A/N: Jak obiecałam, po długiej nieobecności dodaję kolejne rozdziały. Wkrótce dorzucę resztę. Mam nadzieję, że już niedługo i zawartość się spodoba.
Enjoy! :)
21.
Projekt Sam rozwijał się pomyślnie i planowo. Dzięki odziedziczonej po Asgardach technologii transportowej, generał Carter mogła bez problemu przemieszczać się między SGC, a Strefą 51, gdzie w suchym doku rozpoczęto konstrukcję nowego statku, pierwszego z klasy Hermes. Miała to być jednostka szybka i wszechstronna, ze sporym zapleczem badawczym, ale też potężnym uzbrojeniem. W sprawie tego ostatniego, choć nigdy nie przyznał się głośno, doradzał sam Jack O'Neill. Oh, nie powiedział nic wprost, ale nigdy nie musiał tego robić, by skierować myśli Samanthy lub Daniela na właściwe tory. Słówko tu, aluzja tam i Carter stworzyła wreszcie wyśnione przez niego wielkie (choć małe gabarytami), kosmiczne działo, którego nie powstydziłby się nawet Thor, gdyby żył. Szczytowym jednak osiągnięciem pięknej pani Generał były wzorowane na Star Trek'u deflektory, które w założeniu nie tylko miały działać jako osłony, ale też odbijać duży procent otrzymywanych od przeciwnika obrażeń, kierując je z powrotem na niego. Wstępne, teoretyczne testy wskazywały na sukces, jednak na ostateczne rezultaty trzeba było poczekać do ukończenia konstrukcji dronów testowych. Dwie bezzałogowe jednostki miały zostać wysłane w przestrzeń. Jedna, wyposażona w deflektory i jedna w tradycyjne uzbrojenie oraz osłony, która miała ostrzelać tę pierwszą. Dopiero praktyczne zastosowanie miało wykazać, jaką skuteczność miał ów nowy wynalazek. Jeśli wyniki okażą się pozytywne, deflektory zostaną zamontowane nie tylko na nowym statku, ale też na wszystkich już istniejących. Pechowo, Rosjanie już dowiedzieli się o pracach i nalegali na udostępnienie wyników, zgodnie z porozumieniem wszystkich wtajemniczonych w program rządów. Miało to zapobiec dawnemu wyścigowi zbrojeń i utrzymać bezpieczną równowagę w całej flocie gwiezdnej Tau'ri, która służyła wyłącznie do obrony Ziemi, i której użycie było ściśle monitorowane. Istniał całkowity zakaz używania statków kosmicznych oraz myśliwców skonstruowanych w oparciu o obce technologie w konfliktach wewnętrznych planety i choć nie wszystkim się to podobało (Chiny i Rosja chętnie skorzystałyby z tej przewagi taktycznej nad swymi przeciwnikami), jak dotąd postanowienia były respektowane, zwłaszcza teraz, gdy Ziemi stała się tak ważnym ośrodkiem politycznym w galaktyce i sąsiadujących z nią układach. Należało prezentować jednolity front, jak na lidera najpotężniejszego sojuszu ras przystało.
Tak czy owak, Sam była dość zajęta ostatnimi czasy, a Jack zaczynał odczuwać nudę, co nie wróżyło nic dobrego. Bolesne skutki owej nudy pierwszy na swojej skórze odczuł Daniel, gdy pewnego dnia O'Neill poprosił go o przysługę. Biedak nie wiedział, że owa niewinna prośba była starannie uknutym planem odpłacenia doktorkowi za incydent w klubie Go-Go. Och, Danny tłumaczył, że cała trójka znalazła się tam zupełnie przypadkowo, bo podczas zwiedzania musiał „skorzystać", a PussyCat Club był jedynym w okolicy budynkiem z dostępną toaletą, jednak nie umiał wyjaśnić, dlaczego w ogóle znalazł się w tamtym miejscu, skoro nie było go raczej w standardowym przewodniku turystycznym po Springs. Poza tym, nadal nie powiedział, jak doszło do bójki, choć Jack i tak wyciągnął „zeznania" od jego kompanów. Najwyraźniej urok Jacksona znów zadziałał, bo jedna z tancerek wykonała show tylko dla niego, co bardzo rozsierdziło jej faceta, który okazał się być wykidajłą owego przybytku. Dość powiedzieć, że ziemskie powłoki (hojności nie wspominając) Fro i Fru przyciągnęły wzrok kilku innych dam i wywołały zdenerwowanie mniej szczęśliwych klientów, co w efekcie doprowadziło do całego incydentu i odsiadki w pace.
Jack, choć sekretnie ubawiony tą sytuacją, nie zamierzał jednak zaniechać małej nauczki dla nieporadnej „niani Jackson" i dlatego wysłał Daniela tam, gdzie archeolog opanuje sekretną sztukę bycia super nianią. Niepomny niczego Jackson przyjął propozycję odwiedzenia planety, na której jeszcze nigdy nie był z racji tego, że SG-1 wizytowało ją, kiedy Daniel bawił się w ascendencję. Danny nie wiedział, że panował tam system matriarchalny i rola mężczyzn polegała głównie na prowadzeniu domu oraz wychowywaniu dzieci. Była to kraina współczesnych Amazonek, mniej dzikich, niż ich legendarne przodkinie, lecz nie mniej stanowczych, jeśli chodzi o zwyczaje. Prawda jest taka, że to Sam prowadziła niegdyś z nimi negocjacje o wymianie handlowej i zaprzyjaźniła się przy okazji z tamtejszą liderką. Dzięki owej znajomości i pośrednictwu równie psotnej, co O'Neill, pani generał, Jack załatwił Danielowi mały „staż" na P4X-747. Dwa tygodnie w domu Hadad i opieka nad dziesiątką jej niesfornych pociech (ojcem każdego był inny jej konkubent) musiała nauczyć Jacksona odpowiedzialności. Poza tym, królowa obiecała zdjęcia Danny'ego w tradycyjnym stroju „męskim" z Heros (przez co należy rozumieć przepaskę biodrową i nic poza tym), które kanclerz zamierzał opublikować w prowadzonym przez Valę, comiesięcznym biuletynie SGC, o wdzięcznym tytule „Vala's CosmoNews". Panna MalDoran utworzyła ową gazetkę natchniona przez ziemską prasę. Było to ekscentryczne połączenie „Vogue", magazynu „Mad" i „The National Enquirer". I choć początkowo powątpiewano w sukces przedsięwzięcia znudzonej brunetki, „CosmoNews" okazało się bardzo popularne wśród rezydentów bazy, głównie z uwagi na jej rozbrajająco szczere i przepełnione humorem felietony. Kosmitka kochała ploteczki nigdy nie odrzuciła okazji wzięcia udziału w praktycznym żarcie, o czym potem bez skrępowania pisała w swojej gazetce. Dość powiedzieć, że morale żołnierzy było dzięki niej niezwykle wysokie, a Jack nie raz zamykał się w swoim gabinecie z dostarczonym mu dyskretnie egzemplarzem, i śmiał się w głos czytając jego zawartość. Nie było więc dla niego żadnym problemem przekonanie panny MalDoran do współpracy, zwłaszcza, że Vala już nie mogła się doczekać, by ujrzeć półnagie fotki swego wybranka i jego minę, gdy obejrzy je całe SGC.
- I wiesz, że będzie wściekły, gdy to zobaczy?- spytał jeszcze swoją wspólniczkę, gdy parę dni potem na pierwszej stronie swego pisemka Vala umieszczała przesłane przez Hadad zdjęcia, podpisując je wielkim, tłustym napisem „SEXY NIANIA. SPEKTAKULARNY SUKCES ZIEMSKICH AU PAIR!".- Twój plan zaciągnięcia go przed ołtarz może na zawsze spalić na panewce.- zauważył kanclerz.
- Och, mój Daniel i tak mi w końcu wybaczy!- machnęła ręką wyszczerzona brunetka.- Skoro nie zabił mnie po tym, jak „przypadkiem" sprzedałam jego posążek z Neftos, to i teraz przeżyję. On nie umie się na mnie długo gniewać!- mrugnęła porozumiewawczo.
W sumie Vala miała rację. Od czasu ich pierwszego, sławetnego już spotkania, oboje przeszli długą drogę. Daniel nareszcie postanowił pozostawić za sobą tragiczną śmierć Sha're, ruszyć do przodu ze swoim życiem i otworzyć raz jeszcze swe serce, zaś kosmiczna ex –piratka na Ziemi odnalazła swe miejsce i (choć z niejakimi oporami) weszła na ścieżkę praworządności. Ci dwoje, chociaż tak różni, znaleźli w sobie nawzajem ukojenie, pocieszenie i odkupienie. Być może nigdy nie będą typową parą, ale najważniejsze, że byli razem szczęśliwi. Nareszcie.
Jack spojrzał na brunetkę i skinął głową. Tak, co by nie mówić o Vali, ta szalona kobieta owinęła sobie Kosmiczną Małpę wokół małego palca, robiąc z niego szczęśliwego faceta i już za to tylko lubił ją O'Neill.
- Jaki nakład?- zapytał, wskazując drukujące się strony.
- Na razie sto pięćdziesiąt egzemplarzy, ale zawsze można dodrukować.- odparła wesoło kosmitka.
- Słodko!- skwitował kanclerz.- Mam przeczucie, że ten numer będzie hitem!
- Jakby powiedział Mięśniak: „W istocie!"- mrugnęła Vala i roześmiała się psotnie.
W dniu powrotu Daniela na Ziemię, dwójka konspiratorów siedziała schowana w pokoju monitoringu, obserwując tunel przychodzący. Mina Jacksona nie wróżyła nic dobrego, a gdy na dodatek w drodze na rutynowe badania zerwał ze ściany przyklejony tam przez kogoś egzemplarz „CosmoNews", para prawie buchnęła mu uszami, zaś w korytarzu dało się usłyszeć donośne:
- Jack, Vala! Niech ja was tylko dopadnę!
- Ach!- pomyślał z zadowoleniem kanclerz O'Neill.- Zemsta naprawdę bywa słodka!- Na głos zaś powiedział do panny MalDoran:- Nie wiem, jak ty, ale po tym przedstawieniu całkiem zgłodniałem. Idziemy na ciasto i kawę?
- A nie przytyję od tego?- zapytała.- Muszę dbać o figurę!
- Och, jestem pewien, że znajdziesz sposób, by spalić te kilka dodatkowych kalorii, Vala.- uśmiechnął się porozumiewawczo Jack i buzia jego wspólniczki się rozpromieniła.
- A mój Daniel mi w tym pomoże!- zachichotała bez cienia zażenowania.
Jedno było pewne, jeśli chodzi o tę kosmitkę- do pruderyjnych to ona na pewno nie należała!
Daniel był obrażony przez jakiś tydzień, lecz dzięki „sile perswazji" swej dziewczyny i on dostrzegł zabawną stronę swojej kary. Ostatecznie także podziękował Jackowi za możliwość poznania i studiowania tak „fascynującej kultury", jak ta na Heros.
- To niesamowite, że w dobie technologicznego postępu te kobiety wciąż kontynuują swój matriarchalny sposób życia!- mamrotał.- Gdybyś to zobaczył…- przekonywał kanclerza, który westchnął głęboko i przerwał mu wpół słowa.
- Danny?
- Tak, Jack?- odparł archeolog.
- Bardzo proszę.- podsumował O'Neill, a Daniel tylko się uśmiechnął.
Fakt, doktorek zamierzał kiedyś odpłacić się przyjacielowi pięknym za nadobne, ale tak to już z nimi było. Taka była ich rodzina i nie zamieniłby tego na nic innego.
TBC
