się kawy.

– Naprawdę myślisz, że Ginny i Harry dobrze reagują bawiąc się w protesty? – zapytała Molly. – To jest protest przeciw Ministerstwu.

– A bo to pierwszy? – wzruszył ramionami jej mąż. – Coś mi mówi, że oni wiedzą coś, o czym my nie wiemy...

Molly zamarła w panice.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że są w to zamieszani?!

Arthur potrząsnął głowa i odstawił filiżankę na stół.

– Nie. Ale słyszałaś już kiedyś twoją córkę broniącą Snape'a?


Tuż po obiedzie Minerwa poszła do gabinetu dyrektora, który przejęła wraz z ucieczką Severusa. Na biurku leżała kupa kopert. Rozgarnęła je i na jednej z nich dostrzegła emblemat Ministerstwa Magii. Otworzyła ją czym prędzej i wyjęła oficjalnie wyglądające pismo.

Ministerstwo Magii, Londyn, 15ty Wrzesień 2015

Sekretariat Ministra Magii – Sekretarz Ministra Tiberius Foster

W związku z oficjalnym oskarżeniem aktualnego Dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa Severusa Snape'a i jego ucieczką, Ministerstwo zawiadamia, że w ciągu trzech najbliższych dni powołany zostanie nowy Dyrektor tejże szkoły, który przejmie całość jego obowiązków i uprawnień.

Do tego czasu zarząd nad szkołą może sprawować Zastępca Dyrektora, Minerwa McGonagall, jednakże wszelkie istotnie z punktu widzenia prawnego decyzje obowiązana jest ona konsultować z Ministerstwem Magii w celu uzyskania zgody. W przypadku braku takowej zgody, wszelkie decyzje podjęte w czasie do powołania nowego Dyrektora zostaną anulowane.

Z poważaniem

Sekretarz Ministra

Tiberius Foster

.

Minerwie zatrzęsły się ręce, co nie uszło uwagi Albusa.

– Mniemam, że ten list oznacza jakieś problemy? – zapytał spokojnie.

Czarownica obróciła się do niego gwałtownie i machnęła dokumentem.

– Popatrz tylko, Albusie! Foster pozwala mi – POZWALA! zastępować Severusa przez trzy dni, ale bez prawa do podejmowania decyzji! I zawiadamia mnie, że mianuje nowego Dyrektora, który przejmie wszystkie funkcje!

Albus złączył palce obu rąk, opierając je o nasadę nosa.

– Tego się domyślałem. Ministerstwo zamierza przejąć szkołę. Całkiem logiczne posunięcie...

– CO?!

– ... biorąc pod uwagę, że Norris stracił szkołę na Rathlin.

Minerwa natychmiast zrozumiała.

– Merlinie! To znaczy, że za chwilę ta... gnida przyjdzie tu i wprowadzi swój plan odizolowania dzieci mugolskiego pochodzenia!

– I nie tylko, moja droga – pokiwał głową Albus. – Boję się, że będzie chciał pójść dalej w swoich ... nazwijmy to – zapędach i zająć się również półkrwi czarodziejami, wprowadzić jakieś szalone przedmioty, karać jak parę lat temu...

– Jak rok temu?!

– Dokładnie. I jak nasza droga Dolores...

Minerwa zasznurowała usta. Coś trzeba wymyśleć...

– Przede wszystkim nie daj im się zastraszyć – Albus przywołał ją do rzeczywistości. – Odpisz natychmiast, że Szkoła jest niezależna od Ministerstwa Magii i nikt, nawet Minister, nie ma prawa ingerować ani w sposób zarządzania nią, ani narzucać kogokolwiek jako dyrektora. Dopóki Severus nie zostanie osądzony i nie zapadnie wyrok, jest niewinny i jest Dyrektorem. Ponieważ nie ma go w zamku z nieważne jakich przyczyn, jesteś jego Zastępczynią. W przypadku skazania Severusa tylko i wyłącznie Rada Nadzorcza będzie władna wyłonić nowego dyrektora.

Minerwa sięgnęła po pergamin i pióro, nabrała oddechu, żeby się uspokoić i już zamierzała zacząć pisać, kiedy Albus odezwał się jeszcze raz.

– Nie zapomnij dać im do zrozumienia, że absolutnie nie zgadzasz się ze stanowiskiem rządu. I napisz coś o tym, że zaledwie parę lat temu wszystko wyglądało podobnie i zaproponuj wyciągnąć odpowiednie wnioski. Historia lubi się powtarzać.

– Napiszę im, żeby lepiej zaczęli uczyć się na błędach innych niż je powtarzali – powiedziała czarownica ze złośliwym uśmieszkiem.

Albus pokiwał głową.

– Doskonale. Widzę, że ten uśmieszek przejęłaś od Severusa... Nie sądziłem, że on ma taki niesamowity wpływ na kobiety...

Minerwa prychnęła głośno przypominając sobie Aurorę.

– A żebyś wiedział! I NIE MÓWIĘ O SOBIE, Albusie!

Albus spojrzał na nią z niedowierzeniem i postanowił nie dociekać, co pozwoliło Minerwie napisać bardzo ostry list do Fostera. Potem przedyskutowali ze sobą dalsze kroki, w rezultacie czego po kolacji Minerwa zwołała zebranie wszystkich nauczycieli w gabinecie dyrektora.

Kiedy już wszyscy usiedli i przywitali się z Albusem, Minerwa stanęła przed nimi opierając się o biurko i wzięła do ręki list z Ministerstwa.

– Jak się pewnie domyślacie, chciałam z wami porozmawiać na temat ostatnich nowin – zagaiła. – Wszyscy już pewnie przeczytaliście Proroka i zwariowane ministerialne teorie.

Wszyscy zaczęli szemrać między sobą, więc odkaszlnęła i szepty umilkły.

– Zanim przejdziemy dalej, muszę wam powiedzieć, że pomysł, jakoby Severus Snape miał zamordować, czy choćby wziąć udział w morderstwie Ministra, jest całkowicie niedorzeczny.

– Minerwo, gdzie jest teraz dyrektor? – zapytała natychmiast Sybilla i najwyraźniej nie była osamotniona, bo reszta zdecydowanie ją poparła.

– Ukrywa się gdzieś na terenie kraju, ale nie znam jego miejsca pobytu – brzmiała odpowiedź.

– Czy fakt, że uciekł, nie świadczy przeciw niemu? – spytał Horacy, głaszcząc się z zakłopotaniem po brzuchu.

– Kilka lat temu, w czasie kiedy pracowała z nami Dolores Umbridge, przybył do zamku Korneliusz Knott i próbował aresztować Albusa za przeciwstawianie się Ministerstwu i kłamanie, że Czarny Pan powrócił. Albus uciekł wtedy na jakiś czas – na wspomnienie Umbridge wszyscy skrzywili się z wyraźnym oburzeniem. – Czy twoim zdaniem oznaczało to, że dyrektor był winny? Czy też, że w tamtejszym klimacie ucieczka była najrozsądniejszą rzeczą, bo z pewnością nie mógł liczyć na sprawiedliwość?

Horacy wyraźnie oklapł i zaczerwienił się.

– Przepraszam, tak tylko spytałem... Nie miałem przyjemności pracowania z Dolores Umbridge, ale słyszałem, że miała paskudne zwyczaje... No i doskonale pamiętam kontekst polityczny.

Praktycznie wszyscy profesorowie pokiwali głowami na znak zgody.

– Jeśli musiał uciekać, to znaczy, że przeciwstawiał się Ministerstwu, co przy idiotyzmach, którymi nas ostatnio karmili, jest godne podziwu. – powiedziała Septima. – Ale osobiście nie wierzę, żeby zamordował Ministra.

– Czemu? – wyrwało się Rolandzie. – Też nie sądzę, ale czemu tak myślisz?

– Bo to nie rozwiązuje sprawy. Minister nie rządzi sam, więc musiałby wybić co do nogi cały rząd, żeby coś w ten sposób osiągnąć.

Rolanda zmrużyła swoje żółtawe oczy kiwając głową.

– Czemu przeciwstawiał się Ministerstwu? – zapytał Henry Dicks, który nie brał udziału w wielu rozmowach jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego.

– Ponieważ Ministerstwo uznało, że należy oddzielić dzieci mugolskiego pochodzenia od całej reszty i uczyć je w zupełnie innej szkole. Zdaniem Severusa to trącało ideami Śmierciożerców i przypominało ledwo zakończoną wojnę. Poza tym chcą wprowadzić na nowo weryfikację poziomu wiedzy i zdolności czarodziejskich. Chcieli temu poddać również nauczycieli. Co nam doskonale przypomina historię sprzed kilku lat – wyjaśniła Minerwa.

Henry wzdrygnął się gwałtownie.

– Merlinie! Słyszałem o tym! I wiem, że w końcu odstąpili od tego pomysłu...

– To dzięki Severusowi – powiedziała prędko Aurora.

Minerwa westchnęła w duchu. Henry klasnął w dłonie.

– Więc gratulacje dla dyrektora Snape'a! Dobrze, Minerwo. Chyba dla wszystkich sprawa jest jasna. Czego od nas oczekujesz?

– Dziękuję, Henry – Minerwa uniosła w górę list z Ministerstwa. – Dziś dostałam list, w którym Sekretarz Ministra informuje nas, że Ministerstwo wybierze nam w ciągu trzech dni nowego dyrektora. Do tej pory nie wolno mi... NAM, podejmować żadnych decyzji.

Filius uniósł się lekko na krześle.

– Jeszcze go nie oskarżyli, a już wydali wyrok i stąd wyrzucili. Istotnie, popieram pomysł weryfikacji poziomu wiedzy Niektórych czarodziejów!

Minerwa wymieniła uśmiech z malutkim czarodziejem i powiedziała, co odpisała Fosterowi.

– Masz nasze całkowite poparcie, Minerwo – powiedzieli równocześnie Septima, Sybilla i, zupełnie nieoczekiwanie, profesor Binns, każde z nich trochę innymi słowami, ale sens był jasny.

Natychmiast przyłączyli się do nich pozostali nauczyciele.

– Jeśli mogę cokolwiek zaproponować, Minerwo – dodał Henry. – Jak tylko dostaniesz odpowiedź, zapewne negatywną, odpisz, że w takim razie będziemy protestować. Zablokujemy szkołę i nikt tu nie wejdzie. Jakby nie patrzeć, szkoła jest dla nauczycieli i dla uczniów, więc ani Foster, ani nikt inny nie ma potrzeby tu zaglądać.

– Jeszcze raz ci dziękuję, Henry! Nie omieszkam tego zrobić – zapewniła go Minerwa. – Czy macie jeszcze jakieś inne pytania?

– Owszem – odezwał się natychmiast Horacy. – Co to są za idiotyzmy na temat panny Granger?

Zapanowało na nowo niewielkie poruszenie, kiedy Hagrid odważył się odezwać. Wyglądał na wyjątkowo poruszonego.

– Nie wim jak wy, ale mnie nie obchodzi, z kim jest Hermiona. To jej sprawa. I profesora Snape'a, jeśli to prawda. A co do reszty... Cholibka, ktoś, kto kiedykolwiek uczył tom dziewczyne, wi dobrze, że jest najinteligentniejszą czarownicą na świecie. Wszystkie Wybitne miała dzięki swojej wyjątkowej głowie, a nie dlatego, że... – potrząsnął swoją kudłatą głową i nie dokończył.

– Szczególnie z tobą, Minerwo – zaśmiał się Horacy.

Wszyscy parsknęli śmiechem. No może nie wszyscy, bo Aurora miała wyraźnie niezadowoloną minę.

Czwartek, 17.09

Hermiona, Severus i Jean Jacques siedzieli nad rozmaitymi notatkami rozrzuconymi po całym stole na werandzie i planowali, jak uprowadzić Horacjusza. Wiedzieli już, gdzie przebywa i kiedy i wiedzieli, że nie chroni w żaden sposób swojego domu. Tak przynajmniej było do wczorajszego wieczora, kiedy Ricky i jego kolega Gilbert towarzyszyli mu dyskretnie do domu.

– Nic więcej nie wymyślimy – powiedział w końcu Jean Jacques. – Każę im złapać go jeszcze dzisiaj. I tu przywlec.

– Tu, do tego domu? – zdziwiła się Hermiona.

Dom był duży, przestronny i bardzo się jej podobał. Uwielbiała duże okna z trzech stron, przez które od rana do wieczora wpadało słońce. Severus określał go mianem klatki na jaszczurki. Skojarzenie zapewne przyszło mu do głowy po tym, jak któregoś dnia zobaczyli je, jak wylegiwały się na rozgrzanych kamieniach. Obecność Horacjusza zupełnie jej nie odpowiadała.

– Tak – potwierdził Jean Jacques. – Wybacz, wiem, że to dla ciebie bardzo delikatna... sprawa, ale to jest najpewniejsze miejsce pod słońcem. Jeśli Norris się zorientuje, że go mamy... nie chcę nawet myśleć, co się będzie działo.

Podniósł się od stołu, dopił resztkę wina, odstawił kieliszek i wychodząc machnął im ręką.

Hermiona podeszła do okna i spojrzała na widoczne w dali góry. Severus stanął za nią, objął ją w pasie i oparł brodę na jej głowie. Dziewczyna przykryła jego ręce swoimi i oparła o niego wygodnie. W jego ramionach czuła się tak bezpiecznie, jak z nikim innym. Jego bliskość ją uspokajała i rozleniwiała. Miała ochotę tak stać całymi dniami, tygodniami. Jakby byli w jakiejś szklanej kuli, odgrodzeni od okrucieństw tego świata, tylko we dwoje, otuleni spokojem i szczęściem. Przyszło jej do głowy, że w ten sposób mogłaby spędzić całe życie.

Zamknęła oczy i oparła wygodnie głowę o jego pierś i uśmiechnęła się lekko, kiedy poczuła, że pocałował jej włosy. Kto by pomyślał, że ten mężczyzna potrafi być wcieleniem delikatności i czułości? Przypomniała sobie nagle Rytuał i jak myślała wtedy, że w ich przypadku nie ma najmniejszych szans na jakiekolwiek poczucie bliskości i zaśmiała się cichutko.

– Co cię tak śmieszy? – mruknął do jej ucha.

– Pamiętasz, jak zawieraliśmy Rytuał?

– Całkiem dobrze, ale nie pamiętam, żeby to było śmieszne.

Hermiona zaczęła głaskać palcami jego dłonie.

– Pamiętam, że przyszłam trochę wcześniej i pomagałam profesor McGonagall. I przy okazji spytałam o parę szczegółów...

– Niczego innego bym się po tobie nie spodziewał – wtrącił rozbawionym tonem.

– ... i powiedziała mi, że po tym rytuale, jeśli będziemy sobie bliscy, możemy czuć nawzajem swoje emocje.

– Co miałem okazję doświadczyć osobiście.

– Wiem, ale co mnie śmieszy to to, że wtedy pomyślałam, że w naszym przypadku nie ma najmniejszych szans na taką bliskość.

Severus uśmiechnął się lekko. On sam doskonale wiedział o możliwości odczuwania emocji, ale nawet przez głowę mu nie przeszło, że mogłby się to im przytrafić.

– I pamiętam, że spytałam, czemu na czarnych świecach są jakieś różowe drobinki. Bo to mi bardziej pasowało do Wspólnoty Ciała, a nie Wspólnoty Opiekuńczej i wtedy profesor McGonagall zaczęła się śmiać i zapewniła mnie, że nie mam się co martwić.

Severus poczuł nagłe zainteresowanie tematem. Odgarnął jej włosy z szyi i zaczął ją po niej lekko całować.

– W takim razie... wiemy już... kto nas... w to... wpakował – wymruczał, wodząc ustami po aksamitnej skórze.

– To znaczy, że... mmmmm... mmam być zazdrosna?

– Czemu?

– Bo... – Hermiona aż zadrżała, gdy poczuła, jak do pocałunków dołączyły jego dłonie i z ramion zsunęły się na jej brzuch.

– Tak...? – ponaglił ją i przesunął usta na jej ucho.

– Bo... jak ją dołączyliśśśmy... to... Severussss...– straciła zupełnie wątek.

– Chodź, pokażę ci na czym polega wspólnota – wyszeptał, przygryzając lekko krawędź jej ucha.

Ale nie udało im się nigdzie pójść. Gruby dywan na podłodze okazał się być wystarczająco wygodny.


Późnym wieczorem zjawił się Jean Jacques, Ricky i Gilbert z, jak to określili, gościem. Hermiona przyjrzała się starszemu mężczyźnie o długich białych włosach i brodzie, błękitnych oczach i ujmującym uśmiechu, ale była pewna, że widziała go pierwszy raz. Za to on na jej widok wrósł w ziemię i uśmiech zniknął z jego twarzy, a kiedy zbliżył się do nich Severus, zbladł i dał krok do tyłu.

– I co, nadal twierdzisz, że to jakaś pomyłka? – spytał Gilbert ironicznie.

Starszy pan został spętany zaklęciami i zamknięty w pokoju na parterze. Różdżkę zabrał Gilbert wracając do Ministerstwa; jutro miała zostać przebadana przez Priori Incantantem. Jean Jacques przed wyjściem odciągnął na bok Severusa i podał mu zwykłą białą kopertę zaadresowaną do Panny Granger, podpisaną PN.

– Przeczytaj to – mruknął Francuz i wyszedł.

Severus otworzył więc list, kiedy Hermiona zniknęła z łazience. Był bardzo krótki.

Mogłaś ich znów gdzieś ukryć, ale i tak ich znajdę. Powiedz mi tylko gdzie dostarczyć zwłoki.

Serce załomotało mu w piersi, a kartka zadrżała w dłoni. Merlinie, tu chodzi o jej rodziców! Nie zdążył pomyśleć nic więcej, kiedy Hermiona, owinięta ręcznikiem, zajrzała mu przez ramię.

– Zapomniałam koszuli... co to jest? – spytała, gdy raptowanie odłożył list na stół.

– Nie miałaś iść się kąpać?

Hermiona sięgnęła po kartkę, więc skrzywił się i zrezygnowany pozwolił go jej wziąć. I tak w końcu by się dowiedziała. Coś przecież trzeba było wymyśleć.

Dziewczyna zachłysnęła się, zanim jeszcze uniosła kartkę do oczu i chwyciła się za usta. Sądząc, że zaraz wybuchnie płaczem, Severus zerwał się z krzesła, ale ku jego zdumieniu Hermiona wyciągnęła lekko rękę, zatrzymując go.

– Severus, to... niemożliwe! On nie może ich znaleźć! – powiedziała na pół przestraszonym, na pół rozzłoszczonym głosem. – To niemożliwe!

Severus nie do końca wiedział, czy to pytanie, czy stwierdzenie faktu.

– Hermiono, nie wiem, ja...

– Jestem pewna, że to niemożliwe! – pokręciła przecząco głową i spojrzała na niego. Widać było jeszcze po niej strach, bo list jednak zrobił na niej wraźenie, ale poza tym była skupiona. – On pewnie sądzi, że znów wysłałam ich do Australii... albo gdzie indziej. Myśli, że odnajdzie ich po rejestrze aportacji... Nie ma pojęcia, że tym razem chronieni są w zupełnie inny sposób!

– Jesteś absolutnie pewna?

– Absolutnie! Tak samo, jak mugole nie poradzą sobie z magią, tak samo czarodzieje są bezradni wobec niektórych niemagicznych rozwiązań. Najlepszym przykładem jest Rathlin. Już nie mówiąc o tym, że musiałby wiedzieć, gdzie oni są, a to wie zaledwie kilka osób na ziemi.

To brzmiało sensownie. Severus nie miał jeszcze czasu zastanowić się nad tym, jak rozwiązać ten problem, ale wobec tego, co mówiła Hermiona, należało szukać zupełnie innego rozwiąnia niż mógły wymyśleć.

– Bardzo dobrze – stwierdził w końcu. – Idź się wykąpać i porozmawiamy, jak wrócisz.

Piątek, 18.09

Po długiej naradzie z Jean Jacquesem i Ministrem, Hermiona wysłała do Norrisa krótki list.

Jeśli spadnie im choć jeden włos z głowy, będzie trzeba zająć się twoimi zwłokami. Na twoim miejscu nawet nie zaczęłabym myśleć o szukaniu ich.

Powiedz, Smith ma się dobrze?

Nie wiedząc dokładnie, co wyciągną od Horacjusza, postanowili póki co nie wspominać Norrisowi, że udało im się go złapać. Prócz wyraźnej groźby Minister zaproponował sprowokować Norrisa w jakiś sposób do odpowiedzi.

– Już i tak jest głupi zostawiając za sobą tak wyraźny ślad – powiedział im. – Po PN można się domyśleć od kogo pochodzi, ale jeśli Mademoiselle Granger wyśle list jako odpowiedź do Petera Norrisa i ten na niego odpowie, tym samym koło się zamknie. Będzie to dowód, że ten pierwszy pochodził od niego.

Hermiona nie wiedziała, co dokładnie zrobił Severus Smithowi, ale Minister Magii wiedział i był z tego powodu nad wyraz zadowolony.

O dziewiątej rano Horacjuszem zajął się Emmanuel Chartlier. Po pierwszych oględzinach natychmiast poinformował Ministra, że staruszek ma całą masę wspomnień związanych z Norrisem, Smithem, Hermioną i Kingsleyem i że wyciągnięcie ich wszystkich zajmie sporo czasu. Biorąc pod uwagę znaczenie tych wspomnień, nie chciał powierzyć tego nikomu innemu, szczególnie, że dostał wyraźny rozkaz, żeby PO Horacjusz był w wyśmienitym stanie.

– Przetrzymamy go u nas, przyda się jako świadek oskarżenia.

Nadal nie mieli jednak pomysłu, kiedy do takowego dojdzie.

Zanim wyszli wieczorem z Ministerstwa, Jean Jacques poprosił Severusa na chwilę do swojego biura i tam dał mu buteleczkę eliksiru wielosokowego, kopertę z włosami i sakiewkę z pieniędzmi i wyjaśnił, jak dostać się do niemagicznego świata w Skrzydle Północnym.

– Nie przeczę, że zdecydowanie bardziej podoba mi się pomysł przejścia do świata niemagicznego niż waszej wyprawy do wymiaru czarodziejskiego, ale... – westchnął ciężko. – Uważajcie na siebie, dobrze?

Severus skinął głową. Miał tylko nadzieję, że Hermiona nie będzie zawiedziona na jego widok w innej postaci.

Wtorek, 22.09

Kiedy w czwartek przyszła odpowiedź na list Minerwy, w którym Ministrstwo odrzuciło stanowczo jej stanowisko i oświadczyło, że w razie konieczności Hogwart zostanie przejęty przez Aurorów, szkoła została otoczona dodatkowymi zaklęciami.

Wysłannik Ministerstwa, którzy przybył w piątek, nie został wpuszczony i wszyscy nauczyciele jednogłośnie zadeklarowali swoje poparcie Minerwie. W sobotę rano, ku wielkiemu zdumieniu Minerwy, do protestu dołączyła większość starszych uczniów. Napisali oświadczenie, w którym stwierdzili, że nie wierzą w oświadczenia rządu i podpisali je, po czym wysłali szkolną sową do Ministerstwa, Proroka i Żonglera.

Najbardziej zaskakujące było w tym wszystkim milczace porozumienie Gryfonów i Ślizgonów. Większość Ślizgonów stanęła murem za Severusem. Gryfoni, praktycznie wszyscy, opowiedzieli się za Hermioną. Zarówno jedni jak i drudzy potraktowali stanowisko Ministerstwa jako wyzwanie i postanowili je podjąć, okazując im swoje poparcie. Tym samym jednak wpakowali się w swego rodzaju pułapkę.

Popierając Severusa Snape'a Ślizgoni musieli zaakceptować jego ewentualny romans w Gryfonką, i to JAKĄ Gryfonką. Ale woleli to, niż przyznanie, że czasami ich dyrektor popełniał błędy. Gryfoni mieli dokładnie ten sam orzech do zgryzienia.

Tak więc po raz pierwszy oba domy stanęły po tej samej stronie.

Co oczywiście nie znaczyło, że zachowywali się tak wszyscy uczniowie. Było sporo takich, nawet w Gryffindorze, którzy nie szczędzili okazji, żeby opluć Hermionę jak tylko się dało. Choć raczej nikt nie wierzył w fakt, że Hermiona była ulubienicą nauczycieli z pewnego bardzo konkretnego powodu, część nadal wzdrygała się ze wstrętem na myśl, że mogła chodzić do łóżka z Severusem Snapem. Na przerwach między lekcjami i wieczorami dochodziło do bójek podobnych do tej z wtorku rano. W czwartek rano ktoś rozrzucił przed Wielką Salą plik ręcznie zrobionych i zduplikowanych ulotek z napisami „Hermiona Granger powinna przenieść się do Różowej Chatki" albo „HG – nowa marka szmat do wycierania butów" i tym podobnych.

Bardzo podobnie sytuacja wyglądała poza Hogwartem. W pubach toczyły się długie dyskusje na drażliwy temat, między dorosłymi, jak i młodzieżą dochodziło do bójek. Podobne ulotki, niektóre nawet jeszcze bardziej obraźliwe, pojawiły się poprzyklejane do ścian na Pokątnej. Na ogół jeszcze tego samego dnia były zdzierane przez tych, którzy, tak jak i uczniowie w Hogwarcie, nie akceptowali teorii przedstawionej w Proroku.

W środę w Dziurawym Kotle, który nieoficjalnie był miejscem spotkań przeciwników rządu, odbyła się zaimprowizowana narada, na której uznano, że skoro Severus Snape również sprzeciwia się Ministerstwu, to znaczy, że stoi po tej samej stronie i w związku z tym należy mu okazać poparcie. A ponieważ najwyraźniej pomagała mu Hermiona Granger, ją również należało poprzeć. Dlatego natępnego dnia ściany, drzwi i okna na Pokątnej zostały zalepione całą masą ulotek o zupełnie innej treści. Były to kopie rozmaitych artykułów Proroka z zeszłych lat z komentarzami. Na podobiźnie Harry'ego opisanej jako Podejrzany Numer Jeden i wyznaczoną ceną za jego głowę inny komentarz kłuł w oczy: „Nawet cena jest ta sama". Na innym, oskarżającym Hermionę o towarzyszeniu Harry'emu, gdy szukali horkruksów i wzywającym do ujęcia jej widniało pytanie „Dziwicie się, że uciekli?" Na tle kolejnego, zarzucającego Harry'emu kłamanie w sprawie powrotu Lorda Voldemorta widniał napis zrobiony tłustym, czerwonym atramentem „To nie ON kłamał!". O wiele starszy artykuł, z czasu ich czwartej klasy, o tym, jak Hermiona zabawia się uczuciami Harry'ego i Wiktora Kruma, nosił dopisek „I co jeszcze...? Ach, już wiemy!". Inny, z tego samego okresu, okreslający Harry'ego jako wariata, nosił dopisek „Chory psychicznie i Ulubienica Nauczycieli". Ostatni z serii o Harry'm, oskarżający go o zabójstwo Dumbledora, powiększony kilkukrotnie, opisany był „Banda morderców!"

Podobne ulotki dotyczyły Severusa. Artykuły z początku jego procesu, opluwające go i wyzywające od bezlitosnych zabójców i zdrajców skomentowane były równie dosadnie. „Najwyraźniej nic się nie zmieniło", „Czy TERAZ w to wierzysz?", „Cóż za kłamstwo, prawda?" czy „Nie osądzaj, zanim nie poznasz prawdy". Te z końca procesu i po jego uniewinnieniu nosiły dopiski „Jak inaczej wszystko może wyglądać, kiedy ZROZUMIESZ", zaś pod jego zdjęciem, na którym stał wyprostowany i patrzył prosto w obiektyw, z dumą na twarzy, był duży napis, jakby ociekający krwią „To wszystko było potrzebne. Niestety historia lubi się powtarzać".

Ulotki zrobiły o wiele większe wrażenie, niż te opluwające Hermionę i Severusa. Sporo ludzi chodzących po Pokątnej tego dnia miało wyraźnie zafrasowane miny. Przypomnienie w tak obrazowy sposób całkiem niedawnej historii sprawiło, że pojawiły się głosy przebąkujące o tym, że skoro całkiem niedawno Ministerstwo kłamało w ich sprawie, być może kłamie i teraz.

Posypały się listy różnej treści, dokładnie jak wtedy, kiedy Harry dał wywiad do Żonglera. Prorok nie opublikował żadnego z nich, za to Ksenofiliusz musiał zmniejszać czcionkę, bo jego gazeta trzaskała w szwach. Wywołało to nową falę komentarzy, że przecież było niemożliwe, żeby Żonglera zasypały tysiące listów, a Prorok nie dostał ani jednego. Tak więc w sobotnim wydaniu Proroka również znalazło się sporo listów od czytelników.

Bardzo popularna cukiernia „Sweet Paradise" zakryła napis na drzwiach jedną z ulotek i dopisała „To jest lokal HGSS". Jeszcze tego samego dnia w równie znanej restauracji „U babci Kirke" zastąpiono papierowe podkładki na stołach kopiami ulotek.

W poniedziałek Minerwa została ponownie ostrzeżona, że jej poczynania są nielegalne i we wtorek w szkole pojawi się delegacja z Ministerstwa w asyście Aurorów. Czarownica odesłała list z komentarzem „Coś ostatnio często tu przychodzicie... chcecie się WRESZCIE czegoś nauczyć?". Wtorkowa wizyta okazała się dość krótka – ponieważ padał deszcz, kilku członków Ministerstwa i grupa Aurorów wytrzymała przed bramą tylko pół godziny. Jeszcze tego samego dnia Foster ogłosił w Proroku Wieczornym, że wobec powyższego szkoła uznana jest za zamkniętą i od tej chwili wszelkie poczynania zarówno nauczycieli jak i uczniów są nielegalne. Wyznaczył nieprzekraczalny termin trzech dni na zawieszenie protestu, po upływie którego zamierzał wysłać do Hogwartu Dementorów i oskarzyć wszystkich o sprzeciwianie się rządowi. Kara miała zostać określona nazajutrz.

Minerwa naturalnie korespondowała z Hermioną i Severusem i przekazywała najświeższe wiadomości. Na prośbę Severusa, by nie pisać absolutnie niczego, co dotyczyło Hermiony, czarownica pisała wpierw do nich obojga, a następnie już tylko do niego.


We wtorek Hermiona została znów w domu i zaczęła pisać konspekt wydarzeń z drugiego roku jej nauki, żeby móc potem przedyskutować go z Severusem i zacząć sporządzać notatki, które miał używać na lekcjach Historii Nowoczesnej.

Choć prawdę mówiąc miała nadal problemy ze skupieniem się. Siedziała na kanapie i nadal uśmiechała się do siebie na wspomnienie soboty.

To były najwspanialsze urodziny, jakie kiedykolwiek w życiu miała. W sobotę rano Severus obudził ją, kazał ubrać się tak, żeby czuła się swobodnie i po śniadaniu porwał ją z domu. Najpierw zabrał ją do Ministerstwa, do pomieszczenia ze światem niemagicznym i kazał jej wybrać miejsce, w które chciała się udać. Po krótkim namyśle wybrała Etretat, gdzie kiedyś wybrała się z rodzicami. Urządzili sobie cudowny spacer po szczytach klifów, a potem usiedli na jednym z nich i wpatrywali się we wzburzone morze. Fale załamywały się niedaleko brzegu, białe grzywy rozbijały się z hukiem o skały i sprawiały, że kamienie na plaży chrzęściły głośno i miarowo. Dookoła nich polatywały z piskliwym krzykiem mewy, silny na górze wiatr szumiał w uszach i burzył im włosy. Po jakimś czasie zeszli więc na plażę, gdzie Hermiona rzucała kamieniami do wody i uciekała przed falami, zapadając się w poruszone silnym prądem cofającej się wody kamienie. Kiedy z końcu zdyszana i mokra przyszła do siedzącego na złożonej szacie Severusa, posadził ją przed sobą, otoczył ramionami i przyglądali się, jak na horyzoncie pojawiają się i znikają statki i podziwiali klif, który wyglądał zupełnie jak łeb konia zanurzającego łeb w wodzie. Na plaży byli osłonięci od wiatru, za to cudownie grzało ich słońce. Powietrze pachniało jodem i wiatr miał lekko słowany smak.

– Mogłaś lepiej wybrać – powiedział niby to krytycznym tonem, kiedy po raz drugi musieli przenieść się wyżej, bo przypływ był na tyle silny i morze podeszło tak wysoko, że kolejny raz fale rozpryskiwały im się u stóp.

Hermiona zaśmiała się patrząc na jego mokre nogawki i pozwoliła się podnieść.

– Nie podoba ci się tu? – udała, że wierzy w to, co powiedział.

– Jeśli kiedykolwiek zdecyduję się mieć letni domek, to z pewnością nie tu.

Położyli się na kamieniach dziesięć jardów wyżej, Severus objął ją ramieniem, więc pochyliła się nad nim.

– Ci Anglicy w pociągu do Ministerstwa... pamiętasz? Poradzili, że lepsze jest południe Francji.

– To czemu tam nie chciałaś iść?

– Bo o tej porze roku byś się tam ugotował – zaśmiała się.

Severus uniósł w górę kącik ust, a potem spoważniał.

– A co ty wolisz? Północ czy południe? Nie mówię teraz, ale tak... kiedyś?

– Zdecydowanie południe!

– Niech więc będzie południe...

Chwilę całowali się delikatnie, a potem Hermiona oparła się o jego pierś i przyglądali się chmurom gnanym wiatrem po niebie i kołującym wysoko ptakom. To był pierwszy raz, kiedy napomknęli o przyszłości. Wspólnej przyszłości. I leżąc w jego ramionach czuła, że to jest dokładnie to, czego chce.

Zanim wrócili z niemagicznego świata, zabawiali się w opowiadanie sobie co przypominają im różne obłoki. Kiedy była mała, to była jedna z jej ulubionych zabaw. Severus na nowo przybrał krytyczny ton i się z niej podśmiewał, więc zaczęła na niby protestować i skończyło się tym, że uwięził jej ręce, pochylił się i zaczął całować do utraty tchu przytrzymując cały czas jej dłonie nad głową.

Bezpośrednio stamtąd wybrali się na obiad w magicznym świecie. Wypili eliksir z włosami przygotowanymi dla nich przez Jean Jacquesa i była taka zabawna chwila, kiedy oboje mieli wątpliwości, które włosy są kobiece, a które męskie. Ale w końcu dobrze wybrali i Hermiona stała się czarnooką chudą blondynką o krótkich, strasznie pokręconych włosach, a Severus całkiem nieźle umięśnionym szatynem o złotych oczach w kształcie migdałów. Wziął ją na ręce i stwierdził, że wreszcie każde z nich jest zbudowane jak należy.

Po krótkim szukaniu znaleźli restaurację nad brzegiem Sekwany, gdzie usiedli pod kołyszącym się w powietrzu parasolem i dostali kartę dań.

– Zamów, co chcesz – powiedział Severus, przyglądając się menu po francusku. – Tylko bez żadnych żab, ślimaków czy zapleśniałych serów, dobrze? Jeśli chcesz wołowinę, poproś, żeby dla mnie nie była tak zupełnie surowa. Acha, i żadnych patrzących na mnie krewetek, homarów i tego typu stworzeń.

– Nie lubisz owoców morza? – zapytała, uśmiechając się figlarnie.

– Z owoców morza najbardziej wolę kotlety wieprzowe.

Po zjedzeniu pstrąga w ziołach i śmietanie z dodatkiem ryżu i duszonych warzyw i małych okrągłych ciasteczek wypełnionych lodami waniliowymi i polanych czekoladą wybrali się na krótki spacer brzegiem rzeki, a potem przez Place de la Bastille przenieśli się do wymiaru mugolskiego.

Jakiś czas temu Severus powiedział jej, że kiedyś będzie mogła pokazać mu Paryż. Tak więc zabrała go w kilka miejsc, które z Paryża najbardziej lubiła. Na most obwieszony milionami kłódek, większych i mniejszych, z inicjałami zakochanych i do ogródów Tuileries, gdzie znaleźli wygodne krzesła, których było tam pełno i usiedli przy fontannie. W mugolskim Paryżu było pełno budek z książkami, które ludzie przynosili z domów nie mając już ochoty ich trzymać; w ten sposób ktoś inny mógł je przeczytać. Hermiona wybrała sobie jakąś książkę z żartami i próbowała mu je tłumaczyć, zaśmiewając się do łez. Potem wybrali się pod wieżę Eiffla, ale widząc dziki tłum stojący do wind Severus zdecydowanie zaprotestował przeciw wycieczce na górę.

Dochodziła szósta wieczorem, gdy wrócili do wymiaru czarodziejskiego, na nowo przemieniając się w chudą blondynkę i złotookiego szatyna. Kupili sobie gofry z owocami i bitą śmietaną i usiedli na Polach Marsowych. Hermiona zaczęła opowiadać mu o swoim dzieciństwie. Nie oczekiwała, że on odwdzięczy się jej tym samym, ale dziś pierwszy raz pomyślała o przyszłości... i miała wrażenie, że warto, żeby znał niektóre szczegóły z jej życia.

Nawet nie zorientowali się, jak minęła godzina i eliksir przestał działać. Przez chwilę Hermiona patrzyła zdumiona, jak siedzącemu koło niej mężczyźnie czernieją oczy i włosy i z nagłą radością odnalazła ukochaną twarz.

Severus sięgnął natychmiast po buteleczki z eliksirem, ale powstrzymała go, chwytając delikatnie za rękę.

– Zostań sobą... choć chwilę.

– To nie jest dobry pomysł... jeśli ktoś nas tu zauważy...

– Och, nie sądze, żeby stało się to właśnie teraz... nikt nie wie, że akurat tu jesteśmy. Proszę, Severusie...

Severus wahał się przez chwile, więc odsunęła buteleczki i przytuliła się mocno do niego. Po chwili najwyraźniej poddał się, objał ją przez plecy, oparł policzek o jej głowę i się rozluźnił.

Musiał jednak obserwować wszystko dookoła, bo po jakimś czasie nagle poruszył się.

– Muszę na chwilę cię zostawić – szepnął jej do ucha.

Skinęła głową taktownie nie pytając, gdzie się wybiera i bardzo się zdziwiła, kiedy parę minut później wrócił trzymając za kark jakiegoś mężczyznę o długich, gęstych blond włosach i intensywnie niebieskich oczach.

– Sssss.. – wyjąkała zaskoczona i w ostatniej chwili ugryzła się w język, żeby nie wymówić jego imienia.

– Ten pan chyba chciałby zawrzeć z nami bliższą znajomość – powiedział, ściskając palce i popchnął go na ławkę. – Radzę ci usiąść i nie robić żadnych niepotrzebnych gestów – warknął na niego.

Blondyn wyglądał na przestraszonego i wlepiał w nich oszołomione spojrzenie.

– Co... kim pan jest? – wykrztusiła Hermiona.

– Ja... przepraszam... – zająknął się mężczyzna po angielsku z bardzo wyraźnym fancuskim akcentem. – Nie chciałem... jak to mówić... przeszkadzać was.

Severus ponaglił go spojrzeniem zwężając oczy i ten spóbował się uśmiechnąć.

– Xavier Cabrel – przedstawił się. – A wy, ja sądzę, Severus Snape i Mademoiselle Granger, czyż nie? – prócz silnego akcentu formułował zdania najwyraźniej myśląc po francusku i tłumacząc to na angielski.

Hermiona spojrzała zaskoczona na Severusa, którzy uniósł brew wpatrując się we Francuza.

– Skąd wiesz?

Mężczyzna uśmiechnął się radośnie ukazując wspaniałe bialutkie zęby.

– Oh, wy jesteście sławni! W zeszły rok ja widziałem wasze zdjęcia tu! Pan, – popatrzył na Severusa z wyraźnym podziwem, choć w jego oczach czaiło się wciąż coś trudnego do określenia – pan był tym espion, czyż nie? A mademoiselle jest tą czarownicą najbardziej mądrą! Mogę dodać, że bez wątpienia równie piękną! – skłonił się szarmancko.

Severusowi taki temat najwyraźniej nie pasował. Rzucił mu surowe spojrzenie i Hermiona poczuła, jak jego ręka drgnęła.

– Proponuję uznać, że już się napatrzyłeś.

Blondyn przez chwilę najwyraźniej nie zrozumiał o co chodzi, bo nadal uśmiechał się promiennie, więc Severus wstał i wyciągnął ręke do Hermiony.

– Chodź, idziemy stąd. Żegnam – popatrzył na przyglądającego się właśnie Hermionie mężczyznę.

Pociągnął ją i aportował ich do Ministerstwa.

Wrócili do domu na kolację. W teorii. Przed ugotowaniem czegoś Hermiona postanowiła wziąć krótki prysznic, ale po chwili Severus do niej dołączył i w rezultacie kolacja się bardzo opóźniła. A potem, jakby mu było mało, zaniósł ją do łóżka.

– Ach, zapomniałbym – wyszeptał jej do ucha, o wiele, wiele później, kiedy już prawie zasypiała, z błogim uśmiechem na twarzy. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Hermiono.

Nie miała już siły odpowiedzieć, więc tylko westchnęła głęboko.

Teraz siedziała z błogim uśmiechem, zanurzona w słodkich wspomnieniach. Merlinie, ależ ona go kochała! I wyraźnie czuła, że on kochał ją równie mocno. W niedzielę przeprosił ją mówiąc, ze niestety nie miał dla niej prezentu i jedyne, co mógł jej dać, to był właśnie taki dzień, więc położyła mu palce na ustach i powiedziała, że to był najcudowniejszy prezent, jaki mógł jej ofiarować.

Od tamtej soboty już parę razy przemykały jej przez głowę myśli dotyczące ich przyszłości. Z jednej strony ją to krępowało, bo zdawała sobie sprawę, że jest na to zdecydowanie za wcześnie. Byli parą zaledwie miesiąc. Jeden krótki miesiąc – zdecydowanie za krótko, żeby zacząć planować cokolwiek razem. Muszę dać sobie... nam... więcej czasu. Może za rok będzie można zacząć myśleć co dalej... Jeśli za rok nadal będziemy razem. Wstrząsnęła się gwałtownie. Na pewno będziemy!

Z drugiej strony wyraźnie czuła, że w ich przypadku to było coś innego. To nie było zwykłe przelotne zakochanie, jakiś krótki romans, po którym oboje rozejdą się w swoje strony. Nie po tym, co przeszli i przechodzą. I z pewnością przejdą.

Nie miała jakichś specjalnych doświadczeń miłosnych. Viktor z pewnością do nich nie należał. Ron – owszem. Sama nawet nie wiedziała, kiedy tak dokładnie się w nim zakochała. Jeszcze przed ich szóstą klasą.

Nie chciała umniejszać wagi tamtego uczucia, ale nastoletnia miłość zrodzona ponad trzy lata temu to było zupełnie co innego niż to, co czuła teraz. Teraz była dorosła.

Poza tym Severus nie wyglądał na kogoś, kto robił cokolwiek połowicznie. Jeśli już się zdecydował, musiał być tego absolutnie pewien. Nie umiała sobie wyobrazić, że któregoś dnia nagle przyszło mu do głowy ją pocałować i zobaczyć, jak to będzie.

I swoją drogą ten związek był diametralnie inny niż ten z Ronem. Z Ronem wielokrotnie się kłócili. Ron często dużo wymagał i mało dawał. Kiedy ona długo pracowała i przychodziła do domu zmęczona, on mimo wszystko domagał się uwagi, zrozumienia i zajęcia się nim. Sam fakt, że musiał czasem robić zakupy traktował jako niesprawiedliwość losu. Obiad miał być zrobiony, dom posprzątany. Dokładnie tak samo, jak w czasie ich polowania na horkruksy. Kiedy to on zaczął być zawalony nauką... przepraszam, gorącym romansem na boku! całkiem naturalne wydawało mu się, że ona ma zaakceptować wszystko, by on mógł robić to, co robił. Nie hałasować w domu, nie odzywać się, kiedy on nie miał na to ochoty i zaakceptować weekendy u Harry'ego, swoją drogą ciekawe, ile z nich skończyło się w łóżku z tamtą panienką!

Jej związek z Severusem był zupełnie inny. Miała wrażenie, że był oparty na chęci dawania drugiej osobie, a nie brania od niej. Na wzajemnym szacunku i akceptacji. I przede wszystkim na opiece. Każde z nich było w stanie zaryzykować własnym życiem, by ochronić tą drugą osobę. I nie było to tylko takie powiedzienie, udowodnili to już nie raz. Nie wiedziała, ile z tego brało się ze Wspólnoty, a ile po prostu z miłości.

Do tego dochodziła niesamowita czułość, którą jej okazywał. Mężczyzna, który zawsze był postrzegany jako bezduszny, złośliwy i niecierpliwy, kiedy był z nią, okazywał się całkowitym tego zaprzeczeniem. Uwielbiała, kiedy całował czubki jej palców, stawał za nią i brał w ramiona, całował w czoło albo we włosy i nosił na rękach.

No i jeśli już mowa o całowaniu, uwielbiała również TEN aspekt ich związku. Za każdym razem liczyła się dla niego ona i jej przyjemność. Z drugiej strony bez wątpienia bardzo lubiał, gdy to on był stroną dominującą, a ona była mu uległa. Była JEGO. Co nie znaczyło, że był brutalny, wręcz przeciwnie! Określiłaby to raczej jako męską potrzebą seksualnej kontroli. Na przykład, gdy położył ją na plaży i przytrzymał jej ręce, gdy ją całował do szaleństwa. To on dyktował warunki, zawsze jednak troszcząc się bardziej o jej niż swoją satysfakcję.

Aż przeszedł ją dreszcz na samo wspomnienie. Merlinie, jak ona to uwielbiała!


Wszystkie wspomnienia Horacjusza, starannie wydobyte, spoczywały teraz zamknięte w skrytce w Ministerstwie Magii, do której miał dostęp tylko Minister i Eugenia. Nawet Jean Jacques nie miał prawa się do niej zbliżyć. Horacjusz spoczywał również – na całkiem wygodnej pryczy w lochach Ministerstwa. Póki co, nie wyraził zgody na zeznawanie w procesie przeciw Norrisowi, ale Charles Chevalier był pewien, że po krótkim czasie starszy pan skruszeje. W razie czego był skłonny posunąć się nawet do użycia siły, by go do tego zmusić.

Severus siedział właśnie z Jean Jacquesem w Ministerstwie, żeby dopracować do końca plan wyciągnięcia z Azkabanu kilku kobiet, na których Norris testował działanie eliksiru antykoncepcyjnego. Francuz zaproponował co prawda, żeby przyszła również Hermiona, ale Severus uznał, że temat jest zdecydowanie nie dla niej. Ani wysłuchiwanie o dementorach, ani o tym, co banda Norrisa robiła z tymi nieszczęsnymi kobietami. Francuzi zdobyli dane dotyczące „odwiedzin" i ze zgrozą stwierdzili, że Smith i Watkins odwiedzali je przez czternaście dni, z czego Smith siedział tam za każdym razem po parę godzin. Lawford pokazał się tylko raz, Stone nie przyszedł ani razu.

– Mogę tylko zgadywać, że za każdym razem cofali je w czasie o miesiąc, żeby przekonać się, że eliksir naprawdę działa – powiedział, zaciskają pięści. – Dziesięć kobiet, ponad rok testów... – Jean Jacques aż wzdrygnął się słysząc to.

– Smithowi i Watkinsowi najwyraźniej się to podobało – skomentował cierpko.

– Powinienem wybrać się chyba i do Watkinsa.

Jean Jacques uśmiechnął się blado i sięgnął po szklankę whisky.

– Teraz można o nim powiedzieć „facet bez jaj".

Severus odpowiedział jednym ze swojej kolekcji wrednych, przerażających uśmieszków.

– Nie mówiłem ci? Teraz jest dziewczynką.

Rozległ się nagły kaszel i prychanie i dopiero po chwili Jean Jacques wykrztusił.

– Obciąłeś mu... wszystko?!

– Po co mu jedno bez drugiego? – spytał filozoficznie. – A żeby się wysikać zawsze może przecież usiąść.

Wybrali kilka kobiet z listy i Severus dopilnował, żeby dwa nazwiska, które znał bardzo dobrze, nie znalazły się w tej grupie. Chodziło o dwie kobiety z rodzin Śmierciożerców, z którymi kiedyś spał; za czasów, kiedy ani jemu, ani żadnej z nich nie zależało na niczym innym, jak na krótkiej nocy, po której nie ma żadnej przyszłości. Ot, zakończenie balu u Luciusza i Narcyzy czy kogoś innego, z którego oboje zniknęli przed innymi gośćmi.

Dyskutowali właśnie nad jakimś powodem do odwiedzin, który z całą pewnością nie mógł zostać odrzucony, kiedy Severusem targnęła nagła wściekłość. Urwał w pół zdania i spojrzał na Jean Jacquesa zupełnie nieprzytomnym wzrokiem. I natychmiast domyślił się, co się działo. Coś było nie tak z Hermioną!

Nagle medalion zrobił się gorący. Z trudem wydobył pergamin i rzucił niewerbalnie zaklęcie ujawniające.

Mazgrołów w żaden sposób nie mógł odczytać. Wyglądały na trzy słowa, ale pismo było tak rozchwiane, jakby strasznie trzęsła się jej ręka przy pisaniu.

– Coś się stało? – zagadnął Jean Jacques, zerkając na pusty dla niego pergamin, zaalarmowany miną Severusa.

– Nie wiem. Nie ruszaj się stąd, wrócę!

Severus zerwał się z fotela chowając pergamin i medalion i deportował się z głośnym pyknięciem.

Pojawił się w ogródku przed domem. Nie mając pojęcia, co się dzieje i czy coś nie grozi Hermionie, szarpnął drzwi wejściowe, niemal wyrywając je z zawiasów i wpadł do środka.

Natychmiast dostrzedł Hermionę klęczącą przed kanapą, z twarzą ukrytą w puszystej narzucie. Nic jej nie było, przynajmniej nie fizycznie. Dopadł do niej i przyklęknął łapiąc ją za ramię.

– Hermiono?! Co się stało?

Dziewczyna podniosła głowę i spojrzała na niego.

– Tttoo! – uniosła rękę, która drżała tak strasznie, że nie potrafiła wykonać nią żadnego sensownego gestu. – Śświnie... Merl... ja ich... za–biję! Prze... prze... – nie potrafiła się też wysłowić.

Severus nic nie rozumiał. Rozejrzał się i nagle na podłodze dostrzegł coś wyglądającego bardzo znajomo... Prorok! Ten przeklęty Prorok! Musiała przez przypadek go znaleźć i przeczytać!

Przygarnął ją mocno do siebie, pomógł podnieść się z ziemi, usiadł na kanapie i wziął ją na kolana. Kołysał delikatnie z ramionach starając się ją uspokoić. Przez dłuższy czas czuł jej trzęsące się ręce i urywany, szybki oddech.

W którymś momencie Hermiona złapała się z głowę i zajęczała głośno. Szalona, niebotyczna nienawiść ekslodowała gdzieś w niej i miała wrażenie, że zaraz pęknie. Jak tego z siebie nie wyrzuci, to wybuchnie z hukem! Nigdy nie przypuszczała, że można aż tak bardzo nienawidzieć.

Tysiące słów jednocześnie cisnęło się jej na ust i kiedy tylko je otwierała, coś pchało ją do tego, by wykrzyczeć je wszystkie na raz. I równocześnie wszystko w niej telepało się tak strasznie, że nawet nie potrafiła ich wymówić. W głowie jej szumiało, dzwoniło w uszach, bolał każdy skrawek ciała, zaciśnięty w dzikim proteście i wściekłość przysłoniła wszystko. Całkiem jakby oślepła.

Dopiero po dłuższej chwili zaczęła się uspokajać. Nadal miała ochotę mordować, ale poczuła, że wreszcie może mówić.

– Banda kr–kretynów! Idiotów! Tto moja sprawa z kim jestem! I czemu! Jak im się nie podoba, to–to ich problem! Myślą, że mnie znają! Że... wiedzą o mnie więcej niż ja! Niech się wypchają! Nienawidzę ich, Severusie, nienawidzę ich wszystkich! Tak bardzo, że... że więcej już się nie da! – jej głos nadal się trząsł, zachłystywała się i tego też nienawidziła! – Niech mi powiedzą to w twarz, a nie piszą! W gazetach!

Severus zaczął ją głaskać uspokajająco po włosach, dając jej się wykrzyczeć.

– Merlinie, zrób coś, żeby mi przeszło, bo jak nie, to pójdę tam, dopadnę ich i ich pozabijam! Nie raz! Tysiąc razy! Rozniosę ich wszystkich! – spojrzała na niego i poczuła, jak zaczyna ją piec w gardle. – I wiesz co?! – do oczy napłynęły jej łzy i z jękiem ukryła twarz na jego ramieniu. – Już nic... – wyjęczała, kręcąc głową i się rozpłakała.

Severus dał się jej również wypłakać. Kiedy płacz przeszedł w ciche chlipanie, odgarnął jej włosy i pocałował w czoło.

– No już, maleńka. Już dobrze.

Kiwnęła głową, pociągnęła nosem jeszcze raz i westchnęła ciężko, jeszcze trochę drżąc.

– Severus... – mruknęła. – Czemu... czemu oni to robią? Przecież... – zawahała się, szukając słów i po chwili dokończyła – to podłe.

Severus miał jedno wytłumaczenie, które, wiedział, ją uspokoi.

– Dziwisz im się? Są wściekli. Szlag trafił praktycznie wszystko, co zrobili. Kiedy się zorientowali, wymyślili sposób, żeby się nas pozbyć... i znów się nam udało i uciekliśmy. I nawet nie domyślają się, że udało nam się jeszcze więcej, ale jak się dowiedzą... – uśmiechnął się i otarł jej łzy z twarzy. – Panna Granger znów jest górą. Więc co mogli innego zrobić, niż spróbować cię poniżyć, opluć i oczernić. Żeby nikt ci nie wierzył i ludzie się od ciebie odwrócili.

– I najlepszy sposób, jaki wymyślili, to zrobienie ze mnie morderczyni i dziwki, tak?

– Dokładnie – kiwnął głową, choć zabolało go to, co powiedziała. Mógł sobie wyobrazić, jak bardzo JĄ to dotknęło. – Ale trochę się przeliczyli.

Spojrzała na niego pytająco.

– Znów czegoś nie wiedzieli... Wśród przedmiotów, z których byłaś zdecydowanie wybitna były nie tylko zaklęcia z Flitwickiem, ale i transmutacja z Minerwą i numerologia z Septimą. Z kobietami. Do eliksirów nie miałaś specjalnych zapędów, jeśli nie liczyć pewnego wydarzenia z drugiej klasy – po jej twarzy przemknął cień uśmiechu. – Więc teoria chodzenia do łóżka z profesorami nie bardzo pasuje, szczególnie jeśli teraz przejawiasz... powiedzmy „upodobanie" do profesora eliskirów. Poza tym...w tym wypadku miecz, którym się posługują, jest obosieczny.

– To znaczy? – najważniejsze było w tej chwili to, żeby słuchać jego uspokajającego głosu. Niech mówi, cokolwiek...

– Z tego, co pisała Minerwa wynika, że ludzie szybko wyciągnęli odpowiednie wnioski. To bardziej dotyczy mnie, ale przez to, co napisał Prorok, ludzie wiedza, że jesteśmy razem. Ja sprzeciwiałem się Ministerstwu, oni też. Teraz ty zabiłaś Ministra, ja ci w tym pomagałem. Więc nadal działamy przeciw Ministerstwu. Oni też. Wniosek był prosty: jesteśmy po tej samej stronie.

Opowiedział jej o ulotkach, które pokazały się na Pokątnej i o proteście uczniów i nauczycieli oraz o niespotykanym porozumieniu Ślizgonów i Gryfonów, co Minerwę bardzo rozśmieszyło. Hermiona rozluźniła się i oparła o niego.

– Oczywiście to nie znaczy, że wszyscy na świecie nas teraz kochają – Severus musiał jej to powiedzieć. – Sama wiesz, że to niemożliwe. Takie rzeczy istnieją tylko w bajkach i już się o tym przekonałaś dwa lata temu... i wcześniej. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą mieli inne zdanie i będą cię oczerniać przy każdej okazji, ale jeśli wierzysz, że to co robisz, jest dobre, właściwe, to o wiele łatwiej to znieść.

Dziewczyna kiwnęła głową i uderzyło ją to, że przecież jego też oczerniono i biorąc pod uwagę jego historię, było to jeszcze gorsze niż w jej przypadku. Nagle zapomniała o sobie i swoim bólu, oburzeniu i zaczęła myśleć o nim. Na swój sposób fakt, że krzywdzono jego, bolał ją jeszcze bardziej.

– Jak ty możesz to znosić z takim spokojem? – spytała, czując, jak na nowo ogarnią ją złość.

Severus wzruszył ramionami.

– Bo jestem przyzwyczajony, to dla mnie nic nowego. Całe moje dotychczasowe życie tak wyglądało.

Hermiona poczuła, jak znów zbiera się jej na płacz. Ona oszalała ze wściekłości i oburzenia po zaledwie jednym artykule. Co on musiał czuć przez cały ten czas?!

– To było to, prawda? – spytała przez łzy, które spłyneły jej po policzkach.

– Nie płacz...

Nie pozwoliła mu tym razem ich otrzeć.

– Nie płaczę nad sobą... ale na tobą – zaprzeczyła, odsuwając jego rękę. – To dlatego udało ci się nie... nie załamać? Bo wiedziałeś, że to, co robiłeś, było dobre, tak?

Kiwnął głową, więc przytuliła się do niego na nowo i chwilę siedzieli tak w milczeniu. Chciała być dla niego tak samo dobra, jak on był dla niej, więc zaczęła go głaskać po włosach. Nagle zapragnęła ofiarować mu tyle miłości, żeby każda cudowna chwila szczęścia spędzona z nią zastąpiła każdą złą.

– Severus? – szepnęła, odsuwając się i gdy na nią spojrzał, pogłaskała go po policzku. – Twoje życie... te wszystkie poprzednie lata musiały być staszne. Więc następne będą cudowne. Chcę uczynić z ciebie najszczęśliwszego mężczyznę na świecie. Żeby całe to szczęście wymazało każde złe wspomnienie z twojego dotychczasowego życia.

Miała wrażenie, że coś błysnęło w jego oczach. Może łzy. Ale zaraz potem Severus przytulił ją mocno, bardzo mocno, niemal rozpaczliwie do siebie.

– Więc kochaj mnie. Po prostu mnie kochaj – poprosił zduszonym głosem.


Severus wrócił do Ministerstwa, do Jean Jacquesa, z Hermioną. Dokończyli omawianie planu wydostania z Azkabanu kobiet i Severus napisał o tym Minerwie. I dostał bardzo interesującą odpowiedź, którą przeczytał na głos.

– Przyszedł dziś do ciebie list podpisany „Gryzelda". Choć charakter pisma wygląda raczej na męski.

– Otwórz i przedyktuj nam, co jest w środku.

Czekając na jej odpowiedź Severus wyjaśnił, że jakiś czas przed ucieczką udało mu się skaptować jednego z Uzdrowicieli w Św. Mungu. Było to całkiem proste. Mężczyzna pracował na Oddziale Kobiecym i zajmował się między innymi statystykami. W którymś momencie, opracowując raport dotyczący kobiet, którym zaaplikowano eliksir przeciw Klątwie Ciemnej Strony zorientował się, że są nimi tylko i wyłącznie kobiety mugolskiego pochodzenia. Zaniepokojony skontaktował się z Severusem, wyjawił mu swoje odkrycie i gdy Severus powiedział mu prawdę, mężczyzna wpadł niemal w histerię, okazało się bowiem, że wśród nich była jego żona. Kiedy wreszcie dotarło do niego tłumaczenie Severusa, że takie było założenie, ale w rzeczywistości jest to tylko kolorowa woda, która nie ma żadnego wpływu na organizm, Uzdrowiciel miał ochotę skakać z radości. Zapewnił Severusa, że jest do jego dyspozycji i jeśli zauważy coś dziwnego, będzie go informował. Ustalili sposób porozumiewania się i najwyraźniej mężczyzna miał dla niego jakieś wiadomości.

Gdy przyszła odpowiedź, przeczytał ją Jean Jacquesowi.

– S. Dziś w Klinice zmarła jakaś młoda kobieta. Przyszła, bo źle się czuła i już nie wyszła. Nikt nie wie, co jej było i nie wystawiliśmy jeszcze oficjalnego aktu zgonu, ale w karcie napisane jest, że podejrzewa się, że zjadła toksyczka. Też jestem takiego zdania. Ale przyszło mi do głowy, że może można byłoby zmienić objawy na wskazujące na śmierć z powodu Eliksiru?

Przez chwilę spoglądali we trójkę na siebie. Severus myślał chwilę, w skupieniu wodząc wąskim palcem po półotwartych ustach, więc Hermiona musiała odwrócić na chwilę głowę, bo przyszły jej do głowy myśli całkiem nie ma miejscu.

W końcu stuknął różdżką w pergamin. Hermiona przeczytała Francuzowi.

– To nasz człowiek w Św. Mungu. Odpisz mu natychmiast. Dopisz do objawów: całkowity rozpad tkanki macicy i organów i mięśni sąsiadujących z nią. Obfite krwawienie wewnętrze powodujące stan zapalny całego wnętrza jamy brzusznej. Chora przyjęta z bardzo wysoką gorączką, wymiotami i zawrotami głowy. Ostry ból w podrzuszu. Skóra na podbrzuszu zabarwiona na fioletowy kolor, opuchlizna. KONIECZNIE wpisz, że dwa, trzy dni wcześniej była na badaniach na Oddziale Kobiecym. Jeśli była z pochodzenia mugolką, wpisz, że podano jej Eliksir. W przeciwnym wypadku wpisz, że podano jej eliksir rozkurczowy. Wiesz jak ja, że też ma niebieski kolor, więc będzie można uznać, że doszło do pomyłki.

Dziewczyna trochę zbladła, bo wreszcie zrozumiała na czym polegało działanie eliksiru Watkinsa, choć naturalnie domyślała się, że Severus musiał trochę przesadzić ze skutkami. Gdyby wtedy fiolka nie była zabawiona na żółto... część jej organów po prostu by już nie istniała.

Severus poinstruował Minerwę, jak dostarczyć natychmiast list Uzdrowicielowi.

Zanim wrócili do domu, napisał jeszcze krótki list do Norrisa.

Jeszcze jedno kłamliwe słowo na temat Hermiony, a będziecie ze Smithem mogli podać sobie ręce.

To samo ostrzeżenie odnośnie Hogwartu.

Przez chwilę namyślał się, czy nie dorzucić pozdrowień od Horacjusza, ale zdecydował nie zdradzać z żaden sposób stanu ich wiedzy. Jeśli Norris zauważył jego nieobecność, teraz musi się martwić jak cholera, ale z pewnością nie wie, że oni wiedzą.

Czwartek, 24.09

Hermiona, Severus i Jean Jacques siedzieli do poźna w ich bezpiecznym domu przeglądając ostatni raz cały plan wyciągnięcia kilku kobiet z Azkabanu. Jean Jacques zaplanował to na piątek późnym popołudniem. O tej porze nie było już obaw, że będą się tam kręcić Aurorzy, nikt nie będzie mógł próbować skonsultować się z Ministerstwem po ewentualne instrukcje i przez jakiś czas nie wyjdzie stamtąd żaden raport.

Kiedy skończyli, Francuz wrócił do domu, do swojej małej Bibi, więc Hermiona odgrzała na kolację obiad i zaczęli przeglądać plik gazet, które podrzucił dziś Ricky wracając wieczornym pociągiem do Calais.

We wtorek w Żonglerze ukazał się artykuł Harry'ego. Dziewczyna nie wiedziała, że jej przyjaciel z początku napisał zuchwały list zarzucający otwarcie Ministerstwu kłamstwo, ale Ginny podarła go i spaliła. Na całe szczęście, bo tego typu list był samobójczy. Następego dnia zaś zobaczyli ulotki grupy przeciwników rządu i to poddało Harry'emu pomysł napisania czegoś w tym stylu.

Tak więc w dość długim artykule opisał różne sytuacje z poprzednich lat, kiedy to jego zdanie rozmijało się ze stanowiskiem Ministerstwa i konsekwencje dla niego. Nie pisał, kto wtedy miał rację, nie było to potrzebne. Podobieństwo kłuło w oczy.

W środę, również w Żonglerze, ktoś napisał anonimowy artykuł o tym, że najwyraźniej skoro nie ma nowej szkoły, gdzie można by było odizolować uczniów mugolskiego pochodzenia, Ministerstwo zdecydowało się położyć łapę na Hogwarcie.

W Proroku, w dziale z ogłoszeniami o ślubach, narodzinach i zgonach, pojawiła się wzmianka, że niejaka Mary Harper zmarła we wtorek w Klinice z powodu krwotoku wewnątrz jamy brzusznej spowodowanego poważnymi uszkodzeniami kobiecych narządów rozrodczych, jak również mięśni i jelit dookoła nich. Przyczyna uszkodzeń miała zostać szczegółowo zbadana.

W czwartkowym Proroku i Żonglerze ktoś zapytał, czy nie jest to przez przypadek rezultat podania jej eliksiru w ramach obowiązkowych badań.

Hermiona skończyła czytać i spojrzała na Severusa, który jeszcze nie skończył środowego Proroka. Po chwili podniósł głowę i oddał jej spojrzenie.

– Dzieje się dużo ciekawych rzeczy – stwierdziła.

– Zaiste. I jeszcze ciekawsza może być reakcja naszych przyjaciół.

– Masz na myśli Azkaban?

Severus potrząsnął głową.

– Nie tylko. Jestem pewien, że to mój Uzdrowiciel zadał to pytanie w Proroku. Dziś już pewnie wszyscy o tym dyskutują, a jutro wybuchnie z tego afera. Poza tym ciekawe, czy Norris zdał sobie sprawę z tego, że Horacjusz zniknał... i co ma do powiedzenia na mój list. Co zrobi z Hogwartem, bo przecież jutro minie trzydniowy termin na poddanie się... i czy mają jakieś nowe pomysły. I – dodał z błyskiem w oku – jak czuje się nasz przyjaciel Smith.

– Myślisz... że dobrze byłoby tam wrócić?

– Zdecydowanie tak. Będąc na miejscu będziemy wiedzieć więcej. W sobotę zapewne będzie jakaś narada i dobrze byłoby ją podsłuchać.

Oboje byli zgodni, więc decyzja została podjęta praktycznie natychmiast. Jutro, kiedy tylko dowiedzą się, jak zakończy się wyprawa do Azkabanu, wracają do Anglii. Bez obaw mogli mieszkać w Spinner's End, a z razie potrzeby korzystać z mugolskiego mieszkania i mugolskiej tożsamości. Severus postawił Hermionie tylko jeden warunek. Żadnych sentymentalnych wizyt, choćby z daleka, jej mieszkania, domu jej rodziców czy ich gabinetu dentystycznego.

– Na ich miejscu tylko bym na to czekał. To jest najprostszy sposób łapania uciekinierów, bo na ogół prędzej czy później chcą choćby popatrzeć na ukochane osoby, na ich dawny dom, czy jakieś inne miejsce, które ma dla nich znaczenie.

Hermiona zgodziła się natychmiast. Owszem, ciągnęło ją tam, ale tym bardziej rozumiała jego zakaz.

Piątek, 25.09

Nie znali nikogo z ekipy, która wybrała się do Azkabanu. Znali plan, bo Severus pomagał go układać. Był wzięty z doświadczenia. Ponieważ Severus doskonale pamiętał, że młody Barty Crouch przetransmutował ciało swojego ojca w kość, zaproponował posłużyć się tym pomysłem i przenieść do Azkabanu przetransmutowane ciała pięciu zmarłych ostatnio kobiet. A żeby móc wyprowadzić kobiety, je też proponował przetransmutować – w jakieś zwierzęta. Jak to ujął, skoro Blackowi się to udało, nie sądził, żeby ekipa Jean Jacquesa miała z tym problemy. Albert Lejeune dostarczył różdżki z identycznym drzewem i rdzeniami, które były używane przez dalsze rodziny kobiet, które mogłyby zjawić się z wizytą. Czarodzieje mieli je zostawić na wejściu i w celach używać swoich własnych.

Na ich powrót czekali w Ministerstwie, w towarzystwie Jean Jacquesa i Ministra.

Francuzi zrozumieli powody ich wyjazdu i zgadzali się, że będąc tam, na miejscu, będą z pewnością mogli zdziałać więcej niż siedząc tu i ukrywając się. Ricky już odebrał od Minerwy kopertę z fałszywymi dokumanetami, kartą kredytową, kluczami do mieszkania i włosami, które zostały w Hogwarcie i mieli się z nim spotkać w niewielkim parku na obrzeżach Londynu. Minerwa dała również Ricky'emu jeden z dwóch angielskich remporterów, których na szczęście nie mieli jeszcze okazji zacząć używać i również zostały w Hogwarcie. Jean Jacques dał im na wszelki wypadek drugi świstoklik międzykontynentalny.

Siedząc jak na rozżarzonych węglach, spoglądali co jakiś czas na zegarek. W końcu tuż przed siódmą wieczorem do sali, w której akurat siedzieli, weszła dość liczna ekipa. Ośmiu mężczyzn i pięć kobiet. Mężczyźni wyglądali, jakby zobaczyli piekło. Jeden z nich ciągle miał dreszcze, drugi ocierał oczy, trzeci zaraz za drzwiami osunął się na krzesło i nawet się nie odezwał. Kobiety... przypominały chodzącą śmierć. Wynędzniałe, wychudzone, o przeźroczystej niemal skórze, skołtunionych brudnych włosach, śmierdzące, w przegniłych, postrzępionych szmatach wiszących na nich, jak odpadająca płatami skóra. Wyglądały jak dementorzy, z wyjątkiem tego, że miały oczy. Wytrzeszczone w całkowitym niezrozumieniu, płonące szaleństwem i gorączkowym blaskiem. Jeśli któraś z nich rozpoznała Severusa, nie okazała tego z żaden sposób. Najprawdopodobniej wszystkie były w zbyt głębokim szoku, żeby móc w jakikolwiek sposób zareagować.

Nowina była wspaniała – udało im się! Ale nikt nie potrafił okazać radości. Całkiem jakby nawet z tak daleka dementorzy wyssali wszelkie szczęście.

Hermiona zbladła na ich widok i również dostała dreszczy. Boże, to musi być dosłownie piekło na ziemi. Chyba już raczej lepiej umrzeć niż tam się znaleźć... Jean Jacques również był w szoku na widok ich przeraźliwego stanu. Minister trzymał się trochę lepiej. Można powiedzieć, że tylko Severus zachował jakąś trzeźwość umysłu.

– Jean Jacques, zaprowadź ich natychmiast do skrzydła szpitalnego. Wszystkich. Twoim ludziom przyda się odpoczynek, a tym kobietom... po piersze dajcie im coś na uspokojenie, bo jak zrozumieją, że są wolne, mogą dostać takiego wstrząsu, że od tego stracą zmysły. Trzymajcie je pod ciągłą obserwacją. Myślę, że dopiero w poniedziałek możecie próbować coś z nich wyciągnąć.

Jan Jacques mechanicznie skinął głową i jeszcze przez chwilę nie drgnął, gapiąc się na nie.

Hermiona nagle uniosła różdżkę, skupiła się na wspomnieniu, jak pierwszy raz się całowali... Zamknęła oczy i mruknęła „Expecto Patronum".

W różdżki wystrzeliła... aż otworzyła ze zdumienia usta na widok olbrzymiego świetlistego ptaka, który rozpostarł szeroko skrzydła, podleciał ku górze i zaczął nad nimi kołować rzucając błękitnawy blask na wszystkie zadarte do góry i śledzące jego powolny, majestatyczny lot twarze.

Severus spojrzał na Hermionę, unosząc brew ze zdumienia.

– Ja... – zająknęła się dziewczyna, nie odrywając oczu od szybującego drapieżnika.

Gdy podleciał do okna i świetlista mgła rozpłynęła się za nim, obróciła się osłupiała.

– Nie wiem, co to jest... to miała być wydra... Severus, ja naprawdę... – zaczęła mu się tłumaczyć.

Przytulił ją do siebie i stłumił ochotę pocałowania, bo dookoła było pełno ludzi.

– To jest mój jastrząb – powiedział cichutko.

– ... Twój... Co?

Hermiona nie miała pojęcia o jego dzieciństwie i szalonej ochocie ucieczki z domu i bycia wolnym... jak szybujące ptaki, które oglądał tak często. Jego pierwszym patronusem był właśnie jastrząb, największy z drapieżnych ptaków. Dopiero później zmienił się w łanię. W powodu szalonej miłości do Lily.

Aż westchnął cichutko, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo Hermiona musiała go kochać, skoro jej patronus zmienił się w jego.

W tej chwili nie marzył o niczym innym, jak o tym, żeby znaleźć się już w swoim domu, móc ją przytulić i ... tak, opowiedzieć jej choć trochę o swoim dawnym życiu. Zasługiwała na to.

Pożegnanie było krótkie, ale bardzo serdeczne. Patronus odleciał, ale zostawił ciepło i spokój, które spłynęły na wszystkich i pojawiły się uśmiechy. Jean Jacques uściskał i ucałował Hermionę, Minister ucałował jej dłoń, mężczyźni uścisnęli sobie mocno ręce, przy czym Jean Jacques potrząsnął ręką Severusa i uśmiechnął się do niego. Severus uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu. Hermiona podziękowała wszystkim gorąco za pomoc, machnęli ostatni raz rękoma i aktywowali świstoklik do Spinner's End.

W Anglii o tej porze było już chłodno, więc rozpalili ogień, zrobili kolację i usiedli na poduszkach przed kominkiem i Severus zaczął opowiadać.

Dobrze było móc wyrzucić to z siebie, choć serce bolało go na widok płaczącej dziewczyny. Hermiona, jeszcze goręcej niż przed paroma dniami, przysięgła sobie zrobić wszystko, żeby wreszcie był szczęśliwy.

Tym razem już bez wahania myślała o przyszłości.

Sobota, 26.09

Wyprawa na Pokątną była bez wątpienia wstrząsem dla Hermiony.

Po śniadaniu wypili wielosokowy i przemienili się – ona w pięćdziesięcioletnią kobietę o siwych włosach, szarych oczach i zaokrąglonych kształtach, on w młodego chłopaka, bardzo ją przypominającego. Aportowali się w drugim wymiarze przed Dziurawy Kocioł i przenieśli się do normalnego dopiero tuż przed drzwiami do baru.

Gdy weszli, nie mieli nawet czasu się rozejrzeć, kiedy jakiś brodaty czarodziej złapał Hermionę za ramię i zatrzymał w miejscu.

– HGSS?

Hermiona wytrzeszczyła na niego oczy, zupełnie nie rozumiejąc o czym mowa.

– Słucham?

Stary barman Tom odstawił czyszczony właśnie kufel, kilku gości siedzących przy stołach obróciło się w ich kierunku. Dopiero wtedy zobaczyli wiszące wszędzie na ścianach, na drzwiach, nad barem, leżące na stołach, ulotki ze zdjęciami Harry'ego i ich i jakimiś dopiskami na czerwono. Były za daleko i w barze było zbyt ciemno, żeby móc je przeczytać.

– Hermiona Granger, Severus Snape – powiedział brodaty dobitnie.

Hermiona miała wrażenie, że serce wyskoczy jej przez gardło i zalała ją fala paniki. Poznali nas?! W jaki sposób?! I co teraz?! Uciekać?! Ale jak?!

Spojrzała wielkimi oczami na Severusa, ale nie miała czasu zareagować, kiedy czarodziej dorzucił.

– Jesteście za, czy przeciw?

Serce osunęło się jej gwałtownie gdzieś w dół i z ulgi bez mała ugięły się jej nogi. Ale nadal nie wiedziała, co powiedzieć.

– No? – ponaglił ich czarodziej i zerknął na Severusa. – Jak mamuńcia nie wie, to może ty powiesz?!

– Nie wiem... – bąknął Severus, wyraźnie wczuwając się w rolę.

Czarodziej popchnął ich w kierunku przejścia na Pokątną.

– Spadajcie! Tom, to tylko przechodnie!

Barman wzruszył ramionami i obrócił się odstawić kufel na półkę za ladą, siedzący przy stołach przestali zwracać na nich uwagę i powrócili do prowadzonej przyciszonymi głosami rozmowy. Najwyraźniej było to coś całkiem normalnego.

Wyszli na malutkie podwórko i Hermiona, która jeszcze nie ochłonęła z ulgi i zdumienia, drżącą ręką zaczęła liczyć cegły. W końcu znalazła właściwą i stuknęła w nią i czekali chwilę, aż przejście uformowało się i zobaczyli Pokątną.

Zupełnie inną Pokątną od tej, którą oboje znali.

Nie było słychać radosnego gwaru i wybuchów śmiechu, nie widać było przechadzających się spokojnie ludzi, rozradowanych dzieci biegających dookoła rodziców, cieszących oczy kolorowych witryn sklepów, nie czuć było tej cudownej atmosfery, która Hermiona pamiętała sprzed wielu lat. Na swój sposób Pokątna wyglądała tak, jak dwa lata temu. Choć inaczej.

Słyszeli dziwnie niespokojny szmer cichych rozmów ludzi, którzy gromadzili się w niewielkich grupkach pod ścianami albo przemykali spiesznie w nieznanym kierunku. Witryny sklepów ginęły pod warstwami ulotek i plakatów przyklejonych jedne na drugich. Białe i szare mieszały się z ulotkami w zielonych i pomarańczowych kolorach. Te opluwające ich, wyzywające Hermionę od zbrodniarek i dziwek były przemieszane z ulotkami zwolenników. Rozpoznali artykuły z ubiegłych lat z komentarzami w krwisto–czerwonym kolorze. Najbliższy, koło którego przystanęli, dotyczył powołania dwa lata temu Komisji Rejestracji Mugolaków i nosił dopisek „Snape miał rację! To po to miała być nowa szkoła!". Wisiał trochę krzywo i spod spodu wystawał inny plakat. Można było odczytać końcówkę ostatniego zdania „.. urwa Granger powinna gnić w więzieniu za morderstwo".

Hermiona zbladła, złapała się za usta i gwałtownie pochyliła głowę, starając się ukryć łzy. Severus żałował, że nie może jej przytulić ani pocieszyć, więc tylko odciągnął ją na ulicę. Po jej pobielałych knykciach widział, jak mocno zacisnęła pięść próbując się uspokoić.

Ale było też pełno nowych, wyraźnie świeżych plakatów, które pewnie przyczepił ktoś w nocy. Afisze z napisami „Eliksir zabija", „Obowiązkowy bojkot obowiązkowych badań dla kobiet" czy „ Chcesz umrzeć – idź na kobiece badania" aż raziły w oczy. Przed drzwiami do pobliskiej kawiarni stał jakiś ubrany na czarno czarodziej. Podpierał się dla wygody nogą o ścianę i rozglądał się bacznie na boki. Sprawiał wrażenie, jakby na coś czekał. Ale równocześnie nie spoglądał na zegarek, ani nie miał zniecierpliwionej miny.

Koło nich aportował się nagle jakiś mężczyzna, podszedł do dużego kosza stojącego przed sklepem, wrzucił tam plik gazet i deportował się natychmiast. Gdy Hermiona podeszła tam sprawdzić, co to jest, zobaczyła cały plik egzemplarzy Żonglera.

Chciała sięgnąć po jeden egzemplarz, ale nie mogła włożyć do środka ręki. Rozejrzała się dookoła nie rozumiejąc o co chodzi i jej spojrzenie padło na wiklinowy koszyczek z syklami, a nawet z galeonami, ustawiony zaraz obok kosza. Sięgnęła więc po galeona i wrzuciła do środka. Moneta wpadła z brzękiem, ale Hermiona miała wrażenie, że na wysokości brzegów koszyczka podskoczyła lekko, jakby uderzyła o jakąś przeźroczystą powierzchnię. Spróbowała włożyć do niego rękę i ta nagle zderzyłą się z niewidoczną przeszkodą.

Zapewne zaklęcie blokujące, żeby nikt nie kradł pieniędzy. Teraz już bez problemów wyjęła jeden egzemplarz gazety i usłyszała głos wydobywający się z kosza.

– Ostrzegamy, że zgodnie z dekretem Ministerstwa jest to nielegalna gazeta. Zalecamy czytanie w miejscu ustronnym. Karą za posiadanie nielegalnych czasopism jest zesłanie do Azkabanu. Dziękujemu i życzymy miłego dnia. Ksenofiliusz Lovegood i redakcja Żonglera.

Severus podszedł do niej i rozejrzał się bacznie dookoła.

– Schowaj ją – syknął, udając, że poprawia buta.

Hermiona natychmiast wsunęła gazetę do torebki i odeszli spiesznie w kierunku Gringotta.

Przed drzwiami restauracji z napisem „Lokal HGSS" stał inny mężczyzna, zachowujący się bardzo podobnie do tego pod kawiarnią. Zaczęli się domyślać, że to rodzaj ochroniarza dla ludzi siedzących w środku.

– Wejdźmy tam – poprosiła Hermiona.

Podeszli więc do drzwi i mężczyzna spojrzał na nich z ukosa.

– HGSS?

Hermiona kiwnęła mocno głową z wyzywającą miną, więc różdżką uchylił im drzwi.

– W razie nalotu Aurorów uciekajcie na tyły, kuchnia i spiżarnia nie są objęte barierą antydeportacyjną – mruknął i wrócił do czujnego obserwowania ulicy.

Hermiona i Severus wymienili spojrzenia i weszli do środka.

Atmosfera była o wiele lżejsza niż ta na ulicy. Ludzie najwyraźniej czuli się swobodniej, otoczeni innymi o tych samych poglądach. Przechodzący obok kelner wskazał im stolik pod ścianą, więc usiedli przy nim i natychmiast zauważyli ulotki leżące na stołach zamiast zwykłych papierowych podkładek. Na ich ulotce widniało zdjęcie Hogwartu z całą gromadą uczniów biegających w różnych kierunkach i z dopiskiem „Łapy precz od Hogwartu, Snape cały czas dyrektorem".

Severus poczuł, jak ciepło rozlewa mu się po całej piersi i uniósł w górę kącik ust.

Przy sąsiednim stoliku siedziała młoda dziewczyna w towarzystwie dwóch chłopaków. Severus poznał ich natychmiast, dopiero co skończyli szkołę. Hermionie zajęło chwilę rozpoznanie o rok młodszej Sally z Rawenclawu i Petera i Thomasa z Hufflepuffu. Można było usłyszeć ich rozmowę.

– Myślisz, że dziś też będą próbować?

– Nie mam pojęcia, ale z każdym dniem jest ich coraz więcej.

– Transwestyci już nam nie pomogą, trzeba będzie szukać kogoś innego.

Chłopak siedzący tyłem do nich najwyraźniej nie zrozumiał, bo dwójka jego towarzyszy wybuchnęła śmiechem.

– Wiesz, parę tygodni temu, jak protesty były w sprawie drugiego dziecka, próbowali nas wyłapać Aurorzy. Ktoś z przodu ostrzegł resztę i wszyscy się deportowaliśmy, jeszcze wtedy nie było barier. I wiesz, co zrobili ci kretyni? – dziewczyna rozchichotała się, odginając do tyłu głowę, więc dokończył jej kolega. – Równolegle do naszej, szła Krętą grupa facetów przebranych za baby. Rozumiesz, przebranych w kiecki i tak dalej. Myśmy szli z transparentami „Chcemy prawa do drugiego dziecka", a tamci nieśli zwykłe kartki z napisami „My też!". I ci debile, nie mogąc złapać nas, skubnęli transwestytów!

Cała trójka wybuchnęła śmiechem, a Severus i Hermiona wymienili uśmiechy.

– O co dziś idzie? – tamci podjęli rozmowę.

– O ten cholerny eliksir. Choć pewnie nie zabraknie tej wesołej grupki ze Slytherinu, ktorzy ostatnio tak się darli za szkołę i Snape'a.

Przyszedł kelner, więc zamówili herbatę i naleśniki z dżemem i Hermiona znów się uśmiechnęła do Severusa.

Kelner bardzo szybko przyniósł im zamówienie, skasował należność – domyślili się, że to w razie potrzeby nagłej ucieczki – i zerknął na zegarek.

– Jak chcecie się załapać na Marsz, to radzę szybko jeść. Dziś będzie ostra zabawa.

– Skąd pan wie? – wyrwało się Hermionie.

– Bo dowiedziałem się, że dziś wypuścili ze Św. Munga Smitha. Na wózku. Aurorzy są chorzy ze wściekłości.

Zjedli więc szybko – ale nie po to, żeby uczestniczyć w Marszu, ale go obejrzeć. Mieli już wystarczająco dużo rzeczy na głowie i dodatkowe narażanie się nie było wskazane.

Wyszli więc na ulicę i usiedli na ławeczce przy sklepie z miotłami.

– Od kogo dziś zaczynamy – spytała cichuśko Hermiona.

– Wcześniej myślałem, że od Lawforda, ale teraz sądzę, że jeśli coś zorganizują to u Smitha – odmruknął Seversus.

Zaczął bawić się brzegiem szaty, więc Hermiona stuknęła go po rękach, jak prawdziwa mama besztająca syna.

– Czemu Smith jest na wózku?

Severus skrzywił się i puścił szatę.

– Nie wiem. Pewnie udaje. Przy tym, co mu jest, powinien raczej chodzić.

– A co mu jest? – zapytała natarczywym szeptem Hermiona. Do tej pory Severus odmawiał odpowiedzi na to pytanie.

– Mówiłem ci już, to nie temat dla ciebie.

Nie mogła dalej się dopytywać, bo na końcu ulicy wyłoniła się grupa ludzi. Pierwsi niesli przed sobą olbrzymi transparent „Badania kobiece w Mungu zabijają!" Za nimi widać było całą rzeszę ludzi z mniejszymi i większymi transparentami na kijach od mioteł czy drewnianych listwach. „Ci, którzy oskarżają niewinnych o morderstwa, powinni spojrzeć w lustro", „Wpierw aborcje, teraz morderstwo" i pełno innych tego rodzaju. Ludzie skandowali hasła, machali rękoma do stojacych i patrzących się na nich ludzi, ktoś przyniósł duży kocioł do warzenia eliksirów i walił w niego chochlą nadając rytm. Ktoś, zapewne używszy Sonorus, mówił bez przestanku o ostatnich odkryciach dotyczących zgonu w Klinice i objawach i nawoływał do natychmiastowego zgłoszenia się do „alternatywnych placówek uzdrawiających", których listę można było znaleźć w Żonglerze. Bokami szły młode dziewczyny ubrane na biało i rzucały wszędzie dookoła płatki białych róż.

Gdzieś w połowie minęła ich grupa młodych czarodziejów ubranych w szaty Slytherinu, którzy piszczeli na kolorowych piszczałkach i darli się „Łapy precz od Hogwartu, Snape ciągle dyrektorem!". Starsi czarodzieje zaraz za nimi szli z cierpiętniczymi minami, powiewając zielono–żółtą flagą, w kolorze szat Uzdrowicieli, z trupią czaszką.

Nad protestującymi polatywali na miotłach czarodzieje patrolując ulice i wypatrując Aurorów.

– Dlaczego oni łączą to z Ministerstwem? – spytała Hermiona jakąś kobietę, która usiadła na ławeczce koło nich.

– Nie słyszła pani? Wczoraj Uzdrowiciele ogłosili, że wstrzymują badania dla kobiet i wtedy przyszedł do nich ktoś z Ministerstwa i próbował zmusić do zmiany decyzji – odparła tamta. – Więc wygląda na to, że Ministerstwo ma w tym jakiś interes.

Demonstracja przeszła i po jakimś czasie zamilkły drzwięki piszczałek, łomot, skandowane hasła i krzyki Ślizgonów.

– Pewnie za chwilę spróbują ich dopaść tam dalej– odezwała się znów kobieta. – Też bym poszła, ale refleks już nie ten... Wczoraj dwóch złapali, ale reszta ich odbiła. Pomógł im ten jakiś proszek od Wesleya, po którym robi się ciemno. Mówię pani, na całej Pokątnej jakby noc zapadła! Nic nie było widać.

Hermiona zerknęła na zegarek – czas było wypić porcję eliksiru. Odeszli więc w boczną uliczkę, napili się po zdrowym łyku i poszli zrobić zakupy, po które tu przyszli.

– To jest coś, co trzeba przeżyć – powiedziała Hermiona, gdy już wrócili do domu.

Severus zamknął oczy i objął ją lekko stając za nią.

– Jak się po tym czujesz?

Dziewczyna westchnęła odkładając w kuchni torby ze świeżymi owocami, warzywami i mięsem.

– Z początku było... strasznie. Przeczytać parę linijek w Proroku to jedno, a zobaczyć na własne oczy, jak piszą, że jesteś... – pokręciła głową. – Ale potem było już lepiej. Widzisz jak inni protestują i wiesz, że masz rację. Wiesz... to daje nadzieję.

Severus przypomniał sobie piknięcie w sercu, kiedy zobaczył napis „Lokal HGSS". To tak, jakby naprawdę, oficjalnie byli razem. Zdecydowanie, to daje nadzieję. Oczyma wyobraźni zobaczył te same litery nad jakimiś drzwiami do domu. Szaloną, zwariowaną nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, tak będzie.

Uśmiechnął się do siebie w duchu, wspiął na palce, żeby zanurzyć twarz w krótkie włosy kobiety, którą trzymał w ramionach i pocałował je.

– Zrób nam coś do jedzenia, ja pójdę przyszykować wszystko, co nam może być potrzebne – mruknął i poszedł do sypialni.


Niestety wszystko zaczęło się komplikować. Nie wiedzieli, o której miała być narada i czy w ogóle miała jakaś być. Po usłyszeniu, że dziś Smith został wypuszczony do domu przypuszczali, że mogła zostać przeniesiona właśnie do niego, ale biorąc pod uwagę litościwe serce Norrisa, nie mogli być tego pewni.

Dlatego też wzięli ze sobą zmieniacz czasu i postanowili przyczaić się pod domem Smitha, posiedzieć do dziesiątej wieczorem i jeśli nic się nie wydarzy, użyć zmieniacza i sprawdzić dom Lawforda, potem Norrisa, potem Scotta... aż sprawdzą wszystkie.

Ale okazało się, że po ostatnich odwiedzinach Severusa wszyscy się pochowali. Nie mogli znaleźć żadnego z domów, które już znali, jakby po prostu nie istniały. Przyczyna była łatwa do zgadnięcia – wszyscy musieli rzucić na domy zaklęcie Fideliusa.

Wyszli z domu o czwartej i do szóstej próbowali bezskutecznie znaleźć choć jeden. Bez powodzenia. W końcu zdecydowali się rozdzielić i jedno z nich miało patrolować okolice domu Smitha, drugie zaś Norrisa. Posiadłość Lawforda, z uwagi na rozmiary, zostawili sobie na później. Severus bał się rozdzielenia z Hermioną, oba miejsca były równie niebezpieczne. Norris miał skrzata, a oni cały czas nie wiedzieli, jak reagują skrzaty na drugi wymiar. Smith za to musiał ich nienawidzieć tak straszliwie, że gdyby któreś z nich dopadł, zabiłby bez wątpienia na miejscu. W końcu Severus wziął na siebie Smitha. Szansa, że skrzat wyjdzie przed dom, poza obręb zaklęcia Fideliusa, był doprawdy znikomy.

Tak więc po szóstej Hermiona zjawiła się świstoklikiem w miejscu, gdzie powinien być dom Norrisa, przeniosła się do drugiego wymiaru, narzuciła na siebie niewidkę i zaczęła spacerować po leśnej dróżce. Promienie słońca praktycznie nie przenikały przez listowie i cieszyła się, że otulała ją peleryna. Po jakimś czasie zmęczyła się, więc przysiadła pod drzewem. Potem wstała i znów podjęła spacer. Miała tak spacerować do dziesiątej, aż pojawi się Severus ze zmieniaczem czasu. Westchnęła ciężko – zanosiło się na męczący wieczór.

Severus zjawił się w jedynym miejscu, jakie było dostępne przed posiadłością Smitha – w ślepej uliczce, tuż przy niewielkim domku jednorodzinnym. On również przeniósł się w drugi wymiar, usiadł w pewnym oddaleniu i zaczął obserwować teren. Jeśli ktokolwiek zdecydowałby się aportować poza obszarem chronionym Fideliusem, tu było najbardziej prawdopodobne miejsce. Wszędzie dookoła były chaszcza, zarośla i teren był trudno dostępny.

Nie miał większych nadziei na podsłuchanie rozmowy. Nie mieli jak się dostać do ukrytych domów, pluskwa z całą pewnością już nie działała, szczególnie u Smitha. Ale póki istniała jeszcze jakaś szansa, zdecydowany był spędzić całe godziny na pilnowaniu.


Nie wiedzieli nawet, co przechodzi im przed nosem.

Norris faktycznie zwołał naradę. Pierwotnie miała się odbyć u Rockmana, ale z uwagi na wypuszczenie Smitha z Kliniki rozesłał pilne sowy z powiadomieniem, że o ósmej wieczorem wszyscy mają się stawić w Little Chalfont.

Smith powitał wszystkich siedząc na wózku na kółkach. Ponieważ do tej pory nie miał jak wybrać się do Olivandera, więc nie miał różdżki i musiał dać sobie radę bez pomocy magii. Stękał z wysiłkiem wożąc się po domu, ale nie pozwolił nikomu sobie pomóc. Zaakceptował jedynie Lawforda, który rano przyszedł rzucić wszelkie zaklęcia ochronne, jakie mu do głowy przyszły.

Wyglądał strasznie. I nie chodziło o nadal wyraźne szramy na twarzy i szyi, ale o wygląd ogólny. Przybity, obojętny na wszystko, wyraźnie załamany. Widać to było po oczach i całym jego zachowaniu. Zwieszone ramiona, pochylona do przodu, zgarniona sylwetka, niemal zupełny brak reakcji na ludzi dookoła. Siedział w salonie w pomiętej koszuli, z nogami okrytymi jakąś narzutą i wbijał martwy wzrok w podłogę.

Nikt z wyjątkiem Norrisa nie znał prawdziwego powodu, więc wszyscy siedzieli zmrożeni tym widokiem, zastanawiając się, co takiego mógł mu zrobić Snape.

Norris przybył ostatni. Usiadł za stołem i przywitał się machnięciem ręki.

– Dziękuję wam za przybycie – powiedział i zawahał się. Zazwyczaj przy naradach mieli coś do picia, ale tym razem stół był pusty. W końcu wzruszył ramionami i ciągnął dalej. – Mamy do przedyskutowania parę spraw od zeszłego weekendu.

Sięgnął po notatki, co nie było w jego zwyczaju, ale jakoś nikt nie zwrócił na to uwagi.

– Po pierwsze... nasz największy problem w tej chwili to ten cholerny zgon w Klinice. Nigel potwierdził mi już – kiwnął głową w stronę Watkinsa i wszyscy powiedli wzrokiem w jego kierunku – że eliksir sam w sobie nie jest zabójczy. Coś musiało już być nie tak z tą kobietą skoro tak zareagowała.

Lawford, trochę blady, pochylił się do przodu.

– Nigel, wyjaśnij to nam, bo chyba musimy wszystko zrozumieć... – pomysł, że od miesięcy podają eliksir, który zabija, nim wstrząsnął. Bał się, że za chwilę posypią się inne przypadki.

Watkins spojrzał na niego z lekka zniecierpliwiony. Nie czuł się winny, ale czuł się parszywie. Nie dlatego, że zmarła jakaś kobieta, ale dlatego, że po pierwsze Norris, kiedy go dopadł, był o wiele mniej delikatny niż dziś, po drugie po spojrzeniach kolegów widział, że ONI uważają, że to był jego błąd.

– Eliksir jest w porzadku. Gdyby zabijał, od miesięcy nie żyłaby już większość mugolaczek w całej Anglii! – warknął.

– Nikt nie mówi, że coś z nim jest nie tak – uspokoił go Rockman. – Ale chyba powinniśmy wiedzieć, jak on działa i co się mogło stać. Może trzeba będzie zmienić strategię... Wyjaśnij nam po prostu wszystko.

Chłopak złagodniał. W końcu mówił do niego szef.

– No więc... jak ona zmarła, to zaczęłem się dowiadywać. Od Uzdrowicieli na Drugim Piętrze. I powiedzieli mi, że eliksir, ten normalny, powodu zmianę odczynu...tam. No wiecie – uśmiechnął się zakłopotany. – Na kwaśny. Całą spermę i to babskie jajko szlag trafia. Mój eliksir ma skoncentrowany składnik, który to powoduje. Więc uszkadza macicę i resztę i te organy po prostu obumierają. Ale nie rozpuszczają się! Przecież to nie jest skoncentrowany kwas! – zakończył, wznosząc w obronnym geście ręce.

Stone zbladł jak ściana. Scott również. Większość starała się zrozumieć, co to znaczy i po chwili starała się sobie tego nie wyobrażać. Rockman popatrzył na Watkinsa podejrzliwie.

– Nie wiedziałem... Ale... poczekaj. To znaczy, że kobiety, które dostały ten eliksir... przestają mieć miesiączki... Tak?

Watkins popatrzył na niego baranim wzrokiem.

– Nie wiem ... chyba tak. Skoro to wszystko obumiera...

Rockman jednak postanowił sobie to wyobrazić. Jeśli macica obumiera, to powinno dojść do krwawienia. Porządnego. I potem już nie.

– Kiedy to obumiera? – spytał, nagle spięty.

– Nie wiem – zdenerwował się Watkins. – Co ja, baba jestem?!

Smith poderwał raptownie głowę i utkwił w nim ponure spojrzenie. Rockmana to trochę zaskoczyło, ale był coraz bardziej zaniepokojony.

– Dobrze, przypuśćmy, choć wydaje mi się to nierealne... że to obumiera miesiąć później. Czyli kobiety wzięły to za okres. A potem co?

Lawford zrozumiał i odruchowo rozejrzał się w poszukiwaniu kalendarza. Norris jeszcze nie reagował, jakby był zaprzątnięty czymś innym i to również było zaskakujące.

– Od kiedy my podajemy ten eliksir?

To akurat Watkins wiedział.

– Od połowy czerwca.

Rockman i Lawford wymienili spojrzenia.

– Niech będzie trzy miesiące... – obliczył pospiesznie Lawford.

– Cholera...

Norris wreszcie skoncentrował się na rozmowie.

– No i co z tego? – zapytał, ponaglając ich.

– Czy słyszeliście o jakiś kobietach, które zgłosiły się do Kliniki na badania? Z powodu zatrzymania okresu?

Norris w końcu załapał. Poczuł, jakby ktoś rąbnął go prosto w brzuch.

– Nigel?! Przecież mówiłeś mi, że sprawdzałeś ten cholerny eliksir?! – wybuchnął, uderzając pięściami w stół.

Watkins przestraszył się nie na żarty.

– No pewnie, że sprawdzałem! Wszystko było z nim w porządku! Nie miał prawa zabić!

– Nie o to nam chodzi, kretynie! Pytam, czy on na pewno działa! Czy to nie jest... nie wiem, niebieska woda?!

Watkins wytrzeszczył na nich oczy.

– Pewnie, że działa! Jak długo pieprzyliśmy te kobiety w Azkabanie?! Ponad rok? I żadna z nich nie zaszła w ciążę! Gdyby nie działał, niańczylibyśmy już stado bachorów!

Rockman postarał się jakoś uspokoić towarzystwo. Uniósł ręce do góry nakazując ciszę.

– Wiecie, jak zareagowały tamte kobiety?

– Nie umarły... – wymruczał Watkins.

– TO zauważyliśmy – spiorunował go wzrokiem Rockman. – Coś im dolegało?

Nikt tego nie sprawdził. Swoją drogą nie było jak. Nie mogli przecież prosić dementorów.

Norris zaklął głośno. Byłem pewny! Byłem pewny, że coś jest nie tak! Czyżby Snape też się w to wpakował? Razem w Granger?

– Tylor, ta twoja puszczalska panienka... słyszałeś, żeby coś mówiła?

Rockman potrząsnął głową.

– Nie rozmawialiśmy na takie tematy. Ale nie wyglądała... jakby coś dziwnego się działo. Wiesz... nie była zaniepokojona, chora, nic z tych rzeczy.

Norris spojrzał na Smitha.

– Teddy... Teddy! – Smith wreszcie spojrzał na niego. – Czy u Granger w domu naprawdę były jakieś eliksiry antykoncepcyjne? Czy to też tylko bajeczka dla prasy?

Smith zamyślił się. Nigel mówił mu coś o flakonikach z perfumami w wiaderku. Przypuszczał, że to były eliksiry, ale nie wiedział jakie.

– Nie wiem. Jakieś eliksiry tam miała. Nie wiem jakie.

– Cholera... !

– Co się dzieje, Peter? – zapytał Scott.

– Nie wiem – zełgał Norris. Nie był gotowy na odpowiedź.

Albo Snape i Granger wiedzieli i w jakiś sposób go zepsuli, co może wyjaśniać, czemu nie było do tej pory afery w tej sprawie i tłumaczyło, czemu Granger używała eliksiru.

Albo też o tym nie wiedzieli – nie mieli pojęcia, że ona już jest niepłodna i dlatego go używała?

Oczywiście pozostawało jeszcze zaklęcie. Mogła zabezpieczać się zaklęciem i dlatego nie miała nic w domu...

Cholerny Teddy, że też tego nie sprawdził!

Potrząsnął głową. Nadal mu się to nie podobało. O ile wcześniej miał przeczucie, które okazało się słuszne w niektórych sprawach, teraz miał pewność, że z tym cholernym eliksirem było coś nie tak.

Machnął ręką odganiając myśli na bok. Miał gorsze problemy na głowie. Ale o nich nie mógł mówić. Zniknął gdzieś Horacjusz. Nie wiedział gdzie, ale od dwóch dni nie mógł się z nim skontaktować, co było bardzo niepokojące.

– Dobra, teraz tego nie rozstrzygniemy – zdecydował się zmienić temat. – W każdym razie niech chwilowo wstrzymają badania, aż ludzie się uspokoją. Jeśli w ciągu tygodnia nie umrze kolejna kobieta, będziemy mieli argument, że z tą było coś nie tak.

JEŚLI nie umrze kolejna kobieta?! On chyba żartuje... Lawford zachłysnął się powietrzem i wlepił wzrok w buty. O Merlinie... Wdepnęliśmy w porządne gówno.

– Przejdźmy do sprawy Hogwartu – westchnął Norris, zerknął krótko na Smitha i odwrócił wzrok.

Wszyscy spodziewali się jego zdecydowanego zdania, że należy wywalić ze szkoły McGonagall i wziąć resztę nauczycieli za krótki pysk. I wszyscy doznali szoku, gdy się odezwał.

– Dajmy im chwilowo spokój. Niech sobie ta wiedźma rządzi. Przecież i tak w tym roku już nie pozbędziemy się mugolaków, więc po co robić zamieszanie?

Norris najchętniej wziąłby to całe towarzystwo w zamku za gardło i zmusił do słuchania go, ale nadal przed oczami miał list od Snape'a. Spojrzał krótko jeszcze raz na Smitha i doszedł do wniosku, że woli już wszystko, tylko nie to. I już nie chodziło tylko o fakt, że nie mógłby już się kochać z żoną. Już od lat tego nie robił. Nie z nią. Nie pociągała go już zupełnie. No i powolutku zaczynał wchodzić w wiek, kiedy seks sprowadzał się do definicji w słowniku. Ale chodziło o fakt bycia mężczyzną. Nie wyobrażał sobie czuć się tak, jak teraz musiał czuć się Smith...

– Czy ktoś wie, gdzie oni są? – zapytał Scott po chwili milczenia.

– We Francji – odparł Norris, zgadując o kim mowa.

– Uciekli do Francji? Jak?! Przecież nie mogli się aportować? – zdziwił się Watkins.

Stone zmusił się do tego, żeby nawet nie drgnąć. Będziesz sobie mógł drgać później, ile chcesz.

– Pojęcia nie mam. Nigdzie ich nie wyłapaliśmy, prócz nieudanej próby aportacji Snape'a. Stąd wiemy, że wybierał się do... Francji – Norris nie chciał, żeby reszta wiedziała, że Snape i Granger zgadali się z francuskim Ministrem Magii. I nie było obawy, żeby Smith cokolwiek powiedział.

– Może przedarli się przez zieloną granicę – zaproponował Scott. – Słyszałem, że mugole tak robią. Ciągle kogoś wyławiają z kanału.

Na nowo zapadło milczenie. Norris westchnął ciężko. Coś to spotkanie się nie kleiło, jakby nikt nie miał głowy do dyskusji, od niego samego począwszy.

– Myślę, że na dziś zakończymy. Chyba, że...

Scott uniósł rękę.

– Peter, tak ostatnio myślałem... Sądzę, że powinniśmy się zabezpieczyć. Trzeba jak najszybciej zmienić sposób wybierania Ministra i wybrać jakiegoś... spośród nas. W ten sposób nie będziemy już musieli nikogo kontrolować.

Norris przyjrzał mu się z uwagą i nawet się ożywił. Przez parę minut dyskutowali na ten temat i ustalili, że Norris zostanie osobistym doradcą Fostera, jako tymczasowego Ministra Magii. I żeby zmiany nie szokowały za bardzo, najlepszym sposobem było przepchnięcie ustawy, zgodnie z którą na wniosek większości można przedłużyć kadencję. Rockman, mający największe sposód nich doświadczenie, dostał zadanie przygotować jakiś sensowny projekt ustawy na następny tydzień.

Ponieważ ostatnio Francuzi znów naciskali na blokadę granic, a ICW wystosowało kolejną krytyczną notę, Watkins zaproponował wystąpienie z ICW. Pomysł nie był specjalnie głupi, ale w chwili obecnej społeczność czarodziejów dostałaby szału słysząc coś takiego, więc odłożono go na później.

Ponieważ Norris nie miał już żadnych uwag i nikt nie wyrywał się z innymi propozycjami, w końcu wszyscy zdecydowali się zakończyć naradę.

– Teddy, jak chcesz to zostanę – powiedział Lawford, pochylając się nad Smithem i kładąc mu delikatnie rękę na ramieniu.

Auror pokręcił głową w milczeniu, więc Lawford poklepał go lekko na pożegnanie i aportował się bezpośrednio z salonu do siebie do domu. Norris zrobił to samo. Za jego przykładem pożegnali się ze Smithem Rockman i Scott i używając świstoklików zniknęli szybko.

Stone trochę się grzebał. Watkins też. Wyraźnie chciał zostać, więc w końcu Stone wyszedł z domu na podwórze.

Musiał aportować się do swojego domu we Francji, Audrey czekała na niego, bo Norbert był trochę chory. Wyjaśnił więc Cheryl, że musi wybrać się z ważną sprawą rządową w delegację. Problem w tym, że musiał wpierw wrocić do swojej prawdziwej postaci.

Rozejrzał się dookoła. Watkins mógł w każdej chwili wyjść i go zobaczyć. Niedobrze. Postanowił więc wyjść dalej, tam gdzie Watkins z pewnością go nie zobaczy. Choćby na ulicę. Oni panikowali, bo sądzili, że Snape zaraz ich dopadnie, ale on przecież spotkał ich w Paryżu, nawet z nimi rozmawiał! Więc nie było żadnego niebezpieczeństwa, że tu go znajdzie.

Aportował się więc w ślepą uliczkę i rozejrzał dookoła. Ani śladu mugoli. Wyjął piersiówkę i chlapnął sobie porządnego łyka.

Nie przepadał specjalnie za przemianami. Wstrząsnął się, kiedy rosły mu włosy, ale poza tym specjalnie się nie zmienił. Z postury, bo oczywiście kolor włosów, oczy i karnacja zmieniły się całkowicie.

Schował butelkę i sięgnął po portfel, bo musiał się upewnić, że we Francji nie będzie miał ze sobą zdjęcia Cheryl czy Olivera, Margaret albo Teodory. To byłaby wpadka!

Nie miał ani jednego. Podniósł głowę, z ulgą włożył go do kieszeni... i w tym momencie poczuł, jak całe ciało mu sztywnieje i traci głos i runął jak kłoda na ulicę.


Severus już od jakiejś chwili zaczął być przekonany, że jeśli spotkanie miało odbyć się dziś, zapewne było gdzie indziej niż u Norrisa czy Smitha. Do dziesiątej zostało jeszcze ponad dwie godziny, więc siedział cierpliwie, nie odrywając oczu od uliczki skąpo oświetlonej blaskiem odległej latarni.

Zastanawianie się, co teraz powinni zrobić, pod czyj dom pójść, czy siedzenie aż do dziesiątej jest konieczne, mieszało się z urywkami wspomnień sprzed kilku lat, kiedy jako szpieg, razem z innymi Śmierciożercami czekał na sygnał Czarnego Pana do ataku na jakąś mugolską wioskę... czy czekał patrząc, jak ten karze jakiegoś niewinnego człowieka... Merlinie, jak to dobrze, że ten horror się już skończył. Choć podejrzewał, że jeszcze przez długie lata te wspomnienia będą go gnębić.

Nagle usłyszał trzask aportacji i spojrzał w tamtym kierunku. Zobaczył całkiem niedaleko od siebie Stone'a. To znaczy, że spotkanie będzie u Smitha! Ale czemu aportował się tu, przecież przez te chaszcze się nie przedostanie... Czyżby zaklęcia Smitha go powstrzymały? Jak się tam dostać, żeby coś podsłuchać?Może mimo wszystko spróbować przykleić mu pluskwę...? To znaczy, że za chwilę wszyscy się tu pojawią...

Te wszystkie myśli przemknęły mu przez głowę niemal jednocześnie. Zmrużył oczy, żeby go lepiej widzieć i nagle stało się zadziwiającego.

Stone wypił łyk z jakiejś buteleczki i... zaczął się przemieniać. Włosy wydłużyły mu się, pofalowały i zmieniły kolor na blond. Sięgnął po coś w kieszeni, otworzył i podniósł głowę.

I nagle Severus rozpoznał Francuza, który wpadł na nich kilka dni temu w czarodziejskim Paryżu!

To byl Stone? Znalazł nas i nie zabił? Nie złapał? Nie próbował nas porwać? Co tu się, do jasnej cholery, dzieje?! I najwyraźniej nic nie mówił Norrisowi, bo...

Stone włożył to coś do kieszeni i Severus nagle się ocknął. Rzucił na niego pełne porażenie ciała, zerwał na równe nogi i podskoczył w jego kierunku. Był zaledwie o krok od niego, gdy Stone runął na ziemię.

Pospiesz się, zaraz zjawi się reszta!

Przeniósł go do drugiego wymiaru i wtedy Stone go zobaczył i w jego oczach odmalował się głęboki szok.

– Będziemy musieli sobie porozmawiać, Stone – powiedział, pochylając się nad leżącym mężczyzną.

Na wszelki wypadek odciągnął go na bok i dopiero wtedy napisał do Hermiony.

– Przenieś się pod dom Smitha w drugim wymiarze. Coś znalazłem.

Stone nadal wpatrywał się w niego w szoku.

W tym momencie pojawiła się Hermiona i jego widok otworzyła usta ze zdumienia.

– Co on tu robi?

– Aportuj nas szybko do domu – ponaglił ją Severus.

Złapał Stone'a i podał rękę Hermionie, która obróciła się na pięcie i pociągnęła ich za sobą.

Wylądowali w salonie. Severus natychmiast spętał Stone'a zaklęciami, wylewitował na kanapę i zdjął z niego zaklęcie porażenia ciała.

Stone poruszył się, jakby chciał sprawdzić czy może, a potem spojrzał na Severusa.

– Snape!

– Co on tu robi?! – wykrztusiła Hermiona.

– Mamy parę spraw do przedyskutowania – odparł Severus, wyjmując jej z rąk niewidkę.

Dziewczyna przyglądała się w osłupieniu leżącemu mężczyźnie.

– Ale czemu on? Spotkałeś go koło Smitha? Co on ma z tym wszystkim wspólnego?

Severus nagle zrozumiał, co się dzieje.

– To jest Alain Stone, ale się przemienił w ... nie pamiętam, jak on się nam przedstawił.

Hermiona podeszła do nich wolno, starając się ogarnąć całą sytuację.

– Cabrel jakiś. Czyli... – zaczęła powolutku pojmować.

– Dokładnie. Sądzę, że rozmowa będzie bardzo... pouczająca. Co robił wtedy w Parużu, czemu nas nie zabił, czemu nie powiedział Norrisowi... i po co przemienił się na nowo w tego Cabrela tu, w Anglii...

Nagle usłyszeli jakiś jęk i spojrzeli równocześnie na spętanego Stone'a. Który skrzywił się strasznie, zajęczał jeszcze raz i rozpłakał się.

Hermiona już chciała do niego podejść i zobaczyć, czy nic mu nie jest, kiedy Severus złapał ją za rękę i przytrzymał.

– Nie podchodź!

Sam zbliżył się do mężczyzny i zlustrował, czy więzy nie są za mocno zaciśnięte i czy nic specjalnego mu się nie dzieje. Nie widział niczego takiego, ale Stone płakał coraz bardziej, wijąc się jak w bólu. Chwilę przyglądał mu się uważnie, ale w końcu musiał uznać, że tamten naprawdę płacze. Coraz bardziej. Bujał się na boki szlochając i mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało czasem jak jakieś imiona. Reszty słów nie rozpoznawał.

– Może mu dać coś... na uspokojenie? – spytała cicho Hermiona, stając koło Severusa.

Severus prychnął pogardliwie. Mężczyźnie eliksir na uspokojenie?!

– Przejdzie mu. Odczekajmy chwilę, przecież nie będzie się tak mazał cały wieczór.

Usiedli w kuchni i zaczęli jeść kanapki, które Hermiona przygotowała na dzisiejszy wieczór.

– Czemu sądzisz, że on nic nie powiedział Norrisowi? Może dlatego Norris wiedział, że jesteśmy u Francuzów w Ministerstwie? – zagadnęła dziewczyna, zerkając na Stone'a.

– Norris wiedział, bo uciekając próbowałem się aportować do Ministerstwa i nie udało mi się z powodu blokady. I Aurorzy wypałali nielegalną aportację. I pamiętaj, że Stone nie znalazł nas w Ministerstwie, ale koło tej francuskiej wieży.

– Fakt – Hermiona przygryzła lekko usta. – Ale może powiedział Norrisowi, że nas tam widział?

Severus posłodził sobie herbatę i wzruszył ramionami.

– Możliwe... Ale w takim razie czemu nas tam nie dopadł? Norris by go ozłocił choćby za nasze zwłoki!

Hermiona aż wstrząsnęła się na samą myśl. I pomyśleć, że to z powodu jej prośby, by choć chwilę pozostali sobą...! Mogła ich tym zabić!

– Co on tam w ogóle robił!? Tak przez przypadek wybrał się do Paryża na wycieczkę i przez drugi przypadek trafił na nas? Musiał mięc dużo szczęścia, żeby trafić akurat tam, akurat w tamtym momencie.

Stone, który jakby się uspokoił, wybuchnął na nowo płaczem. Postanowili odczekać jeszcze trochę.

Minęła godzina i Severusa coś tknęło. Spojrzał na leżącego na kanapie faceta i ze zdziwieniem stwierdził, że leży tam cały czas ten sam blondyn o niebieskich oczach.

Przecież wielosokowy działa godzinę! Nawet ten francuski! Więc jakim cudem Stone jest nadal przemieniony?!

Coś tu nie grało...

Kolejne pół godziny później był już pewien, że coś nie grało. I to bardzo.

Przywołał eliksir uspokajający, który przyniósł do domu, kiedy tylko zdecydowali, że to będzie ich schronienie i wlał do ust zapłakanego mężczyzny. Ten po chwili zaczął się uspokajać. W końcu opadł na kanapę, zamknął oczy i znieruchomiał.

– No dobrze, Stone – powiedział Severus, siadając w fotelu naprzeciw. Hermiona usiadła na oparciu. – Czas najwyższy, żebyś nam odpowiedział na kilka pytań.

– Wypuścicie mnie potem? – spytał Stone, otwierając oczy.

Widać było w nich przerażenie i ból. I coś jeszcze, czego nie umieli nazwać.

Severus wymienił z Hermioną zdumione spojrzenie. Z tym facetem faktycznie było coś nie tak.

– Może cię jeszcze zaprowadzić do domu? – parsknął jadowicie. – A jak myślisz?

Stone skrzywił się, jakby znów miał się rozpłakać, ale po chwili westchnął i pokręcił głową.

– Pytajcie. Jeśli będę mógł, to wam odpowiem.

Sevus pochylił się w jego stronę opierając łokciami o kolana.

– Posłuchaj mnie uważnie, Stone, bo nie lubię się powtarzać. Nie sądzę, żebyś był w sytuacji, w której masz jakąkolwiek możliwość podejmowania decyzji. Wyciągnę z ciebie odpowiedź czy tak, czy inaczej. Więc albo odpowiesz dobrowolnie, albo mnie zdenerwujesz i wtedy zobaczysz, co znaczy mój gniew... Czy to jasne?

Stone potrząsnął przecząco głową.

– Nie rozumiesz. Niektórzych rzeczy... nie mogę. Nie mogę powiedzieć.

Severusa nagle oświeciło. Cholerny świat! Norris musiał kazać mu złożyć Wieczystą Przysięgę! Dlatego nie może mówić! Postanowił jednak trochę przyprzeć go do muru, w razie gdyby niektóre rzeczy chciał zataić, choćby Przysięga ich nie obejmowała.

– Nie rozumiemy się – syknął, wstając i podchodząc do niego. – Wiesz, że jestem Mistrzem Legilimencji?

Stone wytrzeszczył oczy i w następnej sekundzie zacisnął oczy i rzucił się do tyłu, jakby chciał uciec.

– Nie! Proszę! Tylko nie to! Błagam, nie rób tego!

Wił się tak bardzo, że udało mu się przekręcić. Severus załapał go za szatę i szarpnął obracając do poprzedniej pozycji. Jednak mężczyzna zaciskał z całej siły oczy prężąc się, jakby go żywcem przypalali.

– Nie, proszę! Powiem co mogę! Snape, błagam, nie rób tego! Przysięgam, powiem ci, co tylko mogę! Nawet więcej, ale niektórych rzeczy... nie mogę! Bo umrę!

Severus popchnał go i wrócił na fotel, kręcąc głową z pogardą. Widział już ludzi błagających o litość, skamlących o przebaczenie, czy uwierzenie im, ale... ci, którzy to robili, byli nikim. Nędznymi szumowinami, łajdakami... nikt, kto miał jakiś honor, tak się nie zachowywał! Pamiętał ile razy on sam zastanawiał się, jak sam będzie reagował, jak kiedyś Czarny Pan odkryje jego podwójną rolę i przyrzekł sobie nigdy nie upaść tak nisko, żeby go o cokolwiek błagać. Zamierzał, jeśli to tylko byłoby możliwe, spróbować go wtedy zabić.

Ale błagający, płaczący Stone?

– Umrzesz... Cóż. Myślisz, że mnie wzruszyłeś? – spytał z jeszcze większą pogardą. – Ale dobrze wiedzieć. W takim razie na początek zadam ci parę pytań, na które z pewnością możesz odpowiedzieć. A potem... zobaczymy. I radzę ci być szczerym. Zawsze mogę sprawdzić, czy mówiłeś prawdę, dając ci Veritaserum do wypicia.

Stone pokiwał gwałtownie głową, ale nie odważył się otworzyć oczu. Hermiona oparła delikatnie rękę o jego ramię.

– Nie wiem, co się dzieje, ale on jest jakiś... dziwny. Spróbuj łagodnie, zobaczymy co zrobi... – szepnęła mu do ucha.

Severus miał ochotę parsknąć śmiechem. On i łagodność! Ale wyraźnie czuł, że to jest jakiś dziwny przypadek. Postanowił się postarać.

– Po pierwsze... co robiłeś wtedy w Paryżu? Jak nas znalazłeś?

Stone spróbował się poprawić i usiąść.

– Co robiłem w Paryżu? Ja tam mieszkam. Wybrałem się was szukać. Kiedyś was już tam zobaczyłem i sądziłem, że... myślałem, że może to jest wasze ulubione miejsce. Więc zaglądałem tam bardzo często w nadziei, że was znajdę.

Hermiona i Severus spojrzeli na siebie zdziwieni.

– Jak to „mieszkasz tam"? Przecież mieszkasz w Londynie.

– Też. Mieszkam i tu i tam.

Hermiona próbowała sobie przypomnieć wszystko, co było w fiszkach od Jean Jacquesa. Nie było tam absolutnie nic o mieszkaniu w Paryżu. Severus był znacznie bardziej zainteresowany czym innym.

– Kiedy nas widziałeś?

– Nie pamiętam dokładnie. Latem. Było ciepło i słonecznie, ale nie pamiętam, kiedy to było. Leżeliście na trawie koło wieży Eiffla i spojrzeliście na mnie, kiedy się deportowałem.

Oboje doskonale wiedzieli, kiedy to było, w końcu nie leżeli za często na trawie koło wieży Eiffla. Ale że wtedy ich zobaczył i nic nie powiedział Norrisowi?! Bo gdyby Norris wiedział już WTEDY, że są razem, z pewnością zareagowałby już wcześniej...! Czyli to Stone powiedział Norrisowi, że jesteśmy razem! W TEN sposób się o nas dowiedział!

Severusowi cisnęło się na usta tyle pytań, że nie wiedział, które z nich zadać pierwsze. W końcu zdecydował się.

– Czemu dopiero niedawno powiedziałeś o tym Norrisowi?

– Nie powiedziałem mu. Nie... nie mogłem.

– Posłuchaj, Stone – powiedział bardzo cicho Severus. – Jeszcze jedno kłamstwo i użyję Legilimencji i będzie mi obojętne czy zdechniesz, czy nie. Rozumiemy się? – Jego cichy ton był jeszcze bardziej przerażający niż gdyby krzyknął.

– Nie kłamię! Naprawdę! Przysięgam na wszystko! – zawołał Stone, znów zaciskając oczy i wbijając plecy w kanapę.

– Chcesz mi wmówić, że nie powiedziałeś Norrisowi ani o tamtym, ani o tym ostatnim razie?

– Dokładnie! Uwierz mi, nic nie mówiłem! Nie mogłem! On... on o mnie nie wie...

Severus i Hermiona poczuli się zupełnie zagubieni. Z każdym jego wyjaśnieniem rozumieli coraz mniej.

– Do cholery, mów do rzeczy, Stone!

Mężczyzna popatrzył na nich bardzo dziwnym wzrokiem.

– On nie wie kim jestem...

– A kim jesteś...? – spytała bardzo łagodnie Hermiona.

Stone chwilę milczał, jakby szukał słów. Severus już chciał go ponaglić, ale poczuł, jak palce Hermiony zaciskają mu się delikatnie na ręku. Opanował się.

– Ja... tak naprawdę nie jestem Stone. Jestem Xavier Cabrel... – opuścił głowę. – Stone to tylko postać, którą przybieram... kiedy przenoszę się do Anglii...

– Co ty... – syknął Severus.

– Mam jakby dwa życia... Tu w Anglii i drugie we Francji.

Hermiona otworzyła szerzej oczy ze zdumienia.

– Przecież... przecież tu masz dom. I żonę... i dzieci... Pracę w Ministerstwie... Od lat...!

Mężczyzna skinął głową.

– Wiem...

– To co robisz we Francji?! – Severus poczuł, że za chwilę straci do niego cierpliwość. Do tych bredni, których nie ogarniał.

– Bo... – westchnął ciężko – bo we Francji też mam żonę i dzieci...

Na chwilę zapadło milczenie, a potem Severus zaklął pod nosem.

– O jasna cholera...

Hermiona wytrzeszczyła oczy, a mężczyzna przed nimi na nowo skrzywił się, jęknął i zaczął płakać.

– I... jeśli mnie nie wypuścicie... to to stracę... to wszystko... Tu mam trójkę dzieci... i Cheryl jest w ciąży...niedługo będzie rodzić... i we Francji też... mam synka i córkę... i Audrey też jest w ciąży... od niedawna... Co ja zrobię... Co ONE zrobią beze mnie... Ktoś przecież musi się nimi opiekować... i wyżywić...

Hermiona całkiem nieświadomie zacisnęła palce na ręku Severusa. Merlinie...! Ma dwie kobiety na raz?! I dzieci i tu i tam?! I... i one pewnie o sobie nie wiedzą...!

Nagle przypomniała sobie, że we francuskich fiszkach Stone miał opinię kobieciarza. Który z początku zmieniał kobiety jak rękawiczki i miał ich nawet po kilka na raz i dopiero potem się ustatkował... Wyglądało na to, że owszem, ustatkował się. Zadowolił się dwiema na raz. Tylko.

Severus wpatrywał się w mężczyznę przed sobą z narastającą zgrozą i niedowierzeniem.

– Wygląda na to, Stone czy kimkolwiek jesteś, że wpadłeś w niezłe gówno i siedzisz w nim zagrzebany po uszy. Powiedz, ani kobiety ani dzieci nie mają dla ciebie żadnej wartości, że coś takiego im zrobiłeś?!

Stone zamarł i spojrzał na Severusa z oburzeniem. W tej chwili mogło się wydawać, że to Severus jest tym złym, a nie odwrotnie.

– Żadnej wartości?! Żadnej?! Ależ oczywiście, że mają! Kobiety są... są najcudowniejszymi istotami na ziemi! Wszystkie, bez wyjątku! Je trzeba kochać! Wielbić! Czcić! I ja je kocham! Wszystkie! Ja...

– Więc mamy zdecydowanie rozbieżne pojecie na ten temat – uciął Severus.

Zaczęli dopytywać się o szczegóły, więc Stone, czy raczej Cabrel, opowiedział im całą historię.

Urodził się w mugolskiej rodzinie i tylko on z sześciorga rodzeństwa miał magiczne zdolności. Jako młody chłopak zainteresował się bardzo płcią przeciwną i udawało mu się podrywać niektóre dziewczyny na „magiczne sztuczki". A miał ich pełno. Do tego stopnia, że wszystkie zaczął nazywać „Chérie", bo już mu się myliły. Najbardziej podobało mu się uwodzenie ich, zdobywanie ich serca, ale okazało się, że seks też jest czymś wspaniałym.

Kiedy miał niespełna dwadzieścia lat, został oskarżony o używanie magii w obecności mugoli. Udało mu się uciec do Anglii, gdzie postanowił się ukryć na czas, gdy Francuzi go szukali. Wiedział, że Ministerstwo nie ma żadnych dowodów, więc po jakimś czasie sprawa powinna przycichnąć.

Postanowił zadomowić się w Anglii. Podszył się pod zmarłego w dziwnych okolicznościach chłopaka w jego wieku, który wychował się w sierocińcu i dlatego nie istniało niebezpieczeństwo, że jakaś bliska rodzina go rozpozna. Przeniósł się do Londynu i zaczął wystepować jako Alain Stone.

Ponieważ prawdziwy Stone był bardzo uzdolniony i miał Wybitne z większości przedniotów w Hogwarcie, bez większych problemów dostał pracę w Ministerstwie.

Nie popełnił już tego samego błędu co we Francji, nie próbował uwodzić mugolskich kobiet. Z racji nowego stanowiska miał w zasięgu ręki wystarczająco dużo dziewczyn czystej krwi i mógł być pewny, że nie ma ryzyka trafienia w ten sposób na jakąś mugolaczkę.

Przez pierwsze lata istotnie zmieniał kobiety, uwodząc wciąż nowe. W którymś momencie jedna z nich, Cheryl, zaszła w ciążę i wtedy się przestraszył. Powiedział jej, że musi tymczasowo przenieść się do pracy do Francji i wrócił do kraju. Oskarżenie już na nim nie ciążyło, więc zaczął od nowa szaleć za kobietami uważając jakie podrywa, ale nie mógł zapomnieć o Cheryl. Wrócił więc do Anglii, ale nie umiał przestać marzyć o francuskich kochankach. Więc przez jakiś czas żył to tu, to tam. Zaraz po tym, jak Cheryl urodziła mu chłopca, na tle którego oszalał, pobrali się. I równocześnie jedna z jego francuskich kobiet zaszła w ciążę...

Wtedy poczuł, że nie ma już innego wyjścia, jak ustatkować się i założyć rodziny. Ożenił się więc również z francuską kochanką. Tylko od czasu do czasu używał wielosokowego, żeby wybrać się na „Łowy" czyli gdzieś, gdzie mógł uwieść jakąś kolejną kobietę. Ale uważał już bardzo. Poza tym kontynuował swoje podwójne życie. W Anglii jego praca szła coraz lepiej, ale we Francji nie bardzo. Któregoś dnia przypadkiem dowiedział się, że jakaś duża firma w świecie mugoli, produkująca sprzęt do pływania szuka kogoś na stanowisko prezesa. Wtedy podjął olbrzymie ryzyko. Sfałszował dokumenty, zmodyfikował pamięć niektórych członków firmy, by móc podać się za jednego z pracowników i wygrał konkurs na to stanowisko. Pozwalając sobie od czasu do czasu na pewne nieczyste zagrania w stosunku do konkurencji przy użyciu magii – jak to się mówi u mugoli – rozkręcił wspaniały interes i zaczął przynosić do domu coraz więcej pieniędzy.

Potem doszły kolejne dzieci z obu stron i w taki sposób Cabrel alias Stone był bardzo zajętym człowiekiem. W ramach mugolskiej pracy ciągle wyjeżdżał w podroże służbowe, w ramach pracy w Departamencie Transportu załatwił sobie sekretne połączenia w Sieci Fiuu i naturalnie jego praca również wymagała częstych wyjazdów, by nadzorować i podłączać kominki...

I trafiło się, że podczas któregoś radosnego popołudnia poszedł spotkać francuską żonę na Polach Marsowych i zobaczył Snape'a i pannę Granger. Nie mógł o tym nikomu powiedzieć, bo nikt nie miał pojęcia o jego podwójnym życiu. I kiedy ostatnio się dowiedział, że oboje znaleźli się we Francji, z zupełnie irracjonalnych powodów chciał ich odszukać, więc co chwila aportował się na Polach Marsowych mając nadzieję, że jest to miejsce, w które wrócą... I miał rację.

Ale o swoim podwójnym spotkaniu nie powiedział nikomu. Przecież straciłby wszystko, co ma... Tak jak teraz...

Cabrel alias Stone rozpłakał się na nowo. Severus spojrzał na Hermionę i oboje mieli ten sam wyraz zgrozy w oczach.

– Jeśli on jest faktycznie Francuzem, trzeba zawiadomić Jean Jacquesa... – powiedziała dziewczyna.

Severus spojrzał na ich więźnia, szlochającego właśnie głośno i westchnął ciężko. Postanowił się zastanowić, co z tym wszystkim zrobić. JAK skorzystać z faktu, że mają Stone'a.

Po głowie chodziły mu różne pomysły.

Podszyć się pod niego i iść na naradę... może do Ministerstwa... ale jak, przecież wszyscy natychmiast wyłapią, że coś jest nie tak... Mógł być do niego podobny zewnętrznie, ale wystarczyło jedno fałszywie brzmiące słowo, jedna zła reakcja i było już po nim.

Zmusić Stone'a do zawarcia Wieczystej Przysięgi, zgodnie z którą pracowałby dla nich... Ale jak to zrobić, żeby nie kolidowała z tą, którą zawarł z Norrisem?

Powiedzieć Norrisowi, że złapali Stone'a. Mogli, ale po pierwsze do tej pory starali się nie zdradzać Norrisowi ich stanu wiedzy, mając nadzieję, że za chwilę popełni kolejny błąd. Poza tym co by to dało? Norris pewnie wymyślił taki tekst przysięgi, że był pewien, że Stone nie mógł go zdradzić nie umierając.

O północy uznali, że na dziś koniec. Stone wyglądał na wykończonego, więc dali mu coś do zjedzenia i potem Hermiona poszła spać do sypialni na górze, a Severus zaprowadził mężczyznę do innej, tuż koło kuchni. Rozwiązał go i rzucił zaklęcie, które otoczyło duże łóżko magicznym okręgiem, przez który ten nie mógł się przedrzeć, ani stamtąd aportować. Różdżkę schowała Hermiona tak, żeby w żaden sposób nie można jej było przywołać.

Mężczyzna rzucił się na łóżko, ukrył twarz w poduszce i znieruchomiał. Tylko czasem oddychał głębiej i trochę drżały mu ramiona, więc Severus domyślił się, że tamten znów płacze.

Sam wyczarował sobie niezbyt wygodny fotel i ułożył się w nim. Im mniej wygodny, tym lepiej. Będzie mógł czuwać.

Sam pewnie zostawiłby Stone'a na podłodze w salonie, związanego jak mumia, ale zlitowała się nad nim Hermiona. Z początku sama chciała go pilnować, ale Severus zdecydowanie zaprzeczył i w ten sposób wylądował w innej sypialni niż ona.

W sumie ma rację. Lepiej, żeby Stone nie naświnił w salonie, ani nigdzie indziej.

Gdzieś nad ranem okazało się, że Hermiona z całą pewnością miała rację.

Severus nie mógł spać, więc praktycznie większą część nocy rozmyślał. Przypominał sobie, co powiedział im Stone, czy raczej Cabrel – jak zaczął go nazywać i gorączkowo szukał sposobu na to, żeby wyciągnąć od niego wszystko, co ten wiedział. Wściekał się, że z powodu cholernej Wieczystej Przysięgi Cabrel nie może im nic powiedzieć.

Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie faktycznie odesłać go do Francji. Niech Jean Jacques coś z nim zrobi. Będzie mógł postawić go przed sądem za poligamię, używanie zaklęć w obecności mugoli i nie wiadomo, co jeszcze wyjdzie podczas śledztwa. No i za nielegalne podszywanie się za kogoś innego.

Doskonale wiedział, czym była Wieczysta Przysięga. Złożył ich w swoim życiu dwie i obie sumiennie wypełnił.

Nie liczył przyjęcia Mrocznego Znaku, który sam w sobie był jakąś formą przysięgi, ale konsekwencje noszenia go były inne. Mógł sprzeciwiać się woli Czarnego Pana, szpiegować przeciw niemu i mógł przekazywać Zakonowi wszystkie wiadomości. Swoją drogą zaskakujące, że Czarny Pan o tym nie pomyślał. Nie przewidział. Nie zabezpieczył się.

Sądził, że wynikało to z jego pychy. Był tak przekonany, że ludzie, którzy przyszli mu służyć, zawsze będą to robić, a po drugie, że z samego strachu przed nim nie ośmielą go zdradzić.

Coż, miałeś pecha. Trzeba było pomyśleć.

Pierwszą Wieczystą Przysięgę złożył Dumbledorowi. Ułożona była tak, że w żaden sposób nie mógłby go zdradzić. Nawet jakby chciał albo zostałby do tego zmuszony, niektórzy rzeczy po prostu nie mógłby ani wymówić, ani nikt nie mógłby mu wydrzeć legilimencją.

Nagle wróciły wspomnienia i usłyszał słowa o wiele młodszego Dumbledora.

„– Severusie Tobiaszu Snape, czy przysięgasz absolutną i dozgonną wierność mi, Albusowi Percivalovi Wulfricowi Brianowi Dumbledore?

– Tak.

– Czy przysięgasz, że nigdy, nikomu i w żaden sposób, magiczny i niemagiczny, zależny i niezależny od twojej woli, nie zdradzisz żadnej informacji, w której posiadanie wszedłeś bezpośrednio ode mnie, albo od któregokolwiek z ludzi, którzy służą sprawie obalenia Lorda Voldemorta?

– Tak.

– Czy przysięgasz aż do końca robić wszystko, co w twojej mocy i użyć wszystkich dostępnych ci środków, magicznych i niemagicznych, w celu obalenia Lorda Voldemorta, nawet jeśli oznaczałoby to twoją śmierć z rąk samego Lorda Voldemorta albo jego popleczników?

– Tak, przysięgam."

Aż przeszedł go dreszcz. Jak to dobrze, że to się już skończyło! Drugą Wieczystą Przysięgę złożył Narcyzie Malfoy. W porównaniu do tej ułożonej przez Dumbledora, ta była prymitywna. Było w niej pełno dziur i można ją było obejść na wiele różnych sposobów. Najwyraźniej Bellatrix nie wiedziała, jak działają tego rodzaju Przysięgi. Ciekawe, jak ułożył Przysięgę Norris.

Przypomniał sobie krzyk Cabrela „Nie, proszę! Powiem co mogę! Snape, błagam, nie rób tego! Przysięgam, powiem ci co tylko mogę! Nawet więcej, ale niektórych rzeczy... nie mogę! Bo umrę!"

Swoją drogą aż dziwne, że mógł o tym powiedzieć. Norris nie wygląda na takiego, co układa równie beznadziejne przysięgi co Bellatrix...

Co teraz zrobić z tym cholernym Cabrelem? Im na nic się nie zda. A Severus już nie miał ochoty słuchać o jego podejściu do kobiet. Ani patrzeć na to, jak smarka tu cały czas.

Aż prychnął na myśl o tym, że facet mógł przez tyle czasu żyć dwa różne życia. I nikt się nie połapał. Nawet Norris, który pewnie sprawdził dokładnie swoich ludzi, zanim wciągnął ich do spisku.

Jak to powiedział Cabrel? „Norris nie wie, kim jestem".

Severus otworzył szeroko oczy. Miał wrażenie, jakby właśnie dotknął czegoś w ciemności. Nie wiedział czego, odczuł tylko mgliste wrażenie, że o coś się otarł. Musi znaleźć to na nowo...!

Spróbował skupić się na tym, co ostatnio myślał. Usiadł zupełnie rozbudzony i przeskakiwał z myśli na myśl.

Wieczysta Przysięga. Cabrel. Jak Norris sformułował Przysięgę? Jak powie, to umrze... Ale przecież już zaczął coś mówić... Mógł powiedzieć... JAK mógł powiedzieć mimo Przysięgi?! Była źle ułożona, tak jak Przysięga Bellatrix? Dumbledore obwarował ją dokładnie. Ona nie. Co zrobił Norris? Też obwarował ją dokładnie? „Severusie Tobiaszu Snape, czy przysięgasz absolutną i dozgonną wierność mi, Albusowi Percivalovi Wulfricowi Brianowi Dumbledore? – Tak." Więc jak Cabrel mógł coś mówić? Cabrel. Norris nie wiedział kim jest... Cabrel! No jasne! Cabrel to nie Stone! To ktoś zupełnie inny!

Aż poderwał się na równe nogi. To mogło być to! Nie musiało, ale mogło!

Wystarczyło, żeby tekst Wieczystej Przysięgi określał kto ją składał! Jeśli Norris kazał im złożyć IMIENNĄ Przysięgę...!

Wyobraził sobie, jak to mogło wyglądać. „Alain Stone, czy przysięgasz absolutną i dozgonną wierność mi, Peterowi Norrisowi?"

Wieczysta Przysięga była zawsze traktowana dosłownie. Dlatego trzeba było dokładnie formułować obwarowania, bo bardzo łatwo można było ją obejść. Co było całkowicie naturalne. Magiczna więź, która tworzyła się między dwiema osobami, nie była istotą inteligentną, nie potrafiła analizować kontekstów i dopowiadać sobie to, co nie zostało powiedziane. Była jak czerń i biel i żadnych odcieni szarości.

Poszedł do kuchni zrobić sobie kawę. Starał się zachowywać jak najciszej, ale ku jego zdumieniu po paru minutach z góry zeszła do niego Hermiona, ubrana w puszysty biały szlafrok. Słysząc jej ciche kroki i poskrzypywane drewnianych schodów obrócił się do niej.

– Severus?

– Dzień dobry, Hermiono.

Podeszła do niego i musnęła ustami jego policzek. Wyglądała na zmęczoną.

– Czemu nie śpisz? – spytał, opierając się o szafkę i biorąc ją w ramiona.

– Nie mogłam spać – odmruknęła. – Bez ciebie. A ty?

Uśmiechnął się kącikiem ust.

– A ja rozmyślałem... i sądzę, że znalazłem sposób na to, jak nasz francuski przyjaciel może powiedzieć nam wszystko nie umierając przy tym.

Dziewczyna, która wtulała się w jego ramiona w jakiś bez mała rozpaczliwy sposó, odsunęła się odrobinę, ale przytrzymała jego ręce, całkiem jakby nie chciała mu pozwolić przestać ją obejmować.

– Co masz na myśli?

Severus odgarnął jej splątane włosy do tyłu i zaczął się nimi bawić. Równocześnie tonął w jej oczach, teraz, w kiepskim świetle, niemalże czarnych.

– Zazwyczaj Wieczysta Przysięga dokładnie określa kto komu coś przyrzeka. Jeśli Cabrel złożył ją jako Alain Stone, którym nie jest... W takim razie jego, jako Cabrela, ona nie dotyczy.

W czekoladowych oczach pojawiło się nagłe zrozumienie. Severus uśmiechnął się na nowo widząc, jak wypełniają się nadzieją i zaczynają błyszczeć entuzjazmem i radością.

– Jesteś genialny!

– To tylko moje przypuszczenia... Może się okazać, że się mylę...

Hermiona na nowo przytuliła twarz do jego piersi. Przez całą noc o niczym innym nie marzyła. Tak naprawdę zaczęli ze sobą spać dwa tygodnie temu i już uzależniła się od zasypiania w jego ramionach, od ciepła jego ciała tak blisko jej ciała, jego powolnego, spokojnego oddechu, jego zapachu i uczucia splątanych nóg. Uwielbiała, jak ją budził błądząc palcami po jej plecach albo całując ją w ramię... Kochała, jak czasem mruczał we śnie jej imię i wtulał twarz w jej włosy, jak małe dziecko szukające matki po zapachu.

Tej nocy łóżko było puste, zimne. Obce. Choć przecież już w nim spała. Ale nie sama. Bez niego nic nie było takie, jak powinno. Nie pomogło zmęczenie ani długie kołysanie się. Bez niego nie umiała zasnąć.

– Więc przekonajmy się – zaproponowała.

Chwilę jeszcze stali w milczeniu, nie chcąc oderwać się od siebie. W końcu Severus westchnął i odsunął Hermionę.

– Dobry pomysł. Pójdę się szybko umyć i przebrać.

– I ogolić – poradziła mu, przesuwając ręką po jego policzku, który zaczął być już lekko szorstki.

Kiwnął głową, przywołał z sypialni świeże ubranie i poszedł pod prysznic.


– Póki ja mówię, nic ci nie grozi – powiedział powoli Severus, jak już wyjaśnili Cabrelowi jego domysły. – Możesz mnie wysłychać.

Mężczyzna skinął głową z namysłem. Ponieważ on nie poszedł się ogolić, nie przypominał już tego przystojnego mężczyzny z Paryża. Sińce pod zapuchniętymi, czerwonymi oczami, zrozpaczone spojrzenie, lekko zarośnięta twarz, wymięte, nieświeże ubranie i przede wszystkim ogólny wygląd sprawiły, że w tej chwili można było się go niemal przestraszyć.

– W dniu, w którym składałeś Wieczystą Przysięgę, Norris albo wypowiedział twoje imię, albo to ty je wypowiedziałeś.

Cabrel zamknął oczy i wrócił myślami do tamtego wieczora.


Kiedy już wszyscy położyli swoje ręce na ręce Lawforda, Norris dotknął różdką pierwszej z góry dłoni.

– Wymówcie swoje imię przy potwierdzeniu – rzekł cicho Lawford.

Potem odchrząknął i zaczął mówić.

– Czy przyrzekacie mi, Davidowi Robertowi Lawfordowi, wierność i lojalność.

Stone zamknął oczy i powtórzył tekst przysięgi.

– Ja, Alain Stone, przyrzekam tobie, Davidzie Robercie Lawford, wierność i lojalność.

Kiedy przebrzmiały ostatnie słowa, jasny, pomarańczowy język ognia wystrzelił z różdżki i owinął się wokół wszystkich złączonych dłoni. Prócz tego nie doświadczył niczego szczególnego, choć miał wrażenie, że dłonie Bensona i Scotta drgnęły gwałtownie.

– Czy przyrzekacie mi wspierać wszystkie nasze cele i pomysły zmierzające do umocnienia wpływów i władzy czystej krwi czarodziejów nad pozostałymi czarodziejami.

Kolejny języczek ognia wyprysnął z różki, gdy każdy z nich powtórzył słowa Lawforda.

– Czy przyrzekacie mi nigdy nas nie zdradzić, ani w mowie, ani w piśmie, ani w żaden inny sposób.

– Ja, Alain, przyrzekam ci nigdy nas nie zdradzić, ani w mowie, ani w piśmie, ani w żaden inny sposób.

Trzeci język ognia otoczył ich dłonie i wśliznął się w nie.

Lawford uniósł dłoń powstrzymując ich od rozłączenia dłoni.

– Ja, David Robert Lawford dziękuję wam za złożoną Przysięgę. Równocześnie przyrzekam zapewnić wam wszelką pomoc w realizacji naszych celów.

Jeden cieniutki języczek ognia wyprysnął z różdżki Norrisa i owinął się wokół ich dłoni.


Severus i Hermiona wpatrywali się w niego z oczekiwaniem. Gdy w końcu otworzył oczy, mieli wrażenie, że jeszcze przez krótką chwilę ich nie dostrzegał. W końcu niemal niedostrzegalnie skinął głową.

Hermiona uśmiechnęła się lekko, a Severus odetchnął w duchu z ulgą. To znacznie upraszczało całą sprawę.

– I wypowiedziałeś wtedy swoje imię... to fałszywe. Alain Stone. Tak?

– Tak.

– Ta Wieczysta Przysięga dotyczy więc Alaina Stone'a. Kogoś, kto poczuwa się do bycia nim – powiedział Severus. – Teraz wszystko zależy od tego kim jesteś. Kim czujesz, że jesteś?

Mężczyzna przed nimi namyślał się chwilę.

– Nie wiem... już sam nie wiem. Kiedy jestem we Francji, na pewno czuję, że jestem Xavierem Cabrel. To... to prawdziwy ja. Ale kiedy jestem tu... – spojrzał na nich wyraźnie zagubiony. – Nie wiem... to trwa już tak długo...

Schylił głowę zamyślony i widać było, że stara się przypomnieć sobie różne wydarzenia, zrozumieć co czuł... KIM się wtedy czuł. W końcu potrząsnął głowa.

– Nie wiem... czasami czuję się, jakbym tu mieszkał i żył... naprawdę. Jakby to było moje prawdziwe życie. Na ogół potrzebuję trochę czasu na... przestawienie się. Wczucie. Jak tu przyjeżdżam...

– A jak wracasz do Francji? – spytała Hermiona, kładąc nacisk na „wracasz".

Blondyn popatrzył na nią i coś mignęło mu w oczach.

– W tamtą stronę jest chyba łatwiej... Prościej.

– Czujesz się, jakbyś wrócił do domu?

Mężczyzna skinął z namysłem głową.

– Chyba tak. I jak mam tu przyjechać, muszę się na to nastawiać.

– Więc chyba sprawa jest prosta – stwierdził Severus. – Jesteś Xavier Cabrel i grasz rolę Alaina Stone'a.

Dla nich sprawa była prosta. Dla niego zdecydowanie mniej. Od tego, czy Severus Snape się nie mylił, od tego, czy dobrze określił swoje odczucia zależało, czy za chwilę umrze, czy przeżyje.

– Może. Chyba tak, ale... – wyraźnie nie był przekonany.

Hermiona nagle wpadła na pomysł, jak to uprościć.

– Jest coś, co może pomóc – wyprostowała się, patrząc to na Severusa, to na Cabrela. – Jeśli przeniesiemy się do Francji i będziemy go pytać we Francji... Z pewnością będzie czuł się tam zdecydowanie bardziej Cabrelem niż Stonem.

Czwartek, 1.10

Skontaktowanie się z Jean Jacquesem było teraz trochę skomplikowane, tak więc dopiero w poniedziałek mogli zabrać Cabrela świstoklikiem do Paryża. Po badaniach Cabrel został osadzony w bezpiecznym domu i tam też prowadzone były przesłuchania. Każdego ranka przenosili się więc do Francji i późnym wieczorem wracali do Anglii – w ten sposób mogli pomóc Jean Jacquesowi, który prócz Cabrela zajmował się również kobietami wyciągniętymi z Azkabanu i równocześnie odbierał rozmaite raporty od Ricky'ego, który codziennie krążył między Anglią i Francją przez Calais i Dover.

Kobiety z Azkabanu przez weekend wyszły z szoku, ale okazało się, że nic nie pamiętają. Jean Jacques poprosił więc znów o pomoc Emmanuela Chartier. Kiedy Mistrz Umysłu uśpił pierwszą z nich i dokopał się wreszcie do jej wspomnień, wezwał Jean Jacquesa i zmusił go do zaakceptowania, że nie przywróci im wspomnień, ale zostawi je tak ukryte, jak były.

Severus miał okazję rzucić na niektóre okiem i był wstrząśnięty. Gwałt fizyczny, przerażająco brutalny, był niczym w porównaniu do gwałtu na ich psychice. Smith odebrał im całe człowieczeństwo, sprowadzając do roli przerażonych, obitych zwierzątek, które na jego widok skamlały i wyły i robiły, co tylko sobie zażyczył. Na widok innych gwałcicieli reagowały po prostu z ulgą.

Co ciekawe, w żadnych wspomnieniach nie pojawił się Stone.

Już na samą myśl, że Smith mógłby zrobić to samo Hermionie, ogarniał go na nowo szał i z trudem powstrzymywał się przed powrotem do Anglii i zabiciem go gołymi rękami. Na szczęście przypominał sobie, co powiedział Jean Jacques – że sukinsyn ma długo, bardzo długo cierpieć.

Wspomnienia Horacjusza, również wyciągnięte i opisane, były już w aktach, jakie założyli przed powrotem do Francji. Kiedy starszy czarodziej zobaczył jedno ze szczególnie okrutnych wspomnień z Azkabanu, zamknął się w sobie na całe dwa dni, ale potem zgodził zeznawać w razie absolutnej konieczności. Jednak Minister Chevalier był pod względem nieubłagany – będzie zeznawał, czy tego chce, czy nie.

Sprawa Stone'a alias Cabrela wywołała niesamowite poruszenie. Został poddany rozmaitym testom przeprowadzonym przez paru Uzdrowicieli, które wykazały, że bez wątpienia był chory psychicznie. Nieustanna potrzeba zdobywania kobiet, uwodzenia ich, czczenie i wielbienie każdej bez wyjątku, absolutny brak kontroli nad swoimi poczynaniami i fakt, że jego zdaniem nie było w tym nic złego, był szalenie trudny do wyleczenia. W każdym razie w poniedziałek trzeba było go uspokajać cały dzień, bo ciągle wpadał w histerię i płakał za obiema żonami, szczególnie za będącą w zaawansowanej ciąży Cheryl.

Od wtorku zaczęli wyciągać z niego rozmaite informacje. Wpierw zgadzał się tylko na legilimecję, ale potem zrozumiał, że opowiadanie jest równie bezpieczne, więc już bez oporów odpowiadał na wszelkie pytania.

Hermiona uczestniczyła często w przesłuchaniach, jej kobiece spojrzenie na niektóre sprawy pomagało dostrzec problemy, których nie widzieli ani Severus, ani Jean Jacques.

Prócz różnych szczegółów dotyczących organizacji grupy Norrisa, genezy rozmaitych pomysłów czy planów na przyszłość Cabrel miał też swoje przemyślenia, które okazały się bardzo ważne.

Powiedział im na przykład, że odniósł wrażenie, że Lawford zaczyna być coraz bardziej sceptyczny i stara się w jakiś sposób powstrzymać Norrisa od realizacji niektórych pomysłów, albo przynajmniej się od nich odsunąć. Odniósł też wrażenie, że Scott także próbował też się wycofać.

– Chyba zaczęło się, kiedy Peter zaproponował testować eliksir Watkinsa w Azkabanie. Dla części z nas... to było nie do przyjęcia. Ja odmówiłem udziału natychmiast, kiedy nam o tym powiedział. David był tam raz, może dwa razy i w tego, co słyszałem, wyszedł w szoku. Scott też próbuje się odsunąć – powiedział im z wyraźnym oburzeniem. – Potem wszystkim otworzyły się oczy, kiedy Peter zdecydował, że w przypadku nielegalnej ciąży będzie ona usuwana. Do tego doszły i inne sprawy... jak choćby śmierć tej kobiety po podaniu eliksiru.

Jean Jacques, który akurat był obecny przy przesłuchaniu, rzucił im przeciągłe spojrzenie. Wyglądało na to, że Norris przegiął i chciał za dużo. I tym niektórych przeraził.

Cabrel wydawał się być zadowolony z faktu, że eliksir Watkinsa nie działał. Tyle wywnioskował z ostatniej narady, a Hermiona i Severus nie uznali za stowowne powiedzieć mu więcej na ten temat.

Okazało się, że nikt nie ma pojęcia, jak udało Hermionie i Severusowi uciec do Francji, bo o istnieniu drugiego wymiaru nikt nie wiedział. I że wszyscy są przekonani, że oboje są tam nadal.

– Gdy cię złapałem, wybierałeś się do Francji, czyż nie? – spytał Severus. – Jak?

– Miałem się aportować.

– Przecież wprowadziliście blokadę.

Cabrel pokręcił głową.

– Przecież pracuję w Departamencie Transportu. Więc udało mi się stworzyć specjalny kanał aportacyjny dla mnie, który nie jest pod kontrolą.

Dowiedzieli się też, jak Norris przedstawił reszcie sprawę morderstwa Kingsleya. Zgodnie z jego wyjaśnieniami rzucili na Hermionę Imperiusa i kazali go zabić, ale nie sprecyzowali jak. To ona wybrała tak krwawą formę zabójstwa.

Każdego wieczora zjawiali się na krótko w Hogwarcie, na naradę z Minerwą i Dumbledorem. Zdecydowali się wyciągnąć z Cabrela wszystko, o czym wiedział i dopiero wtedy opracować jakiś plan. Szczególnie, że w Anglii chwilowo nic takiego się nie działo.

Foster przesłał Minerwie oficjalną decyzję nadającą jej uprawnienia do tymczasowego zastępowania Dyrektora. Jak to się wyraził, Aurorzy byli już bardzo blisko ujęcia Granger i Snape'a i przygotowywali już szybki proces, który powinien pokazać z kim mieli do czynienia i sprawić, że wszyscy zrozumieją potrzebę wybrania nowego dyrektora o nieskazitelnej przeszłości i odpowiednich kompetencjach.

W Proroku nie pojawiały się również wzmianki na temat ich romansu. Wyglądało na to, że Norris wziął sobie głęboko do serca ostrzeżenie Severusa. I być może sądził, że skoro uciekli do Francji, nie mogą już mu zaszkodzić.


Była już prawie północ, kiedy wrócili do Spinners End. W domu zrobiło się zimno i wilgotno, więc Severus rozpalił ogień na kominku, a Hermiona poszła odgrzać jedzenie przyniesione z Hogwartu. Ponieważ nie mieli czasu na robienie zakupów, nie mieli co jeść. I swoją drogą byli zbyt zmęczeni na gotowanie.

Po chwili kiebłaski i ziemniaki z dzisiejszej kolacji skwierczały na patelni. Hermiona postawiła szklanki z herbatą na podłodze koło kominka i po chwili wróciła z talerzami. Severus położył na ziemi dwie duże poduszki na których usiedli i zaczęli powoli jeść.

– To jest wstrząsające – odezwała się po chwili Hermiona, wpatrując się w płomienie, które strzelały wysoko w górę. Ich ciepło obejmowało ich i chwilami nawet parzyło w dłonie i twarze.

– Masz na myśli Cabrela? – domyślił się Severus, przyglądając się, jak na końcu najbliższej kłody drewna pojawiła się piana i ściekła po brzegu z cichym sykiem.

– Tak... Jak on mógł... może z tym żyć? Ze świadomością, że wyrządza krzywdę bliskim? Których w jakiś sposób przecież kocha?

Dzisiejszego dnia Cabrel wydawał się być pogodzony z losem. Zrozumiał, że bezpowrotnie stracił obie żony i dzieci i, ku zaskoczeniu Hermiony, zaczął z nią flirtować. Rzucał jej powłóczyste spojrzenia, prawił komplementy, odpowiadając na pytania Severusa czy Jean Jacquesa zwracał się do niej i robił rozmaite aluzje. Robił to na tyle subtelnie i ze smakiem, że przez dłuższy czas Hermiona nie zdawała sobie z tego sprawy. Po prostu czuła się... cudownie. Dopiero po obiedzie zorientowała się, co się dzieje. Severusowi zajęło to jeszcze więcej czasu, ale kiedy tylko zrozumiał, złapał mężczyznę na przód koszuli i pchnął go na ścianę tak mocno, że ten aż rozciął sobie skórę na głowie.

– Cabrel, jeszcze jedno słowo, jeden gest, jeden kretyński uśmiech i obiecuję ci, będziesz żałował, że się urodziłeś – wycedził, wwiercając w niego pełne wściekłości spojrzenie. – Na twoim miejscu nie odważyłbym się już nawet na nią spojrzeć. Wyrażam się jasno? Czy może mam ci pokazać, do czego jestem zdolny?

Cabrel zbladł jak kreda, zacisnął oczy i pokiwał rozpaczliwie głową na znak zgody. Wtedy Severus puścił go gwałtownie i Francuz osunął się na podłogę. I do wieczora siedział z pochyloną głową.

– Nie potrzebuję żadnej praktyki z Uzdrowicielami, żeby orzec, że jest nienormalny. W każdym razie jutro zostajesz w domu – zdecydował Severus. – Lepiej, żebym... – ściągnął brwi z resztką złości.

– Ale ja chcę wam pomóc! – zaprotestowała Hermiona, odstawiając talerz na podłogę.

Severus spojrzał na nią i jego wzrok złagodniał.

– Wiem. Odpocznij trochę. Przyda ci się – przesunął wierzchem dłoni po jej policzku. – Jesteś zmęczona.

Hermiona nie chciała się zgodzić. Ona ma odpoczywać, a on nie?! On też był zmęczony.

– Severus, nic mi nie będzie. Możemy jutro wcześniej wrócić...

– Wrócę wcześniej. Ale ty zostań – Severus nie chciał się przyznać do tego, że na samą myśl o tym, że tamten idiota mógł jeszcze choć raz się do niej uśmiechnąć, ogarniała go przeraźliwa zazdrość. Cabrel odważył się... Odważył się! myśleć o JEGO Hermionie. – I dobrze byłoby, gdybyś zrobiła jakieś sensowne notkatki, w tej chwili to wszystko jest strasznie chaotyczne. Przyda nam się to na weekend, żeby zdecydować, co robimy.

Hermiona zacisnęła niezadowolona usta, ale w końcu skinęła głową. Domyślała się, że Severus jest po prostu zazdrosny, ale skoro nie chciał tego powiedzieć, wolała go nie zmuszać dopytywaniem się.

– No... dobrze. Ale w takim razie chodzmy już spać. Jutro będziesz nieprzytomny ze zmęczenia – zdecydowała.

Od dwóch dni przenieśli się do sypialni na dole. Tak więc szybko wrzucili naczynia do zlewu, dziewczyna ruciła na nie zaklęcie i zaczęły się same zmywać.

Severus już przysypiał, kiedy Hermiona wśliznęła się do łóżka. Poczuł, jak położyła się koło niego i zaczęła rytmicznie bujać się na boki. Nie otwierając oczu objął ją w pasie i wtulił twarz w jej włosy, które rozsypały się po poduszce. Chciał ją do siebie przysunąć czy coś powiedzieć, ale jej kołysanie uśpiło go, zanim zdążył w jakikolwiek sposób zareagować.


Tego samego dnia wieczorem, kiedy Scott z żoną siedzieli z salonie i czytali książki, a dzieciarnia chałasowała na górze, w ich kominku buchnęły zielone płomienie i usłyszeli głos Cheryl pytający czy są w domu.

– Jasne, Cheryl, chodź! – zawołała Virginia, odkładając książkę i wstając z kanapy.

– Dzień dobry, kochani – zobaczyli głowę Cheryl, pojawiającą się w płomieniach. – Ale nie mogę wejść, tak tylko zajrzę...

– Ależ chodź, musi ci być ciężko klęczeć przed kominkiem! – zaoponowała gorąco Virginia.

– Nie chcę zostawić dzieci...

– Bzdura, poproś Alaina, żeby miał je na oku i wejdź – przyłączył się do żony Scott.

Cheryl wyglądała na zakłopotaną.

– No właśnie... jeśli chodzi o Alaine'a... Właśnie go nie ma...

Scott rzucił okiem na ich zegar tykający na ścianie salonu. Było już dobrze po ósmej wieczorem.

– Merlinie, jeszcze nie wrócił z pracy? Późno już!

Głowa Cheryl poruszyła się, najwyraźniej kobieta musiała zmienić pozycję przed kominkiem. Virginii coś nagle zaświtało w głowie.

– Cheryl, to już?!

– Co „już"?

– Zaczynasz rodzić?

Cheryl wybuchnęła śmiechem.

– Niestety jeszcze nie. Choć szczerze mówiąc jutro pomyję chyba wszystkie okna w domu i upiorę zasłony i dywany i nie wiem, co jeszcze, bo już mam dość!

– Więc co się dzieje?

– Alain jeszcze nie wrócił. Z podróży służbowej. Miał wrócić wczoraj i... do dziś go nie ma i nie mam żadnej wiadomości...

Zdumiony Scott próbował sobie przypomnieć, czy coś słyszał na ten temat. W południe często spotykał kolegów i wymieniali plotki, żartując, że są w tym lepsi niż kobiety.

– Cheryl, przykro mi, ale nic nie wiem... Pytałaś w Ministerstwie?

Kobieta zaprzeczyła i znów musiała się poprawiać, bo jej głowa bujała się chwilę w płomieniach.

– Nie... wiesz, nie wiedziałam czy... no, czy mu to nie zaszkodzi...

– Żartujesz! – wybuchnęła Virginia. – Za chwilę poród, trójka dzieci na głowie, twój mąż znika i nie daje znaku życia, a ty się przejmujesz tym, czy mu to nie przeszkodzi w karierze?!

Scott położył uspokajająco rękę na ramieniu żony.

– Kochanie, spokojnie. Cheryl, – obrócił się w stronę kominka – zapytam jutro w pracy i dam ci znać. Choć pewnie Alain wróci zanim jeszcze się odezwę...

– Mam nadzieję, że mu ostro nakopiesz! – wpadła mu w słowa Virginia.

– ... więc nie martw się – dokończył Scott, ściągając brwi i posyłając żonie ostrzegawcze spojrzenie. – I jakby co, to przychodź bez pytania. Hasło jest „Spuchnięty koziołek". To Elizabeth wymyśliła! – dorzucił lekko obronnym tonem.

Cheryl zaśmiała się, podziekowała i znikła. Virginia prychnęła ze skrywaną do tej pory złością.

– Co za kretyn! Nie zasługuje, żeby być jej mężem! Zupełnie nieodpowiedzialny typ!

Scott musiał się z nią zgodzić, ale postanowił się nie odzywać. Nie miał pewności, czy to przez przypadek Peter nie wysłał gdzieś Alaine'a z jakąś zwariowaną misją...

– Chodź, czas kłaść maluchy spać.

Piątek, 2.10

Jak na ironię, najważniejszej rzeczy dowiedzieli się dopiero w ostatni dzień przesłuchań. Stone opowiedział im o Wieczystej Przysiędze. Do tej pory Severus zakładał, że wszyscy złożyli ją Norrisowi. I dopiero kiedy Cabrel, mówiąc zupełnie nie na temat, opowiedział, jak wyglądało składanie Przysięgi, zrozumiał, że to otwiera przed nimi całkiem nowe możliwości.

Z początku dziwił się, że Norris tak to właśnie zaaranżował, ale w końcu zrozumiał.

Sukinsyn chronił swoją dupę. W ten sposób nie był w żaden sposób zaangażowany w tą obustroną Przysięgę. Ewentualne konsekwencje dotyczyły reszty. Pozostali złożyli Przysięgę Lawfordowi, a fakt, że Lawford był jego bratem krwi, dawał mu pewność, że Lawford również go nie zdradzi. Koło się zamknęło.

Była tylko mała różnica. Więź krwi, jakkolwiek silna by nie była, można było zdradzić nie przypłacając tego śmiercią.

Gdy wrócił, za oknem było już ciemnawo. W salonie nikogo nie było, więc domyślił się, że Hermiona musiała już pójść spać. Ty też lepiej się połóż. Zjedz coś i idź spać.

Wszedł do kuchni i zaczął szperać w garnkach. Zobaczył kotleta wieprzowego i rozgladał się właśnie za talerzem, kiedy weszła Hermiona. Była boso, ubrana tylko w króciutką czarną, jedwabną koszulkę na cieniutkie ramiączka. Włosy miała rozpuszczone i kołtuński uśmieszek na twarzy. Nagle poczuł, że zaczął być głodny w zupełnie innym sensie.

Podszedł do niej i objął delikatnie, sięgając ustami do jej ust. Chwilę całowali się jakby dla zabawy, muskając zaledwie wargami.

– Nie mamy w planach nic na wieczór? – spytał cicho.

– Teraz już tak...

Cały czas całując ją zaczął iść wolno w kierunku sypialni. Kiedy uderzyła lekko plecami o drzwi, oboje się roześmiali.

– Chyba potrzebne ci są okulary – szepnęła, zaczynając rozpinać pierwszy z tysiąca guzików jego koszuli.

– Słyszałaś, że miłość czyni ślepym? – jego ręce wsliznęły się pod koszulkę i zaczęły pieścić jej pośladki.

– Cooo ... mmmmm...

To było niesprawiedliwe! Ona miała na sobie ledwo co, a on tą przeklętą zapinaną koszulę! Przez chwilę próbowała jeszcze ją porozpinać, ale w końcu sflustrowana wyciągnęła ją ze spodni, złapała za poły i pociągnęła mocno wyrywając guziki, które poodskakiwały na boki.

Severusowi krew nagle zawrzała w żyłach, kiedy leniwe pragnienie zastąpiło uczucie dzikiego pożądania.

– Bawimy się w małą, niegrzeczną czarownicę, tak...? – zapytał zmienionym głosem; niskim, zachrypnietym i tak erotycznym, że Hermionie zabrakło tchu.

Postapił dwa kroki do przodu, aż poczuł, że dotarli do łóżka.

– A wiesz, co się robi z takimi niegrzecznymi czarownicami...?

Nie zdążyła mu odpowiedzieć. Jego samokotrola puściła zupełnie. Złapał za cieniutki jedwab i szarpnął gwałtownie od góry do dołu. Hermiona wyłkała coś niezrozumiałego. Nie miała pod sobą zupełnie nic. Jęknął i złapawszy ją za ręce, omotał je podartym jedwabiem, po czym pchął do tyłu. Na ślepo zahaczył materiał o kolumienkę łóżka i błyskawicznie zrzucając z siebie ubranie wymruczał:

– Niegrzeczne dziewczynki trzeba będzie ukarać...

– O tak, proszę, błagam... – wyszeptała gorączkowo, próbując się uwolnić.

Wziął ją z taką siłą, że aż krzyknęła. Pchnął mocno raz i drugi i znów... i zatracił zupełnie w jej jękach. Gdzieś jeszcze czaiła się w nim resztka rozsądku, która sprawiła, że kontrolował się na tyle, żeby nie sprawić jej bólu.

Hermiona patrzyła gdzieś szeroko otwartymi oczami, ale nie widziała absolutnie nic, oszalała z podniecenia. Ledwie zaczęli się kochać, a była już tak blisko! Czuła go coraz głębiej, coraz szybciej, coraz gwaltowniej i każdy raz spychał ją coraz bardziej na skraj rozkoszy. Szarpnęła kilka razy uwiązanymi rękoma, chcąc go dotknąć, objąć i po chwili śliski jedwab poluźnił się. Zdążyła w ostatniej chwili.

– Severusie, Severusie, Sever... !

Rozkosz wybuchła w niej tak gwałtownie, tak mocno, że zalała ją od stóp aż po czóbek głowy i końce palców i wraz z kolejną falą przyjemności Hermiona poczuła, że spada gdzieś w ciemność pełną słodyczy i spełnienia.

Severus zacisnął z całej siły zęby, próbując powstrzymać się choć jeszcze chwilę. Nagle usłyszał jak go woła, poczuł, jak wygina się i pręży pod nim i zaciska dookoła niego, a jej paznokcie wbijają mu się w plecy. Nie mógł, po prostu nie mógł już dłużej czekać! Doszedł z głośnym jękiem i osunął się na nią.

Dopiero po jakimś czasie udało mu się otworzyć oczy. Zsunął się na bok i spojrzał na jej piękną twarz. Wyglądała, jakby spała. Dotknął delikatnie jej policzka, ale nie zareagowała. Uśmiechnął się lekko i zdecydował dać jej chwilę na dojście do siebie.

Ich oddechy z wolna się uspokajały. Po chwili Hermiona otworzyła oczy i rozejrzała jeszcze niezbyt przytomnie dookoła. W końcu odnalazła jego oczy i uśmiechnęła się leniwie.

– O mój Boże...

Nie dał jej powiedzieć nic więcej, całując namiętnie. Ten raz był zbyt krótki i intensywny. Czuł się jak zagłodzony na śmierć, który dostał tylko kilka kęsów pożywienia. Pierwszy głód minął i teraz miał wielką ochotę na więcej i zdecydowanie dłużej.

– Jeszcze z tobą nie skończyłem...

Westchnęła i poddała się mu zupełnie.

Sobota, 3.10

Narada znów była u Smitha.

Jeśli od ubiegłego spotkania coś się zmieniło, to tylko na gorsze. Smith wyglądał jak cień. Milczący, ponury, w brudnym, pomiętym ubraniu, przywitał wszystkich siedząc na zwykłym fotelu. Potem wstał i bez słowa wyszedł trzaskając za sobą drzwiami.

– Nie mam wrażenia, żeby mu się polepszyło – mruknał cicho Benson, wpatrując się w zamknięte drzwi.

Rockman, który właśnie się aportował, uścisnął wszystkim ręce i usiadł koło Watkinsa na kanapie.

– Kiedy na mnie spojrzał, jak się aportowałem, myślałem, że zabije mnie wzrokiem – rzekł Scott.

Norris ze zniecierpliwieniem spojrzał na zegarek. Było już parę minut po ósmej.

– Alain znów się spóźnia. Cholery można dostać. Czy choć raz wszyscy nie mogą przyjść punktualnie? – zaklął.

Scott poruszył się niespokojnie.

– No właśnie nie wiem, co się z nim dzieje. Wy coś wiecie? W czwartek Cheryl pytała mnie czy nie wiem, gdzie jest jej mąż. Powinien wrócić w środę i z tego co wiem, do dziś go nie ma. Ani w Ministerstwie, ani w domu...

Wszyscy popatrzyli po sobie ze zdumieniem. Norris przestał narzekać.

– Pytałeś Bryana?

– Pytałem i on też nic nie wie. W każdym razie Alain nie przyniósł mu żadnego podania o urlop czy nie wspominał, żeby gdzieś się wybierał... Jakby zapadł się pod ziemię...

Norris poczuł się, jakby miał kamienie w żołądku. Co się, do cholery, dzieje?! Horacjusz zniknął... teraz Alain... Jakaś epidemia zniknięć...

– Nie pokłócił się z żoną? – zagadnął, próbując wymyśleć jakiś powód.

Scott i Lawford parsknęli równocześnie.

– Z tego, co wiem, Alain kocha ją do szaleństwa – odparł Lawford.

– Cheryl lada dzień powinna urodzić, na jego miejscu nie ruszałbym się z domu ani na krok – rzekł równocześnie Scott.

– Dziwne – ujął to Rockman.

Żaden z nich nie wiedział o Horacjuszu. Tylko Norris. I zaczynało go to poważnie niepokoić.

– Dobra, będzie trzeba go jakoś poszukać. Albo zgłosić zaginięcie Aurorom... Proponuję zaczynać, panowie...

Poniedziałek, 5.10

Słońce już dawno wstało, kiedy w miejscu, gdzie kiedyś była posiadłość Lawforda, w drugim wymiarze, pojawiła się Hermiona. Nie wiedziała, gdzie mogła być brama, ale spod drzewa pod którym siedziała miała dość dobry widok na obie strony niezbyt szerokiej leśnej dróżki.

W tym samym czasie Severus pojawił się w lasku koło domu Scotta. Domu nie widział, ale miał wrażenie, że rozpoznawał układ drzew, między którymi kiedyś szukał Hermiony – kiedy przyszli tu podmienić proszek ze skrzydeł motyli.

Oboje mieli skupić się na pilnowanie obu posiadłości. Był to bezpośredni rezultat narady, która odbyli z Minerwą, Dumbledorem oraz Flitwickiem.

Można było powiedzieć, że dla obu stron zakończył się jakiś etap i zaczał nowy. Dumbledore porównał to do wojny i powiedział, że właśnie wygrali kolejną bitwę. Ale wojna nie była jeszcze wygrana i jej rezultat zależał teraz od tego, kto szybciej się przegrupuje i wykona pierwszy ruch. Tyle, że żeby wykonać jakiś ruch, musieli znów zacząć od zera.

Norris z resztą bandy ukryli się przed nimi i stali się nieosiągalni. Ricky potwierdził, że wszyscy ochronili swoje posiadłości Zaklęciem Fideliusa i każdy z nich był Stażnikiem Tajemnicy swego własnego domu. Nie było więc możliwości, żeby Cabrel mógł powiedzieć im, jak ich teraz znaleźć ani zabrać ich ze sobą na spotkanie.

Do pracy wszyscy podróżowali zabezpieczoną zaklęciami Siecią Fiuu. Pojawiali się w Atrium, pilnowane w tej chwili przez conajmniej dwóch Aurorów i starali się nie wychodzić ze swoich biur. Norris i Lawford nie wychodzili już w południe na wspólny lunch.

Tak więc Severus i Hermiona nie mieli już jak ich podsłuchać. Portrety przynosiły sporadyczne wiadomości o tym, kto do kogo przyszedł, ale nie mieli żadnych innych informacji.

Hermiona zaproponowała wkradnięcie się do Ministerstwa, żeby złapać któregoś z nich i przez chwilę rozważali taką opcję. Ale wchodząc jako interesanci musieliby okazać do kontroli różdżki, co było dość ryzykowne, nawet jeśli używaliby francuskich. Poza tym kręciło się tam zdecydowanie za dużo Aurorów.

Hermiona opowiedziała, jak dwa lata temu z Harry'm i Ronem podszyli się za trójkę innych czarodziejów, ale kończąc opowiadanie sama doszła do wniosku, że powtarzanie tego nie było najlepszym pomysłem. Wtedy nie chcąc się zdradzić, zostali wplątani w te cholerne przesłuchania i sprzątanie gabinetu Yaxleya. Cudem udało im się stamtąd uciec. Teraz mogli nie mieć tyle szczęścia.

Severus też nie zaakceptował tego pomysłu i opowiedział, co się wtedy działo po „drugiej" stronie. Okazało się, że już wtedy Voldemort był gotów w każdej chwili odpowiedzieć na wezwanie go przez któregokolwiek Śmierciożercę. Gdyby zostali zatrzymani w Ministerstwie, przybyłby po nich w ciągu kilku chwil i... coż. To byłby koniec.

Jeśli chodzi o Stone'a czy tam Cabrela, nie mogli się nim posłużyć, by sprowokować Norrisa czy Lawforda, żeby aportowali się do niego do domu, bo siedział w areszcie. Francuski Wydział Przestrzegania Prawa poszedł im bardzo na rękę i przez cały ubiegły tydzień pozwolił im przesłuchiwać go w sprawie Norrisa. Ale od dziś Stone został przeniesiony do normalnego aresztu, na co z niecierpliwością czekali Francuzi, żeby móc zacząć przesłuchania w sprawie jego podwójnego życia i przestępstw, które popełnił jako Francuz. Oczywiście Severus i Hermiona mogli próbować tłumaczyć, że bez jego pomocy byli zablokowani, ale uznali, że wpierw spróbują dać sobie rady sami. Nie mogli ciągle opierać się na Francuzach. Poza tym zawsze istniało ryzyko, że Stone im ucieknie.

Więc póki co postanowili skupić się na dwóch pomysłach. Po pierwsze, patrolowania miejsc, w których powinny być posiadłości Lawforda i Scotta, jako tych, którzy mogliby ewentualnie zdecydować się im pomóc. W szczególności Lawforda. Po drugie, obserwacji Kliniki – tym miała zająć się Morgana le Fay i Minerwa. Istniała możliwość, że żona Stone'a – Cabrela zdecyduje się urodzić w Św. Mungu i ktoś przyjdzie do niej z wizytą. Minerwa musiała być ciągle w zasięgu portretów, w związku z tym wzięła od Severusa zmieniacz czasu, by używać go w godzinach, kiedy miała lekcje transmutacji. Na wszelki wypadek na noc miała przenieść się ze swoich komnat do saloniku Severusa – na wypadek, gdyby Cheryl zjawiła się w Św. Mungu w towarzystwie Norrisa, Lawforda czy kogoś innego. Nie chcieli przegapić żadnej okazji.

Siedzenie cały dzień i gapienie się w las przed sobą nie było niczym pociągającym. Wiedzieli, że o tej porze zarówno Lawford jak i Scott są już w pracy, ale mieli nadzieję, że ktoś z ich rodziny wyjdzie choć na chwilę poza zasięg Fideliusa i go zobaczą.

Siedząc każde z nich w ciszy pogrążyli się we wspomnieniach.

Hermiona wspominała koszmarny rok polowania na horkruksy. Wtedy też nie jeden raz siedziała przed namiotem trzymając wartę. Dygotała z zimna, bała się każdego szelestu dobiegającego z lasu, przymierała głodem i nie widziała końca.

Dziś też nie widziała końca, ale poza tym wszystko było inaczej. Słońce ogrzewało ją, nie była już głodna i nie bała się. Wiedziała, że był ktoś, kto jej pomaga. Kto gdzieś tam daleko siedział i pilnował innego domu.

I nagle dotarło do niej, że dawno temu była taka noc, kiedy ten ktoś znalazł się koło niej, przeszedł koło jej namiotu, kiedy spała, żeby im pomóc.

Uśmiechnęła się do siebie na myśl, jak różne były ich relacje wtedy i dziś. Wtedy go niecierpiała, dziś kochała do szaleństwa i nie widziała świata poza nim. Wtedy z całą pewnością by mu nie zaufała, dziś bez wahania powierzyłaby mu swoje życie. Wtedy na swój sposób chciała być jak najdalej od niego, dziś wręcz odwrotnie.

W południe każde z nich zjadło kanapki, które przygotowała i pilnowali nadal.

Wieczorem Hermiona miała już dość. Doszła do wniosku, że długo tak nie wytrzyma. Może przeżyje jeszcze jeden dzień, ale z pewnością nie dwa!

Severus miał zdecydowanie więcej cierpliwości niż Hermiona. Przez jakiś czas rozmyślał nad tym jakie mają możliwości, żeby posunąć się znów do przodu, żeby dokonać jakiegoś przełomu, ale w końcu jego myśli również zdryfowały na zupełnie inne tematy. Jednak w przeciwieństwie do dziewczyny nie wspominał poprzednich lat, ale zaczął rozmyślać nad przyszłością.

Co będzie za rok o tej porze? Czy uda im się skończyć tą sprawę, pokonać Norrisa, czy też Norris pokona ich? I jak w takim razie będzie wyglądał świat?

Mógł się tylko domyśleć, że wszyscy z wyjątkiem czystej krwi czarodziejów zepchnięci zostaną na margines społeczny, odebrane zostaną im wszelkie prawa i zapewne nałożone obowiązki wobec „panów". Być może nawet nie będą mieli prawa do posiadania różdżek? Z pewnością czarodziejom czystej krwi nie będzie wolno zawierać małżeństw z półkrwi i mugolskiego pochodzenia. W Hogwarcie, w jego! Hogwarcie być może będzie tylko jeden dom, Slytherina, pozostałe zostaną zlikwidowane...

A co w takim razie stanie się z nimi? Z nim – mógł się łatwo domyśleć. Zabiją go. Z Hermioną... też mógł się łatwo domyśleć.

Aż przeszedł go dreszcz. O ile poprzednie myśli były ponure, te były przerażające.

Zajmij się lepiej myśleniem, jak to skończyć.

Co mieli? Co wiedzieli? Co mogli zrobić? Co CHCIELI zrobić?

Do czego miało zaprowadzić ich czekanie tu?

Spojrzał na zegarek. Była już szósta wieczorem. Scott albo już wrócił do domu, albo lada chwila powinien to zrobić. Lawford podobnie.

Jeszcze trochę i możecie na dziś dać sobie spokój. Za chwilę zacznie robić się ciemno. Doczekaj do siódmej i wracaj do domu. I każ Hermionie wracać.

Czy był jakiś inny sposób, żeby znaleźć któregoś z nich?

Uniósł w górę kącik ust na myśl, że role się odwróciły. Jeszcze nie tak dawno temu to on ich unikał i przed nimi chował, teraz to oni się pochowali.

Prawdę mówiąc wcale się nie chowałeś. Chodziłeś do Klubu Twórców Eliksirów, pokazywałeś się w Londynie, do szkoły przecież też ktoś mógł się dostać. Stawiłeś się na spotkanie „z Lovegoodem". Uważanie na ewentualnych gości w Hogwarcie, częstsze używanie drugiego wymiaru i sprawdzanie wszystkiego, co przyszło pocztą do Hogwartu...

Świstolik!

Merlinie, to było to! To był najlepszy sposób wyciągnięcia któregoś z nich!

Skoro oni brali pod uwagę, że Norris może próbować go porwać z Hogwartu, czemu oni nie mieliby tego zrobic?! Przecież właśnie dlatego Minerwa kontrolowała wszystko, co przychodziło do Hogwartu – listy, paczki, nawet sowy!

Czy Hermiona potrafi zrobić taki świstoklik? Jeśli nie, to może poprosić o pomoc Francuzów?! Niewątpliwie w Skrzydle Północnym jest ktoś, kto potrafi przedłużyć okres aktywności! Albo Filius będzie potrafił!

Było w pół do siódmej. W lesie zaczęło robić się już ciemnawo, z pewnością pod domem Lawforda było tak samo. Zdecydował, że koniec na dzisiaj i napisał do Hermiony.

– Wracajmy do domu.

I aportował się do Spinner's End. Kilka sekund później usłyszał trzask i obok niego pojawiła się Hermiona. Miała wymęczoną minę. Podszedł do niej i pocałował na powitanie. I aż się uśmiechnął w duchu czując, jak gorąco na nie odpowiedziała.

– Mam pytanie do Panny Wiem-To-Wszystko – powiedział, odsuwając usta, ale przytrzymując ją w ramionach.

Hermiona popatrzyła na niego czekoladowymi oczami; po ustach błąkał się jej lekki uśmiech.

– Tak, panie profesorze?

Myśli miał zbyt zajęte myśleniem o świstokliku, żeby zareagować na jej prowokację.

– Pamiętasz, jak z Minerwą bałyście się, że Norris może podesłać mi jakiś świstoklik, żeby wyciągnąć mnie z zamku?

Hermiona kiwnęła głową, nadal patrząc na niego z uwagą.

– Zastanawiałem się, czy moglibyśmy zrobić taki świstoklik i wysłać któremuś z nich.

Hermionie rozbłysły oczy.

– Cudownie! – aż podskoczyła z radości. – Severus, jesteś genialny!

Uśmiechnął się lekko i pociągnął ją do kuchni.

– Największa trudność polega na tym, żeby przedłużyć okres aktywności świstoklika – powiedział, zaczynając robić im herbatę. – Umiesz coś takiego zrobić?

Dziewczyna usiadła na niezbyt wygodnym drewnianym krześle i zaczęła szukać w myślach, co wiedziała na temat świstoklików. Były dwie możliwości – albo czas odlotu był dokładnie zaprogramowany i należało go dotknąć w odpowiedniej chwili, albo po prostu aktywować go w momencie, kiedy potrzebowało się odlecieć. W tym drugim wypadku świstoklik pozostawał aktywny przez jakiś określony czas.

Im potrzebny był taki, który byłby aktywny cały czas, aż do momentu dotknięcia go. Nawet jeśli oznaczało to kilka dni.

– Z pewnością to musi być jakaś odmiana zaklęcia Portus, ale nie wiem, jaka – opowiedziała w końcu z cieniem smutku w głowie. – Może gdybym mogła poszukać w książkach...

Severus postawił na stole dwa kubki, przywołał łyżeczki i usiadł na wprost niej.

– Zapytamy profesora Flitwicka, a jeśli on nie zna, skontaktujemy się z Jean Jacquesem. Myślałem, żeby wysłać coś Lawfordowi.

– Tylko jemu?

– Nie możemy porwać ich wszystkich. Jeden, maksimum dwóch musi nam wystarczyć.

– W takim razie Lawford. Masz rację, on będzie najlepszy. Po pierwsze to on może zwolnić wszystkich z Wieczystej Przysięgi, po drugie to będzie największy cios dla Norrisa.

Severus wyjął magiczny pergamin i napisał do Minerwy, żeby dała im znać, kiedy mogą pojawić się w Hogwarcie.

– Co dalej? – zapytała Hermiona. – Porwiemy Lawforda... i co będziemy robić dalej? W tej chwili zablokowali nas tak, że nie wiemy, co knują i co się dzieje, oczywiście prócz całkowicie stronniczych wiadomości w Proroku.

Pod tym względem Severus miał dobre nowiny.

– Czas będzie z tym skończyć. Definitywnie.

– Co dokładnie masz na myśli?

– Trzeba będzie zebrać wszystkie dowody, jakie mamy i przedstawić je Fosterowi. To on zastępuje w tej chwili Kingsleya. Z tego, co wiemy, nie jest ani „ich" człowiekiem, ani nie jest pod Imperiusem. Przynajmniej na razie.

Hermiona marzyła o tym już od jakiegoś czasu. Wydarzenia z ostatnich tygodni dały się jej nieźle we znaki. Rozstanie z rodzicami, ucieczka do Francji, oskarzycielskie i poniżające artykuły w Proroku, przekonanie, że to ona zamordowała Kingsleya, potem obawa, że Smith ją zgwałcił, kiedy była nieprzytomna, wizyta na Pokątnej... Była już tym zmęczona.

– To byłoby wspaniale – powiedziała, wzdychając ciężko.

Miała to zmęczenie wyraźnie wypisane na twarzy. Severus przechylił się przez stół, podniósł jej głowę ujmując delikatnie za podbródek i pocałował.

– Wytrzymaj jeszcze trochę, Hermiono.

Skinęła głową i wypiła swoją herbatę. Chwilę później Minerwa odpisała im, że w gabinecie dyrektora osłony są zdjęte i czeka na nich.

Aportowali się więc w drugim wymiarze, przeszli do normalnego i przywitali z czarownicą, Flitwickiem i Dumbledorem. Flitwick wrócił na krzesło z dwiema dużymi poduszkami, zaś Minerwa wskazała Severusowi jego fotel, ale ten zaprotestował i usiadł po drugiej stronie biurka, koło Hermiony.

– Udało się wam kogoś zobaczyć? – spytał Dumbledore, czyszcząc swoje okulary połówki.

– Nie. I nie sądzę, żeby jutro albo pojutrze się nam udało – odparł Severus. – Norris musiał być bardzo kategoryczny i zakazać im choćby myśleć o wyjściu poza obszar zaklęcia Fideliusa.

– Czy to znaczy, że już nie będzie patrolować ich posiadłości?

– Nie. Pomyślałem, że czas wziąć się za nich ostrzej – Severus postanowił zignorować lekką zaczepkę w głowie Albusa. – Filiusie, czy potrafisz przedłużyć okres aktywności świstoklika?

Profesor zaklęć uśmiechnął się i podkręcił wąsa.

– Oczywiście, że tak. To niezbyt skomplikowane zaklęcie.

Minerwa zmarszczyła brwi.

– Francuskie świstokliki wam nie wystarczają?

Severus w paru słowach wyjaśnił im swój pomysł porwania Lawforda, zmuszenia go do rozwiązania Wieczystej Przysięgi, zebrania dowodów i przedstawienie ich Fosterowi. Póki jeszcze mogą.

– Nie czytaliście dziś Proroka? – wtrąciła Minerwa. – Norris został osobistym doradcą Ministra. Czyli Fostera, który w tej chwili sprawuje tą funkcję.

Hermiona złapała się za usta, ale Severus potrząsnął gwałtownie głową.

– Nie obchodzi mnie to. Nawet jeśli byłby pod Imperiusem, to i tak musimy do niego iść. Starczy tej zabawy w podchody.

Dumbledore odchrząknął.

– Severusie, to znakomity pomysł. Ale proponuję małą poprawkę. Nie WY powinniście iść do Fostera, ale francuski Minister Magii.

Flitwick klasnął w dłonie i tak gwałtownie poruszył się na krześle, że prawie ześliznął się z poduszek.

– Doskonale, Albusie!

Istotnie, pomysł był genialny. Należało tylko dopracować szczegóły. Francuski Minister Magii miał prawo prosić o spotkanie z Fosterem, który zastępował Kingsleya Shacklebolta. Przecież dokładnie to chcieli zrobić parę miesięcy temu, wtedy, gdy Norris rzucił Imperiusa na Kingsleya. Tyle, że wtedy nie mieli praktycznie żadnych dowodów, teraz mieli ich pełno, co diametralnie zmieniało sytuację.

W dodatku Foster nie był pod Imperiusem i mógł sam podejmować decyzje. Charles Chevalier musiał po prostu przedstawić mu wszystkie dowody jakie mieli i przyprzeć go do muru.

Przez parę minut omawiali plany na następne dni. W pierwszej kolejności Francuzi mieli poprosić o oficjalną wizytę. Dzień przed spotkaniem mieli porwać Lawforda. Nie mogli tego zrobić za wcześnie, żeby nie alarmować niepotrzebnie Norrisa.

– No dobrze, ale skoro za chwilę Foster oskarży ich wszystkich, czy jest sens porywać Lawforda? – zwróciła się Minerwa do Severusa.

Hermiona myślała dokładnie o tym samym jeszcze w domu, ale postanowiła o to nie pytać. Jeśli Severus uważał, że powinni to zrobić mimo wszystko, z pewnością miał w tym jakiś cel.

– Uważam, że tak – odparł. – To jest kolejny, bardzo istotny argument dla Fostera. Kolejna osoba potwierdza oskarżenia i w dodatku zgadza się rozwiązać Wieczystą Przysięgę, więc wszyscy będą mogli odpowiadać w czasie śledztwa i procesu.

– Pytanie, czy się zgodzi.

Severus uniósł kącik ust w cholernie złowrogim uśmiechu.

– Przekonam go, że powinien.

– Jak? – zaciekawił się Flitwick.

– Powiem mu, że Wieczysta Przysięga rozwiązuje się automatycznie w chwili śmierci Odbiorcy – nie musiał kończyć tego rozumowania. – Poza tym byłaby to wielka szkoda, biorąc pod uwagę, że Stone może wszystko powiedzieć...

– Masz absolutną rację, Severusie – ocenił Dumbledore. – Ośmieliłbym się powiedzieć, że to jeden z ważniejszych argumentów.

– Skąd chcecie go porwać? – zapytał Filius.

– Obojętnie czy z domu, czy z Ministerstwa. Czy tu, czy tam ktoś może akurat być koło niego, jak odleci – rzekł Severus.

– Z Ministerstwa – powiedziała równocześnie Hermiona. – Trzeba mu przesłać list, który z pewnością otworzy sam.

Spojrzenia wszystkich spoczęły na niej, więc zaczęła wyjaśniać.

– Wszystkie sowy z listami są przejmowane przez Wydział Przesyłkowy. I listy są roznoszone dwa razy dziennie, rano koło dziewiątej i po południu koło piętnastej. Przynajmniej o tych godzinach ktoś przynosił listy do Rockmana. Lawford musi dostawać korespondencję mniej więcej w tym samym czasie. I musimy mu przesłać wyniki badań kontrolnych ze Św. Munga.

– To znaczy? – spytali równocześnie Severus i Dumbledore.

– Całkiem niedawno Uzdrowiciele robili w Ministerstwie badania dla pracowników cywilnych klasy A. Lawford się do nich zalicza, więc musiał je przejść. Czasem wyniki są podawane niemal natychmiast, czasem zaś przesyła się je później. I na ogół, jeśli przesyła się je później, to znaczy, że coś jest nie tak... Więc na pewno Lawford nie będzie chciał ich czytać przy innych, ani jego sekretarka nie odważy się tego tknąć.

– Znakomity pomysł, panno Granger – powiedział natychmiast Dumbledore. – Severusie, masz jeszcze kontakt z twoim człowiekiem w Klinice?

– Tak. Zajmę się tym jutro. Niech przygotuje byle co, to i tak nie ma znaczenia. Lawford nie będzie miał czasu na czytanie – odparł Severus. – Teraz pytanie, jak zaaranżować wysyłkę, żeby list został mu dostarczony po południu.

Niestety Hermiona nie wiedziała, jak wygląda przesyłanie korespondencji między Kliniką a Ministerstwem. Należało to sprawdzić z człowiekiem Severusa. Dopiero wtedy należało przemienić list w świstoklik i rzucić zaklęcie aktywujące. I to wszystko należało skoordynować z datą spotkania Fostera z Charlesem Chevalier.

Dlatego też zdecydowano, że następnego dnia Hermiona miała się wybrać do Francji, a Severus miał porozumieć się ze swoim kontaktem w Św. Mungu.

Na tym zakończyli spotkanie, bo dla Minerwy i Flitwicka czas był iść na kolację. Hermiona i Severus też zaczęli być głodni, więc natychmiast po przyjściu do domu poszli do kuchni i zaczęli robić kolację.

Hermiona nastawiła wodę na makaron i wyjęła spory kawałek bekonu.

– Boję się tylko o jedną rzecz. Jak tylko zniknie Lawford, zaczną go szukać i skontaktują się z Norrisem. Ja, na miejscu Norrisa, uciekłabym na koniec świata.

Severus wyjął talerze i sztućce i zaczął rozkładać je na stole. Musiał się z nią zgodzić. Należało nieopuścić do tego, żeby zaczęto szukać Lawforda.

Kiedy to powiedział, Hermiona zagryzła lekko usta i zaczęł powoli i w zamyśleniu kroić bekon w cienkie plasterki.

– Nie jeden raz już słyszałam jedno z najprostszych i zarazem najlepszych wyjaśnień – powiedziała w końcu, wrzucając plasterki na dużą patelnię. – Departament Tajemnic.

Severus przystawił sobie koślawe krzesło niedaleko niej. Dziewczyna kontynuowała.

– To jest genialne dlatego, że nikt nie ma prawa pytać ani ciebie, ani innych, co w tym czasie robiłeś. Na jakiś czas po prostu znikasz. Z plotek wynikało, że niektórzy używali tego jako wymówki, żeby spędzić trochę czasu gdzie indziej – Hermiona uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała trochę zakłopotana na Severusa.

– Całkiem sprytne – przyznał. – Ale jak zmusić Lawforda, żeby powiedział to żonie, sekretarce, Norrisowi i Merlin wie komu jeszcze.

Przez całą kolację przyszło im do głowy parę pomysłów, ale każdy z nich odrzucili, jako niezbyt wiarygodny. Nikt z Departamentu Tajemnic nie przesłałby oficjalnego zawiadomienia, że Lawford został tam wezwany. Nikt nie informowałby o tym jego sekretarki. To Lawford mógłby to zrobić, ale nie Niewymowni. Sowa wysłana do domu też odpadała, biorąc pod uwagę, że miał połączenie z domem przez Sieć Fiuu. Odpadała również wizyta w Ministerstwie pod niewidką, żeby podłożyć jakąś wiadomość od Lawforda.

– Może jutro wymyślę coś w Francuzami – powiedziała w końcu Hermiona, zbierając z talerza ostatnie kawałki bekonu i makaronu.

– Postaram się szybko porozumieć z Joao Matosem i dołączę do ciebie.

– Nie ma takiej potrzeby. Ja też nie powinnam tam zabawić za długo. Zanim mnie znajdziesz, być może będę już w domu.

Severus spojrzał na nią i jego poważną twarz rozjaśnił uśmiech. Jak cudownie było słyszeć, jak Hermiona nazywała to miejsce domem. ICH domem.

– Chodź tu – wyciągnął do niej rękę, odsunął się i posadził ją sobie bokiem na kolanach.

– Nie dokończysz? – spytała na widok resztek jedzenia na talerzu.

Pochylił głowę, oparł policzek o jej pierś i zamknął oczy, gdy objęła go przez plecy i oparła się o niego.

– To może poczekać.

Przez długą chwilę siedział słuchając bicia jej serca i rozkoszując się ich bliskością. Dziewczyna zaczęła go głaskać i czasami całować po włosach. Rzadko miała ku temu okazję, zazwyczaj to on to robił, ale zawsze było w tym pełno czułości, tkliwości i ciepła i teraz cieszyła się, że może mu oddać to samo.

W końcu podniósł głowę i ucałował czubki jej palców.

– Chodź, przygotujmy wszystko, co nam na jutro będzie potrzebne.


Tego samego dnia Bryan Fox, szef Stone'a, zawiadomił oficjalnie Aurorów, że jego pracownik zaginął w trakcie podróży służbowej.

Nie przypominał sobie, żeby Alaina gdzieś wysyłał, ale wiedział też, że Alain jest bardzo samodzielny i często podejmuje różne decyzje bez konsultacji z nim. Czasem mu to odpowiadało, czasem nie, więc postanowił udawać, że nie zwraca na to uwagi.

Teraz poprosił Aurorów o rozpoczęcie poszukiwań. Musiał wiedzieć co się dzieje. A poza tym cholerna żona Alaina niemal urwała mu łeb.

Norris był bardzo zajęty cieszeniem się ze swojej nominacji, bo de facto oznaczało to, że był też najpoważniejszym kandydatem na stanowisko Ministra Magii. Przy jego doświadczeniu, wiedzy i znajomościom Foster nie miał żadnych szans. Poza tym szefowie departamentów, którzy mieli prawo podejmować decyzję, wybrani zostali z bardzo prostego powodu. Wszyscy byli JEGO ludźmi.

Przestał więc przejmować się Alainem i zaczął snuć pomysły na najbliższe miesiące.

Wtorek, 7.10

Koło dziesiątej rano na Izbie Przyjęć w Św. Mungu pojawił się niepozorny młody chłopak. Niski, o krótkich, mysich włosach, jasnych oczach i przeciętnym, szarawym ubraniu zupełnie nie zwracał na siebie uwagi.

Rozejrzał się niepewnie i stanął w dość długiej kolejce do kontuaru, gdzie dyżurowała właśnie starsza pani. Kiedy nadeszła jego kolej, podszedł do niej i zaczął szukać czegoś w kieszeni.

– Dzień dobry... – powiedział cichutko niepewnym głosem. – Ja... chodzi mi o Uzdrowiciela Matos...

– Tak, synku? – starsza pani spojrzała na niego dobrotliwie.

Podał jej kopertę, na której napisane było nazwisko i imię Uzdrowiciela.

– Moja mama miała mieć dziś wizytę, ale nagle źle się poczuła... i napisała do Uzdrowiciela i prosiła, żeby to jak najszybciej mu przekazać.

Starsza pani popatrzyła na kopertę i na nowo na chłopaka.

– Czy twoja mama jest w ciąży? Nie? Jak się nazywa?

– Gryzelda Smith.

Pani zaczęła przeglądać listę wizyt umówionych na dzisiaj. Gryzeldy Smith na niej nie było, ale sęk w tym, że od tajemniczego zgonu sprzed paru tygodni w Klinicie zaczęły się pojawiać kobiety na „nadprogramowe" wizyty. Na ogół były to te, które potrzebowały konsultacji, ale nie umiały, albo bały się szukać „placówek alternatywnych". Niektórzy Uzdrowiciele zaczęli więc je przyjmować nieoficjalnie.

Ten przypadek wyglądał właśnie na typową „nadprogramową" wizytę. W dodatku kobieta ponoć źle się poczuła...

Kilka osób w kolejce zaczęło się niecierpliwić, więc starsza pani fuknęła na nich ze złością i odwróciła się do chłopca przed sobą.

– Natychmiast zaniesiemy tą kopertę Uzdrowicielowi. A ty usiądź i poczekaj. To nie potrwa długo.

Wezwała stażystkę i dała je kopertę.

– Kochana, biegnij mi na Drugie i daj to Joao Matos. I niech da ci jakąś odpowiedź. Ten chłopak tam – wskazała go gestem – na nią czeka.

Stażystka poszła więc szybko na drugie piętro, zapytała o Uzdrowiciela Joao Matosa i gdy młody Portugalczyk podszedł do niej, podała mu kopertę i zarumieniła się lekko. Facet był nieziemsko przystojny. Miał bardzo delikatne, niemal kobiece rysy twarzy, gęste czarne włosy opadające poskręcanymi puklami na plecy, ciemnobrązowe oczy, długie rzęsy i perłowobiałe zęby. Wystające kości policzkowe podkreślała jeszcze opalenizna. Do tego był bardzo szczupły. Pomimo faktu, że był żonaty, większość stażystek reagowała podobnie jak ona. Żonate panie też lubiały – jak to mówiły – „zawiesić na nim oko".

– Tam na dole czeka syn tej pani, co do pana napisała – bąknęła nieśmiało. – Czeka na odpowiedź.

Joao Matos skinął głową i otworzył kopertę.

Drogi Panie Matos,

Z powodu złego samopoczucia jestem zmuszona anulować dzisiejszą wizytę. Bardzo prosiłabym o wyznaczenie mi innej, w miarę szybko.

Z poważaniem,

Gryzelda S.

Serce nagle zaczęło mu mocniej bić, więc Joao zmarszczył brwi i zaczął pocierać podbródek starając się opanować. Professor Snape jest na dole?!

– Już do niego schodzę – powiedział. I żeby odwrócić uwagę dziewczyny, uśmiechnął się do niej czarująco i dodał – I dziękuję bardzo za dostarczenie tego listu.

Młoda stażystka zarumieniła się jak piwonia, uśmiechnęła zawstydzona i próbowała coś powiedzieć, ale jej nie wyszło.

– Zejdzie pani ze mną?

Wskazał jej schody i podtrzymał za łokieć, gdy zaczęła schodzić. Po tym mógł być pewien, że dziewczyna nic innego nie będzie pamiętać.

Gdy dotarli na dół, starsza pani natychmiast wskazała mu młodego chłopaka siedzącego na krześle i przyglądajągo się pajęczynom pod sufitem. Gdy przedstawił mu się i usiadł obok, chłopak uśmiechał się nieśmiało.

On czy nie on? Jeśli on, to jest genialny! Nic po nim nie widać!

– Twoja mama będzie musiała zostać zbadana – powiedział lekko drżącym głosem do chłopaka. – Sądzę, że w miarę szybko...

– Jak najszybciej.

Ton głosu zupełnie kontrastował z wyrazem twarzy młodzieńca. Był twardy, zdecydowany i nie pozostawiający wątpliwości, kto tu decyduje.

To z pewnościa professor!

– Dobrze. W takim razie... – Joao spojrzał na zegarek. – Przyjdę do niej z wizytą w pół do dwunastej. Do domu. Niech do tego czasu się wykąpie i napije eliksiru rozkurczowego. Nie więcej niż dwa łyki na godzinę.

Chłopak podziękował szerokim uśmiechem, wstał i odszedł szybko w kierunku wyjścia.

Półtorej godziny później Joao aportował się na niewielkiej polanie tuż na skraju Zakazanego Lasu. Rozejrzał się, ale nie dostrzegł nikogo. I sekundę później, ledwie zdążył mrugnąć okiem, zobaczył siedzącego na zwalonym pniu mężczyznę o sięgających łopatek czarnych prostych włosach, czarnych oczach i zakrzywionym nosie.

– Professor Snape! – powiedział, zaskoczony i ruszył w jego kierunku.

– Joao Matos – odparł ten wstając.

Uścisnęli sobie ręce i Joao usiadł obok. Słońce wyjrzało właśne zza chmur i zrobiło się cieplej. Wiatr szumiał gdzieś wysoko, w koronach drzew, ale tu na dole zupełnie się go nie czuło.

– Czy mogę w czymś pomóc, professor? – zapytał natychmiast Joao.

– Mam taką nadzieję – powiedział Severus. – Ale wpierw chciałbym ci podziękować za to, co już zrobiłeś. To był bardzo dobry pomysł posłużyć się śmiercią tamtej kobiety. I zapytać anonimowo, czy jej śmierć nie ma związku z eliksirem, który podajecie.

Joao uśmiechnął się trochę zażenowany.

– Proszę mi nie dziękować. Objawy, które pan podał, byłyby prawie takie same, gdyby ten eliksir był silniejszy. Uratował pan moją żonę. To, co teraz robię, to normalne.

Severus skinął głową.

– Do rzeczy. Za kilka dni David Lawford z Ministerstwa musi otrzymać wyniki badań okresowych, które były robione jakiś czas temu. Musi to wyglądać, jak jakiś dodatek do wyników, które już otrzymał. Na tyle niepokojący, żeby otworzył to, kiedy jest sam.

Joao namyślał się chwilę.

– To żaden problem. Mogę w każdej chwili sprawdzić, jakie dostał wyniki i napisać, że były błędne...

– Nie ma znaczenia, co będzie napisane. Powiedzmy, że nie będzie miał szans tego przeczytać. Chodzi mi tylko o wygląd koperty. Druga ważna rzecz jest taka, że ten list musi dostać w ściśle określonym dniu, jeszcze nie wiem kiedy i najlepiej po południu. Wiem, że goniec odbiera przesyłki z Kliniki rano. Więc trzeba będzie opóźnić wydanie mu przesyłek.

To było już bardziej skomplikowane.

– Nie wie pan, kiedy mniej więcej to ma być? Jutro, za tydzień, za dwa...?

– Pod koniec tego tygodnia, albo na początku następnego.

Severus przyjrzał się uważnie Joao, gdy ten zastanawiał się, jak to można byłoby zrobić. Wiedział, że Uzdrowiciel nie ma dostępu do wszystkich przesyłek w Klinice. Ale najwyraźniej coś wymyślił, bo po dłużej chwili uśmiechnął się.

– Proszę dać mi trochę czasu. Ale mniej więcej wiem, co zrobić.

– Jesteś pewien? – nacisnął Severus.

Joao uśmiechnął się trochę zażenowany.

– Dziewczyna, która przygotowuje korespondencję... poproszę ją, żeby kazała gońcowi przyjść później. Powiem jej, że jeszcze nie skończyłem raportu, ale musi zostać zaniesiony jeszcze tego samego dnia do Ministerstwa...

Severus przypomniał sobie, co mówiła Hermiona o roznoszeniu listów.

– Goniec może odebrać pocztę po dziewiątej rano. Wtedy w Ministerstwie zajmą się nią dopiero po południu.

– Na wszelki wypadek poproszę, żeby przesunęła odbiór listów na dziesiątą.

– Jesteś pewien, że się zgodzi?

Joao był absolutnie pewny. Dziewczyna zgodziłaby się na wszystko, o cokolwiek by poprosił. Wystarczyło, żeby dodatkowo uśmiechnął się do niej i zaczęłaby fruwać. Byleby tylko Sally się o tym nie dowiedziała... Ostatnio podejrzewała go, że w Klinice ma już cały harem.

– Proszę się nie martwić, professor. Załatwię to – powiedział pewnym siebie tonem.

Severus mógł się tylko domyśleć, o co chodziło, ale postanowił nie drążyć tematu.

– Sądzę, że jutro będę już wiedział, kiedy dokładnie to ma być. Najlepiej byłoby, gdybyś już teraz mógłbyś mi pokazać, jak wygląda taka koperta. Sam ją przygotuję i ci dostarczę. No chyba, że jest jakaś zupełnie nietypowa, wtedy będę potrzebował jednej lub dwóch.

– Nie są nietypowe... jak mam panu pokazać, jak ona wygląda?

– Znam się na legilimencji. Wystarczy, że będziesz na mnie patrzał i równocześnie będziesz o niej myślał – wyjaśnił mu Severus. – Wejdę do twojego umysłu i ją zobaczę.

Joao był coraz bardziej pod wrażeniem.

– Teraz?

– Skup się na wspomnieniu koperty. I nie próbuj mnie powstrzymywać – dodał Severus.

Młodszy mężczyzna wyprostował się, otworzył szeroko oczy i utkwił je w oczach profesora Snape'a. Były tak absolutnie czarne, że nie widział różnicy między źrenicą a tęczówką. Głębokie, niemal hipnotyzujące, zaglądały gdzieś w głąb jego głowy. Nagle poczuł, jakby coś wśliznęło się do jego umysłu. To nie był żaden fizyczny dotyk, ale dziwnie ulotne wrażenie czyjejś obecności. Potem to wrażenie zanikło, zupełnie jakby ta druga osoba złączyła się z nim i przejęła kontrolę nad jego myślami.

I zdał sobie sprawę, że przygląda się stercie kopert, które leżały parę dni temu na jego biurku. Zobaczył, jak sięgnął po pustą kopertę leżącą obok, złożył starannie niewielką kartkę z wynikami badań i wsunął ją do niej. Potem zalepił dokładnie, wziął do ręki kartę pacjentki i stukając w nią różdzką przeczytał na głos imię i nazwisko pacjentki. Następnie sprawdził, czy koperta jest prawidłowo zaadresowana i czy z tyłu jest nazwa Kliniki oraz Oddziału Kobiecego i sięgnął po kolejną pustą kopertę...

Nagle odniósł wrażenie, jakby mrugnął oczami i obraz się zmienił. Niby widział wciąż to samo i tak samo, ale czuł wyraźnie, że to było już tylko jego zwykłe wspomnienie. Które oglądał już tylko on sam.

Severus cofnął się na swoje miejsce.

– Będziesz mi musiał powiedzieć, jaki inny Oddział mogę wpisać na kopercie – rzekł, jakby to, co się właśnie stało, było czymś jak najbardziej normalnym.

Joao zamrugał gwałtownie oczami i aż potrząsnął głową.

– Oczywiście. Deus do céu (port. Mój Boże)... to się nazywa Legilimencja...?!

Severus odpowiedział krótkim kiwnięciem głowy i nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

– Czy to może być Oddział Zakażeń Magicznych?

– Czy ja wiem... Zakażenia Magiczne nigdy nie są brane pod uwagę przy badaniach okresowych, ale... taki Oddział istnieje, więc czemu nie...

Severus uniósł odrobinę kącik ust w górę.

Kiedy Lawford dostanie wyniki badań z TEGO oddziału, z całą pewnością dokładnie zamknie swój gabinet zanim otworzy kopertę!

– Bardzo dobrze. Spotkajmy się tutaj jutro po południu. Albo wieczorem – zaproponował Uzdrowicielowi.

– W takim razie o szóstej wieczorem. Lepiej, żebym nie musiał wychodzić wcześniej z Kliniki. Uzdrowiciel dyżurny na naszym Oddziale mógłby na to zwrócić uwagę.

– Dobrze. Więc do jutra.

Severus wstał i podał rękę młodszemu mężczyźnie. Joao uścisnął ją i zobaczył, jak mężczyzna machnął różdżką i... zniknął. Nie wyglądało to ani na deportowanie się, ani na świstoklik.

Rozejrzał się dookoła, ale nikogo nie zobaczył. Polana była zupełnie pusta, tak jak przed parunastoma minutami.

Westchnął i pokręcił z niedowierzeniem głową, po czym skupił na pustym placu zabaw w sąsiedztwie Kliniki i obrócił się na pięcie. Rozległ się suchy trzask i Joao deportował się z Zakazanego Lasu.

Severus przyglądał się deportacji Uzdrowiciela, a kiedy ten zniknął, sam również zrobił to samo.


Wizyta Hermiony trwała trochę dłużej.

Kiedy pojawiła się w Ministerstwie, musiała znów przejść przez Acceuil i poczekać na Jean Jacquesa. Na całe szczęście nie musiała tym razem wymyślać już idiotycznych historyjek, tylko po prostu zrobiła to, co zaplanowali na taką okazję. Poprosiła czarownicę na recepcji o poinformowanie Monsieur Legranda, że Annick Rocques czeka na niego na dole. Ponieważ Jean Jacques zostawił wszystkim dyżurującym informację, że w takim przypadku należy posłać po niego natychmiast, nie czekała nawet dwóch minut.

Mężczyzna podszedł do niej szybkim krokiem i złapał za ramię, nie spojrzawszy nawet na ubraną w śnieżnobiałą szatę czarownicę, która zerknęła na niego i zajęła się następnym petentem.

– Coś się stało?! Coś nie tak?

– Wszystko w najlepszym porządku, Jean Jacques – uśmiechnęła się radośnie Hermiona.

Francuz odetchnął z ulgą i ucałował w policzki.

– Z twojego powodu dostanę kiedyś ataku serca. Dziękuję, Monique! – machnął reką do kobiety na recepcji i odwrócił się do Hermiony. – Swoją drogą, dzień dobry.

Dziewczyna parsknęła śmiechem i ruszyła za nim. Podeszli do punktu kontroli różdżek, a stamtąd do baszty C.

– Jesteś sama? – spytał, wchodząc po schodach.

– Tak. Severus załatwia parę rzeczy... na miejscu.

Minęli parę osób schodzących na dół i zrównali się z jakąś leciwą kobietę człapiącą na górę. Hermiona już chciała zapytać, czy jej nie pomóc, ale Jean Jacques pogonił ją, więc ociągając się trochę wyprzedziła staruszkę i poszli wyżej.

– Czemu nie chciałeś, żebym jej jakoś pomogła? – zapytała Hermiona, gdy weszli już na II piętro.

– Bo ją znam – parsknął Jean Jacques. – Nazywamy ją Smok. Wkurza się z byle powodu i wrzeszczy tak strasznie, że bez mała zionie ogniem. Twoją propozycję pomocy odebrałaby jako aluzję, że jest stara i nie daje sobie rady i pewnie w ciągu paru sekund by cię spopieliła.

Usiedli przy stoliku i dziewczyna wyjaśniła, jak postanowili zakończyć całą sprawę. Jean Jacques wyprostował się i pokiwał głową.

– Doskonały pomysł. Mamy tyle dowodów, że nie będą mogli ich zignorować. Poczekaj chwilę...

Podszedł do potretu młodej czarownicy wiszącego na ścianie.

– Eugenio, powiedz mi proszę, o której mogę się spotkać z Ministrem? Wiesz, w tej naszej sprawie?

Eugenia pochyliła głowę, jakby patrzyła na coś, co znajdowało się poniżej ramy obrazu. Zacmokała parę razy, rzuciła okiem na zegarek i w końcu najwyraźniej znalazła wolną chwilę.

– O czternastej. Będziesz miał pięć minut, Jean Jacques.

– Wcześniej się nie da?

Eugenia spojrzała na niego surowo marszcząc brwi.

– Gdyby można było wcześniej, to bym ci to zaproponowała.

Jean Jacques uśmiechnął się, mimo negatywnej odpowiedzi.

– Bardzo ci dziękuję.

Eugenia kiwnęła głową i obróciła się bokiem zajmując najwyraźniej czymś innym. Jean Jacques usiadł z powrotem przy stoliku koło Hermiony.

– Jeśli chcecie złapać Lawforda dzień wcześniej, żeby móc go przesłuchać... sądzę, że to będzie możliwe dopiero na początku przyszłego tygodnia.

– Czemu? – zdziwiła się Hermiona.

– Bo w tym tygodniu już się nie da. Sama popatrz – wskazał magiczny kalendarz na ścianie. – Nawet jeśli dziś wyślemy sowę z prośbą o wizytę, wy dostaniecie ją dopiero jutro. Na takim szczeblu potrzeba minimum kilku dni na uzgodnienie dat, szczegółów i tak dalej. Obowiązuje nas jakiś protoków dyplomatyczny.

– Fakt – przyznała dziewczyna.

Zaczęli omawiać szczegóły porwania Lawforda i Hermiona opowiedziała mu o pomyśle ukrycia jego nieobecności pod pretekstem wizyty w Departamencie Tajemnic. I ich największym problemie – co zrobić, żeby przynajmniej jego sekretarka się o tym dowiedziała.

Jean Jacques zaproponował, żeby wysłać kogoś do gabinetu Lawforda, żeby podłożył notatkę dla sekretarki Lawforda, ale sam też nie wiedział, kto to mógłby zrobić. Z pewnością było niewiele osób mogących wejść aż do gabinetu. On również kategorycznie odrzucił pomysł wejścia tam któregoś z nich w pelerynie niewidce, w drugim wymiarze, czy w innej postaci, po wypiciu wielosokowego.

– Mowy nie ma, żeby pojawił się tam choć kawałek was!

– Wiem, nie pójdziemy tam, nie denerwuj się. Choć to przecież końcówka.

– Wierz mi, największe błędy popełnia się zazwyczaj właśnie na końcu. Ze zmęczenia, zniecierpliwienia i lekceważenia problemu. Musimy wymyśleć coś innego.

Przez dłuższy czas głowili się, co z tym zrobić. W końcu Jean Jacques stwierdził, że porozmawia o tym ze swoimi kolegami ze Skrzydła Północnego.

Hermiona chciała móc porozmawiać z Ministrem, więc napisała do Severusa, że wróci koło trzeciej, a potem wybrała się z Jean Jacquesem na obiad do niego do domu. Bibi mało nie udusiła Hermiony z radości i półtorej godziny minęło błyskawicznie.

Przed czternastą usiedli w niewielkiej salce przy gabinecie Ministra, ale Hermiona nie miała czasu na rozglądanie się. Ledwie rzuciła okiem za okno, kiedy drzwi do gabinetu Ministra się otworzyły i wyszła do nich... Eugenia. Hermiona była tak zaskoczona, że aż otworzyła usta i spojrzała na Jean Jacquesa zagubionym wzrokiem. Do tej pory sądziła, że Eugenia istnieje tylko na portrecie. Nie jest żywą osobą. Tak jak Dumbledore czy Dillys i inni. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że może żyć i mieć swój portret.

– Jean Jacques, mademoiselle Granger – skinęła im głową młoda kobieta. – Minister na was czeka.

Hermiona podniosła się całkiem automatycznie wpatrując się w Eugenię. Jean Jacques przepuścił ją przed sobą i zamknał za nimi drzwi.

– Dzień dobry, panie Ministrze – skłonił się siedzącemu za dużym, ozdobnym biurkiem Charlesowi Chevalier.

Hermiona podeszła do niego się przywitać i Minister wstał, z taką samą jak zawsze elegancją ucałował jej rękę i wskazał im obite czerwonym aksamitem krzesła.

– Dziękujemy, że mógł pan nas przyjąć – zaczęła Hermiona i pomna tego, co kiedyś usłyszała o tym, że Minister nie lubi tracić czasu, postanowiła przejść od razu do sedna sprawy. – Znaleźliśmy sposób, że skończyć całą tą historię i do tego po raz ostatni potrzebujemy pańskiej pomocy.

Minister zmarszczył brwi i nieświadomie wziął do ręki czarne pióro i zaczął nim powoli obracać.

– Przyznam, że to brzmi bardzo zachęcająco. Proszę mówić.

– Doszliśmy po prostu do wniosku, że mamy już wystarczająco dużo dowodów, żeby można je było komuś przedstawić – wyjaśniła. – Ponieważ nadal nie mamy Ministra Magii, zastępuje go póki co Robert Foster, który nie jest ani pod Imperiusem Norrisa, ale nie jest jego człowiekiem. Innymi słowy, może podejmować samodzielne decyzje. W tej chwili ani ja, ani Severus Snape nie możemy spotkać się z nim i nie zostać aresztowanym. Ale pan może. Już szczególnie biorąc pod uwagę incydent dyplomatyczny i polityczny między panem i Kingsleyen Shackeboltem w sprawie zamknięcia granic. Mógłby pan spotkać się z nim i wtedy przedstawić wszystkie dowody i zażądać złapania Norrisa i reszty i wszczęcia śledztwa.

Minister słuchał z uwagą, więc kontynuowała.

– Będziemy mieć jeszcze jeden dowód. Postanowiliśmy dzień przed panów spotkaniem uprowadzić Lawforda. Żeby odebrać od niego zeznania i przede wszystkim zmusić go do współpracy. Tylko on może rozwiązać Przysięgę Wieczystą, co pozwoli reszcie zeznawać. I z pewnością wpłynie na ich postawę.

Charles Chevalier uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Pomysł jest bardzo dobry. Każę Eugenii wystosować prośbę o pilne spotkanie. Im szybciej, tym lepiej.

– Panie Ministrze, jeśli mogę... – odezwał się Jean Jacques. – Spotkanie musi mieć miejsce dzień po porwaniu Lawforda. Więc albo w czwartek lub piątek tego tygodnia, albo najwcześniej we wtorek następnego. Nie można go porwać na cały weekend, bo jego rodzina zawiadomi Norrisa, który z pewnością ucieknie. Reszta być może też.

Minister rzucił okiem na kalendarz, całkowicie wypełniony spotkaniami i naradami. W poprzednich tygodniach, z powodu obecności Hermiony i Severusa poprzekładał i anulował niektóre z nich i teraz się poważnie nawarstwiły.

– Dobrze, w takim razie będę prosił o krótkie spotkanie we wtorek. W celu negocjacji otwarcia granic. Do tego czasu przygotujcie wszystko, co macie, złapcie Lawforda i dajcie mi koniecznie znać tuż przed spotkaniem, że wszystko poszło dobrze. Czy to już wszystko, co chciała mi pani powiedzieć, mademoiselle? – spojrzał na Hermionę, ukrywając zniecierpliwienie.

– To wszystko, panie Ministrze – dziewczyna wstała natychmiast i wyciągnęła do niego rękę. – Jeszcze raz bardzo panu dziękuję. Naprawdę.

Minister również wstał, ucałował jej dłoń i wskazał im drzwi.

– Nie ma za co. Będę wam towarzyszył, mam w Sali Narad spotkanie – spotkanie, na które był już spóźniony, co było do niego zupełnie niepodobne.

Gdy wyszli na korytarz, Minister skłonił się jeszcze raz Hermionie i odszedł szybkim krokiem. Jean Jacques odczekał chwilę i wypuścił powietrze.

– To cud, że Eugenii udało się znaleźć choć pięć minut dla nas. Musi mieć zupełne urwanie głowy. Jeszcze go w takim stanie nie widziałem!

Na wspomnienie o Eugenii Hermiona zatrzymała się.

– A właśnie! Nigdy mi nie mówiłeś, że ona żyje! U was to normalne?

Jean Jacques również się zatrzymał.

– No pewnie, że żyje... co w tym dziwnego?

– Przecież ma swój portret?

– Ach, o to ci chodzi. Eugenia jest jedyną sekretarką Ministra. Zauważyłaś już, że on jest bardzo wymagający. Więc Eugenia ma pełno portretów, w różnych biurach i salach. W ten sposób jest na bieżąco, wie o wszystkim i wszystko może błyskawicznie załatwić. Właśnie po to ma portrety. A co, u was to się nie zdarza?

– U nas tylko zmarli mają swoje portrety. I oczywiście nie wszyscy. Tylko nieliczni.

Koło nich przeszedł spiesznie jakiś czarodziej ubrany w szatę trochę podobną do buddyjskich mnichów. Hermiona ocknęła się.

– Będę już wracać. Czy Ricky będzie jeszcze przez kilka dni w Anglii?

– Ricky będzie cały czas w Anglii. Więc kontaktujcie się z nim bez obawy. Spróbujcie wymyśleć, co zrobić w sprawie Lawforda, ja z mojej strony też będę szukać. I dam znać przez Ricky'ego.

Dziewczyna kiwnęła głową.

– Najlepiej będzie, jeśli się spotkamy w weekend, żeby dopracować wszystkie szczegóły. Obojętnie gdzie, czy u ciebie, czy u nas. W poniedziałek wszystko musi być gotowe. Jeśli oczywiście Foster zaakceptuje prośbę o spotkanie we wtorek.

– Znając Charlesa Chevalier, prośba będzie raczej żądaniem. Nie będzie miał większego wyjścia. Szczególnie po reprymendzie, jaką dostaliście od ICW.

Środa, 7.10

Czytanie Proroka i Żonglera podczas śniadania stało się już zwyczajem, zarówno wśród uczniów, jak i nauczycieli. Sowy jeszcze nie odleciały, kiedy większość starszych uczniów i nauczyciele rozdzierało już paski papieru owinięte dookoła gazet.

– Co dziś nowego? – spytał Dennis Creevey.

Albert szybko przejrzał pierwszą stronę Proroka i nie znalazwszy nic alarmującego, otworzył na drugiej stronie.

– Cholera! – zaklał cicho. – Popatrzcie. Wprowadzili zmianę sposobu wybierania Ministra Magii.

Bill i Dana odsunęli talarze i przechylili się, żeby lepiej widzieć.

W krótkim artykule na drugiej stronie można było przeczytać, że wielu wysokiej rangi urzędników i czołowi szefowie departamentów zdecydowali, że od teraz Minister Magii będzie wybierany na wniosek złożony przez szefów kluczowych departamentów: Przestrzegania Prawa Czarodziejów, Transportu, Komunikacji ze Światem Niemagicznym, Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, Badania Zdolności Czarodziejskich, Magicznych Wypadków i Katastrof oraz Urzędu Magicznej Informacji. Wyłaniany będzie większością głosów, przy czym jeśli ktoś wstrzyma się od głosowania, jego głos będzie liczony jako „za".

Vacatio Legis miało wynosić ustawowe dwa tygodnie, więc ustawa miała wejść w życie od 21 października. Do tego czasu szefowie wymienionych departamentów mieli spotkać się w celu wyłonienia kandydata na wakujące stanowisko.

Dennis pokręcił głową z niedowierzeniem.

– Absurd. Po prostu absurd. Nie piszą o Departamencie Tajemnic, za to wymieniają Wypadki i Katastrofy! Za chwilę dorzucą do tego Szefa Klubu Gargulkowego i Szefa Doradztwa w Zwalczaniu Szkodników!

Dokładnie to samo usłyszała Minerwa przy stole nauczycielskim. Horacy, siedzący nieopodal, odłożył Proroka tak zamaszycie, że aż podskoczyły sztućce.

– Przepraszam – powiedział cicho. – Ale już widzę, co będzie za chwilę. Wybiorą ICH Ministra i za chwilę nie poznamy naszego świata!

– I najgorzej, że nie można stąd uciec – dorzuciła Septima. – Jakbym mogła, dawno by mnie tu już nie było.

– Może dlatego wcześniej zamknęli granice? – Pomona przechyliła się w ich kierunku dołączając do dyskusji.

– Jak tylko otworzą, wszyscy prysną. Nie wiem nawet, czy ostatni pomyśli o rzuceniu NOX – zaśmiał się ponuro Horacy.

Minerwa uśmiechnęła się do siebie w duchu, ale ponieważ nie mogła pokazywać po sobie, że wie coś więcej, więc odsunęła się od stołu, popatrzyła na niedokończoną owsiankę i zacisnęła mocno usta.

– Życzę wszystkim miłego dnia – powiedziała cierpko i wyszła.

Dennis odprowadził ją wzrokiem do drzwi.

– Współczuję tym, którzy mają dziś rano transmutację... McGonagall wygląda na wcielenie furii.

– No to mają przesrane... – powiedział Bill

– Obudź się – parsknęła Dana – My mamy. Na trzeciej lekcji. Do tego czasu nie tylko się nie uspokoi, ale jeszcze dodatkowo wkurzy ją pierwszy i trzeci rok.

– Oj, posypią się dziś szlabany, mówię wam – dodał filozoficznie Dennis.


Dwie godziny później Filius Flitwick skończył lekcje z zaklęć i z dużą ulgą wrócił do swoich komnat. Miał parę testów do zrobienia.

Wczoraj znów uczestniczył w naradzie z Albusem, Minerwą, Severusem i panną Granger. Przez długi czas dyskutowali, jak podłożyć w biurze Lawforda notatkę, że Lawford musi iść do Departamentu Tajemnic. I dopiero po prawie godzinie znaleźli proste rozwiązanie.

Skoro ani oni, ani nikt inny, nie mogli wejść do gabinetu Lawforda, nie można było wylewitować do niego żadnych notatek, odpadały samolociki, ktoś, sam już nie pamiętał kto, stwierdził, że w takim razie należy tą notatkę przesłać w liście do Lawforda.

– To najlepszy dowód, że jak się zawędruje za głęboko w las, nie dostrzega się już drzew – podsumowała to Minerwa, kręcąc głową z niedowierzeniem.

Należało przesłać Lawfordowi wyniki badań, na które z pewnością się rzuci, w których będzie napisane, że ma się stawić jak najszybciej w Departamencie Tajemnic. I dołączyć opakowany w coś świstoklik.

– W tych wynikach musi być napisane coś o załączniku, który koniecznie musi zużyć. Wypić, zjeść, cokolwiek. Żeby musiał go otworzyć i dotknąć świstoklika – powiedziała z entuzjazmem Hermiona Granger. – I najlepiej tak go zapakować, żeby musiał użyć obu rąk do otwierania. Wtedy odleci ze świstoklikiem, a wyniki zostaną. I jego sekretarka z pewnością je przeczyta...

– Ma pani cudowne pomysły, panno Granger – przyznał jej wtedy.

– Rozwiązanie na wszystko – dorzucił rozbawiony Dumbledore.

– Powiedziałbym, że naczytałaś się za dużo mugolskich książek – Severus też wyraził swoją opinię.

Hermiona Granger zaśmiała się krótko.

– Teraz już wiem, kto grzebał w mojej biblioteczce!

Severus uniósł do góry jedną brew, ale po chwili kącik jego ust powędrował do góry w lekkim uśmiechu.

Wcale nie było się co dziwić. Widzieli koniec całej tej historii i byli w dobrych chumorach. Jeśli nawet Severus Snape pozwalał sobie na coś w rodzaju żartów...

Wziął parę skarpetek i położył je delikatnie na środku stolika.

– Factisunt mobilis – szepnął, stukając lekko w skarpetki.

Przez dzianinę przeszła wolno jakby fala. Drobiutkie włoski położyły się i podniosły, poczynając od góry aż do palców. I kiedy ostatnie znieruchomiały, cała powierzchnia rozjarzyła się niebieskawym światłem; z początku ledwo widocznym, które przybrało na sile, ale szybko zgasło. Po sekundzie skarpetki na stoliku wyglądały najzwyczajniej w świecie, choć stały się świstoklikiem.

Filius rozejrzał się dookoła i jego wzrok zatrzymał się na drzwiach do sypialni. Zapisał w świstokliku dokładny adres – sypialnia Filiusa Flitwicka, Szkoła Magii i Czarodzieństwa, Hogwart.

Teraz nadszedł czas na najważniejsze. Należało rzucić odpowiednie zaklęcie. Zwykły Portus po prostu aktywował świstoklik w tym określonym momencie i żeby z niego skorzystać, należało się go natychmiast chwycić. Portempus, odmiana Portusa, służył do zapisania w świstokliku dokładnego czasu, kiedy sam miał się aktywować i odlecieć, obojętnie czy sam, czy z kimś. Portempus Extendus był inną odmianą zwykłego zaklęcia i właśnie tego potrzebował. Za jego pomocą można było określić przedział czasu, w którym świstoklik był aktywny i odlatywał przy dotknięciu przez osobę magiczną. Zaklęcie samo w sobie nie było zbyt skomplikowane, ale za to trzeba było wpierw zapisać w nim aktualny czas i dopiero potem określić przedział czasowy. Z tego właśnie zaklęcia skorzystał Crouch, kiedy umieścił w Labiryncie świstoklik do Lorda Voldemorta, którego dotknęli Harry i Cedric.

Filius spojrzał na zegar na ścianie. Nie był to zwykły zegar. Miał dwanaście godzin, jak normalny, ale na tarczy, z boków, wypisany był rozkład lekcji na dany dzień. Jedna jedyna wskazówka, prócz wskazywania czasu pokazywała również ile jeszcze zostało minut do kolejnych zajęć. W weekendy rozkład lekcji znikał i na tarczy pojawiały się normalne godziny.

Do obiadu nie miał już żadnych zajęć. Doskonale, ale on potrzebował w tej chwili dokładnego czasu. Machnął więc różdżką i przemienił chwilowo zegar na zwykły. Było czternaście po dziesiątej.

Zapisał więc aktualny czas i aktywował świstoklik do dziesiątej dwadzieścia. Normalnie powinien również wpisać w niego licencję, ale nie bawił się w te sprawy. Jeśli ktoś wykryje użycie nielicencjonowanego świstoklika w Hogwarcie, z saloniku do sypialni, z pewnością uzna to za testowanie zaklęć przed lekcjami.

Przez kilka sekund skarpetki rozbłysły światłem. Odczekał chwilę i dotknął ich.

Nic się nie stało. Zupełnie.

Zdumiony Flitwick zmarszczył brwi, przyjrzał się z bliska skarpetkom i nagle stuknął się ręką w czoło.

– Osłony!

Podszedł do kominka i mruknął Accio Proszek Fiuu, bo szkatułka stała za wysoko, jak dla niego. Sypnął trochę i zajrzawszy w zielone płomienie zażyczył sobie gabinet dyrektora, wiedział bowiem, że Minerwa spędzała tam cały czas wolny od lekcji.

– Filiusie! – czarownica akurat coś pisała i mało nie przewróciła kałamaża z atramentem na jego widok. – Udało ci się?!

– Jeszcze nie. Mogłabyś być tak dobra i zdjąć osłony z moich komnat?

– Ależ oczywiście! Natychmiast!

Minerwa wymruczała odpowiednie zaklęcia i smagnęła różdżką w kierunku siódmego piętra przy zachodniej baszcie.

– Już – oznajmiła mu. – Daj mi znać, jak tylko skończysz, dobrze?

Malutki czarodziej kiwnął głową i wrócił do testowania. Powtórzył ostatnie zaklęcie aktywujące świstoklik do w pół do jedenastej. Niecierpliwie policzył do dwudziestu i dotknął skarpetek.

Poczuł mocne pociągnięcie w okolicach pępka, wszystko zawirowało i gdy wreszcie otworzył oczy, zobaczył, że jest w swojej sypialni.

– Doskonale! – zatarł ręce z radości.

Do południa zrobił jeszcze parę testów, skupiając się tym razem na tym, co można było użyć do osłonięcia świstoklika na tyle, by nie wyczuł on dotyku. Przetestował zwykłą chusteczkę do wycierania nosa, papierową kopertę, skórzany woreczek i metalowe podełeczko od herbaty. Chusteczka i koperta zdecydowanie odpadały, bo były za cienke i świstoklik zareagował na dotyk natychmiast. Gdy dotknął metalowego pudełeczka, w pierwszej chwili nic się nie działo, ale po paru sekundach świstoklik porwał go tak mocno, że lądując w sypialni uderzył głową o szafkę i nabił sobie zdrowego guza. Najlepiej wypadł skórzany woreczek. Pomimo ściskania go, stukania, pocierania, nic się nie stało. Dopiero wyjęcie go ze środka spowodowało przeniesienie do sypialni.

Skończył więc testy i trzymając się za głowę, poczłapał do kominka zawiadomić Minerwę.

Minerwa natychmiast napisała do Hermiony i Severusa, oni z kolei wysłali remporterem wiadomość do Ricky'ego. Gdy chłopak ją odebrał, zdecydował, że pora wracać dziś do Francji.

W ten sposób jeszcze tego samego dnia Jean Jacques dowiedział się, że „sprawa Lawforda" została rozwiązana.

On też miał dla nich wiadomość, którą mieli dostać dopiero nazajutrz. Robert Foster zaakceptował prośbę francuskiego Ministra Magii o krótkie spotkanie we wtorek rano. Mieli się spotkać o dziewiątej czasu angielskiego.


Notka od autorki:

Kochani,

Jeśli mieliście anielską cierpliwość i doczytaliście do końca tego rozdziału, to daje mi nadzieję, że mój fick nie jest taki zły...

Chodzi mi po głowie napisanie następnego, który stanowiłby ciąg dalszy, w stylu Dana Browna (Anioły i Demony czy DaVinci Code).

Dlatego bardzo prosiłabym Was, napiszcie co sądzicie o moim ficku. Może jest za długi, może zbyt pokręcony, może nie odpowiadają Wam texty po francusku...

Będę pisać – dla mojej własnej przyjemności, ale też chciałabym, żeby Wam się to podobało.

Dziękuję serdecznie,

I życzę miłej dalszej lektury – bo Wasza przygoda z Hermioną i Severusem jeszcze się nie skończyła ;)

Anni